Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Opór ma na imię spółdzielczość

Przez komunę skompromitowana, miała zostać skansenem wspólnej własności, a jest świetną bronią przeciwko neokolonializmowi

Przez komunę skompromitowana, miała zostać skansenem wspólnej własności. Tymczasem jest świetną bronią przeciwko neokolonializmowi

Masz mieszkanie w nowym bloku, kupione od dewelopera, za które przepłaciłeś pieniędzmi z kredytu? Wkurzasz się na swojego szefa, który żąda od ciebie coraz większego wysiłku za coraz mniejsze pieniądze? W twojej małej miejscowości nie ma żadnego większego przedsiębiorstwa, a ludzie nie mają pracy, chyba że w zagranicznej montowni albo hipermarkecie? Jako przedsiębiorca irytujesz się, że musisz płacić coraz wyższy ZUS i podatki, podczas gdy globalne korporacje wyprowadzają swoje zyski za granicę?

Zamiast bezproduktywnie się irytować, weź sprawy w swoje ręce i razem z innymi, wspólnymi siłami, poprawcie własną – i cudzą – sytuację. Oddolnie, bez oglądania się na polityków. Rozpocznij pokojową rewolucję, a narzędziem niech ci będzie stare, wypróbowane przez prawie dwieście lat historii rozwiązanie. Spółdzielczość.

Zgliszcza wspólnej sprawy

Jej istotą jest współdziałanie. Choć każdy z nas z osobna ma mało, to – jeśli będziemy współpracować – nasz wspólny kapitał będzie miał znaczenie. Razem możemy prowadzić sklep, dzięki któremu ominiemy pośredników i uzyskamy dostęp do tanich produktów. Wspólnie możemy wybudować blok, wydając 30 procent mniej pieniędzy, niż gdyby każdy z nas z osobna kupił mieszkanie u dewelopera. Wspólnie możemy założyć zakład pracy i być własnymi szefami, co da nam niezależność. Możemy też wspólnie udzielać sobie pożyczek na działalność indywidualną.

Pisanie o tym jest zajęciem deprymującym, przypomina wynajdywanie koła na nowo. Ale niestety, trzeba, bo stan idei spółdzielczej w Polsce to dziś obraz nędzy i rozpaczy. Wprawdzie istnieją u nas tysiące spółdzielni, jednak ich rola w gospodarce jest marginalna. I choć można wskazać i dobre przykłady współczesnej polskiej spółdzielczości, to wystarczy doświadczenie mieszkania w bloku spółdzielczym, by mieć o niej jak najgorsze zdanie – jako o postkomunistycznym molochu rządzonym przez „leśne dziadki”, zasiedziałe w zarządach jeszcze od czasów sprzed transformacji ustrojowej, który dorabia się na wysokich czynszach i nie dba o wspólną własność. Ostro krytykowane są także spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe, co wynika z probankowej działalności polityków rządzącej opcji, ale i z tego, że kasy te w zdecydowanej większości prowadzą działalność quasi-bankową, oferując swoim klientom (pardon, członkom) na przykład „wymarzone wakacje na kredyt”, co dla ich historycznego twórcy, Franciszka Stefczyka, byłoby niedopuszczalne.

PRL pokazał, że spółdzielczość jest możliwa jedynie w otoczeniu rynkowym – totalitaryzm i gospodarka centralnie planowana tłamszą ją, tak jak zresztą wszelką oddolną inicjatywę

Banki spółdzielcze (różniące się od SKOK-ów przede wszystkim tym, że mogą świadczyć usługi także osobom z zewnątrz, a nie tylko własnym członkom) odgrywają niewielką rolę na rynku (ok. 8-procentowy udział na rynku kredytów i pożyczek, gdy na przykład w Holandii jest to ponad 30 procent), choć miewają bardzo ciekawe propozycje na przykład w zakresie kredytów hipotecznych, o czym przekonały się wszystkie dwie powstałe w ostatnich latach w Polsce kooperatywy mieszkaniowe, przez banki komercyjne odprawione z kwitkiem. Spółdzielnie spożywców też rzadko różnią się od zwykłych sklepów, w związku z czym ludzie – należący zwłaszcza do środowisk alternatywnych – chętnie zakładają własne kooperatywy spożywcze. Już kariera, jaką w tych kręgach robi pojęcie „kooperatywa”, świadczy o kiepskiej kondycji spółdzielczości. Przecież „kooperatywa” znaczy to samo, co „spółdzielnia”, ale nie jest nią w sensie prawnym, a samo słowo nie ma negatywnych konotacji. Te zaś są spore, bo o spółdzielniach mówi się w mediach głównie w kontekście afer, a sama nazwa używana jest choćby na określenie jednej z frakcji w Platformie Obywatelskiej – nb. grupy, której nie łączy żadna wspólnota poglądowa, a jedynie interes wzajemnego wspierania się przy czerpaniu profitów z polityki.

Trzy fale spółdzielczego oporu

W tym kontekście trudno sobie wyobrazić, że spółdzielczość zrodziła się z oporu. Uznawana za pierwszą, założona w 1844 roku Spółdzielnia Sprawiedliwych Pionierów z Rochdale w Anglii powstała z potrzeby dostępu do żywności, na którą jej spauperyzowanych członków nie było stać. Mówienie o spółdzielczości jako o pokojowej formie walki o lepszą pracę czy dostęp do tańszego kredytu nie jest nadużyciem, o czym świadczy fakt, że od początku liczni prywatni przedsiębiorcy zwalczali tę formę własności – przez dyfamację czy zmuszanie kontrahentów do odmawiania współpracy z konkurującymi z nimi związkami. Nie trzeba zresztą sięgać daleko – w Polsce możemy mówić o „trzech falach spółdzielczego oporu”.

Pierwsza przypadła na okres zaborów: historia walki o zachowanie polskości pod zaborami wiąże się w dużym stopniu ze spółdzielczością właśnie. W Wielkopolsce spółdzielczość służyła zasilaniu przedsiębiorców – zwłaszcza rzemieślników i przemysłowców – kapitałem potrzebnym do prowadzenia działalności gospodarczej, którego nie mogli uzyskać od instytucji niemieckich czy żydowskich. Innym ważnym elementem działalności spółdzielczości finansowej było udzielanie kredytów na zakup ziemi, co stanowiło ważny aspekt walki z niemiecką kolonizacją. Zabór pruski był także ojczyzną naszej rodzimej spółdzielczości mieszkaniowej. Nieco inaczej funkcjonowała spółdzielczość w Galicji, gdzie pionierem okazał się być związany przez jakiś czas politycznie z ruchem ludowym Stefczyk – założone przez niego kasy oszczędnościowo-kredytowe zajmowały się głównie udzielaniem kredytu obrotowego dla rolników. Z kolei wśród spółdzielców w zaborze rosyjskim prym wiedli przedstawiciele lewicy. To tu szeroko rozwinęła się spółdzielczość spożywców – na bazie której jej czołowy polski ideolog, Edward Abramowski, chciał zbudować szerszy ruch spółdzielczy.

Abramowski był postacią nietuzinkową. Niepodległościowy bezpaństwowy socjalista, widział w spółdzielczości narzędzie do moralnej przemiany ludzkości. Narzędzie bardzo pragmatyczne – jak pisał w broszurze Kooperatywa jako sprawa wyzwolenia ludu pracującego: „w tej idei i w tym wizerunku idei żywej nie ma rezygnacji ani pesymizmu dojrzałości; idzie z niej, przeciwnie, wielka młodzieńcza radość, radość tworzenia; zamiast bowiem trudnego wyczekiwania na «osobliwą chwilę», która ma stary świat zburzyć, a nowy postawić, widzimy, że ten oczekiwany świat jest między nami i jest do wzięcia; że możemy zacząć go budować dziś, zaraz, budować od samych podstaw życia ludzkiego i od najgłębszych pierwiastków dusz ludzkich”. Dzięki rozwojowi różnych form spółdzielczości, wyłącznie poprzez konkurencję z przedsiębiorstwami prywatnymi, odbiera się kapitalistom – zdaniem Abramowskiego nienależny im – zysk.

Po oporze wobec zaborców i realnego socjalizmu przyszedł czas na walkę z neokolonializmem i państwem drapieżczym. Spółdzielczość pozwala na pomnażanie i gromadzenie rodzimego kapitału, który nie ucieka za granicę

Z czasem kooperatywa może także umożliwić swym członkom zaspokajanie potrzeb we wszelkich gałęziach gospodarki, a nawet zastąpić opiekuńcze funkcje państwa: „Tak samo, jak od kupców odbierze rynek, jak od fabrykantów odbierze produkcję, tak samo od filantropii prywatnej i rządowej powinna odebrać oświatę, szpitalnictwo, szkoły, ochrony, ubezpieczenie starości, pomoc w chorobie i oddać to wszystko w ręce ludu, aby on sam tylko był gospodarzem swego życia. (…) Instytucje dobroczynne wymagają ofiar, rządowe wymagają podatków, aby mogły się utrzymać; jedne tylko kooperatywne instytucje mogą utrzymywać się bez obarczania ludzi jakimi bądź ciężarami” – pisał w broszurze przedrukowanej w tekście Znaczenie spółdzielczości dla demokracji (wszelkie cytaty z Edwarda Abramowskiego za zbiorem jego pism, Braterstwo, solidarność, współdziałanie).

Komuna wybija zęby

„Rząd ustroju kolektywnego, tak jak go pojmuje socjalizm państwowy, miałby olbrzymią władzę nad człowiekiem. W wielu bardzo przypadkach on by decydował o przeznaczeniu ludzi, o rodzaju pracy, a zatem i życia. (…) Żadne związki robotnicze nie mogłyby w tych rzeczach rozporządzać się samodzielnie wobec kolektywizmu państwowego, obejmującego wszystko w jednolity system gospodarczy scentralizowany, oparty na szczegółowej, dokładnej statystyce sił wytwórczych i potrzeb społeczeństwa” – pisał Edward Abramowski w 1907 roku o spodziewanym losie robotników w socjalizmie państwowym. I rzeczywiście: gdy nastała „komuna”, po krótkim okresie swobody także spółdzielczość została podporządkowana mechanizmom zmierzającym do budowy totalitarnego, wszechogarniającego państwa. Niewiele zostało z aspektu samorządności i niezależności – spółdzielnie stały się de facto jedną z form przedsiębiorstwa państwowego. Spółdzielnie rolnicze służyły w dużej mierze jako parawan dla kolektywizacji wsi, a banki spółdzielcze były monopolistą w terenie, od którego zależało być albo nie być przedsiębiorców.

I to właśnie w tym czasie, w trakcie „karnawału Solidarności”, Mirosław Dzielski postanowił zaproponować spółdzielczość jako formę odbudowania polskiej gospodarki. Sygnał do drugiej fali spółdzielczego oporu dał swoim Programem działania Komisji Robotniczej Hutników w dziedzinie społeczno-ekonomicznej – ruch spółdzielczy. Proponował w nim obudowanie upadającej Huty im. Lenina wianuszkiem spółdzielni, które dostarczałyby jej dobra i usługi. Późniejszy wydawca „13. Pisma chrześcijańsko liberalnego” postulował też, by pracowników dowoziło do pracy nowe robotnicze przedsiębiorstwo transportowe, głód mieszkaniowy zaspokajało robotnicze przedsiębiorstwo budowlane oraz niezależna i samorządna spółdzielnia mieszkaniowa, żywność zaś zapewniało gospodarstwo rolne będące własnością robotników, którego podstawą mógłby być zakupiony od państwa PGR. Słowem: wszystkie funkcje, jakie brało na siebie nieudolne państwo, mieliby przejąć oddolnie zorganizowani robotnicy.

Dlaczego liberał i wielki propagator myśli Fryderyka von Hayeka zdecydował się na promocję akurat tego rozwiązania? Niewątpliwie w państwie komunistycznym było to – z ideologicznego punktu widzenia – rozwiązanie bardziej pragmatyczne niż postawienie na „prywatną inicjatywę”. Spółdzielczość bardziej też odpowiadała warunkom funkcjonowania Nowej Huty w realnym socjalizmie. Ostatecznie chodziło przecież o to, by postawić na aktywizację ludzi, którzy sami mogliby sobie dostarczać tego, czego im potrzeba. A ta aktywność rozbudziłaby w nich także pozytywne postawy moralne. „Spółdzielca zamiast narzekać na to, że jakieś towary na rynku są bezwstydnie drogie, stara się wyprodukować je sam. Spółdzielca jest życzliwy dla ludzi zamożnych (oczywiście pod warunkiem, że ich zamożność nie została osiągnięta dzięki niesprawiedliwym przywilejom, ale na drodze uczciwej pracy i dzięki pomysłowej przedsiębiorczości). Jest zwolennikiem oparcia stosunków społecznych na uczciwych interesach, uregulowanych prawem, gdzie własny wysiłek ekonomiczny jednostki kierującej się indywidualną korzyścią włącza się w wysiłek powszechny ku powszechnemu dobru” – pisał Mirosław Dzielski w swoim programie dla Nowej Huty.

Przeciw neokolonializmowi

Niestety, nie było nam dane popłynąć na drugiej fali. Z pomysłu Dzielskiego nic nie wyszło: reformy zgniótł stan wojenny. Choć po uchwaleniu w 1982 roku prawa spółdzielczego łatwiej można było tworzyć nowe spółdzielnie (skorzystało na tym na przykład środowisko… gdańskich liberałów – swoją działalność w latach 80. finansowali z dochodów spółdzielni „Świetlik”, a później „Gdańsk”, w której pracowali), to jednak eksplozji spółdzielczości nie było. PRL pokazał, że spółdzielczość możliwa jest jedynie w otoczeniu rynkowym – totalitaryzm i gospodarka centralnie planowana tłamszą ją, tak jak zresztą wszelką oddolną inicjatywę.

Także III RP nie wykorzystała spółdzielczości jako formy prywatyzacji. Liczne przypadki przekształceń na drodze tworzenia akcjonariatu pracowniczego kończyły się szybkim wyzbywaniem się akcji. Nikomu nie zależało na przekonywaniu do korzyści płynących z pracy na swoim, choć wspólnym. Postawiono przede wszystkim na sprzedaż przedsiębiorstw zagranicznym inwestorom. Miało to oczywiście swój sens (polskie zakłady potrzebowały dokapitalizowania i część z nich dzięki temu dziś dobrze sobie radzi), ale nie jako dogmat – to jedna z przyczyn naszego utknięcia w pułapce średniego dochodu. Trudno z niej wyjść, gdy w Polsce istnieje mało innowacyjnych firm, które potrafią konkurować z zagranicznymi potentatami, a lokalni politycy każą nam się cieszyć z budowy w okolicy montowni, którą szybko można zwinąć.

I dlatego przyszedł dziś czas na trzecią falę – po oporze wobec zaborców i realnego socjalizmu przyszedł czas na walkę z neokolonializmem i państwem drapieżczym. Spółdzielczość pozwala bowiem na pomnażanie i gromadzenie rodzimego kapitału, który nie ucieka za granicę. Mały bank spółdzielczy jest, abstrahując od innych aspektów jego działalności, ze swej istoty bardziej elastyczny niż wielki międzynarodowy moloch i łatwiej może znaleźć korzystne finansowo rozwiązanie dla swojego klienta. Sklep spółdzielczy może sprzedawać swoje towary taniej niż mały sklep osiedlowy i dzięki temu może być konkurencyjny wobec zagranicznego hipermarketu. Przykłady można mnożyć. Spółdzielczość to narzędzie przydatne także dlatego, że nie każe nikomu myśleć o wielkiej walce ze zjawiskami, których i tak większość ludzi nie rozumie, ale przekłada się na bezpośrednie korzyści dla poszczególnych jednostek: tańszy i lepiej dostępny kredyt, niższe koszty czy lepsza praca.

Musi nastąpić zmiana mentalna – w naszych umysłach musi zatrybić, że warto wyjść poza własne cztery ściany i zrobić coś wspólnie

Nie ma większych przeszkód formalnych, by przedsiębiorcy tworzyli nowe SKOK-i i nawiązywali bliższe kontakty z bankami spółdzielczymi, dzięki czemu mieliby łatwiejszy dostęp do kredytu inwestycyjnego, ani by rolnicy skupiali się w grupach producenckich. Grupa przyjaciół może założyć kooperatywę budowlaną i wspólnie wybudować blok, a potem z mieszkańcami swojego osiedla założyć spółdzielczy spożywczak, w którym wszyscy by się zaopatrywali. Spółdzielnie mogą być też – jak wskazywał na to Edward Abramowski – dobrym narzędziem do tworzenia alternatywnej wobec kulejącego państwa opiekuńczego siatki socjalnej, czego przykładem jest spółdzielczość zdrowotna, reprezentowana w Polsce m.in. przez Stowarzyszenie Wzajemnej Pomocy „Flandria” z Inowrocławia. Ten przykład pokazuje też, że jeśli komuś bardziej odpowiada inna niż spółdzielnia forma działalności, może wybrać spółkę czy stowarzyszenie. Osiągająca sukcesy Kooperatywa Mieszkaniowa „Pomorze” działa na podstawie umowy cywilnoprawnej, a mieszkańcy wybudowanych przez nią bloków – we wspólnocie.

Zmiana myślenia

Co zrobić, by do tego mogło dojść? Przede wszystkim ludzie muszą w ogóle wiedzieć, czym jest spółdzielczość. Skoro wielu dyrektorów szkół wzdryga się przed zezwoleniem na funkcjonowanie na terenie placówki spółdzielni uczniowskiej, by dzieci „nie bawiły się pieniędzmi”, a 72 procent doradców rolniczych nie myślało nawet o tym, by działać na rzecz powstawania nowych spółdzielni, to wiedza na temat spółdzielczości dostępna jest głównie pasjonatom i starym działaczom. Ważne jest więc, by pokazywać pozytywne przykłady współdziałania, choćby w mediach – przykłady jeśli nie z Polski, to z zagranicy, możliwie bliskiej.

Musimy też koniecznie popracować nad kapitałem społecznym w Polsce. Z przeprowadzonego w 2013 roku przez Centrum Doradztwa Rolniczego w Brwinowie badania Spółdzielczość w świadomości rolników i doradców oraz praktyczne wykorzystywanie idei spółdzielczej do rozwoju przedsiębiorczości na obszarach wiejskich wynika, że największą barierą dla tworzenia nowych spółdzielni na wsi jest niechęć do współpracy i brak zaufania do innych ludzi. To musi być zmiana mentalna – w naszych umysłach musi zatrybić, że warto wyjść poza własne cztery ściany i zrobić coś wspólnie. Tego nie zmieni się z dnia na dzień, niemniej warto także samemu sobie uświadamiać, że współpraca przynosi wielostronne korzyści, a zaufanie procentuje.

W tym wszystkim potrzebna jest szczypta idealizmu. Spółdzielcy muszą pamiętać (a często o tym zapominają), że sukces spółdzielni bierze się stąd, że jest to instytucja nakierowana nie na zysk finansowy, a na zaspokojenie potrzeb swoich członków. Nie chodzi więc o to, by – na przykład – mieszkanie w zbudowanym przez spółdzielnię bloku jak najdrożej sprzedać, ale o to, by je jak najtaniej wybudować dla członków spółdzielni. Jestem daleki od potępiania zysku jako takiego, chcę jednak zwrócić uwagę na to, że przewaga konkurencyjna spółdzielni na rynku wynika właśnie z tego, że spółdzielnia nie jest nakierowana przede wszystkim na zysk.

Nie łudźmy się, że cały kraj stanie się kiedyś jedną wielką federacją spółdzielni. Nie o to też zresztą chodzi, by nagle tą formą zastąpić prywatną przedsiębiorczość. Warto jednak odkryć spółdzielczość na nowo – jako formę wspólnej dbałości o poprawę losu. Całkowicie pokojową – nie pięścią, ale złączonymi dłońmi możemy uderzyć w tych, którzy od lat korzystają na naszej naiwnej wierze, że więcej jesteśmy w stanie zyskać, działając w pojedynkę.

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.
Świat intelektualny – od uniwersytetów po media – nie nadąża dziś za gwałtownymi przemianami rzeczywistości politycznej, gospodarczej i społecznej, opisując je za pomocą kategorii z poprzednich epok. To zasadniczo obniża jakość rządzenia, które musi rozstrzygać dylematy przy użyciu wiedzy dostępnej w danej chwili. Deficyt tej ostatniej zwiększa ryzyko decyzji błędnych lub wręcz katastrofalnych, jak również – dominacji fałszywych ideologii. Polski dotyczy to w stopniu szczególnym, ze względu na trudne położenie geopolityczne i słabość intelektualną (uniwersytetów, mediów, think tanków).

Komentarze

3 odpowiedzi na “Opór ma na imię spółdzielczość”

  1. Krzysztof Nędzyński pisze:

    “Nie ma większych przeszkód formalnych, by przedsiębiorcy tworzyli nowe SKOK-i.”
    Są i to ogromne. KNF nie chce nowych Skoków ani tym mniej nowych banków spółdzielczych. W III RP nie powstał ani jeden nowy bank spółdzielczy. Cały czas jest konsolidacja – silniejsze banki przejmują słabsze. Największą szansą na coś w rodzaju spółdzielczości w branży finansowej są różne postacie finansowania społecznościowego.

  2. Łukasz Lelonek pisze:

    Interesujący artykuł.
    Czy może ktoś polecić jakieś publikacje traktujące o spółdzielczości i jej polskim otoczeniu prawnym?

  3. Artur Kowalik pisze:

    Z zakresu prawa spółdzielczego jest publikacja Henryka Ciocha “Prawo spółdzielcze”. Ta pozycja może się jednak okazać nieaktualna gdyż obecnie w Sejmie mają się ku końcowi prace nad nowymi ustawami spółdzielczymi.
    Poza tym sporo materiałów można znaleźć na stronach Krajowej Rady Spółdzielczej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz