Koniec zamiatania pod dywan

Lekarstwem na problemy Kościoła jest dążenie do całkowitej jawności tam, gdzie to tylko możliwe. Dotychczas tej jawności nie było zarówno w kwestii lustracji, jak i pedofilii

W niecałe trzy dni – 11 milionów wyświetleń, a gdy Państwo czytają ten tekst, zapewne już dużo więcej. Wypowiedzi publicystów, polityków, ekspertów. Poruszenie w całym kraju. Takie rzeczy nie dzieją się bez powodu. Najwyraźniej dokument Tomasza Sekielskiego „Tylko nie mów nikomu” ukazał wprost i bezlitośnie zjawisko, o którym słyszeliśmy od dawna. Jednak wcześniej była to głównie sucha wiedza – film Sekielskiego przełożył tę wiedzę na język obrazu, dźwięku i uczuć. Aby odpowiedzieć na pytanie, gdzie jesteśmy po premierze dokumentu, zacznijmy od tego, co okazało się zaskakujące.

W serwisie radiomaryja.pl praktycznie brak informacji czy opinii o filmie lub jego odbiorze, poza sprzeciwem wobec manipulacji wypowiedzią abp. Jędraszewskiego w Faktach TVN oraz informacją o przygotowywanych przez rząd działaniach przeciw pedofilii

Już w miesiącach poprzedzających premierę dużo mówiło się o filmie. W kręgach radykalnie prawicowych dominował głęboki sceptycyzm. Przewidywano, że film będzie manipulacją wpisującą się w „trwający od dłuższego czasu atak na Kościół”. Można było się spodziewać, że premiera filmu „Tylko nie mów nikomu” zaowocuje miażdżącą krytyką Sekielskiego w konserwatywnych kręgach.

Krytyka taka faktycznie pojawiła się, jednak wydaje się, że była słabsza i mniej powszechna, niż można było się spodziewać. Istotnym kontekstem jest tu konferencja prasowa Konferencji Episkopatu Polski, która odbyła się 14 marca br., a podczas której KEP przedstawiła raport na temat przestępstw seksualnych dokonanych przez księży i zakonników. Bardzo mocno ujawniło się na tej konferencji pęknięcie w samym Kościele. O ile Prymas Polski, abp Wojciech Polak, akcentował przede wszystkim ból, wstyd i poczucie winy, które powinny budzić w duchownych ofiary, to abp. Stanisław Gądecki niektórymi wypowiedziami wpisał się w tradycyjny tok argumentacji, mówiącej o celowym ataku na Kościół i o niszczeniu autorytetu duchownych. „To hasło [„pedofilia w Kościele” – przyp. JP], dość zręcznie dobrane, miało w sumie z jednej strony wskazać na problem, jaki istnieje, z drugiej zaś poderwać autorytet Kościoła i doprowadzić do tego, żeby zaufanie wiernych do samej hierarchii czy w ogóle do instytucji zostało zniszczone” – mówił abp Gądecki w marcu. Przedwczoraj jego reakcja była już inna – przeprosił osoby pokrzywdzone i podziękował reżyserowi za film. W jego krótkim oświadczeniu brak już kościelnej „samoobrony”.

Trudno, żeby było inaczej. Przystępując do oglądania filmu Sekielskiego, kierowałem się założeniem krytycyzmu i obiektywizmu. Nie wykluczałem, że mogą pojawić się manipulacje, sterowanie emocjami widza, stronniczość – o to wszystko łatwo przy przygotowywaniu filmu dokumentalnego. Jednak Sekielski stanął na wysokości zadania. Przedstawia przede wszystkim fakty, a nie ich interpretacje. Nie szarżuje komentarzami. Być może faktycznie obok komentarza byłego jezuity, prof. Stanisława Obirka, można było zapewnić komentarz przedstawicieli Kościoła, jednak ten ostatni jest częściowo sam sobie winien – biskupi odmówili udziału w filmie, a KEP zasłoniła się „informacjami o braku bezstronności” Sekielskiego. Jeśli skonfrontuje się to z wypowiedziami przedstawicieli KEP po obejrzeniu filmu, to trzeba uznać, że Konferencja ma złe źródła informacji i najwyraźniej powinna je zmienić…

Nie tylko abp Gądecki zmienił ton po premierze filmu Sekielskiego. Dość wyważone komentarze słychać ze strony większości tych, którzy dotąd posługiwali się często retoryką „ataku na Kościół”. Jeśli już, mamy raczej do czynienia ze strategią przemilczania. W serwisie radiomaryja.pl praktycznie brak informacji czy opinii o filmie lub jego odbiorze, poza sprzeciwem wobec manipulacji wypowiedzią abp. Jędraszewskiego w Faktach TVN oraz informacją o przygotowywanych przez rząd działaniach przeciw pedofilii. Nieco więcej na ten temat można było znaleźć w serwisach niezalezna.pl i wpolityce.pl, i niestety tu trzeba już przejść do tego, co nie zaskakuje.

Zupełnie kuriozalna jest wypowiedź wicemarszałka Sejmu, szefa klubu PiS, Ryszarda Terleckiego, który stwierdził, że nieprzypadkowo termin premiery filmu zbiega się z nadchodzącym terminem wyborów do Parlamentu Europejskiego. Taka wypowiedź prowokuje do zadania pytania: o jakich politykach, kandydujących do PE, mówił Sekielski w swoim filmie? Otóż nie mówił o żadnych – a zatem widz może odczytać wypowiedź Terleckiego w sposób jednoznaczny. Tysiące Polaków, w których obudziła się irytacja na ukrywane grzechy Kościoła (a wśród tych osób jest na pewno niejeden zwolennik PiS), otrzymały prosty przekaz: Kościół i PiS to jedność. Z kolei przeciwnikom PiS wiele osób próbowało dotąd tłumaczyć, że Kościół nie jest organizacją partyjną (włącznie ze wspomnianym abp. Gądeckim, który stwierdził np., że w sprawie uchodźców „kierunek chrześcijaninowi ukazuje Jezus a nie postanowienia polityki”). Po takich wypowiedziach krytycy rządzącej partii będą jednak mieli coraz mniej ochoty, by w tłumaczenia Kościoła uwierzyć.

O jawność muszą postarać się zarówno wierni Kościoła, jak i hierarchia, jeśli tych wiernych nie chce stracić

Oczywiście pojawiły się także wypowiedzi zdecydowanie krytyczne wobec filmu. Główne zarzuty były jednak obok meritum. Nie zaskoczyły Wiadomości TVP i portal wPolityce.pl, gdzie Maciej Sawicki i Marzena Nykiel przekonywali, że pedofilia w Kościele jest tylko małą częścią ogólnego zjawiska. Nawet jeśli faktycznie tak jest, to nie daje to powodów do krytykowania filmu Sekielskiego. Zwłaszcza że Kościół jest szczególną instytucją zaufania publicznego, i na tle głoszonej przezeń etyki seksualnej i – szerzej – etyki miłości te ukrywane systemowo grzechy tym bardziej wołają o pomstę do nieba.  Wskazywano też, że niektórzy przedstawieni przez Sekielskiego księża-pedofile byli agentami SB. Jednak w Irlandii, USA, Włoszech czy Austrii nie było Służby Bezpieczeństwa, a problem się pojawił, argument więc niewiele wnosi do dyskusji – poza wołaniem o jawność, o którą Kościół po 1989 r. nie postarał się. Wreszcie wspomniana Marzena Nykiel wskazuje na źródło pedofilii, jakim ma być seksualizacja dzieci i społeczna afirmacja rozwiązłości. Pierwszy argument jest szczególnie chybiony. Za czyny pedofilskie nie są przecież odpowiedzialne dzieci, choćby nie wiadomo jak bardzo „zseksualizowane”, ale osoby dorosłe, które dopuściły się tych czynów. Tak, to prawda: przedwczesna seksualizacja jest ogromnie szkodliwa, gdyż sfera seksualna jest szczególnie wrażliwa na każdą formę przemocy (co zresztą widać wyraźnie w samym filmie Sekielskiego). Jednak w tym przypadku, jeśli dochodzi do seksualizacji, to przyczyniają się do niej księża przedstawieni przez Sekielskiego i inni im podobni, a w całym artykule pobrzmiewa ton broniący ogółu kapłanów.

Niestety krytycy nie zauważają, że najważniejszym problemem Kościoła jako takiego jest nie tylko występowanie pedofilii, ale – przede wszystkim – jej systemowe ukrywanie. W filmie w sposób wręcz przerażający obrazuje to list biskupa Mariana Przykuckiego, który lekarce występującej w imieniu ofiary księdza-pedofila wprost pisze: „Sprawa jest mi znana. Ksiądz został skierowany po rekolekcjach na inną placówkę z zagrożeniem, że w razie powtarzania się przestępstw, będzie pozbawiony możliwości wykonywania obowiązków kapłańskich”.

Lekarstwem na problemy Kościoła jest dążenie do całkowitej jawności tam, gdzie to tylko możliwe. Dotychczas tej jawności nie było zarówno we wspomnianej kwestii lustracji, jak i w innych kwestiach. O jawność muszą postarać się zarówno wierni Kościoła, jak i hierarchia, jeśli tych wiernych nie chce stracić. Nie służy jej też sojusz ołtarzu i tronu, do którego, jak widać, niektórzy dążą. A wszystkim, którzy narzekają, że film nakręcił reżyser prawdopodobnie niezbyt Kościołowi przychylny, odpowiadam, za Stefanem Sękowskim: a ile tego typu filmów nakręcili ludzie Kościoła? Ile można było zobaczyć w TV Trwam, ile artykułów o tym można było przeczytać w „Naszym Dzienniku”, ile audycji usłyszeć w Radiu Maryja? Jedno jest pewne: czas zamiatania pod dywan się skończył. A tym w Kościele, którzy jednak chcą zamiatać, należy przypomnieć dwa cytaty z Założyciela tego Kościoła: „Nie ma bowiem nic ukrytego, co by nie wyszło na jaw” (Łk 12,2) i „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J8,32).

fot: Ślub zdjęcie utworzone przez freepic.diller – pl.freepik.com

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Tygodnik Powszechny"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Koniec zamiatania pod dywan”

  1. no cóż pisze:

    Jest to ewidentny atak na KK – a to, że KK na to sobie zasłużył to druga sprawa.

    W innych miejscach pedofilii się nie tropi. Praktycznie wszystkie pokazane przypadki pedofilii miały charakter homoseksualny, dodatkowo fakt, że w przypadku 3 księży mamy do czynienia z agentami SB też jest znamienny.

    KK zamiatał patologię pod dywan, wyciszał sprawy (swoją drogą to dziwne, że często ludzie zgłaszali się tylko do kurii, a nie do prokuratury), ale nie on jeden – inni robią to znacznie skuteczniej, mają większe środki i możliwości urabiania opinii publicznej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz