Jeśli chcesz przeczytać ponownie ten artykuł lub brak Ci teraz czasu aby przeczytać całość, możesz dodać go do swojej listy artykułów. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Skandalista z fake newsa

Czy można być człowiekiem, nie pamiętając także o mrocznej części człowieczeństwa? Jeśli nie można, to ludzie pokroju Petera Steela są orędownikami starych, złych nowin o rodzaju ludzkim

Czy można być człowiekiem, nie pamiętając także o mrocznej części człowieczeństwa? Jeśli nie można, to ludzie pokroju Petera Steela są orędownikami starych, złych nowin o rodzaju ludzkim

Obleśne dykteryjki, raport z mniejszych i większych łgarstw, wspomnienia rodzinnych, ponurych mitów i skrupulatnie przedstawiane fakty; wnikliwe rozmowy, umiejętnie dozowane opisy kulturowo-społecznego tła i politycznie niepoprawny wyciągnięty do przodu środkowy palec – to bodaj najbardziej lapidarny opis książki „Zgniła zieleń. Historia Carnivore i Type O Negative” pióra Macieja Krzywińskiego, której głównej bohaterem jest Peter Steele, a właściwie Petrus T. Ratajczyk, założyciel wspomnianych wyżej kapel.

Na początku – słowo o autorze. Krzywiński od dobrych kilkunastu lat pisze o muzyce. Jego teksty znajdziecie w polskim „Metal Hammerze”, na łamach „Musick Magazine”, „Mega Sin”. Ma też na swoim koncie książkę „Faith No More – Królowie życia (i inne nadużycia)”. Poza tym w poznańskim Radiu Merkury mniej lub bardziej regularnie prowadzi autorską audycję muzyczną „Krzywo i nie na temat”.

Ważna rzecz: „Zgniła zieleń” nie jest autoryzowaną biografią. Dla autora i wydawnictwa to pewnie gorzej, także ze względów prestiżowych. Autoryzowana biografia daje możliwości współtworzenia pewnego oficjalnego kanonu wiedzy, legitymizuje czy wręcz uświęca przekaz. Dla czytelników i czytelniczek to jednak szansa na mniej uładzoną opowieść, nieocenzurowaną przez rzesze prawniczek, marketingowców i całej tej wesołej gromady żyjącej z wysoko wycenianego wizerunku żywych lub martwych gwiazd show biznesu. Przy okazji: od roku czy dwóch ekscytujemy się teorią postprawdy i prymatem fake newsów w debacie publicznej. Krzywiński, pracując nad swoją książką, musiał zmierzyć się z historią człowieka, który grał fałszem, prawdą, prowokacją i autokreacją jak kartami w znaczonej talii. Może odziedziczył tę skłonność po ojcu, emigrancie zarobkowym z Polski, Piotrze Ratajczyku, który przez lata podtrzymywał rodzinną legendę, że jest spokrewniony z Józefem Wissarionowiczem Stalinem. Do tej nieświętej pamięci postaci nawiązywał pseudonim artystyczny Petrusa T. Ratajczyka. A może czasem artyście mieszało się w głowie od nadmiaru używek?

Cóż to jest prawda?

Nie bez powodu już na wstępie „Zgniłej zieleni” czytamy: „Jak oddzielić ziarna od plew? Jak zweryfikować, gdzie biegła w setkach komentarzy linia, za którą rozpoczynają się już swobodne fantazjowanie i sowizdrzalska autokreacja? Może one nigdy się nie kończyły? A może nigdy się nie zaczęły? Jak ujął to swego czasu Peter, mało kto dawał wiarę jego słowom, gdy wypowiadał je ze śmiertelną powagą, większość bez cienia wątpliwości wierzyła natomiast w jego konfabulacje”. Problem jest o tyle ciekawy, że nie dotyczy przecież biografii, czy – ściślej rzecz biorąc – wizerunku jednego tylko artysty.

Są czytelnicy i czytelniczki, którzy nieledwie ostentacyjnie pomijają te rozdziały biografii gwiazd, w których mowa o pierwszych pryszczach i innych związanych z dojrzewaniem zjawiskach, niszczących ład dziecinnego pokoju. Ale w przypadku „Zgniłej zieleni” tego nie da się zrobić

Wiemy dobrze, że dziennikarski czy publicystyczny obraz rzeczywistości rządzi się innymi prawami niźli opis ściśle naukowy czy nawet popularno-naukowy. Tylko cynicy, głupcy i fanatycy łatwo rozprawiają się ze starym pytaniem Piłata: „Cóż to jest prawda?”. Równocześnie, niezależnie od najszerzej rozumianych poglądów, ludzie o pewnej kulturze umysłowej, wciąż są zainteresowani dociekaniem prawdy, niezależnie od tego, z jakiego rodzajem oporem materii, zwanej światem, przyjdzie się im zmierzyć. Na zajęciach z dziennikarstwa dla początkujących często przeprowadza się podobne ćwiczenie: inscenizacja stłuczki samochodowej, a później rozciągnięty w czasie opis wydarzenia z perspektywy kilku, kilkunastu świadków. Rezultaty dają do myślenia. A przecież w przypadku człowieka mamy do czynienia nie tylko z prostą faktografią, ale głęboką intymnością, od seksualnej po metafizyczną (owszem, i taki skrót myślowy budzi dziś kontrowersje), których później staramy się dociec – szukając prawdy albo pięknych lub odrażających zmyśleń.

W przypadku bohatera „Zgniłej zieleni” jest to o tyle istotne, że świadomie grał bluźnierstwem w swoim życiu i sztuce, a później szukał ucieczki w katolicyzmie. Krzywiński, co oczywiste, nie napisał hagiografii twórcy albumu „Bloody Kisses”, na którym właściwie stereotypowe w przypadku pornografii wątki lesbijskiego seksu przenikały się z wizjami kobiety masturbującej się na widok rozciągniętego na krzyżu Jezusa Chrystusa. Choć pewnie znalazłyby się wierne odbiorczynie hagiografii Steela: wtajemniczeni w dzieje legendarnego Forum Frondy pamiętają, że po jego śmierci, którą poprzedziły wieści o nawróceniu artysty na katolicyzm, wołano tam nieledwie „Santo subito!”. Tak czy inaczej: Krzywiński nie napisał też jego rock`n`rollowej apologii: pewien dystans, właściwa autorowi książki gryząca ironia, skutecznie ochroniły go przed wystawianiem laurki postaci, którą wziął na dziennikarski warsztat.

Rzecz jasna, główna oś narracji „Zgniłej zieleni” dotyczy kwestii muzycznych, amerykańskiej sceny metalowej w dekadach zamykających i otwierających przełom tysiącleci. Ale w tym przypadku liczy się też treść, która być może nadaje się również do solidnych analiz seksuologicznych. Są czytelnicy i czytelniczki, którzy nieledwie ostentacyjnie pomijają te rozdziały biografii gwiazd, w których mowa o pierwszych pryszczach i innych związanych z dojrzewaniem zjawiskach, niszczących ład dziecinnego pokoju. Ale w przypadku „Zgniłej zieleni” tego nie da się zrobić.

Stare złe nowiny

Spójrzmy szerzej: kultura i biologia w życiu ludzkim od zawsze tworzą niezwykłą mieszankę wybuchową. Tyle że za sprawą kultury masowej Romeo, Julia i młody Werter stali się bardzo dosłowni. Nie ma w tej tezie niczego kontrowersyjnego: popkultura w zasadzie nie wychodzi poza etap pokwitania. Choć trzeba zaznaczyć, że spazmy dziewcząt i płonne często nadzieje chłopców z czasów kształtowania się rock`n`rolla to niewinna rozrywka w porównaniu z wersetami, które śpiewał młody Peter Steele ze swoją kapelą Carnivore w 1985 r.: „Ślina mi cieknie / Język zwisa / Żądza mknie do oczu / Już eksplozja w kroczu / Kocham jeść cipki / O cudownym słodkim smaku / Jak kwietniowe wino w bukłaku”. Przy okazji: dwa lata później Carnivore wydał album „Retaliation”. Tytuły utworów właściwie antycypują późniejsze ścieżki i metody dystrybucji skandali i prowokacji przez Petera: „Angry Neurotic Catholics”, „Race War”, „Jesus Hitler”, „Sex and Violence”.

Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z obrzydzeniem cielesnością (to zresztą stara choroba ludzkości), czy też z mizantropią, widzimy barda turpizmu przy pracy

Ale stwierdzenie, że kultura masowa jest infantylna i bazuje na impulsywnym przeżywaniu własnych potrzeb psychicznych, emocjonalnych, fizjologicznych, nie należy do zbyt odkrywczych. Naprawdę fascynująca w popkulturze jest jej zdolność do pokazania zgrozy człowieczeństwa, wszystkich tych cech istnienia, które ze względu na szeroko rozumiany ład publiczny ukrywamy przed samymi sobą. Społeczeństwa dobrobytu w XX w. dzięki elektryfikacji, upowszechnieniu higieny, nakazowi szczepień, instytucjom publicznym oraz triumfom kapitalizmu, które skrupulatnie odnotował nawet Karol Marks, pozbyły się ciągłego widoku śmierci, brudu i wiecznej niepewności jutra. Ale czy można być człowiekiem, nie pamiętając także o mrocznej części człowieczeństwa, w której sprawy ducha i materii ściśle się ze sobą łączą? Jeśli nie można, to ludzie pokroju Petera Steela są orędownikami starych, złych nowin o rodzaju ludzkim.

Bard turpizmu

W 1992 r. ukazał się drugi album Type O Negative, najważniejszej z kapel Steela, zatytułowany „The Origin of the Feces. Not Live at Brighton Beach”. Okładkę płyty zdobiło zdjęcie odbytu wokalisty (kolejne wydanie ocenzurowano), a sam tytuł miał być szyderstwem z tytułu klasycznej pracy Karola Darwina: „On the Origin of Species” („O powstawaniu gatunków”). W jednym z wywiadów Steele mówił: „Nienawidzę rasy ludzkiej. Co, ma się rozumieć, oznacza, że najbardziej nienawidzę siebie. Że niby jestem produktem sześciu milionów lat ewolucji? Daj spokój. Nie dalej jak wczoraj wypełzłem z bagna”.

Niezależnie od tego, czy mamy do czynienia z obrzydzeniem cielesnością (to zresztą stara choroba ludzkości), czy też z mizantropią, widzimy barda turpizmu przy pracy. Na czym ona polegała? W dużej mierze na publicznym gorszeniu dzieci z mieszczańskich rodzin, sprzedawaniu klasie średniej podniet, z którymi musiała się kryć przed oczyma społeczeństwa, dostarczaniu odrobiny perwersji światu stworzonemu z reklam i wizji ciągłego gospodarczego wzrostu. Tylko ludzie, którzy mają dość wolnego czasu i nie zdychają z głodu pod płotem, mogą płacić za to, by epatowano ich obrzydlistwem. Pozwolę sobie na pewną przesadę: Steele zmarł niedługo po wielkim kryzysie gospodarczym z 2008 r. Umarł w czasie, gdy społeczeństwa dobrobytu doznały potężnego ciosu, wywołanego w dużym stopniu ich własną chciwością.

Nie takie nawrócenie

Być może niektórzy czekają happy endu. Przecież Peter Steele nawrócił się katolicyzm, czyli zaczął kontestować rzeczywistość w „jedynie słuszny” sposób. Ale wiele wypowiedzi artysty wskazuje, że powiązał swój prywatny, wyobraźniowy wszechświat z katolicką ornamentyką. I w jakiejś mierze zdawał sobie z tego sprawę, gdy przyznawał w jednej z rozmów: „Co niedzielę chodzę do kościoła i spieram się z księdzem, bo Biblia jest po prostu pieprzoną metaforą”. Pewnie dlatego mnóstwo jego wypowiedzi dla mediów (już z czasów nawrócenia!) podszytych było dziwnym ezoteryczno-seksualnym podtekstem, godnym mitologii katarów: „Biblia mówi metaforami. Naprawdę chcesz dowiedzieć się o Adamie i Ewie? Adam stworzył Ewę i dlatego kobiety nienawidzą mężczyzn. Jak ci się wydaje, czym był wąż? Zajrzyj tylko między swoje nogi, dupku”. Dla mniej wtajemniczonych: to właśnie katarzy zaproponowali interpretację, która, o dziwo, cieszy się sporym wzięciem w polskim katolicyzmie, że grzech pierworodny miał seksualny podtekst. Inna rzecz, że dekadę temu wizja nawrócenia bluźniercy-rockmena na katolicyzm miała silny lokalny kontekst, związany z historiami Dariusza Malejonka, Roberta Litzy Friedricha czy Tomka Budzyńskiego. Ale Steele zmarł zbyt szybko, by ruszyć w trasę z Luxtorpedą.

To właśnie katarzy zaproponowali interpretację – która, o dziwo, cieszy się sporym wzięciem w polskim katolicyzmie – że grzech pierworodny miał seksualny podtekst

Co do samej książki – od strony warsztatowej na wyróżnienie zasługuje zgrabne włączenie do narracji licznych, dość zwięzłych, ale treściwych, rozmów z najróżniejszymi postaciami, które naświetlają wiele aspektów biografii Petera Steele`a. Na potrzeby lektury Krzywiński przeprowadził wywiady m. in. z psychoterapeutką Agatą Chorzewską (rozmowa o dorastaniu w wielodzietnej rodzinie), Williamem Wittmanem, współproducentem pierwszych nagrań Steele`a, Stanem Pillisem, gitarzystą Carnivore, Dougiem Keoghiem z wydawnictwa płytowego Roadrunner i Billem Zebubem, dość ekscentrycznym dżentelmenem z pogranicza świata sztuki i mediów.  A choć autor „Zgniłej zieleni” lubuje się w anegdotkach i dygresjach, nigdy nie traci z oczu głównego bohatera swojej opowieści i skrupulatnie odnotowuje jego kolejne życiowo-arstystyczne ekscesy, które pełną meandrów drogą wiodły go ku coraz bardziej komercyjnemu sukcesowi.

Peter Steele to postać uszyta wedle zmiksowanych formatów bulwarówki i fake newsa – nawet nawrócenie tego bluźniercy jest jakieś podejrzane. Jest w tym jakaś tragiczna prawda o świecie, w którym przyszło nam bawić.

Maciej Krzywiński, „Zgniła zieleń. Historia Carnivore i Type O Negative”, Wydawnictwo In Rock, Czerwonak 2017

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Publicysta „Nowego Obywatela”, członek zespołu „Pressji”, stały współpracownik pisma „KONTAKT”; regularnie pisze też dla miesięcznika „Znak”, „Gazety Polskiej Codziennie”, tygodnika „wSieci”, portali Lewicowo.pl, Plac Wolności, wGospodarce.pl, DEON.pl; publikuje również na łamach „Frondy”, „Christianitas”, rzadziej „Rzeczpospolitej”. Niegdyś współpracował z jezuickim „Życiem Duchowym”, a później postkomunistyczną „Trybuną”.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz