Newsletter

Przeciw geopolityce

By uniknąć losu marksistów, geopolitycy muszą w swoim myśleniu zaprzestać popełniania „grzechów” ciężkich: od pychy począwszy, przez determinizm, uniwersalizm, redukcjonizm, na sekciarstwie skończywszy

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Geopolityka, wnosząc powiew intelektualnej świeżości, przebojem weszła do głównego nurtu polskiej opinii publicznej. Zdobywając serca i umysły wielu, stała się fenomenem społecznym ostatnich lat. Nastąpił jednak „zawrót głowy od sukcesów”. Dlatego najwyższy czas na otrzeźwienie. Inaczej geopolityka stanie się niczym marksizm-leninizm albo neoliberalizm: martwą ideologią nietłumaczącą rzeczywistości.

Koncepcja ta uczyniła dużo dobrego, przyczyniając się do uświadomienia, że narracja spod znaku „końca historii” jest już nieaktualna. To naiwne i niemądre przekonanie wyrządziło wiele szkód interesom RP, gdyż demokracja i prawa człowieka to – parafrazując słowa Gandhiego o cywilizacji zachodniej – dobry pomysł, lecz kierowanie się jedynie ich obroną w polityce to samobójstwo, szczególnie dla kraju tak położonego jak Polska i mającego takich sąsiadów. Geopolityka wyautowała tę narrację – i jest to jej wielka zasługa.

Kilka lat temu przeżyłem ukąszenie geopolityką. Ale już mi przeszło

Potem jednak nastąpiło coś niepokojącego. Geopolityka, zdobywając szerokie poparcie społeczne, stała się celem w samym w sobie, swoistym intelektualnym perpetuum mobile: dziś wszystko można wytłumaczyć geopolityką. Każde zdarzenie polityczne jest interpretowane i analizowane przez pryzmat geopolityki. Stała się ona synonimem „polityki międzynarodowej”. Tajemniczo brzmiące hasła jak Heartland stały się natomiast magicznymi zaklęciami, mającymi zmieniać rzeczywistość.

Mnie też zaraziło. Kilka lat temu przeżyłem ukąszenie geopolityką. Ale już mi przeszło. Doczytałem i straciłem złudzenia. Teraz spróbuję przekonać innych. Zrobię tak, mimo iż wśród najważniejszych geopolityków w tym kraju są moi koledzy. Jednak, parafrazując Arystotelesa, przyjaciele mi bliscy, ale prawda bliższa.

Geopolityk jak student

To będzie tekst ideowy. Publicystyczny, a nie naukowy. W jego pierwszej części rozprawię się z „ojcami założycielami” geopolityki, by wykazać ograniczenia intelektualne tej perspektywy. W drugiej natomiast – ostrzejszej, bardziej polemicznej, stricte nastawionej na Polskę – cytatów z geopolitycznych tekstów będzie mniej; celowo – by uniknąć skojarzeń, mogących odwrócić uwagę od istoty tego tekstu: rozprawienia się z ideami, a nie z głoszącymi je osobami. Zamiast tego będzie natomiast uogólniona próba syntezy pewnej postawy, charakteryzującej wielu, chyba większość (choć na pewno nie wszystkich!) geopolityków. Wywiedziona z trzech lat lektur geopolitycznych książek, artykułów, prac studenckich i tekstów na forach internetowych oraz niezliczonych dyskusji. Wiem, co ryzykuję: poprzednie próby, mniej lub bardziej udane, przemówienia geopolitykom do rozsądku kończyły się z ich strony reakcją histeryczną. Krytycy byli oskarżani o głupotę, prywatę, a nawet agenturalność. Spróbuję jednak, bo uważam, że jest to postawa lepsza od tej prezentowanej przez wielu moich kolegów z akademii, odpowiadających na geopolityczne wyzwanie pogardą (przejawiającą się hasłami typu „geopolityk jest jak student I roku stosunków międzynarodowych, co przerobił już geopolitykę i myśli, że wie wszystko; ale przed nim jeszcze cztery lata studiów” albo „XY – tu proszę wstawić nazwisko geopolitycznego guru – jest jak Korwin-Mikke, z tego się wyrasta”). Pogarda bowiem zazwyczaj działa w sposób odwrotny do zamierzonego: zamiast przekonać, odrzuca. A właśnie przekonywać trzeba. I to teraz, gdy geopolityka jest u szczytu popularności. Jedynie głos rozsądku może sprawić, że uda się uratować to, co w geopolityce cenne, a odrzucić przesadę. Inaczej za kilka lat na geopolityków patrzeć będziemy tak jak dziś na peerelowskich weteranów marksizmu-leninizmu: ze współczuciem w najlepszym wypadku, z politowaniem w najgorszym.

Jedynie głos rozsądku może sprawić, że uda się uratować, to co w geopolityce cenne, a odrzucić przesadę

By uniknąć tego losu, geopolitycy muszą w swoim myśleniu zaprzestać popełniania „grzechów” ciężkich: od pychy począwszy, przez determinizm, uniwersalizm, redukcjonizm, a na sekciarstwie skończywszy. Rzecz jasna, nie każdy geopolityk ma na sumieniu wszystkie te grzechy – powtarzam: to co robię, to pewne uogólnienie, a w każdej generalizacji można znaleźć wyjątki – ale każdy z tych grzechów powoduje ryzyko błędu w analizowaniu rzeczywistości.

Grzech pierworodny

Grzechem pierworodnym geopolityki – który powoduje wszystkie pozostałe grzechy – jest pewna postawa filozoficzna. Przekonanie, że za pomocą geopolityki można wyjaśnić świat i zachodzące w nim procesy. W języku geopolityków odzwierciedla się to w takich hasłach jak „odwieczne prawa geopolityki”, „żelazne prawa geopolityki”, czy „obiektywne prawa geopolityki”. Geopolitycy wierzą – bo to zaiste wyłącznie wiara jest – że dzięki znajomości reguł sformułowanych przez Mackindera i spółkę, a przedstawionych jako prawa naturalne geografii, mogą obiektywnie wyjaśnić procesy społeczne na świecie. Problem w tym, że właśnie nie mogą.

Ta postawa filozoficzna geopolityków nie jest nowa. Swoimi korzeniami sięga „fizyki społecznej” Comte’a. Wierzył on, że zjawiska społeczne można obiektywnie zbadać i wyjaśnić tak jak przyrodnicze, które miał za wzór. By to zrobić, trzeba je badać podobnymi metodami i powoli zbliżać się do ideału wyjaśnienia przez naukę wszystkiego. Ta optymistyczna postawa została nazwana pozytywizmem. Problem polega na tym, że to było ponad 150 lat temu. Od tego czasu wiele się zmieniło. Przede wszystkim upadło przekonanie, że nauki społeczne mogą w pełni wyjaśnić rzeczywistość. Najwięksi optymiści zakładają, że da się to zrobić tylko w jakiejś części. Fachowo nazywa się to śmiercią idei teorii ogólnej (wyjaśniającej wszystko) i skupienie się tylko na teoriach średniego rzędu/zasięgu. Nauki przyrodnicze, ścisłe – tak, mogą sporo wyjaśnić (choć i tak wciąż wiele przed nimi)! Lecz nie społeczne, bo człowiek (wraz ze swymi wytworami) jest istotą zbyt skomplikowaną i zbyt nieprzewidywalną, by można go było do końca zbadać. Po prostu od czasów Comte’a naukowcy spokornieli. Wiedzą już, że narzędzia ich poznania są niedokładne i ograniczone. Da się coś zbadać i wyjaśnić – ale nigdy w całości. W najbardziej przystępny sposób zilustrował ten problem Popper. Przyrównując teorię (teoria w nauce to nie przeciwieństwo praktyki, jak w codziennym użyciu, lecz system wiedzy wyjaśniającej) do reflektora w ciemnym pokoju. Dzięki niemu możemy coś oświetlić i zobaczyć jakąś część, ale nie cały pokój. A jeśli będziemy próbowali ogarnąć całość, to rozbijemy sobie głowę o szafę.

Geopolityka nie jest obiektywną nauką, która niby odkryła odwieczne prawa, lecz powstałą w specyficznym momencie (przełom XIX i XX w.), opartą o darwinizm społeczny ideologią, mającą legitymizować imperializm europejski

Ta ważna refleksja filozoficzna niestety do wyznawców geopolityki – raczej ideologii niż nauki, na pewno zaś społecznej, choć kryjącej się za geografią i przez to udającej obiektywizm nauk przyrodniczych – nie dotarła. Geopolitycy albo nie znają, albo ignorują głosy krytyczne z lat 70. (i późniejsze) i udają, jakby tych ataków w ogóle nie było. W efekcie wielu geopolityków funkcjonuje w zdezaktualizowanym o dobre kilkadziesiąt lat przekonaniu, że dzięki geopolityce mogą wyjaśnić procesy społeczne (a więc i polityczne).

 To nie nauka obiektywna

Ta ignorancja powoduje właśnie u akademików stykających się z pewnymi siebie geopolitykami postawę będącą krzyżówką bezradności i pogardy. No bo jak grzecznie powiedzieć komuś takiemu: „O ograniczeniach nauk społecznych powinieneś już wiedzieć po liceum”! Tę bezradność połączoną z pogardą u badaczy społecznych, mających do czynienia z geopolitykami, można do pewnego stopnia przyrównać do tego co czuje historyk, gdy spotyka się z turbosłowianami (miłośnikami Wielkiej Lechii), lekarz z antyszczepionkowcami czy astronom z miłośnikami tez o płaskości Ziemi.

Ponieważ jednak pogarda i bezradność są mocno niekonstruktywne, postanowiłem wykazać, że to, co twierdzi geopolityka, nie jest obiektywne, lecz właśnie subiektywne. Że nie wolno geopolityki traktować jako prawdy obiektywnej, tylko trzeba wiedzieć, skąd się wywodzi i co sobą reprezentuje. Mieć świadomość, co się głosi. Idę tutaj śladami Gearóida Ó Tuathaila, który sformułował najważniejszą krytykę „ojców geopolityki” (z jego książki „Critical Geopolitics. The Politics of Writing Global Space” pochodzą cytaty użyte w tym artykule, chyba że zaznaczyłem inaczej), dekonstruując idee Mackindera i spółki. Streścić to można jednym zdaniem: geopolityka to nie prawda obiektywna, choć taką udaje, tylko narracja. Może nawet, za Lyotardem, „wielka narracja” – wszak mają rozmach! – ale wciąż tylko narracja.

Mackinder oferował „uspołeczniony prymitywizm, intelektualizm zbudowany na antyintelektualizmie”

Geopolityka nie jest obiektywną nauką, która niby odkryła odwieczne prawa, lecz powstałą w specyficznym momencie (przełom XIX i XX w.), opartą o darwinizm społeczny ideologią, mającą legitymizować imperializm europejski. Narodziła się jako intelektualne uprawomocnienie dominacji anglosaskiej. Była też bardzo lubiana w nazistowskich Niemczech, a po wojnie – w RPA i Ameryce Południowej (profesorem geopolityki był m.in. Pinochet). W świecie zachodnim niepopularna po II WŚ, powróciła po kryzysie ekonomicznym 2008 r. Jest więc intelektualnie „odgrzewanym kotletem”. Z Zachodu przywędrowała do nas. Jej niezwykła popularność w Polsce jest po prostu odblaskiem pewnej tendencji światowej.

Geopolityczni „bogowie”

Twórca geopolityki, Halford Mackinder, to nie jakiś półboski guru, lecz konserwatywny (choć z partii liberalnej) zwolennik modernizacji Imperium Brytyjskiego, umocowany w specyficznym momencie kryzysu po wojnie burskiej. Chciał je reformować, by utrwalić jego panowanie, mimo pojawiających się wyzwań. Motto Mackindera brzmiało: „trzeba sprawić, by nasi ludzie myśleli imperialnie”. To w „geografii” – tak określał swoją ideologię nazwaną później geopolityką (tego słowa ponoć nie lubił, co jest zrozumiałe, bo utrudniało zawłaszczenie geografii na potrzeby jego wizji) – widział siłę mogącą odnowić Imperium Brytyjskie. Nie był dążącym do obiektywizmu naukowcem, tylko politykiem (przez 12 lat nawet posłem), konkretnie – społecznym imperialistą. Dlatego geografia nie była dla niego „zbiorem bezwartościowych informacji”, lecz miała służyć kształceniu umysłów imperialnych kadr. W tym celu m.in. pisał podręczniki szkolne. Dlatego odrzucał podejście naukowe na rzecz Roussowskich złudzeń o „powrocie do natury” (natura jest dobra, a kultura zła, im ktoś bliżej tej pierwszej, tym jest lepszy). Podopieczni Mackindera mieli patrzeć na świat „oczami dzieci i dzikusów”. W efekcie Mackinder oferował „uspołeczniony prymitywizm, intelektualizm zbudowany na antyintelektualizmie”. Co gorsza, z nieusuwalną ironią: Mackinderowska ideologia miała służyć „zbudowaniu rasy panów, zdolnej do władania światem, a jednocześnie mieli oni patrzeć na ten świat jak dzikusy” (którymi władali) – „zbawienie Imperium Brytyjskiego wymagało więc wrażliwości (podbitego) dzikusa”. Fundamentalny problem z tą postawą jest więc nie tylko etyczny (to wszak kolonialny rasizm czystej wody), lecz przede wszystkim epistemologiczny (poznawczy). Opiera się ona na roussoizmie: dawno odrzuconym, XVIII-wiecznym sentymentalnym złudzeniu, że można poznać naturę „taką jaką ona jest”. Gdy więc Mackinder wprowadzał swoje Heartlandy i szeregował świat na zony w eseju “The Geographical Pivot of History”, dającym początek geopolityce, to nie był to obiektywny opis rzeczywistości, lecz Mackinderowska konstrukcja tejże rzeczywistości. To nie deskrypcja świata takiego, jaki jest, tylko takiego, jaki ma być – „normatywną, imperialistyczna agenda polityczna”. Chodziło o to, by poprzez takie przedstawienie i ułożenie świata (złudzenie obiektywizmu, neutralności i racjonalności geografii) służyć interesom Imperium Brytyjskiego.

Abstrahując od tego, że geografię można ludzkimi rękoma zmienić – budując Kanał Sueski czy niszcząc Jezioro Aralskie na przykład – to jest ona jako nauka pewną konwencją, konstruktem społecznym

Za Mackinderem poszli inni. Bismarckowski darwinista, Friedrich Ratzel przyrównywał państwa do organizmów. Twierdził, że by rosnąć potrzebują one – uwaga! – Lebensraum, „przestrzeni życiowej” (to on wprowadził ten termin). Najpierw poszukiwał jej dla Niemiec w Afryce, a następnie w Mitteleuropie (czyli u nas). To prace Ratzla w największym stopniu przyczyniły się do nadania III Rzeszy aury quasi-naukowości legitymizującej jej podboje. Alfred Mahan, kolejny darwinista, tyle, że amerykański. Do tego rasista i imperialista (wierzył w „żółte zagrożenie” i biologiczną hierarchię narodów z Anglosasami na szczycie, głosił „brzemię białego człowieka”), a gorsza – nawiedzony plagiator (twierdził, że w trakcie pisania otrzymał boskie objawienie, a rzeczywistości swą najważniejszą tezę podkradł koledze z akademii Annapolis). Pisząc o tym, że kontrola mórz ma decydujące znaczenie dla losu państwa, legitymizował interesy militarystów amerykańskich, takich jak Theodore Roosevelt, chcących rozbudowywać flotę. To Mahan wprowadził pseudonaukowe rozróżnienie na niezmienną strategię (odwieczny „porządek rzeczy”) i zmienną, dostosowaną do niej taktykę, co nie jest obiektywnym opisem rzeczywistości, tylko jego wizją tejże. To on wreszcie, dzięki swym nadzwyczajnym talentom PR-owskim, stał się prototypem medialnego „eksperta ds. geopolityki”, wymądrzającego się na każdy temat. Kolejny przykład: Rudolf Kjellen, szwedzki nacjonalista (nieskutecznie blokował niepodległościowe aspiracje Norwegii). Chętniej go wszakże słuchano w Niemczech, ponieważ wielbił II Rzeszę i w 1915 r. przepowiadał jej zwycięstwo w I WŚ (mające być triumfem porządku nad wolnościowymi ideałami Rewolucji Francuskiej). To Kjellen, rozwijając idee Ratzla, wprowadził termin „geopolityka” (pierwsze użycie: 1899). Objaśniał go porównaniami do nauk przyrodniczych (stąd są te wszystkie zdania o „naturalnych” i „organicznych” rzekomo cechach w geopolitycznym dyskursie). Oraz – wzorując się na klasyfikacji Linneusza – uszeregował państwa na wyższe i niższe. Dalej, szczególny typ: Karl Haushofer, niemiecki generał z I WŚ, który na emeryturze został geopolitykiem. Nienawidząc traktatu wersalskiego, polubił nazistów. Mentorował Rudolfowi Hessowi i doradzał Hitlerowi („przestrzeń życiowa” na Wschodzie). Do czasu: podobało mu się Monachium i pakt Ribbentrop-Mołotow, ale Operacja Barbarossa już nie. Po ucieczce Hessa popadł w niełaskę, a po wojennej klęsce popełnił samobójstwo. Chociaż skala jego wpływu na Hitlera jest dyskusyjna (obecnie przyjmuje się, że spora do końca lat 30-tych, a potem malejąca), to sam fakt pozostaje bezsporny. Zaś owo nazistowskie uwikłanie geopolityki jest do dziś ulubionym ideologicznym orężem jej wrogów. Nie piszę tego, by automatycznie wiązać geopolitykę z faszyzmem – daleki jestem od prymitywnej nadwiślańskiej erystyki wyzywającej od nazistów każdego stojącego na prawo od liberalno-lewicowego mainstreamu – a jednak patrząc na dehumanizacyjne cechy geopolityki, przypomina mi się przestroga, którą przekazywano mi na studiach: „dbaj, jakiemu księciu służysz”.

Geografia to konstrukt społeczny

Wreszcie Nicholas Spykman, ten od Rimlandu. Holenderski emigrant do USA, za młodu był wilsonowskim idealistą. Szybko się wyleczył i – za pieniądze Fundacji Rockefellera – został heroldem amerykańskiego neokolonializmu i imperializmu. To jemu zawdzięczamy dalszą absolutyzację geografii. Najlepiej wyrażającą się w sformułowaniu „geografia nie dyskutuje, ona po prostu jest”. Na niej zbudował binarne przeciwieństwa stałej, niezmiennej, koniecznej natury, niezależnej od ludzkich przekonań i postaw. Oraz nadbudowanej na niej sfery działań ludzkich. Sam ilustrował to tezą tyleż błyskotliwą – „ministrowie przychodzą i odchodzą, nawet dyktatorzy umierają, ale pasma górskie stoją nieniepokojone” – co merytorycznie błędną (pasma górskie przecież nie stoją w miejscu, tylko podlegają erozji, osadzaniu się itp.; jasne, że geografia jest trwalsza od działań ludzkich, ale nie jest stała i niezmienna). Spykmanowskie uproszczenie brzmi jednak zdroworozsądkowo i przekonująco – to pewnie dlatego jest przez geopolityków przyjmowane a priori jako dogmat. Tymczasem abstrahując od tego, że geografię można ludzkimi rękoma zmienić – budując Kanał Sueski czy niszcząc Jezioro Aralskie na przykład – to jest ona jako nauka pewną konwencją, konstruktem społecznym. Badane przez geografię obiekty (rzeki, góry, wyspy itp.), cechy (wielkość, położenie, klimat, itp.) czy koncepcje (Zachód, Wschód, itp.) są opisywane społecznie skonstruowanymi znakami. Umownym systemem kodyfikacji, osadzonym w europejskim systemie symbolicznym. Mapa jest systemem znaków, które musimy umieć rozpoznać. Wygląd mapy jest więc rezultatem konwencji, które się zmieniają. Inaczej wyglądały średniowieczne mapy, inaczej przedkolonialne mapy buddyjskie, a i za kilkaset lat mapy mogą nie przypominać dzisiejszych. Skoro zaś geografia jako nauka jest konstruktem społecznym, to jest i w nieunikniony sposób umocowana politycznie. Nie jest niewinna. Po foucaldowsku mówiąc: geografia jako dyskurs jest formą wiedzy i władzy. Współcześnie nam znana geografia trafiła do szkół po raz pierwszy w II Rzeszy Niemieckiej w 1874 r. po to, by ujednolicić, scalić pruskie zdobycze terytorialne (takie jak Wielkopolska na przykład) w umysłach poddanych. Zmapowanie w dziejach zaś nie tylko służyło imperialnym podbojom. Wyznaczyło wielu postkolonialnym krajom granice (niektóre nowoczesne państwa, jak Tajlandię, wręcz stworzyło). Przede wszystkim zaś doprowadziło do unifikacji, centralizacji i zmniejszenia regionalnych różnic pod dyktando centralnych ośrodków władzy. Trudno się potem dziwić Irlandczykom, że skrócili o głowę pierwszego kartografa Zielonej Wyspy (na służbie brytyjskiej), Richarda Bartletta, mimo, że rysował piękne mapy. Wiedzieli, co robią: nie chcieli zostać „odkryci”. Czyli – podbici.

Geopolityka po pierwsze sama klasyfikuje geografię po swojemu (te wszystkie geopolityczne Heartlandy, Rimlandy, Wyspy Świata itp. są przecież klasyfikującymi kategoriami), tym samym dalej ją konwencjonalizując. Po wtóre – operuje mglistymi porównaniami

Geografia nie jest więc tak obiektywna, jakby się wydawało. Jako konstrukt społeczny nie może być. Ani nie jest neutralna, bo w nieunikniony sposób łączy się z polityką. Tymczasem geopolityka po pierwsze sama klasyfikuje geografię po swojemu (te wszystkie geopolityczne Heartlandy, Rimlandy, Wyspy Świata itp. są przecież klasyfikującymi kategoriami), tym samym dalej ją konwencjonalizując. Po wtóre – operuje mglistymi porównaniami (już Lacoste zauważył, że te geopolityczne Lądy i Morza to żadne kategorie, tylko literackie metafory, co powoduje, że oparte na nich myślenie geopolityczne, zamiast kierować się rygorami naukowości staje się „niedokładne, mylne, zniekształcone i upraszczające”). Mało tego: po trzecie depolityzuje takie procesy jak ekspansja terytorialna czy imperializm. Przedstawia je jak „naturalne” i rozumiejące się same przez się, bo wywodzące się z geografii. Są to tymczasem procesy polityczne niezwiązane bezpośrednio z geografią. Przykład: Rosja wcale nie musiała być automatycznie ekspansjonistyczna z powodu braku naturalnych granic (jak twierdzi geopolityka), dopiero swoista kultura polityczna uczyniła Rosję państwem immanentnie imperialistycznym. Tymczasem procesy polityczne przez geopolitykę zostały powiązane z geografią przez intelektualistów pokroju Mackindera z powodów ich własnych imperialnych ambicji oraz osobistych korzyści majątkowych, co doprowadziło geopolitykę do prezentowania „mechanistycznego, deterministycznego geograficznego materializmu” jak obiektywnej prawdy. To zmanipulowanie, zawłaszczenie geografii przez geopolitykę tworzy nie obiektywną rzeczywistość, lecz złudzenie obiektywizmu. Zupełnie jak marksizm, który twierdził, że „naukowo” już wszystkiego dowiódł i wszystko wyjaśnił. Tyle, że wcale nie było to stwierdzenie naukowe, a ideologiczne. Historia obeszła się z nim okrutnie.

Grzechy główne

Z „grzechu pierworodnego” geopolityki biorą się grzechy następne, z najważniejszym – pychą – na czele.

Ilekroć coś się dzieje, z wielkim zainteresowaniem zawsze czytam analizy pisane piórem geopolityków. Cóż za rozmach! Cóż za insiderska wiedza! Znają się na wszystkim. Żadne sekrety nie są im obce. Wszelkie intencje – te jawne i te tajne – każdego z mocarstw (małe i średnie państwa mają zazwyczaj w pogardzie) są im znane. Motywacje liderów są dla nich klarowne. Podobnie jak wieczne interesy narodowe. Knowania służb specjalnych. Deale oferowane państwom w zaciszu gabinetów. Podziały wśród elit. Pułapki wektorów polityki. Dylematy bezpieczeństwa… Przed umysłem geopolityka nic się nie ukryje! Gdy więc czytam lub słucham tego geopolitycznego teoretyzowania, to zawsze korci mnie, by spytać: a skąd to wiesz, drogi geopolityku? Skąd wiesz co myśli Merkel, Trump, Putin? W ich głowach siedzisz? Do dokumentów masz dostęp? Ich osobiste interesy znasz? Preferencje? Sympatie i antypatie? Powiązania biznesowe? Rodzinne? Towarzyskie? Uwarunkowania kulturowe, klasowe, społeczne? I tak dalej – listę można mnożyć.

Bezkrytyczna pewność siebie, bijąca z geopolitycznych analiz, przypomina mi anegdotę, opowiadaną w którymś wywiadzie przez Bartłomieja Sienkiewicza. Zanim stał się on kontrowersyjnym politykiem, był cenionym analitykiem. Przyznał, że przepytując kandydatów do OSW najbardziej nie lubił politologów. Bo wszystko o wszystkim wiedzieli. Myślę, że gdyby przewrotny los rzucił Sienkiewicza na podobną funkcję dziś, to przy geopolitykach zatęskniłby on za skromnością ówczesnych politologów. Tak jak bowiem dawna mądrość głosiła, że w dyskusji należy się bać człowieka, który przeczytał jedną książkę, tak dzisiaj należy się bać geopolityka, który obejrzał jeden filmik na YouTube.

Z grzechem pychy łączą się u geopolityków grzechy uniwersalności, determinizmu i redukcjonizmu. Widząc mapę i położenie geograficzne danego państwa, geopolitycy są w stanie wszystko wydedukować. To jak program komputerowy: wklikujesz dane i wyskakuje rozwiązanie. I co ważniejsze – dla każdego państwa. Dziś USA, jutro Chiny, pojutrze Węgry, a następnie Wenezuela. Są w zasadzie takie same – wszystkie mają przecież góry (no, z wyjątkiem Węgier), rzeki i niziny determinujące ich politykę. Geopolityka to już wszystko wyjaśniła. Wystarczy poznać jej założenia i będzie się wiedzieć, będzie się ekspertem od wszystkiego. W końcu „polityka zaczyna się od mapy”. Nie trzeba się uczyć języków, kultury, nie trzeba mieszkać w danym państwie. Wystarczy przeczytać esej Mackindera, obejrzeć jeden czy dwa geopolityczne filmiki, spojrzeć na mapę i voilà! Świat staje otworem. Jest prosty, zrozumiały i czytelny. Geopolityka dała narzędzia do rozumienia wszystkiego. Proste wytłumaczenie trudnych spraw. Na tyle jednak skomplikowane, by błysnąć przed rodziną elokwencją przy niedzielnym obiedzie albo przy znajomych na imprezie (szczególnie, gdy dorzuci się kilka trudnych słów typu Heartland).

Złudzenia narzędzi

Ale tak naprawdę geopolityka dała nie narzędzia, a złudzenia narzędzi: to wszystko jest spekulacja nieświadoma bycia spekulacją. Zdecydowana większość analiz geopolitycznych jest interesująca – w brytyjskim tego słowa znaczeniu – ale pod względem wartości epistemologicznych sytuuje się tam, gdzie rozmowy kumpli przy wódce o kobietach.

Co Rosja miała stracić – swe nierosyjskie peryferia – to już utraciła w 1991 r. By to jednak zrozumieć, nie wystarczy geopolityka. Tu należy poznać kraj, jego kulturę, ludzi

Przykład? Od dobrych kilku lat słyszę od geopolityków, że Rosja jest słaba i na pewno się rozpadnie. Tymczasem Rosja jest w stanie upadku gospodarczego od czterech wieków, a mimo to zdołała nam dwa razy zniszczyć państwo. Wygrać z Rzecząpospolitą rywalizację o dominację nad Słowiańszczyzną, i zbudować dwa imperia. Niezły wynik jak na słabeusza. A i teraz jest od nas nieporównywalnie potężniejsza. Nie osłabła na tyle, byśmy mogli sobie pozwolić na Schadenfreude. Dalej jest jednym z najważniejszych państw na świecie. Tego o nas powiedzieć się nie da. Lecz istotniejszy jest drugi człon: że się rozpadnie. Bo nie ma naturalnych granic, ma za to immanentną słabość ekonomiczną, leży z dala od szlaków handlowych itp., itd. To wszystko prawda, tylko na co ma się rozpaść? Które to niby części Rosji mają się odłączyć? Otoczony etnicznie rosyjskimi prowincjami Tatarstan? Daleki Wschód, gdzie nacjonalizm wielkoruski jest silniejszy niż centrum kraju, za to Chińczyków mniej niż w Moskwie? Nowogród Wielki, w którym dawno zapomniano o wiecowych demokracjach, za to od stu pięćdziesięciu lat dumnie tam stoi pomnik Tysiąclecia Państwa Rosyjskiego? To może Jakuci? Albo chociaż Czukcze?

Żadna z istotnych części Rosji się nie odłączy, bo Rosja jest scalona i ujednolicona silną ideą imperialną. Jeśli trzeba będzie, Rosjanin odda ostatniego ziemniaka na ojczyznę. Tak Rosjanie pokonali Napoleona i Hitlera, a nie dlatego, że mieli głębię strategiczną. Ta ostatnia by im nic nie dała, gdyby duch upadł, a elity się sprzedały. Tak, jeśli Rosja osłabnie, to w przyszłości może – podkreślam: może! – utraci Kuryle, Czeczenię, ewentualnie też inne republiki kaukaskie, oby Kaliningrad. Ale to nie ma znaczenia. Rdzeniowe części pozostaną przy niej, bo Rosjanin z Niżnego czy Nowosybirska (nie wspominając o tym z Władywostoku) tak samo kocha „matuszkę Rossiję” jak ten z Moskwy. Co Rosja miała stracić – swe nierosyjskie peryferia – to już utraciła w 1991 r. By to jednak zrozumieć, nie wystarczy geopolityka. Tu należy poznać kraj, jego kulturę, ludzi. Trzeba trochę poczytać, porozmawiać, pojeździć. Takiej postawi jednak geopolityka nie ceni, bo czynniki kulturowe ma w pogardzie.

Nie wszystko jest celowe

Ten artykuł robi się za długi, więc jeszcze tylko dwa ostatnie grzechy. Celowość. W geopolityce wszystko jest celowe. Państwa i ich przywódcy kierują się wymuszonymi przez uwarunkowania geopolityczne interesami i dlatego wygrywają, lub przegrywają, jeśli ich nie rozumieją. Ale zawsze jest powód ich decyzji. Do tego racjonalny. Tymczasem im dłużej patrzę na politykę, tym bardziej dochodzę do wniosku, że głównymi przyczynami decyzji politycznych są: głupota, niekompetencja i przypadek. Lub ujmując to w bardziej metodologicznie uporządkowanym języku: „brzytwa Hanlona” (czyli: „nigdy nie doszukuj się złej intencji tam, gdzie chodzi o głupotę”), „prawo Petersa” („każdy w pracy dochodzi do stanowiska, będącego progiem jego niekompetencji: ergo przywódcy na szczycie robią błędy, bo zaszli tak wysoko”) oraz maksyma Wolfowitza („niespodzianki w stosunkach międzynarodowych zdarzają się tak często, że zaskakujące jest, iż wciąż nas zaskakują”). Plus może jeszcze szczęście. Wszak Napoleon jak awansował generałów, to odpowiadając na sugestie pytał: „Wiem, że jest dobry, ale czy ma szczęście?”

Przykładem niech będzie upadek ZSRR. Dla geopolityków temat wdzięczny. Wszak Putin nazwał to „największą geopolityczną katastrofą XX wieku”. Do tego dorzućmy koncepcje Mackindera i Spykmana, oraz powszechne w rosyjskim ludzie przekonanie, że złowrodzy „oni” rozwalili Sojuz. No i mamy gotową receptę na geopolityczną teoryjkę. USA, kierując się naukami geopolitycznych mędrców, osłabiało swego głównego konkurenta do władztwa na świecie, aż w końcu knowaniami doprowadziło do jego upadku. Tyle tylko, że gdy czyta się wspomnienia Jelcyna, Krawczuka i Szuszkiewicza, to wynika z nich jedno. W Puszczy Białowieskiej spotkali się dlatego, że nie lubili Gorbaczowa: chcieli się go pozbyć. Nie planowali niszczyć ZSRR. To wyszło niejako przy okazji, siłą rozpędu. Ot, skutek uboczny: trzech zaściankowych przywódców, knując przy wódce przeciw czwartemu, przypadkowo dobiło imperium. Nikt tego nie zamierzał, nie było żadnej wielkiego, ukrytego planu. Nic. Jakże rozczarowujące!

Każdą decyzję polityczną powoduje dziesiątki przyczyn, agencyjnych i strukturalnych. Oraz przypadek

I wreszcie ostatni grzech, bardzo polski: sekciarstwo i totemizm. Ogromna popularność geopolityki przybrała w Polsce specyficzny romantyczno-mesjanistyczny rys, przejawiający się w mitotwórczym podejściu do tematu. W traktowaniu geopolityki jako magicznej formuły wybawienia kraju z jego trudnego położenia („geopolityka to nasza przyszłość, nasze życie, nasze być albo nie być” pisała na Facebooku jedna jej fanka, przez miłosierdzie całego cytatu nie przytoczę), a nawet jako jakiejś über-nauki, czy wręcz quasi-religii. Zdaniem wielu – nie tylko zawistnych akademików – pojawiła się oto w Polsce intelektualna sekta geopolityków. Mająca bożków (Mackinder, który – niczym Lenin – jest wiecznie żywy), totemy (Heartland rzucony w dyskusji działa jak zaklęcie), niekwestionowanych guru, a nawet dewocjonalia (koszulki i inne gadżety). Sekta zachowująca się, jakby posiadła tajemną prawdę i reagująca na każdą krytykę geopolityki w histeryczny sposób. Tymczasem właśnie krytykować trzeba. Nie ma świętych krów, każdego trzeba punktować. Mnie też, a może przede wszystkim, wszak cóż wart byłby mój argument, gdybym nie potrafi go obronić? To w dyskusji – ostrej, ale cywilizowanej – wyostrzają się sądy, konfrontują się idee, powstaje nowa jakość.

Złudzenie odpowiedzi

Geopolityka, udzielając prostych odpowiedzi na trudne pytania, zaspokaja bardzo ludzką potrzebę ładu, uporządkowania, znalezienia sensu w świecie. Tyle, że polityka jest jak życie: czasem racjonalna, a czasem (chyba częściej) – nie. Geopolityka, teoretyzująca na podstawie własnych imaginacji (geografia nie jest ani jedynym ani najważniejszym powodem decyzji politycznych) nie daje więc odpowiedzi, lecz złudzenie odpowiedzi. A złudzenia, szczególnie w polityce, są bardzo niebezpieczne.

Największą zaś szkodą, jaką geopolityka wyrządza debacie publicznej, jest zawężanie perspektyw, redukcjonizm, determinizm. Właśnie przez te wady cofa intelektualnie debatę. W naukach społecznych od dawna trwa nierozstrzygnięty spór: co ważniejsze: agent (fachowo: podmiot sprawczy, czyli: jednostki) czy struktury. Ten dylemat najlepiej chyba, choć z przechyłem w stronę struktury, oddaje cytat z Marksa: „Ludzie piszą historię, lecz nie czynią tego w wybranych przez siebie okolicznościach”. Od mniej więcej 30 lat nikt nie opowiada się jednoznacznie za jedną albo drugą stroną. Normą są różne koncepcje próbujące połączyć agencję ze strukturą (Giddens, Hay, Jessop, Archer). W końcu na każdą decyzję polityczną składają się dziesiątki przyczyn, agencyjnych i strukturalnych. Oraz przypadek.

I oto nagle wpada geopolityka jak z zaświatów, ze swoimi wczesnodwudziestowiecznymi koncepcjami, i wrzeszczy „Ino struktura! Tylko geografia się liczy!”. Po takim dictum trudno nie traktować jej bezkrytycznych miłośników jak tej żaby z chińskiej przypowieści, co siedząc w studni, patrzyła w niebo, i myślała, że widzi cały świat.

 

Autor składa podziękowanie Magdalenie Kozłowskiej, Tomaszowi Pugacewiczowi, Bogdanowi Zemankowi i Adrianowi Bronie za konsultacje merytoryczne.