Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Własność stopniowo podkopywana

Prawo do własności jest ostatnio coraz wyraźniej kwestionowane. Jednocześnie zagęszczają się okoliczności, które mogą ten proces gwałtownie wzmóc. Uśpienie czujności może mieć katastrofalne skutki

Prawo do własności jest ostatnio coraz wyraźniej kwestionowane. Jednocześnie zagęszczają się okoliczności, które mogą ten proces gwałtownie wzmóc. Uśpienie czujności może mieć katastrofalne skutki

Straciliśmy czujność. Prawne gwarancje własności – i zarazem brak poważniejszych zagrożeń – istnieją na Zachodzie od tak dawna, że są powszechnie traktowane jak coś tak oczywistego i naturalnego, jak dostęp do powietrza. W Polsce gwarancje te istnieją znacznie krócej, ale nasze – w większości niesamodzielne umysłowo – elity traktują niemal wszystko, co funkcjonuje na Zachodzie, jak prawdę objawioną.

Tymczasem prawo do własności jest ostatnio coraz wyraźniej kwestionowane. Jednocześnie zagęszczają się okoliczności, które mogą ten proces gwałtowanie wzmóc. Uśpienie czujności może mieć w tych okolicznościach katastrofalne skutki.

Długie ręce prezydenta

Najpierw przypomnijmy precedens z samego serca współczesnego kapitalizmu. Wkrótce po dojściu do władzy prezydent Franklin Delano Roosevelt wydał – uzasadniając to koniecznością walki z „wielkim kryzysem” – w kwietniu 1933 roku słynne rozporządzenie wykonawcze nr 6102. Zakazywało ono gromadzenia złota wartości powyżej 100 dolarów (z nieistotnymi wyjątkami) i nakazywało przekazanie nadwyżek, w zamian za gotówkę, do Rezerwy Federalnej.

Trzeba przypomnieć, że złoto było wówczas podstawą systemu pieniężnego i wciąż obowiązującym środkiem płatniczym. Regulacja Roosevelta była więc powszechną konfiskatą. A jako taka: bezprecedensową w nowoczesnym, republikańskim Zachodzie ingerencją w prawo własności. Mimo potężnego sprzeciwu bodaj najbardziej przywiązanego do idei własności prywatnej społeczeństwa świata – powiodła się. Zarazem jednak spotkała się z biernym oporem Amerykanów, którzy kombinowali jak mogli, żeby nie dać się wywłaszczyć. W efekcie, wedle badań Miltona Friedmana i Anny Schwartz, ilość złota w obiegu spadła – pomimo drakońskich kar za nieprzestrzeganie prezydenckiej konfiskaty – zaledwie o 22 procent.

Zostawmy na boku spory o to, czy złoto było dobrym środkiem płatniczym, a także o to, czy i na ile zarządzona przez twórcę „Nowego Ładu” rekompensata była sprawiedliwa. Rzecz w tym, że państwo – i to nie byle jakie, bo globalny wzorzec republikanizmu i poszanowania własności – było w stanie jednym gwałtownym ruchem zdelegalizować i skonfiskować powszechnie używany środek płatniczy. Dzisiejszym odpowiednikiem ówczesnego złota jest przede wszystkim gotówka i pieniądz elektroniczny. Per analogiam powinniśmy się więc liczyć z możliwością powszechnych konfiskat bankowych depozytów oraz domowych skarbonek i skarbców.

Konfiskaty tu i teraz

Powie ktoś, że żyjemy w innych czasach. Nic bardziej błędnego. Zostały już podjęte bardzo konkretne, daleko idące i precedensowe działania. W marcu 2013 roku na Cyprze w ramach akcji ratowania niewypłacalnych banków część depozytów została przymusowo przekształcona w akcje tychże banków. Był to zaledwie półśrodek, po wcześniejszej, nieudanej próbie konfiskaty tych lokat za pomocą podatku. Proceder został przychylnie przyjęty przez opiniotwórcze kręgi w Europie i Ameryce jako nowatorski sposób przeciwdziałania kryzysom finansowym.

Oddech ulgi, który wydali z siebie wolnościowcy z różnych krajów po zablokowaniu próby zaboru cypryjskich depozytów okazał się przedwczesny. Do końca roku 2013 regulacje umożliwiające konfiskatę depozytów o wartości powyżej 100 tys. euro zostały przyjęte przez ministrów finansów Unii Europejskiej. Uczyniono to w sposób podwójnie perwersyjny. Bo raz, że reklamowano jako koniec zasady „zbyt dużych, by upaść” i odciążenie podatników, do tej pory szeroko finansujących niewypłacalne banki. A dwa, że zabór depozytów uchwalono w pakiecie ze zmianami rzeczywiście obciążającymi korporacje i ich wierzycieli. W ten sposób wrzucono posiadaczy większych depozytów do jednego worka z banksterami.

Regulacje umożliwiające konfiskatę depozytów o wartości powyżej 100 tys. euro zostały przyjęte przez ministrów finansów Unii Europejskiej

W wyniku tych manipulacji i wspomnianego już uśpienia obywatelskiej czujności rzecz przeszła bez większych protestów, wręcz niezauważona przez szerszą publiczność. Informowała o tym głównie prasa specjalistyczna i nieliczne, niskonakładowe media niezależne. Rozmawiając w tym czasie z dobrze wykształconymi polskimi biznesmenami ze zdumieniem odkryłem, że większość z nich nawet o tym nie słyszała.

Krytyków zbywano argumentem, że chodzi wyłącznie o bogaczy. Demagogiczne napuszczenie biednych na zamożnych to zawsze świetny sposób na ukrycie podłych intencji i oszukańczych działań. Pod zasłoną takiej erystyki przeforsowano narzędzie przyszłego wywłaszczenia Bogu ducha winnych posiadaczy lokat powyżej 400 tys. złotych. Doprawdy, łatwo sobie wyobrazić, że wielu z nich to klasyczna klasa średnia, a nie żadni krezusi.

Zostawmy to jednak, bo sęk w tym, że światłe elity europejskie drastycznie złamały zasadę poszanowania własności prywatnej. I tylko ktoś wyjątkowo krótkowzroczny może sądzić, że jego pieniądze są bezpieczne, bo ma mniej niż – na razie – zakwalifikowano do konfiskaty.

Warto przy tym odnotować, że w swoim paternalizmie współczesne elity lubują się w metodzie nazwanej przez Karla Poppera „inżynierią cząstkową” (przykładem publicznej deklaracji w tym względzie jest m.in. George Soros). Metoda ta polega na przekształcaniu świadomości społecznej metodą małych kroków, tak, aby głęboka w dłuższym okresie zmiana była mało odczuwalna. Ten rodzaj inżynierii społecznej przypomina gotowanie żaby: stopniowe podwyższanie temperatury powoduje, że zwierzę nie orientuje się, że coś jest nie tak – aż do śmierci. Gdy mowa o wywłaszczeniu, żabą jesteśmy my, a gotującymi: umiędzynarodowione elity decyzyjne.

Do wywłaszczenia jeden krok

W tych ramach należy postrzegać wzbierającą w ostatnich latach ideologię – i politykę – antygotówkową. Dopuszczalne limity transakcji gotówkowych są w wielu krajach – w tym w większości państw europejskich – ustawicznie obniżane. Włochy, Portugalia i Francja (ta ostatnia od września tego roku) doszły już do poziomu tysiąca euro. Skandynawia – w tym Szwecja, historyczny pionier gotówki – rozważa całkowitą likwidację gotówki. Polskie ministerstwo finansów zgłosiło ostatnio projekt pięciokrotnego zmniejszenia limitu – do 3 tys. euro.

Nawet jeśli prawdziwe są argumenty zwolenników „bezgotówkowego społeczeństwa” (cashless society) o tym, że ich postulaty zmniejszą szarą strefę i przyniosą oszczędności, w najmniejszym stopniu nie zmienia to upiornej dwuznaczności przyszłości, którą chcą nam zgotować. Papierowy pieniądz jest dziś w pewnym sensie tym, czym złoto w czasach Roosevelta: o ile majątek przechowywany w banku można dziś zarekwirować jednym kliknięciem, o tyle z gotówką byłoby nieporównanie trudniej. Będąc łatwiejszym celem drobnych złodziei, gotówka jest skokowo mniej podatna na zinstytucjonalizowaną grabież, szczególnie prawdopodobną podczas kryzysu gospodarczego lub wojny.

Możliwość posiadania i swobodnego obrotu gotówką to dziś wolność porównywalna do wolności słowa. Bo „społeczeństwo bezgotówkowe” od społeczeństwa wywłaszczonego dzieli zaledwie jeden krok.

Własność daje wolność

Wszystkiemu temu towarzyszy narastający mętlik pojęciowy i strukturalne przemiany kapitalizmu, opisywane w bieżącym numerze „Nowej Konfederacji” przez Piotra Dardzińskiego. Gdy jednym słowem: „własność”, określa się stany tak skrajnie różne, jak z jednej strony posiadanie promila akcji wielkiej korporacji i uprawnienia do wypłaty gotówki z banku (nie mylić z posiadaniem samej gotówki), a z drugiej – posiadanie domu czy gruntu, wówczas zwykłemu człowiekowi coraz trudniej połapać się w „upłynnionej” rzeczywistości. Gdy tradycyjne formy własności: kupione pod wynajem mieszkanie, ziemia, kosztowności, ustąpiły miejsca akcjom i udziałom, wówczas stabilność posiadania musiała się drastycznie zmniejszyć, a poziom indywidualnego bezpieczeństwa finansowego – nieuchronnie się obniżyć. Gdy imperatyw oszczędzania i gromadzenia majątku przegrywa ze stylem życia na kredyt i priorytetem ostentacyjnej konsumpcji, wówczas nawet rozszerzenie wysokich zarobków nie buduje prawdziwej klasy średniej.

Możliwość posiadania i swobodnego obrotu gotówką to dziś wolność porównywalna do wolności słowa

Trzeba koniecznie powiedzieć, że nie chodzi tu tylko o pieniądze. Własność daje wolność: człowiek, który ma stabilny i odpowiednio wysoki dochód (na przykład z ziemi czy z wynajmu mieszkania), staje się prawdziwie niezależny. Gdy pracuje, może się nie zgadzać na pańszczyźniane traktowanie. Gdy politykuje, może nie być klientem.

Pójdźmy dalej. Richard Weaver nazywał prawo do własności „ostatnim prawem metafizycznym”, widząc w nim ostatni bastion niematerialnych wartości w wyjałowionym przez nowoczesność świecie. Rozumiał to pojęcie klasycznie – z desygnatami w postaci prywatnego domu, farmy czy firmy – i przeciwstawiał je bałamutnemu dictum naszych czasów, każącemu nazywać w ten sam sposób posiadanie akcji czy obligacji. W tym światopoglądzie własność przynależy nie tylko do świata materialnego, ale też – dla Weavera przede wszystkim – do niezmiennego porządku duchowego. Jest przedłużeniem osoby, dopełniającym ją i rozwijającym. Za uprawnieniem do własności nieuchronnie idą związane z nią obowiązki, w tym obowiązek przekazania jej następnym pokoleniom. Dlatego własność nie tylko daje niezależność, ale też: domaga się cnót.

Takie myślenie było jednym z fundamentów dawnego republikanizmu. To stąd, a nie z „autorytarnych” czy „oligarchicznych zapędów”, jak nieraz głoszą dzisiejsi skrajni demokraci, brały się cenzusy majątkowe gdy szło o prawa obywatelskie, czy pozbawianie tych praw „szlachty gołoty” w przedrozbiorowej Polsce. Dokładnie z tego samego źródła pochodziły – od starożytnego Rzymu po Pierwszą Rzeczpospolitą – ograniczenia prawa własności w stosunku do marnotrawców.

Nie sugeruję powrotu do dokładnie takich jak w przeszłości rozwiązań. Twierdzę tylko i aż tyle, że bez licznej rzeszy właścicieli nie można mówić o prawdziwej klasie średniej, bez której z kolei nie może na dłuższą metę istnieć niefasadowa republika demokratyczna. Rozkładający dzisiejszą Polskę wszechobecny klientelizm jest tego złowieszczym potwierdzeniem.

Co robić?

Podsumujmy wątek główny: podkopywanie własności oznacza podkopywanie nie tylko dobrobytu, ale też wolności i moralności. To dokonujące się na naszych oczach uderzanie w fundamenty cywilizacji. Co możemy wobec tego zrobić?

Po pierwsze, szerzyć świadomość problemu i budować jak najszerszą koalicję prowłasnościową, zdolną do wpływania na politykę. Szczególnie predestynowani do tego są przedstawiciele nowego republikanizmu, zyskującego od kilkudziesięciu lat zwolenników na Zachodzie, a od kilku lat także w Polsce (zwłaszcza wśród młodego pokolenia). Minimalnym wyznacznikiem skuteczności koalicji prowłasnościowej byłaby zdolność do blokowania niekorzystnych zmian. Maksymalnym: doprowadzenie do zmian pozytywnych.

Własność nie tylko daje niezależność, ale też: domaga się cnót

Po drugie, gdy mowa o polityce, potrzebny jest właśnie ambitny program reform prowłasnościowych. Jeśli posiadaczami istotnego majątku będą nie nieliczni, ale wielu – układ sił zmieni się na korzyść, bo obywateli osobiście zainteresowanych ochroną własności będzie więcej.

Jedną stroną medalu jest posiadanie kapitału. Tu pomysłowe rozwiązanie wymyślił ojciec ekonomii binarnej, Louis Kelso, postulując częściowe zwolnienie przedsiębiorców od podatku, w zamian za podzielenie się przez nich akcjami – a więc i zyskami z kapitału – swoich firm z pracownikami. Jego koncepcję ciekawie przybliżył i „spolszczył” Krzysztof Nędzyński na łamach „Obserwatora Finansowego”.

Ale kapitał to ulotna forma własności. Nic nie daje takiej stabilności jak nieruchomości. Program szerokiego uwłaszczenia tego typu głosili i nie bez sukcesów realizowali po wojnie niemieccy ordoliberałowie. Wymaga on dziś gruntownego przemyślenia na nowo i adaptacji do współczesnych realiów, ku czemu pierwszy krok zrobiliśmy niedawno na łamach „Nowej Konfederacji”.

Po trzecie, uwłaszczenie może się dokonywać oddolnie, poprzez rozwój spółdzielczości, do czego wzywa Stefan Sękowski. Kooperatywy biznesowe czy mieszkaniowe to świetny przykład na to, jak nawet niewielkie grupy ludzi z inicjatywą po przełamaniu wzajemnej nieufności mogą redukować koszty i skokowo zwiększać skuteczność.

Wreszcie, zawsze pozostaje indywidualna roztropność: ograniczenie konsumpcji na rzecz mądrego, skupionego na akumulacji majątku oszczędzania. Bez silnej wspólnoty jej skutki będą skromne, ale i tak nie do przecenienia, jeśli znaczna liczba dzisiejszych pochłaniaczy zbędnych produktów stanie się właścicielami. Mocna wspólnota nie powstanie zresztą bez mocnych jednostek. Wieszczący rychłe nadejście głębokiego globalnego kryzysu James Rickards wskazuje na pięć najbezpieczniejszych inwestycji na czas wielkiego kryzysu lub wojny: złoto, ziemię, dzieła sztuki, fundusze alternatywne (inwestujące z niską stopą ryzyka przede wszystkim w twarde aktywa, takie jak zasoby naturalne, energia, infrastruktura) i gotówkę.

Znając kierunek zmian tak negatywnych, jak i pozytywnych, pamiętajmy o przestrodze Edmunda Burke’a: „dla triumfu zła potrzeba tylko, żeby dobrzy ludzie nic nie robili”. Zwłaszcza że te pierwsze zmiany już zachodzą, a drugie pozostają na razie w sferze postulatów.

dyrektor i założyciel „Nowej Konfederacji”. Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", „Gościu Niedzielnym”, „Polsce The Times”, "Arcanach", „Super Expressie”, „Znaku”. Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie. Prowadzi profile na Facebooku i Twitterze. https://www.facebook.com/bradziejewski https://twitter.com/Radziejewski

Komentarze

4 odpowiedzi na “Własność stopniowo podkopywana”

  1. Jan K. pisze:

    ” elity traktują niemal wszystko, co funkcjonuje na Zachodzie, jak prawdę objawioną. ”

    I Nowa Konfederacja nie jest tu wyjątkiem 🙂

  2. Stupka pisze:

    Następujące sprawy zostały pominięte:
    1.Własność w warunkach Polski postkomunistycznej jest w ogromnej większościowi przywilejem ludzi bez cenzusu etycznego i moralnego a generalnie tzw. kleptokracji,
    2. Nie przeprowadzenie uczciwej reprywatyzacji a właściwie restytucji przed wojennej a nawet przed rozbiorowej własności jest powodem,że obecnie własność nie może być szanowana
    3. Własność To nie tylko wolność i większy udział w dobrobycie wspólnoty ale przede wszystkim obowiązek wobec wspólnoty i większa odpowiedzialność za cala wspólnotę.
    4. Najważniejszym postulatem ww. artykułu red Bartłomieja radziejowskiego jest: “Własność nie tylko daje niezależność, ale też: domaga się cnót” i dlatego nie może być w rękach hołoty!

  3. W tym fragmencie: “Warto przy tym odnotować, że w swoim paternalizmie współczesne elity lubują się w metodzie nazwanej przez Karla Poppera „inżynierią cząstkową” (przykładem publicznej deklaracji w tym względzie jest m.in. George Soros). Metoda ta polega na przekształcaniu świadomości społecznej metodą małych kroków, tak, aby głęboka w dłuższym okresie zmiana była mało odczuwalna. Ten rodzaj inżynierii społecznej przypomina gotowanie żaby: stopniowe podwyższanie temperatury powoduje, że zwierzę nie orientuje się, że coś jest nie tak – aż do śmierci. Gdy mowa o wywłaszczeniu, żabą jesteśmy my, a gotującymi: umiędzynarodowione elity decyzyjne”, mowa chyba o karykaturalnym wykorzystywaniu koncepcji Poppera…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz