Jeśli chcesz przeczytać ponownie ten artykuł lub brak Ci teraz czasu aby przeczytać całość, możesz dodać go do swojej listy artykułów. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Zimna wojna na Pacyfiku

Ma powstać nowy świat, alternatywny do tego morskiego, a docelowo potężniejszy, bo Eurazja ma większy potencjał niż Ameryka. Jesteśmy świadkami wielkiej gry

Ma powstać nowy świat, alternatywny do tego morskiego, a docelowo potężniejszy, bo Eurazja ma większy potencjał niż Ameryka. Jesteśmy świadkami wielkiej gry

Stany Zjednoczone na dobre zakotwiczyły się na Pacyfiku, co oznacza, że skutecznie realizują obecnie politykę pivotu. Ta polityka ma trzy wymiary. Po pierwsze: wymiar dyplomatyczny. Amerykanie uczestniczą we wszystkich forach, na których głos zabierają państwa ASEAN (wcześniej, szczególnie w fazie, gdy prowadzili globalną wojnę z terrorem, byli na nich praktycznie nieobecni). Przekonali też Japonię do zawarcia strategicznego sojuszu oraz Filipiny do ponownego wynajęcia im baz morskich i powietrznych. Filipiny są kluczowe dla Morza Południowochińskiego, ponieważ z ich terytorium można dokonać projekcji siły. Podobne kroki Amerykanie podjęli w odniesieniu do Australii. Canberra podpisała zgodę na stacjonowanie amerykańskich żołnierzy na północnym wybrzeżu kontynentu. Siły USA stacjonujące w australijskim porcie Darwin mają łatwy dostęp do archipelagów południowego Pacyfiku, w tym Indonezji, a co za tym idzie – do ważnych morskich szlaków komunikacyjnych. To oznacza, że – co najmniej w wymiarze dyplomatycznym – pivot działa.

W sensie gospodarczym, a jest to drugi wymiar polityki pivotu, Amerykanie również odnoszą pewne sukcesy. Wynegocjowali Partnerstwo Transpacyficzne (TTP) z pominięciem Chin. Ma to przesunąć punkt ciężkości gospodarki z Azji Wschodniej na Pacyfik, który USA jako mocarstwo morskie kontroluje. Co więcej, Amerykanie wynegocjowali takie warunki w TTP, by Chińczycy nigdy do niego nie mogli dołączyć, m.in ze względu na wysokie standardy ochrony prawa patentowego, własności intelektualnej i środowiska oraz wyśrubowanych norm bankowości.

Chińczycy uznali, że obecny system międzynarodowy nie sprzyja ich rozwojowi i że muszą ten system albo rozbić, albo przynajmniej zmienić

Jeśli chodzi o trzeci wymiar pivotu, wymiar wojskowy, Amerykanom idzie znacznie gorzej. Istnieje wprawdzie koncepcja wojny powietrzno-morskiej, która przeszła ostatnio „rebranding”, mający usunąć wszelkie skojarzenia z militarną agresją, i nosi teraz nazwę „Joint Concept for Access and Maneuver in the Global Commons”, czyli JAM-GC (Wspólna koncepcja dla dostępu i manewrowania na wspólnych zasobach świata – red.), jej realizacja okazuje się jednak trudna. Amerykanie przerzucają stopniowo flotę na Pacyfik, ale mają duże problemy z zachowaniem jej zdolności operacyjnej i nie nadążają z remontami okrętów. Dlatego Chińczycy podejmują tak ofensywne działania na Morzu Południowochińskim.

W ramach zaakceptowanej przez prezydenta Baracka Obamę operacji niszczyciel rakietowy USS Lassen przepłynął pod koniec października w odległości poniżej 12 mil morskich od sztucznych wysp usypanych przez Chińczyków nad rafami w archipelagu Spratly na Morzu Południowochińskim. Była to pierwsza z szeregu zapowiadanych przez Waszyngton akcji kwestionujących rozciąganie suwerenności Chin na sztuczne wyspy. Pierwsza, ponieważ niebawem nastąpi kolejna: wzdłuż archipelagu Spratly przepłyną wówczas aż dwa amerykańskie niszczyciele rakietowe. To, kiedy dokładnie to nastąpi, jest utrzymywane w tajemnicy.

Amerykanie twardo egzekwują prawo mocarstwa morskiego, strzegącego wolności mórz i oceanów. Oczywiście ta wolność jest iluzoryczna, bowiem w rzeczywistości chodzi o utrzymanie globalnego handlu morskiego, na którym korzystają USA, gdyż jest on prowadzony na ich warunkach. To rodzi potencjał wybuchu poważnego konfliktu z Chinami. Chińczycy uznali, że obecny system międzynarodowy nie sprzyja ich rozwojowi i że muszą ten system albo rozbić, albo przynajmniej zmienić – Amerykanie zaś nie dają im przestrzeni. Morze Południowochińskie to najważniejszy akwen morski na świecie, przepływa przez nie cały handel morski z Korei Południowej, Tajwanu, Japonii i Chin do Europy i Afryki.

Chińczycy, po tym jak Amerykanie przepłynęli niszczycielem obok archipelagu Spratly, przerzucili eskadrę składającą się z 11 samolotów bojowych na nowo wybudowane lotnisko na Parcelach. Na Morzu Południowochińskim mamy dwie grupy wysp. Na Północy są Parcele, na Południu – Spratly. Amerykanie, płynąc na Spratly, znajdowali się więc daleko od lotnictwa chińskiego, które mogłoby zatopić ich okręt.

Amerykanie robią dokładnie to samo, co Napoleon zrobił z Wielką Brytanią na początku XVIII wieku, narzucając na nią blokadę kontynentalną. Pokazują Chińczykom, że ich bezpieczeństwo zależy od USA. Towary, które Chińczycy eksportują, i surowce, które importują, są zależne od marynarki wojennej Stanów Zjednoczonych. Chińczycy czują się zablokowani w ekspansji morskiej, dlatego muszą ekspandować w ląd, gdzie nie ma Amerykanów. Tak postępują wszystkie państwa rimlandu, czyli wybrzeża kontynentu Eurazji. To dlatego Napoleon najpierw podbił Europę, by następnie zdusić morską potęgę Wielkiej Brytanii. Stąd wziął się pomysł Nowego Jedwabnego Szlaku – lądowego połączenia Chin z Europą – który byłby alternatywą dla korzystania z drogi morskiej. Chiny muszą dalej rosnąć, bo mają ogromne rezerwy produkcyjne i kapitałowe. Uciekają więc w ląd. Firmy chińskie, które mogłyby ekspandować przez morze, będą teraz budować szlak przez Azję Centralną do Europy. Dlatego powstał Azjatycki Bank Inwestycji (AIB), który ma ten projekt sfinansować. Ma powstać nowy świat, alternatywny do tego morskiego, a docelowo potężniejszy, bowiem Eurazja ma większy potencjał niż Ameryka. Jesteśmy świadkami wielkiej gry.

Wraz z tą wielką grą rodzi się jednak potencjał wybuchu poważnego konfliktu. Amerykanie mogą nie czekać, aż Chińczykom uda się zbudować Jedwabny Szlak, i może dojść do przesilenia. Przed chińskim projektem piętrzą się zresztą także problemy natury technicznej. Nie jest tak łatwo budować szlak przez Azję Środkową. Nie wiadomo też, co będzie dalej z gospodarką Chin, która powoli traci impet. Gdy Napoleon podporządkował sobie całą Europę Zachodnią, najpierw Włochy, Niemcy, a potem Austrię, zburzył równowagę na kontynencie. Na końcu zostały tylko Wielka Brytania i Rosja. Zawarły więc sojusz. Zawsze państwo heartlandu (centralnej części Eurazji – red.) wiąże się z dominującym państwem morskim. Taka sama sytuacja powtórzyła się podczas I wojny światowej. Ententa powstała po tym, jak Niemcy zaczęli budować wielką flotę i próbowali wyjść na morza i oceany świata, przez co zagrażali systemowi brytyjskiemu.

Stworzenie nad Wisłą centrum przesyłowego jest przede wszystkim zagrożeniem dla Niemiec, które chciałyby być końcowym punktem szlaku komunikacyjnego

Słabe państwo heartlandowe zawsze sprzymierza się z państwem morskim, by blokować rozwój państwa rimlandowego. To samo wydarzyło się w czasie II wojny światowej, po tym jak Hitler przegrał bitwę o Anglię i nie udało mu się zdusić Albionu. Wielka Brytania natychmiast zawarła sojusz z Sowietami i Niemcy musiały szukać Lebensraumu (przestrzeni życiowej – red.) na Wschodzie oraz podjąć próbę pokonania Moskwy. A Anglosasi zrobili wszystko, co w ich mocy, by do tego nie dopuścić. Wracając do współczesności: to samo zrobią mocarstwa morskie z Rosją, jeśli chiński szlak będzie się budował, a Chiny się wcześniej nie wywrócą. Konfrontacja strategiczna już powoli zamienia się w zimną wojnę amerykańsko-chińską, ta zaś łatwo może się przerodzić w wojnę gorącą. A warto pamiętać, że Chiny są znacznie potężniejsze w relacji do swoich potencjalnych przeciwników, niż były nazistowskie Niemcy czy Związek Sowiecki.

Polska powinna, wzorem poważnych graczy, przygotować się na nadchodzące przewartościowania i przyłączyć się do projektu Jedwabnego Szlaku. Ma w nim bowiem do odegrania ważną – ze względu na geografię – rolę. Szlaki lądowe z Państwa Środka do Europy Zachodniej muszą biec przez Europę Środkowo-Wschodnią, a w szczególności przez nasz kraj. Stworzenie nad Wisłą centrum przesyłowego jest przede wszystkim zagrożeniem dla Niemiec, które chciałyby być końcowym punktem szlaku komunikacyjnego. W tym aspekcie to nam jednak sprzyja geografia. Powinniśmy wykorzystać nasze położenie geopolityczne. Istnieje szansa, że zarobimy na tym, zanim dojdzie do tąpnięcia na Pacyfiku. Należy stworzyć nową koncepcję geopolityczną, która weźmie pod uwagę także rolę Rosji i Niemiec w tej układance.

ekspert ds. geopolityki i strategii, doktor nauk społecznych, obronił doktorat w Polskiej Akademii Nauk na temat sytuacji geostrategicznej Stanów Zjednoczonych i Chin na Zachodnim Pacyfiku i w Eurazji w kontekście amerykańskiej koncepcji wojny powietrzno-morskiej. Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego, adwokat i partner zarządzający w kancelarii adwokackiej zajmującej sie obsługą biznesu. Jest członkiem Rady Budowy Okrętów, współpracownikiem amerykańskich ośrodków analitycznych zajmujących się geopolityką, bezpieczeństwem oraz konfliktami zbrojnymi, w tym planowaniem przyszłości i przyszłych zamówień wojskowych. Zajmuje się analityką związaną z bezpieczeństwem narodowym oraz sprawami międzynarodowymi; na powyższe tematy publikuje i wypowiada się w mediach. W szczególności interesuje się polityką bezpieczeństwa USA oraz rywalizacji największych mocarstw, w tym kwestiami bezpieczeństwa na Zachodnim Pacyfiku i w Azji.

Komentarze

10 odpowiedzi na “Zimna wojna na Pacyfiku”

  1. MarianJ pisze:

    Odnośnie ostatniego zdania: “Należy stworzyć nową koncepcję geopolityczną, która weźmie pod uwagę także rolę Rosji i Niemiec w tej układance.” – czy chodzi o formułę typu: “Współpracować w ramach jedwabnego szlaku i jednocześnie twardo bronić swojej uprzywilejowanej w nim pozycji?” Zatem, czy miałyby sens “nowe otwarcia” z Berlinem i Moskwa – ale pragmatyczne – tj. na gruncie ekonomicznym, podparte namaszczeniem Polski przez Chiny jako europejskiego lidera grupy “16+1”? Czy to otwarcie miałoby mieć także dalszy sens polityczny? – np. deklarowanej współpracy w imię budowania stabilizacji i deeskalacji? Czy wreszcie “clou” całej sprawy nie powinna być intensyfikacja stosunków z Mińskiem ? – oczywiście na bazie budowania jedwabnego szlaku? A docelowo – czy Polska nie powinna zawiązać z Mińskiem współpracy także politycznej i wojskowej, z Chinami jako stroną we wspólnych ćwiczeniach wojskowych? Czy Polska nie powinna na początku dołączyć do rozwoju białorusko-chińskich systemów Polonez i Bocian? Czy tego rodzaju postępowanie – z poparciem Chin – nie mogłoby zneutralizować obecnego wciągania Mińska w orbitę Moskwy? I z drugiej strony – czy Polska zyskałaby w ten sposób “wolne pole” i alternatywę względem obecnego “bezalternatywnego” sojuszu z USA, skazującego nas na bycie niesuwerennym pionkiem?

  2. Janek pisze:

    Islam na zachodzie z zepsutymi autochtonami, ale wciąż solidnymi Niemcami i Rosja na wschodzie – czyli odwieczne zagrożenia dla naszej suwerenności i potencjalnego rozwoju/dobrobytu. Podzielam koncepcję ocieplania stosunków z Białorusią i mocniejszego zaangażowania gospodarczego w tej nowej koncepcji porządku świata. Jednak stroniłbym od pochopnych i zależnych od kadencji rządu posunięć jak rozwijanie wspólnych programów wojskowych z geopolitycznie “egzotycznymi” państwami. Jesteśmy w NATO i na razie się pod tym względem nie wychylajmy, ale jednocześnie stawiajmy na własny potencjał i rzućmy rękawice nowemu wyzwaniu, objęcie moralnego, gospodarczego i militarnego lidera w Europie środkowej, a kto wie może za sprawą chińskich inwestycji i zawieruchy wywołanej przez islamistów na zachodzie uda nam się prześcignąć Niemcy, Francję i Wielką Brytanię.

  3. MarianJ pisze:

    Panie Janku – nie po to sojusz z Białorusią, by “sojusz dla sojuszu”, lub by przeciw komuś wojować, ale żeby zachować bufor, dzięki któremu obecnie Obwód Kaliningradzki jest odosobnionym kotłem w beznadziejnej sytuacji strategicznej. Koszt alternatywny “nic nierobienia” to długa granica białoruska obsadzona przez rosyjskie dywizje świeżo reaktywowanej [i to właśnie w Zachodnim Okręgu Wojskowym] 1 Armii Uderzeniowej i sama Białoruś jako podstawa wyjściowa do klasycznego zmasowanego ataku sił pancernych i zmechanizowanych, w czym Rosja czuje się najlepiej. Ataku najbardziej dogodnego dla Rosji – na Nizinę Środkowoeuropejską, bo niestety pozycja Polski jest pod tym względem fatalna jako trasa dla agresorów ze Wschodu czy Zachodu. Wtedy – tj. po przejęciu Białorusi – Kaliningrad stanie się dodatkowym zagrożeniem i oskrzydleniem – jego rola zupełnie się zmieni. Dlatego trzeba za wszelką cenę wyrwać Rosji Białoruś lub przynajmniej maksymalnie opóźnić jej przejęcie. W tym względzie wg mojej oceny aktywna polityka Warszawy wobec Mińska jest dużo ważniejsza od polityki względem Kijowa – bo ten ma pewne wsparcie USA, także militarne, a przede wszystkim sytuacja na Ukrainie jest jest w kontrze wobec Rosji. Zajęcie Ukrainy to byłby drugi partyzancki asymetryczny Afganistan dla Rosji. Natomiast Białoruś – o, tu gorzej – bo może być przejęta “pokojowo”, w ramach coraz bardziej forsowanego promowania “ruskiego mira”, i wtedy prócz dywizji rosyjskich bazujących na przyjaznym im terytorium, zagrożeniem dla Polski staną się także dywizje białoruskie.

  4. MarianJ pisze:

    Kontynuując linie rozumowania: Formuła budowy “nowego jedwabnego szlaku” w ramach 16+1 daje dobry powód dla zaangażowania się Polski w Białoruś – pod chińskim parasolem, wobec którego Kreml jest bezradny, ponieważ cały czas deklaruje głośno przyjaźń rosyjsko-chińską. Skoro możemy zawiązywać sojusz ze Szwecją, która w NATO nie jest, to i z Białorusią też możemy – i to pod chwytliwym i trudnym do odparcia przez Krem – hasłem stabilizacji i otwarcia na Wschód. A co do ćwiczeń wojskowych z Białorusią, ale i z wojskami Chińskimi – obiekcje Waszyngtonu można skontrować wskazaniem wspólnych ćwiczeń USA z Chinami – jak deklarują: “w ramach współpracy i rozwoju kontaktów oraz wzrostu transparentnych relacji”. Zajęcie Białorusi byłoby również dużym krokiem naprzód dla finlandyzacji Polski i realizacji projektu Mitteleuropa, do którego Putin kusi non-stop Merkel. O sojuszach decyduje pragmatyczna konieczność, zysk i koszt alternatywny ich zaniechania i cały SWOT w układzie koszt-efekt – nie ma czegoś takiego, jak sojusze “egzotyczne” – zwłaszcza w zglobalizowanym świecie. Najwyżej są sojusze bezsensowne lub niepotrzebne – ten na pewno taki nie jest.

  5. MarianJ pisze:

    W poprzednim wpisie zdanie dla jasności powinno brzmieć: “Zajęcie Białorusi PRZEZ ROSJĘ byłoby również dużym krokiem naprzód dla finlandyzacji Polski […].”
    Rzecz osobna względem neutralizacji Obwodu Kaliningradzkiego jako bazy Iskanderów – proponowałbym nawiązanie dla planu Rapackiego strefy bezatomowej w Europie – oczywiście w Europie Środkowej. W kontrze do oskarżeń Kremla o agresywne zamiary NATO – Polska zaproponowałaby krok ku deeskalacji i stabilizacji. Polska, która może uczestniczyć w natowskim programie “nuclear sharing”, zaproponowałaby wtedy krok z tą strefą bezatomową, który stawiałby Rosję w bardzo kłopotliwej sytuacji, bo odrzucenie oznaczałoby przyznanie się do agresywnych planów Kremla. W takim układzie program antyrakietowy “Wisła” – JEŻELI JUŻ MIAŁBY BYĆ REALIZOWANY – miałby sens DOPIERO PO ogłoszeniu strefy bezatomowej i odrzuceniu przez Kreml tej propozycji. Natomiast przyjęcie naszej propozycji strefy bezatomowej oznaczałoby zwycięstwo bez jednego strzału i anulowanie kosztownego programu antyrakietowego, który zresztą przy nasyceniu ataku rakietowego przez Rosjan, byłby w stanie obronić najwyżej pojedyncze cele punktowe – przynajmniej wg obecnych założeń “Wisły”. Dla realnej obrony pełnoobszarowej należałoby zastosować przynajmniej kilkaset, może tysiąc rakiet klasy SM-IIA, co w naszych warunkach jest raczej nierealne kosztowo, pomijając kwestię zgody USA na taki projekt. Warto podkreślić, że samo postawienie tego projektu przez Polskę Rosji nadawałoby zupełnie inny sens roli Polski – nie jako junior-partnera uwieszonego ślepo klamki i interesów USA, ale jako samodzielnego i odpowiedzialnego partnera odpowiadającego konstruktywnie i samodzielnie na głośno artykułowane “lęki” Rosji przed NATO. Sama dyskusja na forum międzynarodowym i zabiegi o poparcie UE i Berlina, stawiałyby wszystkich z Kremlem na czele w niezręcznej sytuacji – Polska jako “wybawiciel”, oni – w razie “NIE” – jako “negatywni bohaterowie” i szkodnicy. Berlin można zapytać – “czy dalej chcecie szantażu Iskanderami? – które zresztą zasięgiem obejmują Berlin?”. Francję i Brukselę, ale i Londyn i Waszyngton można zapytać: “czy postanowienia w Mińsku cokolwiek rozwiązały z szantażem Moskwy z Kaliningradu?”. Na pewno opinia Pekinu w tej sprawie – jeżeli byłaby udzielona, rzecz jasna – to z racji budowy “jedwabnego szlaku” i budowy “16+1” – byłaby w mojej ocenie za ta strefą, niż przeciw niej. Sama dyskusja o “za i przeciw” i przegląd sytuacji byłby nader cenny politycznie wobec opinii światowej – ponieważ do powszechnej świadomości wyszłaby rażąca asymetria państw Europy Środkowej – pozbawionych i broni jądrowej i antyrakiet, wobec zmasowanych środków uderzenia jądrowego – strategicznych i taktycznych, oraz pułków antyrakiet Rosji. Na pewno problemem byłyby amerykańskie bazy pocisków SM-IB i SM-IIA w Rumunii i Polsce – ale tu rola rządu polskiego i ew, rumuńskiego polegałaby na pokerowej deklaracji wypowiedzenia tych baz – które i tak mają charakter bardziej propagandowy, niż realny, bo niczego w istocie nie obronią, może prócz własnych stanowisk i ewentualnie zestrzelą jakieś pojedyncze pociski – jeżeli amerykańska obsługa dostanie taki rozkaz – rzecz dyskusyjna wobec wątpliwej wiarygodności USA wobec Polski.

  6. MarianJ pisze:

    Dopełniając sprawy: obecne starania Polski o udział w “nuclear sharing” można by wykorzystać jako atut przetargowy postawienia wyboru z deklaracja dobrej woli – albo strefa bezatomowa Europy Środkowej – albo w razie odmowy Kremla – wchodzimy na całego [BO NAS ZMUSILIŚCIE] w posiadanie atomowego odstraszania i jednocześnie w “Wisłę” . Osobna rzecz, że program “nuclear sharing” powinien być wpierw doprowadzony do końca – wtedy jest z czego zrezygnować za godziwą “opłatą” ustępstw drugiej strony. Swoją drogą na wzór Turcji, do “Wisły” – w fazie ofertowej – warto by dopuścić Chiny. To bardzo by zmieszało Kreml – nie miałby jak przedstawić Polski jako “pachołka Waszyngtonu” . Przy czym zagrywkę: “ogłaszamy Wisłę – mamy oferty włącznie z chińską – dopiero wtedy proponujemy budowę strefy bezatomowej – rezygnujemy z Wisły w razie korzystnego “TAK” ” – należałoby rozegrać w uprzednim porozumieniu z Chinami, aby były wręcz animatorem sekwencji zdarzeń, nie zaś “wykorzystanym sojusznikiem” – bo utrata zaufania Chin dla Polski byłaby strzałem w kolano.

  7. Muszę wiedzieć pisze:

    Mam pytanie do autora tekstu, pana Jacka Bartosiaka, względnie do uważanych słuchaczy jego wykładów: Czy dobrze rozumiem, że z obecnie zmieniających się uwarunkowań geopolitycznych wynika, że rozsądne z punktu widzenia polskiej racji stanu oraz potencjalnie korzystne dla naszych finansów jest poważne myślenie o zwróceniu się na wschód, w kierunku lądu, zamiast dotychczasowego usilnego dążenia w kierunku zachodnim (związanym z morzem)? Czy z tego wynika, że może powinniśmy również rozważać (dla dobra naszej racji stanu i zasobności), odejście od demokracji (sprawdzającej się w krajach ukierunkowanych na morze) bardziej w kierunku systemu dyktatorskiego (typowego dla krajów położonych wewnatrz kontynentu)? Czy jest to możliwe do pogodzenia z naszą, polską naturą, czy może powinniśmy zacząć rozglądać się za jakąś nową ojczyzną, której położenie geopolityczne w wiekszym stopniu przystawałoby do naszego temperamentu?

  8. JANEK pisze:

    W TYM ARTYKULE, PATRZYMY NA CHINY JAKO NA SŁABSZĄ STRONĘ. A TO MOIM ZDANIEM JEST BŁĄD.
    PO PIERWSZE, UNIA EUROPEJSKA ZUPEŁNIE SIĘ NIE LICZY W ROZGRYWCE ŚWIATOWEJ, PRZYKŁADEM JEST SYRIA.
    PO DRUGIE, SYTUACJA GOSPODARCZA USA JEST TRAGICZNA I PYTANIE CZY ICH STAĆ NA COKOLWIEK. BUDŻET USA: DOCHODY 3,5 BLN USD A WYDATKI 4 BLN USD (ZAŁÓŻMY, ŻE SĄ PRAWDZIWE, OPTYMISTYCZNIE), REALNE ZADŁUŻENIE FEDERALNE TO 20 BLN USD, JEŻELI BĘDĄ MUSIELI ZAPŁACIĆ TYLKO 5% OD DŁUGU TO BUDŻET MUSI WYŁOŻYĆ 1 BLN USD (TO I TAK NISKI PROCENT, REALNA INFLACJA JEST OKOŁO 10%). TO JEST REALNA KATASTROFA A DANE SĄ BARDZO OPTYMISTYCZNE.
    GIEŁDA AMERYKAŃSKA JEST NAPOMPOWANA NA MAKSA, JAK PRZYJDZIE KRACH, KTÓRY JEST W PRZEDPOKOJU (WYSTARCZY PRZEŚLEDZIĆ MARŻE NA WIELKICH INDEKSACH GIEŁDOWYCH) TO CAŁE BOGACTWO WYPARUJE (EMERYTURY NP. WOJSKOWE). RUSZY INFLACJA PONIEWAŻ FED JAK WŚCIEKŁY BĘDZIE DRUKOWAŁ DOLARY. KOŃCEM ZABAWY BIEDZIE JAK DOWIEMY SIĘ, ŻE RZĄD USA SPRZEDAJE BEZPOŚREDNIO FED-OWI.

  9. cimber pisze:

    Sugeruje Pan że Rosja prędzej czy później sprzymierzy się z Ameryką (zapewne częściowo naszym kosztem) przeciw Chinom. Z kolei Niemcom zależy na sukcesie jedwabnego szlaku, dlatego będą grać na zwłokę, a w razie eskalacji konfliktu zachowają “Życzliwą neutralność” względem tego, kto da więcej.

    Czy nie jest tak, że Rosja nie chce się tylko osłonić się przed inwazją z rimlandu, ale marzy się jej bycie centrum. I to nie vice centrum.
    Czy nie można się spodziewać, że w miarę narastania konfliktu, wiązania się sił amerykańskich i chińskich na pacyfiku, coraz bardziej będziemy obserwować powstawanie na początku “wspólnego rynku od Lizbony do Władywostoku”, potem unii politycznej na kształt obecnej UE z dominującym duetem niemiecko-rosyjskim?
    Taki twór byłby w stanie zapewnić zarówno bezpieczeństwo jak i rozwój wszystkim tym, którzy są zbyt silni by przeciwstawić się jego powstaniu, (Polski tu niestety nie widzę..).
    Taki pomysł chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu, i byłbym wdzięczny za ustosunkowanie się do niego.

  10. arnik pisze:

    “Amerykanie robią dokładnie to samo, co Napoleon zrobił z Wielką Brytanią na początku XVIII wieku, narzucając na nią blokadę kontynentalną”.
    Chyba na początku wieku XIX ??

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz