Jeśli chcesz ten artykuł przeczytać ponownie lub brak teraz czasu aby przeczytać całość, to możesz dodać go do swojej listy artykułów. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Kapitalizm bez właścicieli

Skoro potrafimy psuć, to znaczy, że powinniśmy też potrafić kreować środowisko, w którym będzie się rozwijać realna własność

Skoro potrafimy psuć, to znaczy, że powinniśmy też potrafić kreować środowisko, w którym będzie się rozwijać realna własność

Adam Smith przekonuje, że „pogarda ryzyka oraz zarozumiała ufność w powodzenie w żadnym okresie życia nie jest tak wielka jak wtedy, gdy młodzi ludzie obierają sobie zawód”. O naiwna młodości! Być może to właśnie z tych powodów w czasie studiów postanowiłem wykorzystać historyczną szansę udziału w Programie Powszechnej Prywatyzacji (PPP) i zostać poważnym kapitalistą. Czy w życiu gospodarczym może być coś piękniejszego niż bycie właścicielem wielkiej korporacji? Czyż nie jest radością korzystanie z usług swojej własnej firmy i płacenie sobie samemu pensji? Zamiast więc zamienić udziały w PPP na żywą gotówkę (a byli tacy, którzy je wtedy masowo skupowali), stałem się właścicielem kilku akcji Telekomunikacji Polskiej S.A. Tak, tak, tego kiedyś państwowego, a wtedy jeszcze wciąż polskiego monopolisty, który zdzierał z nas chyba najwyższe w Europie stawki za dostarczane usługi. Już widziałem, jak wchodzę do oddziału „Tepsy”, a tam panie serwują kawę dla właściciela, kierownik oddziału w ukłonach pyta, w czym może mi pomóc, a ja po prostu idę sobie „na zaplecze”, pooglądać od kuchni „własny biznes”.

Staff only

Moje marzenia rozbiły się na drzwiach z napisem staff only. Wydawało mi się, że skoro mogą przez nie przechodzić pracownicy, to tym bardziej właściciele. I to prawda, ale nie dla właścicieli spółki akcyjnej. Dla nich nie ma kawy, nie ma kierownika, nie ma wejścia. Oni nie są właścicielami biura, nie zatrudniają pracowników, nie doglądają tego, co się w firmie dzieje i na co dzień nią nie kierują. Co więc robią drobni udziałowcy spółek akcyjnych? Mozolnie śledzą wahania kursowe, analizują wykresy, nakładają na nie różnorodne krzywe i zbierają plotki na temat sytuacji w zarządach, nastrojów w gospodarce i na giełdzie. Kto jest więc właścicielem spółki akcyjnej? Osoba prawna, prawniczy trik, dzięki któremu prawa, ale i obowiązki, żywej, konkretnej, realnej osoby przeniesione zostały na fikcję, konstrukcję prawną, zmaterializowaną w postaci umowy i rejestracji w sądzie? Zamiast organów właściciela, jego głowy do myślenia i rąk do pracy, pojawiły się nowe: zarząd, rada nadzorcza i walne zgromadzenie akcjonariuszy.

W ten sposób „w rozwiniętych gospodarkach własność stała się pasywna. Właściciele korporacji mają prawo wyboru członków rady nadzorczej, która działa jako ich kolektywny przedstawiciel. Większość ustaw o przedsiębiorczości przypisuje odpowiedzialność za zarządzanie i kierowanie korporacją wyłącznie radzie nadzorczej, nie zaś właścicielom lub dyrektorowi wykonawczemu” – pisze znawca współczesnego kapitalizmu, Stephen Young, autor Etycznego kapitalizmu. W wolnorynkowej rzeczywistości rządzić zaczynają „kolektywni przedstawiciele” i właściciele pozbawieni odpowiedzialności. Tak zrodził się kapitalizm bez właścicieli.

Bąbel finansowy

To jednak były stare czasy, wtedy jeszcze w większości kupowano akcje konkretnych przedsiębiorstw. Dzisiaj władcy kapitału nie mają czasu, a jeszcze bardziej kompetencji, by samodzielnie ślęczeć nad komplikującą się rzeczywistością indeksów giełdowych i analizą nieskończonej ilości informacji generowanych przez globalną gospodarkę. Kupują więc „portfele”, a w nich pakiety „produktów finansowych”, w różny sposób zestandaryzowanych zestawów należności i zobowiązań odnoszących się do aktywów lub transakcji. Znajdziemy wśród nich instrumenty hybrydowe, syntetyczne i warunkowe (swapy, opcje, papiery zamienne, CDO i co tam jeszcze wymyślą spece od inżynierii finansowej). Tym żywią się dziś banki, fundusze inwestycyjne, firmy ubezpieczeniowe, globalne korporacje i drobni ciułacze.

Błyskawicznie rośnie wielki „finansowy bąbel”, w środku którego tkwią gigantyczne korporacje kreujące przy pomocy inżynierii finansowej coraz większe zyski i zatrudniające coraz mniej ludzi

Dzięki postępowi technicznemu i globalizacji na realnej gospodarce rynkowej, która wytwarza dobra i usługi, błyskawicznie rośnie wielki „finansowy bąbel”, w środku którego tkwią gigantyczne korporacje, przy pomocy inżynierii finansowej kreujące coraz większe zyski i zatrudniające coraz mniej ludzi. Udział takich korporacji w globalnej gospodarce w ciągu ostatnich dziesięcioleci wzrastał tak szybko, że dziś właściwie można powiedzieć, że „finansowy bąbel” rządzi gospodarką.

Nie chodzi już o bańki spekulacyjne, które co jakiś czas pękają na giełdzie. Chodzi o zmianę natury stosunków gospodarczych, o zjawisko finansjalizacji, które przenikliwie w swojej książce Finanse po zawale. Od euforii finansowej do gospodarczego ładu analizuje prof. Paul H. Dembinski. „Pojęcie finansjalizacji służy do opisania procesu głębokiej przemiany związku dwóch podstawowych elementów typowych dla każdej społeczności: relacji i transakcji”. Na tym właśnie polega istota współczesnego kryzysu własności.

Tradycja własności

Wynaleziona przez starożytnych Rzymian, własność nie była, co wydaje się w pierwszym skojarzeniu oczywiste, rzeczą, lecz prawem podmiotowym, związanym nie z przedmiotem, ale z podmiotem, czyli osobą. Była relacją, jaka zachodzi między osobą a rzeczą, i to relacją mającą ogromne konsekwencje dla życia społecznego. Prawdopodobnie to Cyceron wpadł na pomysł, by w tym kontekście – w kontekście własności – w stosunku do ogólnie rozumianej istoty ludzkiej zastosować słowo persona, które oznaczało pierwotnie postać teatralną. Pojęcie to wkrótce stanie się też fundamentem teologii chrześcijańskiej i znajdzie w końcu swoje miejsce w szkole personalizmu, którym zajmował się bp Karol Wojtyła. Tak oto w personie spotyka się teologia, filozofia i własność.

W problemie własności ważniejsza jest więc osoba i jej relacja do rzeczy niż sama rzecz. Z rzymskiej perspektywy trudno nie docenić własności: „Wolno twierdzić, że wynajdując prawo prywatne, Rzymianie wynaleźli zarazem jednostkę ludzką, wolną, wyposażoną w życie duchowe i niepowtarzalny los, niedający się sprowadzić do żadnego innego losu – wynaleźli ego. Prawo rzymskie stanowi tym samym źródło zachodniego h u m a n i z m u” .

Być może przywołana opinia Philippe’a Nemo, francuskiego poszukiwacza korzeni zachodniej cywilizacji, autora książki Co to jest Zachód?, brzmi nieco przesadnie, ale to właśnie ten sposób myślenia o własności prywatnej spowoduje, że w 1891 roku papież Leon XIII w słynnej encyklice Rerum nova rum uzna własność za prawo naturalne i w tej kwestii w wielkim sporze między Marksem a liberałami stanie wyraźnie po stronie obrońców własności prywatnej i wolności gospodarczej. Nie oznacza to, że chrześcijanie dopiero w XIX wieku zajęli się problemem własności. Traktaty na temat jej nie tylko gospodarczego, ale także społecznego znaczenia pisali już późnośredniowieczni dominikanie ze Szkoły w Salamance. Prawo do własności prywatnej w tej perspektywie widziane jest jako naturalna konsekwencja Boskiego wezwania do „czynienia sobie ziemi poddaną”. Człowiek jako istota twórcza naśladuje Boga i poprzez swoją pracę przekształca to, co zostało przez Niego stworzone.

Znaczenie pracy jako źródła prawa własności podkreśla również John Locke. Prawo do własności prywatnej, mające swą przyczynę w aktywności człowieka, zajmuje więc istotne miejsce w metafizycznym ładzie. Jak pisał bp Wojtyła: „akt osobowego istnienia znajduje swe ścisłe konsekwencje w działaniu osoby”, a więc – a może przede wszystkim – w pracy, której skutkiem jest własność prywatna. W wersji syntetycznej argumenty za własnością prywatną formułuje kard. Joseph Höffner, wybitny badacz i współtwórca nauczania społecznego: 1. odpowiada ona naturalnej i uporządkowanej miłości samego siebie, a przez to zapewnia człowiekowi niezależność, wolność i samodzielność, w ten sposób tworzy podstawy, na których opiera się poszanowanie godności człowieka; 2. porządkuje ład gospodarczy poprzez jasny podział i oddzielenie kompetencji oraz obszarów odpowiedzialności w ramach działalności gospodarczej; 3. wychodzi naprzeciw ludzkiej potrzebie bezpieczeństwa i troski o przyszłość, co ma szczególne znaczenie dla rodziny; 4. porządek własności prywatnej cechuje się ożywioną wymianą gospodarczą, która pokojowo i dobrowolnie łączy ze sobą gałęzie gospodarki oraz ludzi i narody; 5. stwarza człowiekowi możliwość bezinteresownego czynienia dobra i dzielenie się nim z innymi.

Fatalna zmiana relacji

Każdy z tych argumentów zdaje się skupiać naszą uwagę na bliskiej, bezpośredniej relacji między człowiekiem a jego własnością. Jest on jej kreatorem i tym, który nią bezpośrednio zarządza, tworząc kolejne dobra. Czy którykolwiek z wymienionych wyżej argumentów stracił dziś znaczenie? Wydaje się, że nie. Jednak najpierw konstrukcje prawne, a następnie finansjalizacja i kapitalizacja własności, zamieniając ją w wirtualne zapisy księgowe, pozbawiły nas tej relacji z własnością, która stanowiła fundament naszej wolności i godności.

Nie wiedząc, co posiadamy, nie jesteśmy też do końca w stanie stwierdzić, co tracimy

Nie mamy dzisiaj świadomości, czego właściwie jesteśmy właścicielami, a to, co „posiadamy”, cały czas się zmienia poprzez ciągłe transfery na finansowym rynku, który żyje dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie wiedząc, co posiadamy, nie jesteśmy też do końca w stanie stwierdzić, co tracimy. Bilanse na rynku finansowym dokonywane w jednej minucie, w kolejnej są już najprawdopodobniej nieaktualne. Nasze drobne aktywa stają się przedmiotem w grze globalnych graczy, na którą nie mamy żadnego wpływu. Cyfrowy pieniądz znajduje się pod całkowitą kontrolą instytucji finansowych, a nie pod naszym nadzorem właścicielskim. Ewentualne wywłaszczenie nas z tego, co posiadamy, nie zajmie władzy (lub komukolwiek innemu) więcej niż kilka sekund koniecznych do uruchomienia odpowiedniej komendy w programie komputerowym.

Jest alternatywa!

Czy tak musi być? Czy nie jest możliwa inna postać współczesnego kapitalizmu? Jak w poprzednim wieku przekonywał Wilhelm Röpke, jeden z twórców doktryny ordoliberalnej, na której zbudowały swą potęgę gospodarczą powojenne Niemcy, w opisywaniu gospodarki wolnorynkowej często miesza się to, co zmienne, z tym, co stanowi jej fundament, „przystawki utożsamia z daniem głównym”. „Nadto przyzwyczajono się wszystkie te znane nam formy «kapitalizmu» – monopole, mamutowy przemysł, spółki akcyjne, spółki holdingowe, produkcję masową, proletariat itd. uważać za jedyny możliwy sposób w jaki zorganizowany może być nie-kolektywistyczny a zarazem wysoko zróżnicowany system gospodarczy”.

Tymczasem istnieje wiele różnych sposobów organizacji gospodarki. Rola sektora finansowego we współczesnym świecie nie wynika z działania mechanicznego prawa ekonomicznego, ale z decyzji, jakie podejmują władze, inwestorzy, obywatele. Szczególna odpowiedzialność w tym przypadku spoczywa na władzy, która na poziomie zarówno państwowym, jak i międzynarodowym odpowiada za ustalanie zasad tej globalnej konkurencji gospodarczej. Mogą one sprzyjać mniejszym albo większym, mogą preferować różne sektory i sposoby wytwarzania zysku.

Jeśli państwo polskie, tworząc Otwarte Fundusze Emerytalne, zdecydowało się na przymusowy transfer drobnej własności od osób fizycznych na rynek kapitałowy, do spółek akcyjnych, gdzie miała być ona w nieskończoność „pomnażana”, to nie możemy się dziwić, że w skali lokalnej i globalnej rozdymać się nam będzie „finansowy bąbel”, a kurczyć realna – mniejsza czy większa – prawdziwa własność. To właśnie takie decyzje nadymają gigantyczne molochy, które później są „zbyt duże, by upaść”.

Skoro więc potrafimy psuć, to znaczy, że powinniśmy też potrafić kreować środowisko, w którym będzie się rozwijać realna własność. Czas po raz kolejny przemyśleć rolę państwa w gospodarce wolnorynkowej. Powinno ono aktywnie chronić swoich obywateli w przypadku konfliktu interesów między nimi a globalnymi instytucjami finansowymi. Oznacza to, że rynek finansowy powinien przestrzegać reguł, których sam sobie nie narzuci, a tym bardziej nie będzie ich sam egzekwował – opracowaniem zasad i ich kontrolą powinny zajmować się państwa.

Dzisiejsze państwa są „nocnymi stróżami”, którzy w swojej pracy zapadli w głęboką drzemkę

Nie oznacza to wezwania do omnipotencji państwa. Chodzi o to, że dzisiejsze państwa są „nocnymi stróżami”, którzy w swojej pracy zapadli w głęboką drzemkę. Nawet doktrynerzy zwalczający aktywność gospodarczą państwa nie będą zgłaszać sprzeciwu wobec aktywniejszego definiowania i egzekwowania reguł chroniących dobro klientów czy wobec stanowienia podatków, które zrównają w prawach zyski ze spekulacji finansowych z zyskami z pracy. Nie zaprotestują, gdy państwo chronić będzie równość konkurencji między małymi i globalnymi przedsiębiorcami, bo to właśnie ci „mali i średni” są prawdziwymi właścicielami, choć dzisiaj to wielcy – dzięki państwom – cieszą się z liczniejszych przywilejów.

Uwłaszczenie, głupcze

Państwo jest dziś w stanie egzekwować podatki od sklepikarza, ale brakuje mu wiedzy na temat cen transferowych, by te podatki ściągnąć z globalnej sieci handlowej. Raz jeszcze warto też przemyśleć koncepcję uwłaszczenia, to znaczy upowszechnienia własności. Popracujmy nad rozwiązaniami prawnymi, które dowartościują nabywanie własności, a nie konsumpcję. Może warto zasłużonych pracowników częściej nagradzać współudziałem we własności przedsiębiorstwa, w którym pracują?

A my, co możemy zrobić? Jeśli nas na to stać, to sami lub ze wspólnikiem zakładajmy własny – nawet bardzo mały – biznes, zamiast „grać na giełdzie”. A jeśli nasz portfel jest na tyle gruby, żeby stać nas było na większe inwestycje, to ważne, żebyśmy jednak poznali naszą nową własność, albo przynajmniej znali właściciela, który przeprowadzi nas przez drzwi opatrzone napisem: staff only.

 

Adiunkt w Uniwersytecie Jagiellońskim, autor książki: „Kapitalizm nieobjawiony. Doktryna ładu społecznego, politycznego i ekonomicznego w myśli Wilhelma Röpkego (1899-1966)”. Był wiceprezesem Fundacji Instytut Tertio Millennio, jako prodziekan współorganizował i wykładał w Wyższej Szkole Europejskiej im. Ks. J. Tischnera. Organizator i w latach 2006 – 2011 dyrektor Centrum Myśli Jana Pawła II w Warszawie. Kierował gabinetem politycznym Ministra Sprawiedliwości Jarosława Gowina. Wiceprezes Fundacji Lepsza Polska.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Kapitalizm bez właścicieli”

  1. darek pisze:

    Bzdurny artykuł. Autor nie bardzo rozumie o co chodzi we własności.

    Własność powstała w historii w momencie przejścia od polowania do rolnictwa. Po prostu zasianie pola wymagało najpierw jego oczyszczenia i zaorania, w dodatku plon urósł dopiero za jakies pół roku – co najmniej. Czasami nawet, jak zakładałeś winnicę, to ta dawała plony ponad 100 lat. Wiec wymagało to tego, aby ten co zainwestował swój wysiłek w założenie uprawy miał wyłączność na to pole i jego plony. Czyli mamy prostą zasadę: ten co stworzył coś – czerpie z tego korzyści. Czy inny przykład: powiedzmy, że ktos zbudował sobie szałas albo chałupę – wtedy włożył w to wiele wysiłku i chciałby w nim mieszkać i to sobie trwale zabezpieczyć – to jest własność. Jest trwałym zabezpieczeniem korzyści z naszego wysiłku.

    Eksperymenty polegające na chęci likwidowania własności np własność państwowa skończyły się masowym głodem i krachami finansowymi. Dlatego, bo we własności państwowej nie ma powiązania wkładu z późniejszymi zyskami. Nie opłaca się wysilać dla tzw dobra ogółu. Dlatego ustroje negujące własność prywatną bankrutują, nawet mimo ,że stosują terror, aby zmusić ludzi do pracy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz