Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Narracyjna apokalipsa. Jak Kościół traci wiernych

Jeśli Kościół chce przetrwać w warunkach narracyjnej apokalipsy, musi zejść do głębi i ponownie zadać fundamentalne pytania. Dlaczego narracja Kościoła przestaje być przekonująca dla młodszych pokoleń? Dlaczego nie porusza ich serc Dobra Nowina? A może w ich odbiorze stała się „złą nowiną”?

W świecie zachodnim AD 2020 mamy do czynienia z kryzysem Kościoła zupełnie innym niż wszystkie dotychczasowe. Owszem, można zaryzykować tezę, że Kościół w kryzysie był zawsze, a przynajmniej przez większość swojego istnienia. W pierwszych wiekach był prześladowany, potem zalegalizowano go wprawdzie edyktem mediolańskim, ale cały czas nękały go schizmy, herezje, spierał się z państwem. Jego sytuacja nie była łatwa nawet w czasach cywilizacji Christianitas okresu średniowiecza, znaczonego mniej więcej w połowie wielką schizmą wschodnią. Później przyszła reformacja, Oświecenie, a wreszcie w XIX w. zadrżał w posadach przez nowe idee i odkrycia naukowe (z Darwinowskimi na czele) oraz tryumfalny marsz trzech „mistrzów podejrzeń” – Karola Marksa, Fryderyka Nietzschego i Zygmunta Freuda. Jednak dzisiejszy kryzys ma inny charakter. Świat zachodni – po raz pierwszy od ponad 1600 lat (jeśli liczyć czas od edyktu tesalońskiego, czyli od momentu, kiedy chrześcijaństwo stało się religią państwową Rzymu) przestaje być światem istotowo chrześcijańskim.

Jeszcze szybciej odchodzą Polacy od praktyk prywatnych, czyli od osobistej modlitwy – wg ESS w 2002 r. codziennie modliło się 47,8% Polaków, a w 2018 r. już tylko 33,3%. Dodatkowo należy zauważyć, że najnowsze dane zbierane były przed rokiem 2019 r., a więc przed falą ujawnionych informacji o skandalach pedofilskich

Odwrót na wszystkich frontach

Badanie Eurobarometr 2015 wskazuje, że jako agnostycy lub ateiści deklaruje się 64,4% Czechów, 61,1% Niemców, 50% Szwedów czy 48,8% Holendrów. Najmniej agnostyków i ateistów pozostaje głównie w państwach „nowej Unii” – w Rumunii  (0,3%), Bułgarii (5,6%) i w Polsce (5,8%), ale także na Cyprze (1,6%) i w Grecji (3,5%). Stosunkowo najszybciej sekularyzują się państwa protestanckie, najwolniej – prawosławne. W Stanach Zjednoczonych odsetek osób niereligijnych wzrósł od 5% w 1972 r. do 23% w roku 2016, a tempo wzrostu tej grupy zwiększyło się znacząco po 2002 r. Co prawda skupiam się na świecie zachodnim, jednak warto tutaj zauważyć, że w największym państwie świata – w Chinach, które być może za jakiś czas staną się dominującym mocarstwem – większość z 1,5 mld mieszkańców to osoby niereligijne, a 200 mln to zadeklarowani ateiści. Nawet jeśli proroctwa dotyczące Pax Sinica w miejsce Pax Americana się nie spełnią, z czysto biznesowych przyczyn możemy spodziewać się w kolejnych latach zwiększenia kulturowego wpływu Chin na Zachodzie. To zapewne nie będzie dobra wiadomość dla chrześcijaństwa (chyba że przyjmiemy hipotezę o pozytywnym wymiarze kryzysu, mówiącą, że paradoksalnie na zateizowanych terenach Kościoły mogą rozwijać się szybciej – ale to pozostaje niewiadomą).

Kryzys dotyczy oczywiście wszystkich chrześcijańskich wyznań, jednak chcę przyjrzeć się w tym artykule, jak dotyka on Kościoła katolickiego w świecie zachodnim, a przede wszystkim – w Polsce. Przez lata należała ona do państw o najmniejszym odsetku osób bezwyznaniowych i niereligijnych, jednak także i nad Wisłą nastąpił wzrost w tej grupie – według Europejskiego Sondażu Społecznego (ESS) w 2002 r. stanowiła ona 6,7% Polaków, a w 2018 r. – już 12,8%. Jeśli chodzi o Kościół rzymskokatolicki, ostatnie lata znaczone są przede wszystkim powolnym, choć systematycznym spadkiem udziału w praktykach religijnych. Wskaźnik dominicantes, czyli biorących udział w niedzielnych mszach, wyniósł w 2018 r. 38,2% wiernych (wg danych Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego) – wobec 45,8% dwanaście lat wcześniej. Ten odsetek w 2016 r. był już mniejszy (wynosił 36,7%), jednak trudno na razie mówić o trwałym wyhamowaniu tendencji spadkowej.

Jeszcze szybciej odchodzą Polacy od praktyk prywatnych, czyli od osobistej modlitwy – wg ESS w 2002 r. codziennie modliło się 47,8% Polaków, a w 2018 r. już tylko 33,3%. Dodatkowo należy zauważyć, że najnowsze dane zbierane były przed rokiem 2019 r., a więc przed falą ujawnionych informacji o skandalach pedofilskich (np. w filmie braci Sekielskich „Tylko nie mów nikomu”, o którym pisaliśmy w maju ub. r.). Kropkę nad „i” stawiają omawiane już w NK ogólnoświatowe badania Pew Research, wskazujące, że im młodsi Polacy, tym mniejszą wagę przywiązują do religii. Za bardzo ważną uważa ją 40 proc. Polaków powyżej 40. roku życia, i jedynie 16 proc. młodszych. Ta luka między starszym a młodszym pokoleniem jest największa na świecie. Jeśli więc nie nastąpi jakieś cudowne przełamanie trendu, prędzej czy później dołączymy do zateizowanych Czech czy Niemiec.

Przemiany nie wynikają jedynie z osłabienia chrześcijaństwa jako takiego, ale z bardziej ogólnych przemian kulturowych. W 1974 r. Jean-François Lyotard w „Kondycji ponowoczesnej” ogłosił koniec wielkich metanarracji. Miał na myśli przede wszystkim narracje oświeceniowe, czyli wiarę w postęp i rozum, które nastąpiły po – martwej już jego zdaniem – opowieści religijnej, jednak tak czy inaczej mowa o narracjach roszczących sobie pretensje do absolutnej, albo przynajmniej bardzo silnie umocowanej prawdy

Nowy rodzaj ateizmu

Wszystkie te dane wskazują, że człowiek Zachodu może żyć bez religii, i że prawdopodobnie będzie coraz więcej osób, które bez niej żyją. Wydaje się jednak, że nastąpiła pewna zmiana jakościowa jeśli chodzi o charakter niereligijności i jej kulturowe osadzenie. Stawiam tezę, że obecny ateizm /agnostycyzm jest inny niż XIX- i XX-wieczny. Przez poprzednie dwa stulecia był on odpowiedzią na religię i związane z nią wątpliwości. W XIX wieku wątpliwości te przede wszystkim stanowiły efekt zderzenia światopoglądu religijnego (w obrębie którego kształtowani byli ludzie Zachodu zarówno w ramach formalnej edukacji, jak i bezpośredniego wpływu Kościoła) z odkryciami naukowymi i nowymi ideami (wspomniani Darwin, Marks, Freud i Nietzsche). W XX wieku zgrzyty między religią a nauką nie ustały, jednak tragedie tego wieku spowodowały wzmocnienie ateizmu egzystencjalnego, będącego odpowiedzią na zło i cierpienie (najsilniej objawione w postaci I i II wojny światowej oraz – przede wszystkim – Holokaustu). Doskonale ujął to Tadeusz Różewicz: „widziałem: / furgony porąbanych ludzi / którzy nie zostaną zbawieni”.

Jednak ten sam Różewicz chwilę później wskazuje, że „szuka nauczyciela i mistrza” który „jeszcze raz nazwie rzeczy i pojęcia” i „oddzieli światło od ciemności”. Dziś zdaje się, że ludzie Zachodu takiego mistrza szukają coraz rzadziej, i przestają wierzyć w trwałe oddzielenie światła od ciemności. Nawet jeśli Różewicz pod wpływem tragedii wojennych odchodzi od Boga (a chyba i to się nie dokonało w pełni, skoro wiele lat później zapyta retorycznie „jaki tam ze mnie ateista”), to jego agnostycyzm jest par excellence dwudziestowieczny. Wynika z poszukiwania odpowiedzi na wielkie pytania egzystencjalne: o dobro i zło, o prawdę absolutną, o sens życia wykraczający poza jego fizyczny kres (w tym – po prostu – o możliwość życia po śmierci), o sens cierpienia. Słowem: na pytania domagające się nowej wielkiej narracji po rozpadzie lub przynajmniej wstrząśnięciu światopoglądu religijnego.

Mowa Tokarczuk jest tęsknotą za narracją obejmującą świat: „Nie zauważamy, że świat staje się zbiorem rzeczy i wydarzeń, martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni (…). Nasza duchowość zanika albo staje się powierzchowna i rytualna. (…) I w takim świecie rzeczywiście jesteśmy zombie”

Współczesny agnostycyzm czy ateizm w świecie zachodnim jest już czymś innym. Ateizm XXI wieku coraz częściej nie jest odpowiedzią, nie jest nawet buntem, a stanem względnie naturalnym, w którym wychowują się kolejne pokolenia. Religia w tej sytuacji staje się jeszcze jednym zjawiskiem kulturowym – np. uczniowie brytyjscy podczas lekcji religious studies obok chrześcijaństwa poznają islam, judaizm, hinduizm, buddyzm, sikhizm oraz świecki humanizm. Nie oznacza to oczywiście, że katecheza katolicka w szkole jest dobrą metodą zatrzymania wiernych w Kościele, cytowane wcześniej badania (zwłaszcza Pew Research) wskazują bowiem, że jej wprowadzenie nie zapobiegło kryzysowi religijności wśród młodych. A jednak faktem jest, że z narracji podstawowej chrześcijaństwo staje się w świecie zachodnim jedną z wielu narracji. Coraz mniej narzucaną, coraz bardziej niszową. A skoro jest tak, to nie trzeba z nią tak żarliwie walczyć jak robiło się to w XX wieku. Nawet popularna kilkanaście lat temu fala „nowego ateizmu” (którego koryfeuszami byli przede wszystkim Richard Dawkins, Sam Harris czy Christopher Hitchens) najwyraźniej straciła swoją moc i nie budzi już AD 2020 tak wielkiego zainteresowania. Ateizm „gorący”, wojujący coraz częściej zastępuje to, co ks. Tomáš Halík nazywa „apateizmem”: obojętność wobec pytań o Boga, brak zainteresowania tymi pytaniami, a czasem trudność zdefiniowania, co pytanie o Boga w ogóle miałoby oznaczać.

Tym razem naprawdę koniec narracji

Te przemiany nie wynikają jedynie z osłabienia chrześcijaństwa jako takiego, ale z bardziej ogólnych przemian kulturowych. W 1974 r. Jean-François Lyotard w „Kondycji ponowoczesnej” ogłosił koniec wielkich metanarracji. Miał na myśli przede wszystkim narracje oświeceniowe, czyli wiarę w postęp i rozum, które nastąpiły po – martwej już jego zdaniem – opowieści religijnej, jednak tak czy inaczej mowa o narracjach roszczących sobie pretensje do absolutnej, albo przynajmniej bardzo silnie umocowanej prawdy.

Mniej więcej od przełomu wieków, czyli od upowszechnienia internetu, widać jak przyspiesza powszechne odchodzenie od myślenia narracyjnego. Jedną lub niewiele dużych narracji (czy to religijnych, czy naukowych) zastępuje wielość małych, lokalnych, bieżących – niekoniecznie spójnych czy stanowiących wielki system. Coraz rzadziej filozofia czy literatura zadają wielkie pytania egzystencjalne (przede wszystkim o absolutny sens życia, obiektywną prawdę, nie mówiąc już o pytaniu o życie po śmierci). Nacisk stawiany jest na pytania lokalne – tożsamościowe, polityczne, dotyczące pojedynczych wyborów tu i teraz. Stosunkowo najbardziej globalne wydają się nasilone w ostatnich latach pytania ekologiczne, ale i one są odpowiedzią na bieżące wydarzenia, a rzadziej są (choć też bywają) próbą ujęcia życia jako takiego w ramy spójnej opowieści.

Ironią losu jest, że Lyotard uznawał „Kondycję ponowoczesną” za swoją najgorszą książkę – bo to właśnie ona zdaje się najbardziej proroczym dziełem Francuza. Jako że zmarł on w 1998 r., nie mógł być świadkiem spełniania się własnych przepowiedni w dobie ekspresowego rozwoju świata online i nowych mediów internetowych. A właśnie ten rozwój spowodował przyśpieszenie upadku wielkich narracji. Media takie jak telewizja, gazeta czy film wymuszały niejako uczestniczenie w spójnej opowieści i śledzenie jej od początku do końca. W świecie internetu można w ciągu sekundy przeskoczyć z portalu lewicowego na prawicowy, z Biblii Tysiąclecia na „Biblię Szatana”, obejrzeć wykład Jordana Petersona, a po chwili – Judith Butler; na Spotify, wolni od koncepcji „albumu” możemy w kilka sekund stworzyć składankę z Bacha, ambientu, bluesa i black metalu, a na facebookowej ścianie, o ile nie jesteśmy zbyt selektywni w wyborze i usuwaniu znajomych, obok siebie będziemy widzieć memy lewicowe i prawicowe. Jest to doskonałe środowisko dla wymierania wielkich narracji, gdyż nie ma w nim wystarczających narzędzi do ich podtrzymania, zaś znakomicie służy ono utrzymywaniu obok siebie różnych lyotardowskich „gier językowych”.

Dziś można odnieść wrażenie, że agenda podstawowych problemów przejmowana jest od mainstreamowych mediów; są na niej bieżące wypowiedzi biskupów, Jarosława Kaczyńskiego, Mariusz Błaszczaka czy Donalda Tuska. Znane z lat 90. wielkie dyskusje ks. Józefa Tischnera z prof. Mieczysławem Gogaczem czy z Jerzym Turowiczem w efekcie zastępuje bieżące reagowanie na kolejną, mało zaskakującą wypowiedź biskupa Jędraszewskiego czy kolejny obrazek z „tęczową Maryją”

Na tym tle zaskakująco konserwatywnie przedstawia się mowa noblowska Olgi Tokarczuk (krytykowanej często dość apriorycznie i w sposób nieprzemyślany przez kręgi prawicowe). Mowa Tokarczuk jest tęsknotą za narracją obejmującą świat: „Nie zauważamy, że świat staje się zbiorem rzeczy i wydarzeń, martwą przestrzenią, w której poruszamy się samotni i zagubieni (…). Nasza duchowość zanika albo staje się powierzchowna i rytualna. (…) I w takim świecie rzeczywiście jesteśmy zombie”. Noblistka nie jest naiwna, i wie dobrze, że „nie jest możliwy powrót do takiej opowieści o świecie, jaką znamy z mitów, baśni i legend, kiedy przekazywana sobie z ust do ust utrzymywała świat w istnieniu. Dziś ta opowieść musiałaby być dużo bardziej wielowymiarowa i skomplikowana”. Jednak rozwiązanie, jakie proponuje – czuły, czwartoosobowy narrator, odsłaniający większy obszar rzeczywistości, ukazujący wzajemne związki – jest zaledwie naszkicowane  i dotyczy tylko literatury, będącej jedynie wycinkiem życia. Na razie znajdujemy się więc w centrum narracyjnej apokalipsy.

Oblężona twierdza

W Polsce ten kryzys dopiero zaczyna się ujawniać. Z wielu względów, opisanych już szczegółowo przez historyków, narracja katolicka (wzmocniona przez niepodległościową) w Polsce uniknęła wielu wstrząsów, jakie spotkały ją w Zachodniej Europie i w USA w II połowie XX wieku. Po upadku PRL, mimo silnej fali antyklerykalizmu w latach 90. i zachłyśnięcia się zdobyczami Zachodu, Kościół trzymał się dobrze, w dużej mierze dzięki postaci Jana Pawła II i jego pełnym charyzmy pielgrzymkom do kraju pod koniec lat 90. Mało kto pamięta, że wtedy właśnie zażegnany został (tymczasowo) spory kryzys praktyk religijnych, jaki nastąpił po upadku PRL: w 1993 r. wskaźnik dominicantes wyniósł 43,1%, a w 1998 – już 47,5%; powyżej 45% miał utrzymywać się jeszcze do 2006 r.

Dziś z tej potęgi zostało już niewiele. Ogłaszana w czasach Jana Pawła II „nowa wiosna Kościoła”, której efektem było powstawanie mnóstwa małych wspólnot, szybko przywiędła. Dziś z jednej strony, przede wszystkim w młodszych pokoleniach, mamy do czynienia z rozwojem wspomnianego apateizmu i odejściem od wielkich narracji w stronę swobodnego wyboru różnych gier językowych; z drugiej – rozwijają się nisze „tożsamościowej” religijności. Czasami przybiera ona formy nacjonalistyczne, w których wartości chrześcijańskie zastępowane są wartościami konserwatywnymi i narodowymi (jedność etniczna, jedność kulturowa), a Ewangelia występuje na równi z kodeksem Boziewicza (bywa, że dochodzi tu do protestantyzacji, vide Kościół Nowego Przymierza w Lublinie). Czasami przybiera formy lewicowe, w których na pierwszy plan wysuwa się bieżąca walka o prawa grup wykluczonych i o powstrzymanie zmian klimatycznych. Jedna i druga forma tożsamościowa, jeśli zostanie doprowadzona do skrajności, ostatecznie może dać efekt podobny do przejścia w rejony apateizmu. Istnieje bowiem niebezpieczeństwo, że faktyczną religię, czyli więź z Większym, Głębszym, zastąpi to, co ziemskie: religia ego, to w formie indywidualnej, to w formie tożsamościowej: czy to narodowej, czy lewicowej. Takie przemiany nasila wspomniana rewolucja internetowa, i wiążące się z nią wzmocnienie polaryzacji i „twitteryzacji”, a także rosnące uzależnienie działań społecznych (także Kościoła) od polityków i biznesu.

Kościołowi nie pomaga przy tym oderwanie od rzeczywistości hierarchów, którzy zdają się nie zauważać istoty zmian. Zamiast realnego krajobrazu Polski coraz mniej katolickiej i coraz bardziej obojętnej, zmieniającej się od środka, widzą przede wszystkim pobożny, posłuszny księżom ludek, atakowany przez zagrożenia z zewnątrz (przede wszystkim „ideologię gender” i „LGBT”). Faktycznie, kto nie wgłębia się w istotę rzeczy, może dostrzegać głównie „zagrożenia”, gdyż ostatnie lata przyniosły (w dużej mierze w odpowiedzi na wspomniane skandale pedofilskie) nową falę bardzo ostrej krytyki Kościoła (np. wypowiedź Leszka Jażdżewskiego przed wykładem Donalda Tuska na UW). Jednak wątpliwe, że te ataki przetrwają dłużej, bo jeśli tak dalej pójdzie, nie będzie kogo atakować.

Jeśli Kościół chce przetrwać w warunkach narracyjnej apokalipsy, musi zejść do głębi i ponownie zadać fundamentalne pytania. Dziś można odnieść wrażenie, że agenda podstawowych problemów przejmowana jest od mainstreamowych mediów; są na niej bieżące wypowiedzi biskupów, Jarosława Kaczyńskiego, Mariusz Błaszczaka czy Donalda Tuska. Znane z lat 90. wielkie dyskusje ks. Józefa Tischnera z prof. Mieczysławem Gogaczem czy z Jerzym Turowiczem w efekcie zastępuje bieżące reagowanie na kolejną, mało zaskakującą wypowiedź biskupa Jędraszewskiego czy kolejny obrazek z „tęczową Maryją”. Dzieje się tak nie tylko w Polsce – nawet niemiecka „droga synodalna” zadaje pytania przede wszystkim o techniczne i „politycznie popularne” kwestie, w mniejszym stopniu zaś o fundamenty teologii. Odłogiem leżą natomiast podstawowe pytania: dlaczego narracja Kościoła przestaje być przekonująca dla młodszych pokoleń? Dlaczego nie porusza ich serc Dobra Nowina? A może w ich odbiorze stała się „złą nowiną”? Dlaczego coraz rzadziej „kupujemy” opowieść o odkupieniu? Dlaczego kiedyś modliliśmy się często, a dziś modlimy się coraz rzadziej? Jak zmienił się świat i Polska w porównaniu z rokiem 1989? Dlaczego tak znaczące odejście od religijności nastąpiło po śmierci Jana Pawła II? Dlaczego Polacy lgną do religijnych nisz tożsamościowych, a katolicki mainstream coraz częściej budzi obojętność? Nie mówię, że nikt na te pytania nie odpowiada, ale giną one w zalewie „bieżączki”. A jeśli Kościół sam sobie nie odpowie na nie dogłębnie, z dużą dozą samokrytyki, to nie będzie umiał także sprostać bieżącym wyzwaniom.

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Rzeczpospolita"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

4 odpowiedzi na “Narracyjna apokalipsa. Jak Kościół traci wiernych”

  1. marek55 pisze:

    Dzisiejszy kościół katolicki cierpi na brak autorytetów. Mało jest takich kapłanów jak abp Jędraszewski, ks. Małkowski czy ks. Isakowicz- Zaleski.
    Ich głos jest mało słyszalny w głównym nurcie kościoła a jest potrzeba, by kościół twardo bronił fundamentów chrześcijaństwa.

  2. Konfederatka pisze:

    Zgadzam się z Autorem i dziękuję za cytat z O.Tokarczuk, iż …” Nasza duchowość zanika albo staje się powierzchowna i rytualna. (…) I w takim świecie rzeczywiście jesteśmy zombie”. Bardzo wyraźnie dała temu wyraz swoich W Księgach Jakubowych, gdzie silnie kontrastuje poszukiwanie absolutu przez czy to “talmudystów” czy Frankistów a brak jakiejkolwiek na ten temat refleksji po stronie XVIII wiecznego kleru ówczesnej Reczpospolitej czy polskich katolików. Ta przepaść w postaci bezrefleksyjności jeszcze się pogłębiła w dzisiejszych czasach. Młodzież chyba ma za mało lektur i nie potrafi czytać literatury a “świat twitterowy”, w tym politycy i kler starają się podlizywać młodemu pokoleniu w imię tzw. nowoczesności… Sądzę, że oni sami nie czytają i nie myślą, wobec tego nie mają nic do powiedzenia…. Smutne to.

  3. Sand78 pisze:

    Głos Jędraszewskiego jest mało słyszalny?

  4. Michal pisze:

    Dobry artykuł. Najgorszy scenariusz dla Kościoła to rozmowa z ludźmi, którzy wiedzą że mogą wybierać, jakby inny wybór nie istniał. Gdybym źle życzył Kościołowi trzymałbym kciuki za Jedraszewskiego i mu podobnych.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz