Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Przeciw geopolityce

By uniknąć losu marksistów, geopolitycy muszą w swoim myśleniu zaprzestać popełniania „grzechów” ciężkich: od pychy począwszy, przez determinizm, uniwersalizm, redukcjonizm, na sekciarstwie skończywszy

Geopolityka, wnosząc powiew intelektualnej świeżości, przebojem weszła do głównego nurtu polskiej opinii publicznej. Zdobywając serca i umysły wielu, stała się fenomenem społecznym ostatnich lat. Nastąpił jednak „zawrót głowy od sukcesów”. Dlatego najwyższy czas na otrzeźwienie. Inaczej geopolityka stanie się niczym marksizm-leninizm albo neoliberalizm: martwą ideologią nietłumaczącą rzeczywistości.

Koncepcja ta uczyniła dużo dobrego, przyczyniając się do uświadomienia, że narracja spod znaku „końca historii” jest już nieaktualna. To naiwne i niemądre przekonanie wyrządziło wiele szkód interesom RP, gdyż demokracja i prawa człowieka to – parafrazując słowa Gandhiego o cywilizacji zachodniej – dobry pomysł, lecz kierowanie się jedynie ich obroną w polityce to samobójstwo, szczególnie dla kraju tak położonego jak Polska i mającego takich sąsiadów. Geopolityka wyautowała tę narrację – i jest to jej wielka zasługa.

Kilka lat temu przeżyłem ukąszenie geopolityką. Ale już mi przeszło

Potem jednak nastąpiło coś niepokojącego. Geopolityka, zdobywając szerokie poparcie społeczne, stała się celem w samym w sobie, swoistym intelektualnym perpetuum mobile: dziś wszystko można wytłumaczyć geopolityką. Każde zdarzenie polityczne jest interpretowane i analizowane przez pryzmat geopolityki. Stała się ona synonimem „polityki międzynarodowej”. Tajemniczo brzmiące hasła jak Heartland stały się natomiast magicznymi zaklęciami, mającymi zmieniać rzeczywistość.

Mnie też zaraziło. Kilka lat temu przeżyłem ukąszenie geopolityką. Ale już mi przeszło. Doczytałem i straciłem złudzenia. Teraz spróbuję przekonać innych. Zrobię tak, mimo iż wśród najważniejszych geopolityków w tym kraju są moi koledzy. Jednak, parafrazując Arystotelesa, przyjaciele mi bliscy, ale prawda bliższa.

Geopolityk jak student

To będzie tekst ideowy. Publicystyczny, a nie naukowy. W jego pierwszej części rozprawię się z „ojcami założycielami” geopolityki, by wykazać ograniczenia intelektualne tej perspektywy. W drugiej natomiast – ostrzejszej, bardziej polemicznej, stricte nastawionej na Polskę – cytatów z geopolitycznych tekstów będzie mniej; celowo – by uniknąć skojarzeń, mogących odwrócić uwagę od istoty tego tekstu: rozprawienia się z ideami, a nie z głoszącymi je osobami. Zamiast tego będzie natomiast uogólniona próba syntezy pewnej postawy, charakteryzującej wielu, chyba większość (choć na pewno nie wszystkich!) geopolityków. Wywiedziona z trzech lat lektur geopolitycznych książek, artykułów, prac studenckich i tekstów na forach internetowych oraz niezliczonych dyskusji. Wiem, co ryzykuję: poprzednie próby, mniej lub bardziej udane, przemówienia geopolitykom do rozsądku kończyły się z ich strony reakcją histeryczną. Krytycy byli oskarżani o głupotę, prywatę, a nawet agenturalność. Spróbuję jednak, bo uważam, że jest to postawa lepsza od tej prezentowanej przez wielu moich kolegów z akademii, odpowiadających na geopolityczne wyzwanie pogardą (przejawiającą się hasłami typu „geopolityk jest jak student I roku stosunków międzynarodowych, co przerobił już geopolitykę i myśli, że wie wszystko; ale przed nim jeszcze cztery lata studiów” albo „XY – tu proszę wstawić nazwisko geopolitycznego guru – jest jak Korwin-Mikke, z tego się wyrasta”). Pogarda bowiem zazwyczaj działa w sposób odwrotny do zamierzonego: zamiast przekonać, odrzuca. A właśnie przekonywać trzeba. I to teraz, gdy geopolityka jest u szczytu popularności. Jedynie głos rozsądku może sprawić, że uda się uratować to, co w geopolityce cenne, a odrzucić przesadę. Inaczej za kilka lat na geopolityków patrzeć będziemy tak jak dziś na peerelowskich weteranów marksizmu-leninizmu: ze współczuciem w najlepszym wypadku, z politowaniem w najgorszym.

Jedynie głos rozsądku może sprawić, że uda się uratować, to co w geopolityce cenne, a odrzucić przesadę

By uniknąć tego losu, geopolitycy muszą w swoim myśleniu zaprzestać popełniania „grzechów” ciężkich: od pychy począwszy, przez determinizm, uniwersalizm, redukcjonizm, a na sekciarstwie skończywszy. Rzecz jasna, nie każdy geopolityk ma na sumieniu wszystkie te grzechy – powtarzam: to co robię, to pewne uogólnienie, a w każdej generalizacji można znaleźć wyjątki – ale każdy z tych grzechów powoduje ryzyko błędu w analizowaniu rzeczywistości.

Grzech pierworodny

Grzechem pierworodnym geopolityki – który powoduje wszystkie pozostałe grzechy – jest pewna postawa filozoficzna. Przekonanie, że za pomocą geopolityki można wyjaśnić świat i zachodzące w nim procesy. W języku geopolityków odzwierciedla się to w takich hasłach jak „odwieczne prawa geopolityki”, „żelazne prawa geopolityki”, czy „obiektywne prawa geopolityki”. Geopolitycy wierzą – bo to zaiste wyłącznie wiara jest – że dzięki znajomości reguł sformułowanych przez Mackindera i spółkę, a przedstawionych jako prawa naturalne geografii, mogą obiektywnie wyjaśnić procesy społeczne na świecie. Problem w tym, że właśnie nie mogą.

Ta postawa filozoficzna geopolityków nie jest nowa. Swoimi korzeniami sięga „fizyki społecznej” Comte’a. Wierzył on, że zjawiska społeczne można obiektywnie zbadać i wyjaśnić tak jak przyrodnicze, które miał za wzór. By to zrobić, trzeba je badać podobnymi metodami i powoli zbliżać się do ideału wyjaśnienia przez naukę wszystkiego. Ta optymistyczna postawa została nazwana pozytywizmem. Problem polega na tym, że to było ponad 150 lat temu. Od tego czasu wiele się zmieniło. Przede wszystkim upadło przekonanie, że nauki społeczne mogą w pełni wyjaśnić rzeczywistość. Najwięksi optymiści zakładają, że da się to zrobić tylko w jakiejś części. Fachowo nazywa się to śmiercią idei teorii ogólnej (wyjaśniającej wszystko) i skupienie się tylko na teoriach średniego rzędu/zasięgu. Nauki przyrodnicze, ścisłe – tak, mogą sporo wyjaśnić (choć i tak wciąż wiele przed nimi)! Lecz nie społeczne, bo człowiek (wraz ze swymi wytworami) jest istotą zbyt skomplikowaną i zbyt nieprzewidywalną, by można go było do końca zbadać. Po prostu od czasów Comte’a naukowcy spokornieli. Wiedzą już, że narzędzia ich poznania są niedokładne i ograniczone. Da się coś zbadać i wyjaśnić – ale nigdy w całości. W najbardziej przystępny sposób zilustrował ten problem Popper. Przyrównując teorię (teoria w nauce to nie przeciwieństwo praktyki, jak w codziennym użyciu, lecz system wiedzy wyjaśniającej) do reflektora w ciemnym pokoju. Dzięki niemu możemy coś oświetlić i zobaczyć jakąś część, ale nie cały pokój. A jeśli będziemy próbowali ogarnąć całość, to rozbijemy sobie głowę o szafę.

Geopolityka nie jest obiektywną nauką, która niby odkryła odwieczne prawa, lecz powstałą w specyficznym momencie (przełom XIX i XX w.), opartą o darwinizm społeczny ideologią, mającą legitymizować imperializm europejski

Ta ważna refleksja filozoficzna niestety do wyznawców geopolityki – raczej ideologii niż nauki, na pewno zaś społecznej, choć kryjącej się za geografią i przez to udającej obiektywizm nauk przyrodniczych – nie dotarła. Geopolitycy albo nie znają, albo ignorują głosy krytyczne z lat 70. (i późniejsze) i udają, jakby tych ataków w ogóle nie było. W efekcie wielu geopolityków funkcjonuje w zdezaktualizowanym o dobre kilkadziesiąt lat przekonaniu, że dzięki geopolityce mogą wyjaśnić procesy społeczne (a więc i polityczne).

 To nie nauka obiektywna

Ta ignorancja powoduje właśnie u akademików stykających się z pewnymi siebie geopolitykami postawę będącą krzyżówką bezradności i pogardy. No bo jak grzecznie powiedzieć komuś takiemu: „O ograniczeniach nauk społecznych powinieneś już wiedzieć po liceum”! Tę bezradność połączoną z pogardą u badaczy społecznych, mających do czynienia z geopolitykami, można do pewnego stopnia przyrównać do tego co czuje historyk, gdy spotyka się z turbosłowianami (miłośnikami Wielkiej Lechii), lekarz z antyszczepionkowcami czy astronom z miłośnikami tez o płaskości Ziemi.

Ponieważ jednak pogarda i bezradność są mocno niekonstruktywne, postanowiłem wykazać, że to, co twierdzi geopolityka, nie jest obiektywne, lecz właśnie subiektywne. Że nie wolno geopolityki traktować jako prawdy obiektywnej, tylko trzeba wiedzieć, skąd się wywodzi i co sobą reprezentuje. Mieć świadomość, co się głosi. Idę tutaj śladami Gearóida Ó Tuathaila, który sformułował najważniejszą krytykę „ojców geopolityki” (z jego książki „Critical Geopolitics. The Politics of Writing Global Space” pochodzą cytaty użyte w tym artykule, chyba że zaznaczyłem inaczej), dekonstruując idee Mackindera i spółki. Streścić to można jednym zdaniem: geopolityka to nie prawda obiektywna, choć taką udaje, tylko narracja. Może nawet, za Lyotardem, „wielka narracja” – wszak mają rozmach! – ale wciąż tylko narracja.

Mackinder oferował „uspołeczniony prymitywizm, intelektualizm zbudowany na antyintelektualizmie”

Geopolityka nie jest obiektywną nauką, która niby odkryła odwieczne prawa, lecz powstałą w specyficznym momencie (przełom XIX i XX w.), opartą o darwinizm społeczny ideologią, mającą legitymizować imperializm europejski. Narodziła się jako intelektualne uprawomocnienie dominacji anglosaskiej. Była też bardzo lubiana w nazistowskich Niemczech, a po wojnie – w RPA i Ameryce Południowej (profesorem geopolityki był m.in. Pinochet). W świecie zachodnim niepopularna po II WŚ, powróciła po kryzysie ekonomicznym 2008 r. Jest więc intelektualnie „odgrzewanym kotletem”. Z Zachodu przywędrowała do nas. Jej niezwykła popularność w Polsce jest po prostu odblaskiem pewnej tendencji światowej.

Geopolityczni „bogowie”

Twórca geopolityki, Halford Mackinder, to nie jakiś półboski guru, lecz konserwatywny (choć z partii liberalnej) zwolennik modernizacji Imperium Brytyjskiego, umocowany w specyficznym momencie kryzysu po wojnie burskiej. Chciał je reformować, by utrwalić jego panowanie, mimo pojawiających się wyzwań. Motto Mackindera brzmiało: „trzeba sprawić, by nasi ludzie myśleli imperialnie”. To w „geografii” – tak określał swoją ideologię nazwaną później geopolityką (tego słowa ponoć nie lubił, co jest zrozumiałe, bo utrudniało zawłaszczenie geografii na potrzeby jego wizji) – widział siłę mogącą odnowić Imperium Brytyjskie. Nie był dążącym do obiektywizmu naukowcem, tylko politykiem (przez 12 lat nawet posłem), konkretnie – społecznym imperialistą. Dlatego geografia nie była dla niego „zbiorem bezwartościowych informacji”, lecz miała służyć kształceniu umysłów imperialnych kadr. W tym celu m.in. pisał podręczniki szkolne. Dlatego odrzucał podejście naukowe na rzecz Roussowskich złudzeń o „powrocie do natury” (natura jest dobra, a kultura zła, im ktoś bliżej tej pierwszej, tym jest lepszy). Podopieczni Mackindera mieli patrzeć na świat „oczami dzieci i dzikusów”. W efekcie Mackinder oferował „uspołeczniony prymitywizm, intelektualizm zbudowany na antyintelektualizmie”. Co gorsza, z nieusuwalną ironią: Mackinderowska ideologia miała służyć „zbudowaniu rasy panów, zdolnej do władania światem, a jednocześnie mieli oni patrzeć na ten świat jak dzikusy” (którymi władali) – „zbawienie Imperium Brytyjskiego wymagało więc wrażliwości (podbitego) dzikusa”. Fundamentalny problem z tą postawą jest więc nie tylko etyczny (to wszak kolonialny rasizm czystej wody), lecz przede wszystkim epistemologiczny (poznawczy). Opiera się ona na roussoizmie: dawno odrzuconym, XVIII-wiecznym sentymentalnym złudzeniu, że można poznać naturę „taką jaką ona jest”. Gdy więc Mackinder wprowadzał swoje Heartlandy i szeregował świat na zony w eseju “The Geographical Pivot of History”, dającym początek geopolityce, to nie był to obiektywny opis rzeczywistości, lecz Mackinderowska konstrukcja tejże rzeczywistości. To nie deskrypcja świata takiego, jaki jest, tylko takiego, jaki ma być – „normatywną, imperialistyczna agenda polityczna”. Chodziło o to, by poprzez takie przedstawienie i ułożenie świata (złudzenie obiektywizmu, neutralności i racjonalności geografii) służyć interesom Imperium Brytyjskiego.

Abstrahując od tego, że geografię można ludzkimi rękoma zmienić – budując Kanał Sueski czy niszcząc Jezioro Aralskie na przykład – to jest ona jako nauka pewną konwencją, konstruktem społecznym

Za Mackinderem poszli inni. Bismarckowski darwinista, Friedrich Ratzel przyrównywał państwa do organizmów. Twierdził, że by rosnąć potrzebują one – uwaga! – Lebensraum, „przestrzeni życiowej” (to on wprowadził ten termin). Najpierw poszukiwał jej dla Niemiec w Afryce, a następnie w Mitteleuropie (czyli u nas). To prace Ratzla w największym stopniu przyczyniły się do nadania III Rzeszy aury quasi-naukowości legitymizującej jej podboje. Alfred Mahan, kolejny darwinista, tyle, że amerykański. Do tego rasista i imperialista (wierzył w „żółte zagrożenie” i biologiczną hierarchię narodów z Anglosasami na szczycie, głosił „brzemię białego człowieka”), a gorsza – nawiedzony plagiator (twierdził, że w trakcie pisania otrzymał boskie objawienie, a rzeczywistości swą najważniejszą tezę podkradł koledze z akademii Annapolis). Pisząc o tym, że kontrola mórz ma decydujące znaczenie dla losu państwa, legitymizował interesy militarystów amerykańskich, takich jak Theodore Roosevelt, chcących rozbudowywać flotę. To Mahan wprowadził pseudonaukowe rozróżnienie na niezmienną strategię (odwieczny „porządek rzeczy”) i zmienną, dostosowaną do niej taktykę, co nie jest obiektywnym opisem rzeczywistości, tylko jego wizją tejże. To on wreszcie, dzięki swym nadzwyczajnym talentom PR-owskim, stał się prototypem medialnego „eksperta ds. geopolityki”, wymądrzającego się na każdy temat. Kolejny przykład: Rudolf Kjellen, szwedzki nacjonalista (nieskutecznie blokował niepodległościowe aspiracje Norwegii). Chętniej go wszakże słuchano w Niemczech, ponieważ wielbił II Rzeszę i w 1915 r. przepowiadał jej zwycięstwo w I WŚ (mające być triumfem porządku nad wolnościowymi ideałami Rewolucji Francuskiej). To Kjellen, rozwijając idee Ratzla, wprowadził termin „geopolityka” (pierwsze użycie: 1899). Objaśniał go porównaniami do nauk przyrodniczych (stąd są te wszystkie zdania o „naturalnych” i „organicznych” rzekomo cechach w geopolitycznym dyskursie). Oraz – wzorując się na klasyfikacji Linneusza – uszeregował państwa na wyższe i niższe. Dalej, szczególny typ: Karl Haushofer, niemiecki generał z I WŚ, który na emeryturze został geopolitykiem. Nienawidząc traktatu wersalskiego, polubił nazistów. Mentorował Rudolfowi Hessowi i doradzał Hitlerowi („przestrzeń życiowa” na Wschodzie). Do czasu: podobało mu się Monachium i pakt Ribbentrop-Mołotow, ale Operacja Barbarossa już nie. Po ucieczce Hessa popadł w niełaskę, a po wojennej klęsce popełnił samobójstwo. Chociaż skala jego wpływu na Hitlera jest dyskusyjna (obecnie przyjmuje się, że spora do końca lat 30-tych, a potem malejąca), to sam fakt pozostaje bezsporny. Zaś owo nazistowskie uwikłanie geopolityki jest do dziś ulubionym ideologicznym orężem jej wrogów. Nie piszę tego, by automatycznie wiązać geopolitykę z faszyzmem – daleki jestem od prymitywnej nadwiślańskiej erystyki wyzywającej od nazistów każdego stojącego na prawo od liberalno-lewicowego mainstreamu – a jednak patrząc na dehumanizacyjne cechy geopolityki, przypomina mi się przestroga, którą przekazywano mi na studiach: „dbaj, jakiemu księciu służysz”.

Geografia to konstrukt społeczny

Wreszcie Nicholas Spykman, ten od Rimlandu. Holenderski emigrant do USA, za młodu był wilsonowskim idealistą. Szybko się wyleczył i – za pieniądze Fundacji Rockefellera – został heroldem amerykańskiego neokolonializmu i imperializmu. To jemu zawdzięczamy dalszą absolutyzację geografii. Najlepiej wyrażającą się w sformułowaniu „geografia nie dyskutuje, ona po prostu jest”. Na niej zbudował binarne przeciwieństwa stałej, niezmiennej, koniecznej natury, niezależnej od ludzkich przekonań i postaw. Oraz nadbudowanej na niej sfery działań ludzkich. Sam ilustrował to tezą tyleż błyskotliwą – „ministrowie przychodzą i odchodzą, nawet dyktatorzy umierają, ale pasma górskie stoją nieniepokojone” – co merytorycznie błędną (pasma górskie przecież nie stoją w miejscu, tylko podlegają erozji, osadzaniu się itp.; jasne, że geografia jest trwalsza od działań ludzkich, ale nie jest stała i niezmienna). Spykmanowskie uproszczenie brzmi jednak zdroworozsądkowo i przekonująco – to pewnie dlatego jest przez geopolityków przyjmowane a priori jako dogmat. Tymczasem abstrahując od tego, że geografię można ludzkimi rękoma zmienić – budując Kanał Sueski czy niszcząc Jezioro Aralskie na przykład – to jest ona jako nauka pewną konwencją, konstruktem społecznym. Badane przez geografię obiekty (rzeki, góry, wyspy itp.), cechy (wielkość, położenie, klimat, itp.) czy koncepcje (Zachód, Wschód, itp.) są opisywane społecznie skonstruowanymi znakami. Umownym systemem kodyfikacji, osadzonym w europejskim systemie symbolicznym. Mapa jest systemem znaków, które musimy umieć rozpoznać. Wygląd mapy jest więc rezultatem konwencji, które się zmieniają. Inaczej wyglądały średniowieczne mapy, inaczej przedkolonialne mapy buddyjskie, a i za kilkaset lat mapy mogą nie przypominać dzisiejszych. Skoro zaś geografia jako nauka jest konstruktem społecznym, to jest i w nieunikniony sposób umocowana politycznie. Nie jest niewinna. Po foucaldowsku mówiąc: geografia jako dyskurs jest formą wiedzy i władzy. Współcześnie nam znana geografia trafiła do szkół po raz pierwszy w II Rzeszy Niemieckiej w 1874 r. po to, by ujednolicić, scalić pruskie zdobycze terytorialne (takie jak Wielkopolska na przykład) w umysłach poddanych. Zmapowanie w dziejach zaś nie tylko służyło imperialnym podbojom. Wyznaczyło wielu postkolonialnym krajom granice (niektóre nowoczesne państwa, jak Tajlandię, wręcz stworzyło). Przede wszystkim zaś doprowadziło do unifikacji, centralizacji i zmniejszenia regionalnych różnic pod dyktando centralnych ośrodków władzy. Trudno się potem dziwić Irlandczykom, że skrócili o głowę pierwszego kartografa Zielonej Wyspy (na służbie brytyjskiej), Richarda Bartletta, mimo, że rysował piękne mapy. Wiedzieli, co robią: nie chcieli zostać „odkryci”. Czyli – podbici.

Geopolityka po pierwsze sama klasyfikuje geografię po swojemu (te wszystkie geopolityczne Heartlandy, Rimlandy, Wyspy Świata itp. są przecież klasyfikującymi kategoriami), tym samym dalej ją konwencjonalizując. Po wtóre – operuje mglistymi porównaniami

Geografia nie jest więc tak obiektywna, jakby się wydawało. Jako konstrukt społeczny nie może być. Ani nie jest neutralna, bo w nieunikniony sposób łączy się z polityką. Tymczasem geopolityka po pierwsze sama klasyfikuje geografię po swojemu (te wszystkie geopolityczne Heartlandy, Rimlandy, Wyspy Świata itp. są przecież klasyfikującymi kategoriami), tym samym dalej ją konwencjonalizując. Po wtóre – operuje mglistymi porównaniami (już Lacoste zauważył, że te geopolityczne Lądy i Morza to żadne kategorie, tylko literackie metafory, co powoduje, że oparte na nich myślenie geopolityczne, zamiast kierować się rygorami naukowości staje się „niedokładne, mylne, zniekształcone i upraszczające”). Mało tego: po trzecie depolityzuje takie procesy jak ekspansja terytorialna czy imperializm. Przedstawia je jak „naturalne” i rozumiejące się same przez się, bo wywodzące się z geografii. Są to tymczasem procesy polityczne niezwiązane bezpośrednio z geografią. Przykład: Rosja wcale nie musiała być automatycznie ekspansjonistyczna z powodu braku naturalnych granic (jak twierdzi geopolityka), dopiero swoista kultura polityczna uczyniła Rosję państwem immanentnie imperialistycznym. Tymczasem procesy polityczne przez geopolitykę zostały powiązane z geografią przez intelektualistów pokroju Mackindera z powodów ich własnych imperialnych ambicji oraz osobistych korzyści majątkowych, co doprowadziło geopolitykę do prezentowania „mechanistycznego, deterministycznego geograficznego materializmu” jak obiektywnej prawdy. To zmanipulowanie, zawłaszczenie geografii przez geopolitykę tworzy nie obiektywną rzeczywistość, lecz złudzenie obiektywizmu. Zupełnie jak marksizm, który twierdził, że „naukowo” już wszystkiego dowiódł i wszystko wyjaśnił. Tyle, że wcale nie było to stwierdzenie naukowe, a ideologiczne. Historia obeszła się z nim okrutnie.

Grzechy główne

Z „grzechu pierworodnego” geopolityki biorą się grzechy następne, z najważniejszym – pychą – na czele.

Ilekroć coś się dzieje, z wielkim zainteresowaniem zawsze czytam analizy pisane piórem geopolityków. Cóż za rozmach! Cóż za insiderska wiedza! Znają się na wszystkim. Żadne sekrety nie są im obce. Wszelkie intencje – te jawne i te tajne – każdego z mocarstw (małe i średnie państwa mają zazwyczaj w pogardzie) są im znane. Motywacje liderów są dla nich klarowne. Podobnie jak wieczne interesy narodowe. Knowania służb specjalnych. Deale oferowane państwom w zaciszu gabinetów. Podziały wśród elit. Pułapki wektorów polityki. Dylematy bezpieczeństwa… Przed umysłem geopolityka nic się nie ukryje! Gdy więc czytam lub słucham tego geopolitycznego teoretyzowania, to zawsze korci mnie, by spytać: a skąd to wiesz, drogi geopolityku? Skąd wiesz co myśli Merkel, Trump, Putin? W ich głowach siedzisz? Do dokumentów masz dostęp? Ich osobiste interesy znasz? Preferencje? Sympatie i antypatie? Powiązania biznesowe? Rodzinne? Towarzyskie? Uwarunkowania kulturowe, klasowe, społeczne? I tak dalej – listę można mnożyć.

Bezkrytyczna pewność siebie, bijąca z geopolitycznych analiz, przypomina mi anegdotę, opowiadaną w którymś wywiadzie przez Bartłomieja Sienkiewicza. Zanim stał się on kontrowersyjnym politykiem, był cenionym analitykiem. Przyznał, że przepytując kandydatów do OSW najbardziej nie lubił politologów. Bo wszystko o wszystkim wiedzieli. Myślę, że gdyby przewrotny los rzucił Sienkiewicza na podobną funkcję dziś, to przy geopolitykach zatęskniłby on za skromnością ówczesnych politologów. Tak jak bowiem dawna mądrość głosiła, że w dyskusji należy się bać człowieka, który przeczytał jedną książkę, tak dzisiaj należy się bać geopolityka, który obejrzał jeden filmik na YouTube.

Z grzechem pychy łączą się u geopolityków grzechy uniwersalności, determinizmu i redukcjonizmu. Widząc mapę i położenie geograficzne danego państwa, geopolitycy są w stanie wszystko wydedukować. To jak program komputerowy: wklikujesz dane i wyskakuje rozwiązanie. I co ważniejsze – dla każdego państwa. Dziś USA, jutro Chiny, pojutrze Węgry, a następnie Wenezuela. Są w zasadzie takie same – wszystkie mają przecież góry (no, z wyjątkiem Węgier), rzeki i niziny determinujące ich politykę. Geopolityka to już wszystko wyjaśniła. Wystarczy poznać jej założenia i będzie się wiedzieć, będzie się ekspertem od wszystkiego. W końcu „polityka zaczyna się od mapy”. Nie trzeba się uczyć języków, kultury, nie trzeba mieszkać w danym państwie. Wystarczy przeczytać esej Mackindera, obejrzeć jeden czy dwa geopolityczne filmiki, spojrzeć na mapę i voilà! Świat staje otworem. Jest prosty, zrozumiały i czytelny. Geopolityka dała narzędzia do rozumienia wszystkiego. Proste wytłumaczenie trudnych spraw. Na tyle jednak skomplikowane, by błysnąć przed rodziną elokwencją przy niedzielnym obiedzie albo przy znajomych na imprezie (szczególnie, gdy dorzuci się kilka trudnych słów typu Heartland).

Złudzenia narzędzi

Ale tak naprawdę geopolityka dała nie narzędzia, a złudzenia narzędzi: to wszystko jest spekulacja nieświadoma bycia spekulacją. Zdecydowana większość analiz geopolitycznych jest interesująca – w brytyjskim tego słowa znaczeniu – ale pod względem wartości epistemologicznych sytuuje się tam, gdzie rozmowy kumpli przy wódce o kobietach.

Co Rosja miała stracić – swe nierosyjskie peryferia – to już utraciła w 1991 r. By to jednak zrozumieć, nie wystarczy geopolityka. Tu należy poznać kraj, jego kulturę, ludzi

Przykład? Od dobrych kilku lat słyszę od geopolityków, że Rosja jest słaba i na pewno się rozpadnie. Tymczasem Rosja jest w stanie upadku gospodarczego od czterech wieków, a mimo to zdołała nam dwa razy zniszczyć państwo. Wygrać z Rzecząpospolitą rywalizację o dominację nad Słowiańszczyzną, i zbudować dwa imperia. Niezły wynik jak na słabeusza. A i teraz jest od nas nieporównywalnie potężniejsza. Nie osłabła na tyle, byśmy mogli sobie pozwolić na Schadenfreude. Dalej jest jednym z najważniejszych państw na świecie. Tego o nas powiedzieć się nie da. Lecz istotniejszy jest drugi człon: że się rozpadnie. Bo nie ma naturalnych granic, ma za to immanentną słabość ekonomiczną, leży z dala od szlaków handlowych itp., itd. To wszystko prawda, tylko na co ma się rozpaść? Które to niby części Rosji mają się odłączyć? Otoczony etnicznie rosyjskimi prowincjami Tatarstan? Daleki Wschód, gdzie nacjonalizm wielkoruski jest silniejszy niż centrum kraju, za to Chińczyków mniej niż w Moskwie? Nowogród Wielki, w którym dawno zapomniano o wiecowych demokracjach, za to od stu pięćdziesięciu lat dumnie tam stoi pomnik Tysiąclecia Państwa Rosyjskiego? To może Jakuci? Albo chociaż Czukcze?

Żadna z istotnych części Rosji się nie odłączy, bo Rosja jest scalona i ujednolicona silną ideą imperialną. Jeśli trzeba będzie, Rosjanin odda ostatniego ziemniaka na ojczyznę. Tak Rosjanie pokonali Napoleona i Hitlera, a nie dlatego, że mieli głębię strategiczną. Ta ostatnia by im nic nie dała, gdyby duch upadł, a elity się sprzedały. Tak, jeśli Rosja osłabnie, to w przyszłości może – podkreślam: może! – utraci Kuryle, Czeczenię, ewentualnie też inne republiki kaukaskie, oby Kaliningrad. Ale to nie ma znaczenia. Rdzeniowe części pozostaną przy niej, bo Rosjanin z Niżnego czy Nowosybirska (nie wspominając o tym z Władywostoku) tak samo kocha „matuszkę Rossiję” jak ten z Moskwy. Co Rosja miała stracić – swe nierosyjskie peryferia – to już utraciła w 1991 r. By to jednak zrozumieć, nie wystarczy geopolityka. Tu należy poznać kraj, jego kulturę, ludzi. Trzeba trochę poczytać, porozmawiać, pojeździć. Takiej postawi jednak geopolityka nie ceni, bo czynniki kulturowe ma w pogardzie.

Nie wszystko jest celowe

Ten artykuł robi się za długi, więc jeszcze tylko dwa ostatnie grzechy. Celowość. W geopolityce wszystko jest celowe. Państwa i ich przywódcy kierują się wymuszonymi przez uwarunkowania geopolityczne interesami i dlatego wygrywają, lub przegrywają, jeśli ich nie rozumieją. Ale zawsze jest powód ich decyzji. Do tego racjonalny. Tymczasem im dłużej patrzę na politykę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że głównymi przyczynami decyzji politycznych są: głupota, niekompetencja i przypadek. Lub ujmując to w bardziej metodologicznie uporządkowanym języku: „brzytwa Hanlona” (czyli: „nigdy nie doszukuj się złej intencji tam, gdzie chodzi o głupotę”), „prawo Petersa” („każdy w pracy dochodzi do stanowiska, będącego progiem jego niekompetencji: ergo przywódcy na szczycie robią błędy, bo zaszli tak wysoko”) oraz maksyma Wolfowitza („niespodzianki w stosunkach międzynarodowych zdarzają się tak często, że zaskakujące jest, iż wciąż nas zaskakują”). Plus może jeszcze szczęście. Wszak Napoleon jak awansował generałów, to odpowiadając na sugestie pytał: „Wiem, że jest dobry, ale czy ma szczęście?”

Przykładem niech będzie upadek ZSRR. Dla geopolityków temat wdzięczny. Wszak Putin nazwał to „największą geopolityczną katastrofą XX wieku”. Do tego dorzućmy koncepcje Mackindera i Spykmana, oraz powszechne w rosyjskim ludzie przekonanie, że złowrodzy „oni” rozwalili Sojuz. No i mamy gotową receptę na geopolityczną teoryjkę. USA, kierując się naukami geopolitycznych mędrców, osłabiało swego głównego konkurenta do władztwa na świecie, aż w końcu knowaniami doprowadziło do jego upadku. Tyle tylko, że gdy czyta się wspomnienia Jelcyna, Krawczuka i Szuszkiewicza, to wynika z nich jedno. W Puszczy Białowieskiej spotkali się dlatego, że nie lubili Gorbaczowa: chcieli się go pozbyć. Nie planowali niszczyć ZSRR. To wyszło niejako przy okazji, siłą rozpędu. Ot, skutek uboczny: trzech zaściankowych przywódców, knując przy wódce przeciw czwartemu, przypadkowo dobiło imperium. Nikt tego nie zamierzał, nie było żadnej wielkiego, ukrytego planu. Nic. Jakże rozczarowujące!

Każdą decyzję polityczną powoduje dziesiątki przyczyn, agencyjnych i strukturalnych. Oraz przypadek

I wreszcie ostatni grzech, bardzo polski: sekciarstwo i totemizm. Ogromna popularność geopolityki przybrała w Polsce specyficzny romantyczno-mesjanistyczny rys, przejawiający się w mitotwórczym podejściu do tematu. W traktowaniu geopolityki jako magicznej formuły wybawienia kraju z jego trudnego położenia („geopolityka to nasza przyszłość, nasze życie, nasze być albo nie być” pisała na Facebooku jedna jej fanka, przez miłosierdzie całego cytatu nie przytoczę), a nawet jako jakiejś über-nauki, czy wręcz quasi-religii. Zdaniem wielu – nie tylko zawistnych akademików – pojawiła się oto w Polsce intelektualna sekta geopolityków. Mająca bożków (Mackinder, który – niczym Lenin – jest wiecznie żywy), totemy (Heartland rzucony w dyskusji działa jak zaklęcie), niekwestionowanych guru, a nawet dewocjonalia (koszulki i inne gadżety). Sekta zachowująca się, jakby posiadła tajemną prawdę i reagująca na każdą krytykę geopolityki w histeryczny sposób. Tymczasem właśnie krytykować trzeba. Nie ma świętych krów, każdego trzeba punktować. Mnie też, a może przede wszystkim, wszak cóż wart byłby mój argument, gdybym nie potrafi go obronić? To w dyskusji – ostrej, ale cywilizowanej – wyostrzają się sądy, konfrontują się idee, powstaje nowa jakość.

Złudzenie odpowiedzi

Geopolityka, udzielając prostych odpowiedzi na trudne pytania, zaspokaja bardzo ludzką potrzebę ładu, uporządkowania, znalezienia sensu w świecie. Tyle, że polityka jest jak życie: czasem racjonalna, a czasem (chyba częściej) – nie. Geopolityka, teoretyzująca na podstawie własnych imaginacji (geografia nie jest ani jedynym ani najważniejszym powodem decyzji politycznych) nie daje więc odpowiedzi, lecz złudzenie odpowiedzi. A złudzenia, szczególnie w polityce, są bardzo niebezpieczne.

Największą zaś szkodą, jaką geopolityka wyrządza debacie publicznej, jest zawężanie perspektyw, redukcjonizm, determinizm. Właśnie przez te wady cofa intelektualnie debatę. W naukach społecznych od dawna trwa nierozstrzygnięty spór: co ważniejsze: agent (fachowo: podmiot sprawczy, czyli: jednostki) czy struktury. Ten dylemat najlepiej chyba, choć z przechyłem w stronę struktury, oddaje cytat z Marksa: „Ludzie piszą historię, lecz nie czynią tego w wybranych przez siebie okolicznościach”. Od mniej więcej 30 lat nikt nie opowiada się jednoznacznie za jedną albo drugą stroną. Normą są różne koncepcje próbujące połączyć agencję ze strukturą (Giddens, Hay, Jessop, Archer). W końcu na każdą decyzję polityczną składają się dziesiątki przyczyn, agencyjnych i strukturalnych. Oraz przypadek.

I oto nagle wpada geopolityka jak z zaświatów, ze swoimi wczesnodwudziestowiecznymi koncepcjami, i wrzeszczy „Ino struktura! Tylko geografia się liczy!”. Po takim dictum trudno nie traktować jej bezkrytycznych miłośników jak tej żaby z chińskiej przypowieści, co siedząc w studni, patrzyła w niebo, i myślała, że widzi cały świat.

 

Autor składa podziękowanie Magdalenie Kozłowskiej, Tomaszowi Pugacewiczowi, Bogdanowi Zemankowi i Adrianowi Bronie za konsultacje merytoryczne.

Stały współpracownik "Nowej Konfederacji", ekspert ds. współczesnej Birmy i relacji rosyjsko-chińskich, adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, autor pięciu książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych - "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" (Kraków, Akademicka 2014) i "Pani Birmy. Biografia polityczna Aung San Suu Kyi" (Warszawa, PWN 2015) oraz niedawno wydanego debiutu międzynarodowego "Russia and China. A Political Marriage of Convenience".

Komentarze

41 odpowiedzi na “Przeciw geopolityce”

  1. Krzysiek pisze:

    Chciwość jest w naturze człowieka , więc geopolityka powstała i rozwijała się wraz z człowiekiem ,tyle że nie znali jeszcze tego pojęcia (-:

  2. Michael Labus pisze:

    Bardzo ciekawy artykuł. Fajnie, że w debacie publicznej w Polsce można zapoznać się z różnymi opiniami na ten sam temat.

  3. Marcin pisze:

    Autor tego paszkwilu, opierając się na swojej niewiedzy, licznych uproszczeniach i uogólnieniach, próbuje atakować coś co nie istnieje, poza jego wyobrażeniami. Obrzuca epitetami typu sekta czy insynuując komuś twierdzenie bezbłędności, tymczasem on sam nie rozumie, że geopolityczne to jedno z wielu spojrzeń, poza politycznym, ekonomicznym, militarnym itd.

    Ogólnie rzecz biorąc artykuł jest histerycznym efektem jakiejś manii prześladowczej autora, względem geopolityki. Jednostronny paszkwil, który się mocno skupia na szkalowaniu dawnych geopolityków, a nie na merytoryce tego czym jest geopolityka.

  4. Franek Migaszewski pisze:

    Ten artykuł to niestety przykład zastosowania klasycznej techniki – przedstaw przeciwnika w krzywym zwierciadle i zaatakuj. Naprawdę nie sądzę, żeby ktokolwiek wierzył w tak prymitywną wersję geopolityki, jak ją przedstawia autor.

  5. endargo pisze:

    Pełna zgoda z autorem, że tekst jest za długi. Pełen złośliwostek (bardzo poznawcze), pełen hałaśliwego wmawiania histerii innym, pełen hasłowo zamieszczanych nazwisk (rzucanie “heartlandami” zarzuca geopolitykom), skoncentrowany na walce z najbardziej wulgarnym wyobrażeniem geopolityki, jakie można sobie wyobrazić a do tego tezy klasyków geopolityki obala przytaczając mało chwalebne fakty z ich życia lub wymieniając ich uwikłania polityczne. Myślę, że Pan Michał Lubina znakomicie rozprawił się z internetowymi geopolitykami naiwnie komentującymi filmiki na YT. Ale od sedna sprawy się odbił. Geopolityka skłania do definiowania interesu państw na podstawie czynników siły – tak obiektywnych, jak to w ludzkim pojmowaniu jest możliwe. I to, że góry ulegają erozji, to – kurczę jak można takich argumentów z podstawówki używać – nie znaczy, że ich istnienie nie wpływa na państwa przy nich położone! Pan Lubina pyta ile wynosi liczba PI, a na odpowiedź 3,14 podskakuje, klaszcze w rączki wykrzykując: “a nie, a nie bo 3,14159…..” i tak liczy i liczy i liczy i cieszy się, że obala jakieś geopolityczne mity.

  6. Marcin pisze:

    Święta racja. Np. na “geopolitykę” U.S.A wpływają w większym stopniu Sheldon Adelson et consortes, niż wszyscy wymienieni przez autora ojcowie założyciele “geopolityki” razem wzięci wraz z ich uczniami, wyznawcami i kontytuatorami. Nawet Brzeziński z Kissingerem wymiękają.

  7. Kuba pisze:

    1. Kiedy teoria krytyczna wejdzie zbyt mocno.
    2. Tekst dobrze napisany (jak zazwyczaj u M.L.), ale “trochę” zbyt mocno pod tezę, dlatego tekst jako całość: nie. (w kilku szczegółach też nie)
    3. Mam wrażenie, że Autor polemizuje z chochołem, który istnieje głównie (jedynie?) w jego głowie, polscy “geopolitycy” ci nowi i ci starzy nie wykazują się doktrynerstwem przywoływanym przez Autora. Fakt są przekonani, że ich narzędzie jest najlepsze do poznania/zrozumienia stosunków międzyn., ale wyznawcy innych teorii/narracji.. itd życie.
    4. Że pycha Autorze? ; )
    5. “Geopolityka” stała się popularna? Świetnie > potrzebny było “coś” co zachęci ludzi do studiów (także amatorskich) nad miejscem Polski, polityką, tylko wyedukowane społeczeństwo jest w stanie wymagać od rządzących. I nie, nie boję się “zaczadzenia”> chyba bardziej od Autora wierzę w potencjał intelektualny rodaków.

  8. Łukasz pisze:

    1. Autor zarzuca brak obiektywizmu i subiektywizm geopolitykom po czym robi wyznanie wiary w prawo Petersa, brzytwę Hanlona itp.
    2. Autor zarzuca geopolitykom pychę, ale przez tekst przebija poczucie wyższości (argumenty w służbie wyższości), chociaż piszę o krytykach geopolityki per “oni”.
    3. Autor przede wszystkim nie oddaje w pełni i rzetelnie perspektywy geopolityki, tylko uznaje jej formę “grzeszną” za całość podejścia i to krytykuje.
    4. Auto boi się skrytykować po nazwisku (Bartosiaka?) i konkretne tezy, więc krytykuje anonimową fankę geopolityki z internetu!

    Prawdopodobnie całość krytyki bierze się z ukąszenia postmodernistycznego “geografia jako nauka to konstrukt społeczny” i odreagowanie własnej, wcześniejszej, teraz wstydliwej wiary w modernistyczne (obiektywne) prawdy.

  9. Mściwój pisze:

    Nie wiem z kim dokładnie Autor polemizuje. Ja nie czytałem tych wszystkich książek, którymi podpiera swoje wywody. Czytałem tylko dwie o geopolityce (ale za to dość grube :)). Na tyle na ile zrozumiałem geopolitykę to musi ona uwzględniać t.zw. czynnik społeczny, kondycję elit itp. Nie zawsze społeczeństwa (przywódcy) dokonują optymalnych wyborów. Z różnych przyczyn. Np. dlatego, że są pod wpływem innych rządów i realizują politykę zbieżną z ich potrzebami. Mogą zwyczajnie popełniać błędy. Przyczyn może być mnóstwo. Ale to nie unieważnia geopolityki. Np. podstawowym interesem Polski w XIV wieku było odzyskanie dostępu do morza. Wiadomo dlaczego: ujście Wisły, handel. I to jest geografia – geopolityka. Gdybyśmy mieli gnuśnych królów to może machnęliby ręką. Ale mieliśmy (wtedy) dobrych królów. I co schrzanił Łokietek, czego nie naprawił Kazimierz Wielki, to w końcu przeprowadził Władysław z synem. Czynnik ludzki nie zawiódł. Ale jakiś przypadek i przegrane 2-3 bitwy (np. Grunwald) mogły napisać historię inaczej. Mogliśmy nie zawładnąć obszarem między Karpatami i Bałtykiem. Bo o to toczyła się gra. O geografię.
    Analiza geopolityczna działa. Pozwala rozpoznać cele ważne od nieważnych. To, że państwa nie zawsze postępują rozsądnie – to inna rzecz. W państwach demokratycznych jest to dość częste. Ale to niczego nie zmienia w ocenie geopolityki. Jeśli z niej zrezygnujemy to możemy uwierzyć np., że los państwa zależy od tego czy przywódcy sąsiednich państw nas pochwalą, złożą obietnice, przytulą familiarnie. Możemy zapomnieć, że w chwili próby zwycięży dalekosiężny interes ich państwa a nami nikt się nie przejmie. Geopolityka to realizm.

  10. Polak pisze:

    Powiedzieć, że geopolityka wyjaśnia wszystkie procesy rządzące światem to jak powiedzieć, że fizyka je wyjaśnia. Tak jak fizyka wyjaśnia dlaczego spuszczony Jasiowi przez Stasia kamień rozbije Jasiowi głowę, ale nie wyjaśnia dlaczego Staś podjął decyzję o zrzuceniu kamienia, tak geopolityka wyjaśnia dlaczego to, że ktoś może uparł się atakować na wschód, chociaż wielkie zasoby ropy są na zachodzie, tuż za jego granicą, jest decyzją niewłaściwą, ale nie wyjaśnia dlaczego ktoś te decyzję podjął. Choć obie i na podstawy decyzji mogą rzucić światło. Np. Staś dotąd rzucał gąbkami i mógł nie wiedzieć, że kamień to coś innego, a ów ktoś atakujący na wschód wciąż myślał, że ważniejszy jest znajdujący się tam węgiel. Cokolwiek by o geopolityce nie mówić, wyjaśnia ona świat dużo logiczniej i spójnej niż jakakolwiek inna, suflowana nam maluczkim, dotychczas teoria.

  11. znconcieof3 pisze:

    Rimlandujcie z tym 😀

    A na poważnie to z tym stwierdzeniem Pana Michała Lubiny: “To w dyskusji – ostrej, ale cywilizowanej – wyostrzają się sądy, konfrontują się idee, powstaje nowa jakość.” zgadzam się w 100% i czekam z niecierpliwością na odpowiedź geopolityków i mam nadzieję, że z tych debat wyjdzie nowa jakość.

  12. Patrzący z dystansem [i uśmiechem] pisze:

    Artykuł nie na temat w doborze argumentów krytyki.. Geopolityka, a geostrategia to dwa różne światy – i tego autor nie widzi. Dobrze to określił Bartosiak – geopolityka to zbiór realnych zasobów geograficznych i szachownicy wzajemnego rozmieszczenia graczy, w których funkcjonuje i dane państwo i podmioty społeczne i ekonomiczne – i dany naród. Czyli geopolityka to hardware, natomiast geostrategia – o to zupełnie co innego – to nałożony na geopolitykę aktywny software, z całym oprogramowaniem społecznym, z mapami mentalnymi, kalkami pojęć – czyli cała miękka sferą społeczną, na która autor artykułu się powołuje – czyli NIE DO PRZEDMIOTU KRYTYKI, NIE TAM, GDZIE TRZEBA, ale i sfera i polityczna i ekonomiczna [też w dużej mierze regulowanej “społecznie” [bo wolny rynek to mit] przez takie czy inne podejście ideologiczne – co widać choćby na przykładzie drastycznych różnic konsensusu waszyngtońskiego do pekińskiego.]. Stąd zasadnicza pomyłka i rozjazd autora. O żadnym determinizmie w geostrategii [tam, gdzie czynniki społeczne właśnie sterują] ani mowy nie ma, bo co inny przywódca, partia, strona polityczna, społeczna czy ideologiczna – to inną strategię by zastosowała. Geopolityka to tylko pewien wejściowy “kod genetyczny – dokładnie jak z człowiekiem, owszem , czyli w dużym stopniu zdeterminowanym genami rodziców, ale przecież aktywność tych genów może być zduszona w zależności od przebiegu dzieciństwa – i w warstwie stricte fizycznej [np. rozdzielono bliźniaki – jeden niedożywiony, z chroniczną anemia i niedoborem witamin, schorowany, drugi dobrze odżywiony, w dodatku zadbano o jego rozwój fizyczny – identyczne DNA – a “wyszli” dwaj różni ludzie]. Którzy to ludzie, już jako dorośli i inaczej wychowani społecznie, z innymi kodami kulturowymi, wartości i pojęć i motywacji – pójdą zupełnie inna droga. Mogą być dwa państwa, teoretycznie identyczne w zasobach, ale jedno wzrastało wolne i wykorzystywało możliwości – drugie było poddane eksploatacji i dławione – na końcu wyjdą dwa różne państwa o dwóch różnych stanach fizyczności i zasobów dysponowanych. Geopolityka to tylko górny pułap możliwości do wykorzystania – ale i twardy determinizm tabeli SWOT, determinizm, którego się “nie przeskoczy” i który trzeba uwzględniać, a nie wypierać, bo to zawsze się tragicznie kończy zderzeniem z rzeczywistością. Software geopolityki może bardzo wiele zmienić i dać bardzo różne strategie i wyniki – ale geostrategia to OSOBNA AKTYWNA NADBUDOWA do geopolitycznego stanu realnych zasobów i możliwości i uwarunkowań potencjału gracza i jego umieszczenia w sieci globalnej szachownicy powiązań – czyli geostrategia to nie geopolityka. Myślę, że tu właśnie autor popełnił błąd zasadniczy – przez brak zrozumienia i odróżnienia tych dwóch bytów.. Nie mówiąc o tym, że dla Polaków geopolityka jest wręcz dana od kołyski i wręcz oczywista – nieprzypadkowo do bólu w 100% rozumiemy rysunek Mleczki, jak to Pan Bóg nad ziemskim padołem, wskazuje na środek Europy i mówi: “A Polakom zrobimy numer i umieścimy między Rosja a Niemcami”…i doskonale czujemy ze wspomnień naszych rodaków, przybywających w 1940 na “Wyspę Ostatniej Nadziei” ten obcy nam spleen wyspiarskich Anglików, bezpiecznych za Kanałem i jak zupełnie obcy mentalnie odnoszących się do problemów “ludzi z Kontynentu”. Gdzie notabene – żadna Battle of Britain by nie była potrzebna w powietrzu [bo czołgi i artyleria i piechota niemiecka łatwo by zajęły słabą w wojskach ladowych Brytanię – przy ciągłości lądowej z Francją], gdyby nie to, że UK było wyspą…więc i ewentualne argumenty, że geopolityka w dobie samolotów czy nawet rakiet, jest nieaktualna – jest co najwyżej półprawdą… Jest jeszcze jedna rzecz – może nawet najważniejsza, która sprawia, że Mackindera, Spykmana, ale i Dugina itp. geopolityków musimy traktować z najwyższą powagą, studiować, analizować, budowć różne scenariusze, projekcje i plany ewentualnościowe opartew rdzeniu o geopolitykę – czyli na niej budować RÓŻNE możliwe geostrategie. Powód jest prosty – bo w Waszyngtonie, Pekinie, Moskwie, Berlinie, Londynie, Tel Avivie – myślą w tych kategoriach, myślą tymi pojęciami, tak wyszydzanymi w artykule – więc i my musimy tak myśleć – choćby po ty, by przewidzieć plany i reakcje i zamiary innych graczy – bo Polska nie jest bynajmniej jakimś bytem izolowanym na innej planecie, tylko zanurzona w tej sieci powiązań, nacisków i trendów. Kończąc – powtórzę: autorowi pomylił się JEDEN DETERMINISTYCZNY z natury realizm JEDNEJ rzeczywistości hardware zasobów [bo taka właśnie jest rzeczywiistość – jest tylko jedna – obiektywna] , jaką stanowi geopolityka – z WIELOMA NIEDETERMINISTYCZNYMI MOŻLIWYMI software geostrategii, gdzie główną rolę pełni czynnik ludzki – od sterników politycznych i wojskowych, po społeczne kody, kulturę, wartości “miękkie”. Artykuł przypomina mi wczesne naiwne i zapalczywe ataki socjologów genetyków przeciw genetykom – gdzie po latach wyszło, że jest i determinizm genetyczny [ale determinizm górnych pułapów do wykorzystania, a nie realizujący się tak samo w różnych warunkach] – i jest czapka wychowania, czapka społeczno-kulturowa – która bardzo wiele może zmienić – ale tez nie wszystko i nie do końca. W sumie artykuł ideologiczny – nie zaś merytoryczny.

  13. AdamGRU pisze:

    Bardziej diagnostyczne są analizy geopolityczne niż obraz świata kreowany przez media. Dlatego “pysznych” guru geopolityki z chęcią większą słucham niż dziennikarzy czy innych autorytów gloszacych frazesy o imperium dobra i zła czy o tym jak to bezinteresownie kraje zachodnie dzięki dotacjom chcą nam zbudować raj i w ogóle to demokracja jest lekiem na każde zuo.

  14. wally pisze:

    Oprocz oczywistych przeinaczen i tworzenia wlasnych definicji atakownych pojec najbardziej mnie ujal fragment: “Tak Rosjanie pokonali Napoleona i Hitlera, a nie dlatego, że mieli głębię strategiczną. Ta ostatnia by im nic nie dała, gdyby duch upadł, a elity się sprzedały.” Zarzucac “geopolitykom” nienaukowosc i sekciarstwo i jednoczesnie pisac, ze “duch” narodu wygrywal wojny, a glebia strategiczna nie ma nic z tym wspolnego… 😉 Zaiste, naukowa to debata 😉

  15. krzysztof pisze:

    Jazda zaczyna sie od samego wstępu, od pierwszych słów tytułu:” By uniknąć losu marksistów….” Biedny chłopiec na prawdę myśli, że marksistów spotkał jakiś zły los. Wyhodowany przez teorię krytyczną marksistowskiej szkoły frankfurckiej, wygłaskany w każdym calu od zewnątrz i wewnątrz swej osobowości przez wychowanie krytyczne, ten mały chłopiec myśli, że marksizm upadł i na dodatek obwieszcza to na wstępie. Czy kogoś o takiej spostrzegawczości warto czytać, warto traktować poważnie? Dyskurs (zaprzeczenie pojęcia dyskusja) to metoda ustalania prawdy poprzez negocjacje, “wielkie osiągnięcie” teorii dyskursu Habermasa, guru nowoczesnych marksistów. Chłopiec posługuje sie tym pojęciem z wielką swobodą , jak i pojęciem obiektywnej rzeczywistości. Aż trudno uwierzyć, Michał Lubina chyba na prawdę nie wie, że marksiści nie uznają istnienia obiektywnej rzeczywistości, pierwotnego fundamentu nauki.Geopolityka jest nauką empiryczną wywodzącą sie z wielkiej dziedziny poznania, która wyłoniła sie z filozofii. Geopolityka nie jest “nauką” ustaloną w wyniku habermasowskiego dyskursu, to na pewno.

  16. Kaz63 pisze:

    Artykuł do,, szuflady,, trzeba było schować drogi autorze.
    Dziękuję komentującym go; za dobre, trafiające w sedno, krytyczne komentarze.

  17. Patrzący z dystansem [i uśmiechem] pisze:

    Errata: nie ” Artykuł przypomina mi wczesne naiwne i zapalczywe ataki socjologów genetyków przeciw genetykom ” tylko winno być: ” Artykuł przypomina mi wczesne naiwne i zapalczywe ataki socjologów i wyznawców wyłącznie społecznego kształtowania człowieka – przeciw genetykom” . Notabene właśnie marksiści najzajadlej zwalczali sprawy wpływu genetycznego na człowieka, bo ideologicznie genetyka nie zgadzała im się z “jedynie słusznym” kształtowaniem człowieka jedynie przez wychowanie i społeczeństwo [czytaj: ideologię]. W tym sensie dumny wstęp: “By uniknąć losu marksistów, geopolitycy muszą w swoim myśleniu zaprzestać popełniania „grzechów” ciężkich: od pychy począwszy, przez determinizm, uniwersalizm, redukcjonizm, na sekciarstwie skończywszy” dotyczy merytorycznie – i owszem – ale raczej jako przestroga – zwłaszcza autora.

  18. Pepe pisze:

    Ciekawe spojrzenie i chyba pierwsze tego typu w polskiej debacie. Jedyną wadą tego artykułu był fragment o “lewicowo-liberalnym mainstreamie który wyzywa od faszystów” co lekko wskazuje pańskie sympatie a przez to i skrzywienie ale to tylko mały szczegół.
    Życzę powodzenia i proszę nie przejmować się jazgotem geopolitycznych sekciarzy którzy się tu zebrali by dać upust swoim urażonym uczuciom religijnym.

  19. Czytelnik pisze:

    Mimo wszystkich zaklęć Autora położenie geograficzne wpływa w sposób zasadniczy (żeby nie powiedzieć determinuje) na politykę każdego państwa, czyli na wydawanie pieniędzy podatników (Szwajcaria raczej nie będzie inwestować w budowę marynarki wojennej – chyba że uzyska dostęp do morza, na co w przewidywalnej przyszłości się nie zanosi). Jak Autor słusznie zauważył, mapy się zmieniają. Ale nie zauważył, że wynika to z postępu technicznego w kartografii – weźmy ostatnie pięć wieków. A oceany i kontyngenty w tym samym czasie raczej się nie zmieniły. Człowiek od czasu do czasu koryguje Ziemię, i te korekty (vide kanały Sueski i Panamski), wynikające z decyzji politycznych, pozwalają uzyskać ich inicjatorom pewne korzyści. Czyli w sumie geo-polityka …

  20. tak tylko... pisze:

    Zdaje się, że ostatnia prezesura Bartosiaka przelała czarę goryczy powodując dziką zazdrość, żałosne…

  21. Igor Daniłowski pisze:

    Obraźliwy chochoł w którym geopolitycy zachęceni tytułem szukali konstruktywnej krytyki a znaleźli artykuł na miarę wyborczej.

  22. DS pisze:

    Obraz geopolityki przedstawiony tutaj to jej możliwie najbardziej wypaczona forma. Zarzuty ad hominem, czy wykazywanie błedu w postaci wytknięcia, że góry jednak się zmieniają nie mają charakteru poważnej polemiki. Autor przekonuje, że geopolityka to narracja, a nie prawda objawiona i ma rację. Doktrynerstwo może dotknąć każdej dyscypliny, nie jest jednak charakterystyczne dla geopolityki jako takiej. Zachęcam Autora do np. krytyki najnowszej książki Jacka Bartosiaka. Niech Pan nie ustawia przeciwnika pod bicie, tylko zmierzy się z nim w możliwie najlepszej formie.

  23. tjmc pisze:

    “Geografia to konstrukt społeczny” – robi się wesoło, czyli robi się wesoło 🙂

    “ministrowie przychodzą i odchodzą, nawet dyktatorzy umierają, ale pasma górskie stoją nieniepokojone” – co merytorycznie błędną (pasma górskie przecież nie stoją w miejscu, tylko podlegają erozji, osadzaniu się itp.; jasne, że geografia jest trwalsza od działań ludzkich, ale nie jest stała i niezmienna)”

    Okropny przykład reductio ad absurdum.

    Jasne, że geografia jest trwalsza od działań ludzkich, również od gatunku ludzkiego jako takiego ;P

  24. Rafał pisze:

    Jak to głębia strategiczna Rosjanom podczas inwazji Napoleona oraz III Rzeszy nic nie dała? A rozciągnięcie linii zaopatrzeniowych do maksimum?

  25. kulawy_laik pisze:

    to jest bardzo dobry artykuł, gratuluję.

  26. Ironia pisze:

    Najlepszym testem byłoby zapytać zwykłych Polaków w szerokiej sondzie ulicznej, jak oceniliby z punktu widzenia bezpieczeństwa, gdyby stał się cud i w ciągu jednej nocy Obwód Kaliningradzki i Białoruś zostałyby odgrodzone górami. Ja zadałem takie pytanie iluś osobom w pociągach w podróży, czekając na dworcach itd. Taka mini-sonda osobista. z ciekawości. Charakterystyczne było jedno: jak już zrozumieli zasady tego “cudu”, to zdecydowana większość oceniała to jako “zbyt dobre, by było prawdziwe”. Osoby, które konwencji “cudu” nie chciały uznać np. dlatego, że to “dziecinne” lub “bez sensu”, pytałem, “a co jeżeli Polska by dysponowała zasobami, by stworzyć odpowiednie wzniesienia, doliny i rzeki zapełnione wodą”, jednym zdaniem teren absolutnie nie nadający się do ataku czołgów i wojsk zmechanizowanych Rosji. Pomijając zapieranie się typu: “ale my chyba nie mamy tyle pieniędzy, by to zrobić”, większość była zdecydowanie “za”. Główny argument był taki, że w spokojny sposób wylało by to wiadro wody na rosyjskie groźby i zapędy, a przy okazji poprawiło by to stan wody w kraju i jeszcze rolnictwo by skorzystało, a może i turystyka, jakby to zmyślnie zrobić. Co niektórzy po namyśle mówili, i to mnie zastanowiło, że to byłaby skuteczniejsza zapora obronna od całego obecnego Wojska Polskiego.

  27. Ironia pisze:

    Skoro geopolityka nie ma sensu, to radzę Autorowi wysłać petycję do Izraela, aby zrezygnowały ze Wzgórz Golan. Przecież wg tego rozumowania ich okupacja nie zabezpiecza Izraela, a stanowi tylko wizerunkowy minus…. ciekaw jestem odpowiedzi Izraela w tej sprawie…

  28. Gucio pisze:

    Kupiłem ostatni książkę autora – Niedźwiedź w cieniu smoka. No i teraz mam dylemat: jeżeli jakość jest podobna to czy to w ogóle warto czytać?

  29. Guy Fawkes pisze:

    Artykuł jest bardzo słaby, gimbazjalny. To prawda, że geopolityka może popadać w te wszystkie redukcjonizmy, determinizmy, ideologie czy grzechy, ale Autor nie prezentuje nic lepszego. A pojeździć, porozmawiać, poznać kulturę itd. to nie jest żadna alternatywa, tym bardziej o walorach ”naukowości”. Geopolityka jest młodą nauką, a może nawet sztuką i poptrzebuje wypracowania swojej podstawy metodologicznej i krytyki metodologicznej, świadomości swoich ograniczeń i kompetencji, ale Autor przez swoją powierzchownie egzystencjalną ekspresję ani nic godnego uwagi nie wnosi, ani nie jest w stanie obalić żadnej geopolityczne prawidłowości, np takiej, że pomimo wszelkich przypadków, szczęścia i różnorodności kultur, ludzie w Afryce mają ciemną karnację, a w Skandynawii raczej nie:)) Od uwarunkowań geografii w wymiarze społecznym nie można uciec, podobnie jak od uwarunkowań własnej fizyczności w wymiarze indywidualnym, choć to nie znaczy, że bedąc istotami cielesnymi, nie możemy być wolni. Odpieram ten artykuł jako taki właśnie przejaw mającej podstawę w cielesności autora, impulsywności i chimeryczności.

  30. Tomasz Kulik pisze:

    Poniższy spis geopolitycznych głupot
    http://pulsazji.pl/2018/12/03/siedem-grzechow-glownych-geopolityki-polskiej/
    jest dobrym uzupełnieniem tego artykułu i jasno pokazuje, że autor nie walczy z krzywym zwierciadłem geopolityki, lecz z realnymi sformułowaniami.

  31. Guy Fawkes pisze:

    Nie chce mi się (na razie) czytać tego chwytania za słówka (Siedem grzechów), może w weekend, ale dla mnie rzecz jest oczywista: TOWARZYSZE AMERYKAŃSCY spomiarkowali się, że jednak niedobrze, kiedy tubylcy w bantustanach znają geoolitykę, bo zaczyna się wtedy tubylcom w głowach przewracać. No i rzeczywiście, znani polscy geopolitycy jakoś nie są przepełnieni nadmiernym entuzjazmem wobec towarzyszy amerykańskich, a nawet może im przyjść do głowy, że nie ma sensu umierać za konsensus waszyngtoński, czy coś takiego, że konflikt jest hegemoniczny, globalny i własciwie nie mamy interesu, żeby w nim uczestniczyć, bo nawet łatwiej mogliśmy realizować nasze interesy, kiedy nie rządziły mocarstwa morskie i nie było tego dualizmu na Łabie. Więc w zasadzie w naszym interesie może być chińska hegemonia.
    I to jest przyczyna, że po tym, jak geopolityka trafiła w Polsce pod strzechy, musi pojawić się pryncypialna krytyka geopolityki. Niewolnicy do używania per proxy nie powinni znać geopolityki.
    Problemy metodologiczne geopolityki, to zupełnie co innego. Michał Lubina jest tak słaby metodologicznie, że nie jest w stanie zbliżyć się do tego tematu. Jego tekst jest w zasadzie pozaracjonalną ekspresją egzystencjalną.

  32. Guy Fawkes pisze:

    Popatrzyłem po nazwiskach tych ”Siedmiu grzechów” i widzę, że ten wybór jest wyjątkowo złośliwy i głupi. Chyba najczęściej cytowany jest Gryguć, który z geopolityką nie ma nic wspólnego, ja podejrzewam, że on jest przede wszystkim psychopatą. A prawie nie ma geopolityków, za to sporo jakichś publicystow.
    Tym tekstem i zestawieniem Michał Lubina jeszcze bardziej pogrąża się w śmieszności.

  33. krzysztof pisze:

    Najśmieszniejsze jest to, że wszystkie komentarze (z oczywistymi wyjątkami) tylko potwierdzają tezy autora zawarte w artykule.
    Według logiki geopolityków USA już dawno powinny najechać na Kanadę, Francja zająć Belgię a Niemcy Holandię. I, skoro geopolityka to takie świetne narzędzie, powinni również umieć wyjaśnić procesy historyczne. Dlaczego rozpadł się starożytny Rzym, Bizancjum, dlaczego w XII w. Mongołowie najechali na Europę a obecnie nie najeżdżają, dlaczego rozpadły się Austro-Węgry, Imperium Osmańskie, że przywołam tylko najbardziej spektakularne przykłady. Zmiany w skorupie ziemskiej? I dlaczego morskie potęgi Francja, Wielka Brytania, Hiszpania, Portugalia w XX w. wycofały się z zamorskich kolonii?

  34. Guy Fawkes pisze:

    @Krzysztof
    Jest pewnego rodzaju nieporozumienie wynikające z dziecięcego wieku geopolityki. Geopolityka opisuje potencjał czasoprzestrzeni i zasobów, ale sam potencjał to za mało. Francja ma potencjał, USA mogłyby zaanektować Kanadę itd
    Bartosiak mówi o hardware i software, ale to jest tylko szczególny przypadek złożenia bytowego materii pierwszej i formy substancjalnej. Potencjał musi zostać zaktualizowany przez formę substancjalną, żeby wydać owoce(…). Forma substancjalna zaś działa wedug ”wzoru”, celu, swoistej przyczyny pierwszej. W rezultacie pewne potencjały są aktualizowane optymalnie, a inne nie. Decydująca jest zawsze największa gra (globalna), największy interwał. Mniejsze gry są podporządkowane i zależne.
    W latach 30-tych był Plan Czerwony, według którego USA miało zająć Kanadę, ale po wielkich manewrach pod granicą kanadyjską z jednej strony i pod Kijowem z drugiej strony, w roku 1935, w Wielkiej Brytan zaczął się zwrot strategiczny. Pod koniec 1936 proniemiecki król Wielkiej Brytanii Jerzy VI abdykował i zajecie Kanady już nie było konieczne, bo konflikt hegemoniczny zaczął być rozgrywany per proxy. Duża gra nie wymagała już militarnego podboju Kanady.

  35. krzysztof pisze:

    @Guy Fawkes
    To nie jest żadna odpowiedź na moje – proste w końcu pytania. To raczej uznanie, że geopolityka nie jest jednak omnipotentna.
    Nieszczęście polega na tym, że pewien typ geopolityków, do potencjału – trzymając się zaproponowanej termnologii – całkiem niefrasobliwie przypisuje taką, czy inną formę substancjalną, a potem zajmuje się już tylko formą substancjalną. I o to między innymi chodzi, jak mniemam, autorowi artykułu.
    Geopolityka może odpowiedzieć na pytanie, czy Chiny mogą w przyszłości stać się potęgą morską, ale nie ma narzędzi do budowania twierdzenia, że Chiny taką potęgą staną się. Może odpowiedzieć na pytanie, dlaczego USA mogły stać się potęgą morską, ale nie ma narzędzi, aby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego USA stały się taką potęgą. A z braku narzędzi pada krótka, acz błędna odpowiedź: To potencjał. W ten sposób następuje odejście od nauki i przy braku samokrytycyzmu, przez science-fiction przejście do idiot-fikszyn.

  36. Guy Fawkes pisze:

    @Krzysztof
    Nie wymagajmy zbyt wiele, a zwłaszcza nie pielęgnujmy utopijnych czy scjentystycznych oczekiwań o nauce, która udzieli wszelkich odpowiedzi na wszystkie pytania. Każda nauka się rozwija, żadna nie powiedziała ostatniego słowa. Geopolityka mówi jednak na tyle dużo w kwestiach jej swoistych, że warto jej słuchać. Mozna ją też krytykować, co samo w sobie jest immanentne w procesie poznawczym. Geopolityka może być uprawiana dyletancko itp ale to nie zmienia faktu, ze posiada cechy nauki, bo ma swój specyficzny przedmiot, cel, metodę i aspekt. Znacznie bardziej redukcjonistyczne czy deterministyczne czy niedorzeczne bywają tzw. nauki społeczne. A pan Lubina wydaje się horyzontu tych niby nauk nie przekraczać, aczkolwiek jest interesującym człowiekiem.

  37. krzysztof pisze:

    @Guy Faweks
    Wszystkie nauki dzielą się na ścisłe, przyrodnicze, społeczne i humanistyczne. Gdzie w tym podziale @Guy Faweks jest miejsce na geopolitykę? Nauki społeczne (https://pl.wikipedia.org/wiki/Nauki_społeczne) to m.in. geografia, historia, politologia, stosunki międzynarodowe.
    Geopolityka na pewno nie jest nauką ścisłą, bo tam zawsze 2+2=4, a geopolitycy dochodzą do różnych wniosków.
    Geopolityka pełną garścią czerpie z geografii i historii, a rości sobie pretensje do wskazywania wniosków stosunkom międzynarodowym i politologii (w mniejszym stopniu), Więc?

    PS. Religie też posiadają specyficzny przedmiot, cel, metodę i aspekt. Co do tego ostatniego, to niej jest atrybut przynależny nauce.

  38. Guy Fawkes pisze:

    @Krzysztof
    Trzeba by geopolitykę sklasyfikować jako naukę społeczna. Nie można od wszystkich nauk żądać tego samego stopnia ścisłości, co od matematyki, która zreszta jest sztuką, a nie nauką. W matematyce zresztą jest najwięcej antynomii:))
    Religia nie ma wszystkich tych cech, które wymieniłeś, ale teologia ma, dlatego religia nie jest nauką, a teologia tak.
    To, że geopolitycy dochodzą do różnych wniosków, geopolityki nie podważa. Historia filozofii to historia błędów, a jednak każda filozofia odkrywa coś istotnego, ale myli się, kiedy ten prawdziwy w jakimś aspekcie szczegół ekstrapoluje W każdej nauce są ”szkoły” i różne podejścia. Tzw. naukowość scjentystyczna to utopia. Tylko w matematyce jest uprawniona matematyczna ścisłość, ale niewiele z tego wynika poza matematyką. W dodatku bardziej naukowy jest falsyfikacjonizm (obalanie teorii), niż weryfikacjonizm (apologetyka ”naukowa”).
    Są różne geopolityki, bo wychodzą z różnych aspektów, np. od lądu, albo morza. Krytyka geopolityki jest uprawniona i potrzebna, ale Michał Lubina geopolitykę przekreśla w ogóle. To jest zabawne, bo jego psycho-socjo-politologiczny punk wyjścia jest dużo słabszy, wtórny i powierzchowny niż geografia, ekonomia i historia.
    Co by o geopolityce nie powiedzieć, widać z niej, że hegemonia mocarstwa morskiego jest jakąś aberracją czy uzurpacją, nienaturalną. Choć moim zdaniem konflikt Rzymu i Kartaginy trwa cały cały czas jako oś dziejów od tysięcy lat. W naszych czasach dominacja Kartaginy chyli się ku upadkowi.

  39. dokk pisze:

    Wygląda na to, że dr Lubina z krytykowania geopolityki, uczynił metodologie lansowania własnej osoby. Niestety, jak ktoś zaczyna od porównania geopolityki do marksizmu i sekciarstwa, to wielu osobom jest wstyd, że taki tekst dalej czytają, bo pachnie to naciąganiem faktów do tezy.

  40. Jarek pisze:

    Mało poważny artykuł oparty na lekturze jednej krytycznej książki, którą – po przytoczonych cytatach – można by nazwać paszkwilem. Naiwność Autora obrazuje szyderczo zadane pytanie: “Skąd geopolitycy wiedzą jak myślą politycy i dlaczego tak postępują”. Odpowiadam: geopolitycy to wiedzą bo potrafią przewidzieć kierunki i skutki działań polityków. Geopolityka szuka odpowiedzi na fundamentalne pytania decydujące o przyszłości państw i narodów: Dlaczego Dmowski wybrał opcję na Rosję w 1905 r ?Dlaczego Stalin zawarł pakt z Hitlerem w 1939 r. ?Dlaczego Rosja zajęła Krym a jej “zielone ludziki” wschodnią Ukrainę ? Dlaczego Rosja zgodziła się do spółki z Niemcami rozebrać Polskę ? Dlaczego po wycofaniu się USA z Bliskiego Wschodu w Syrii doszło do koalicji trzech byłych wielkich imperiów: Rosji, Turcji i Iranu. Dlaczego Niemcy politycznie konkurują z Rosją od 200 lat na pomoście bałtycko-czarnomorskim ? itp. itd. Na te pytania nie odpowie wam przeciętny historyk, socjolog, politolog, geograf czy polityk, gdyż jest to domena właśnie geopolityki.

  41. Jarek pisze:

    Mało poważny artykuł oparty na lekturze jednej krytycznej książki, którą – po przytoczonych cytatach – można by nazwać paszkwilem. Naiwność Autora obrazuje szyderczo zadane pytanie: “Skąd geopolitycy wiedzą jak myślą politycy i dlaczego tak postępują”. Odpowiadam: geopolitycy to wiedzą bo potrafią przewidzieć kierunki i skutki działań polityków. Geopolityka szuka odpowiedzi na fundamentalne pytania decydujące o przyszłości państw i narodów: Dlaczego Dmowski wybrał opcję na Rosję w 1905 r ?Dlaczego Stalin zawarł pakt z Hitlerem w 1939 r. ?Dlaczego Rosja zajęła Krym a jej “zielone ludziki” wschodnią Ukrainę ? Dlaczego Rosja zgodziła się do spółki z Niemcami rozebrać Polskę ? Dlaczego po wycofaniu się USA z Bliskiego Wschodu w Syrii doszło do koalicji trzech byłych wielkich imperiów: Rosji, Turcji i Iranu. Dlaczego Niemcy politycznie konkurują z Rosją od 200 lat na pomoście bałtycko-czarnomorskim ? itp. itd. Na te pytania nie odpowie przeciętny historyk, socjolog, politolog, geograf czy polityk, gdyż jest to domena właśnie geopolityki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz