Donbas bez perspektyw

Aktualności,

Rozpętana przez Rosję wojna w Donbasie znalazła się w martwym punkcie, a ludzie żyjący po obydwu stronach granicy zostali pozbawieni szans na lepsze życie

Spędziłeś w Donbasie w okresie konfliktu ponad rok i napisałeś na jego temat dwie książki. Czym rzeczywista wojna odróżnia się od jej obrazów, które widzimy w wiadomościach, filmach czy grach komputerowych?

Wojna rzeczywista zazwyczaj jest bardzo nudna. Przeważnie polega na siedzeniu i kopaniu nowych okopów, co żołnierze powinni robić od czasu do czasu. Posterunki obydwu stron znajdują się często tak blisko siebie, że Ukraińcy mogą popatrzeć na separatystów i na odwrót. Czasem do siebie strzelają, ale bez przekonania, bo te ostrzały niewiele już dają. Owszem mają miejsce wahnięcia frontu, ale są to drobiazgi. Okres wielkich bitew, które przesądzałyby o losach konfliktu i które były w jakiś sposób ciekawe, już minął.

Jak zmieniał się charakter wojny w Donbasie?

Do najcięższych walk dochodziło w lipcu i sierpniu 2014 r. Wydawało się wówczas, że upadek nie uznawanych republik separatystycznych jest kwestią czasu, ale przegrana przez Ukrainę bitwa pod Iłowajskiem na początku września zatrzymała ten proces. Wtedy też podpisano pierwsze porozumienie w Mińsku. Okres wielkich starć zakończyła bitwa o Debalcewe w połowie lutego 2015 r. Na skutek zaostrzenia sytuacji na froncie podpisano drugie porozumienie mińskie, które zamroziło ten konflikt. W 2015 r. pojawiały się plotki, że istnieje szansa na porozumienie dyplomatyczne, w rezultacie którego udałoby się Donbas zreintegrować z Ukrainą. Rozwiązanie takie byłoby problematyczne dla Kijowa z różnych powodów. Pewnie wiązałoby się z jakąś większą autonomią terytoriów, które obecnie kontrolują separatyści, a także amnestią, jaka objęłaby wielu bojowników walczących przeciwko Ukrainie. To wiązałoby się ze wzrostem niezadowolenia społecznego. Przedsmak tego mieliśmy w sierpniu 2015 r. przed Radą Najwyższą, kiedy głosowano zmiany do Konstytucji. Jeden z ochotników ze skrajnej prawicy rzucił wówczas granat w kierunku funkcjonariuszy służb porządkowych. W rezultacie zginęły cztery osoby. W 2016 r. mechanizm pokojowy się zupełnie zaciął. Nie odblokował się też scenariusz militarny, więc wojna “ugrzęzła”. I nikt nie wie, co z nią zrobić.

Przebywałeś po stronie ukraińskiej zarówno wśród żołnierzy armii regularnej, jak i wśród batalionów ochotniczych. Jak opisałbyś różnice między tymi strukturami?

Ukraińskie armia w 2014 r. była w opłakanym stanie i tworzyła się na bieżąco. Tak więc źle wyposażeni, wyszkoleni i umundurowani ochotnicy stali się jej trzonem i główną siłą uderzeniową. To oni się porywali na najbardziej niebezpieczne operacje, szli do przodu, armia regularna wspierała ich głównie artylerią, czołgami, cięższym sprzętem, którego oni nie mieli. Z czasem armia regularna zaczęła się bardzo profesjonalizować. Nie jest to wybitna armia na poziomie krajów NATO, ale w porównaniu z 2014 r. weszła na zupełnie inny poziom. Obecnie jest to w miarę sprawna armia zdolna do prowadzenia skoordynowanych operacji, co było zresztą problemem batalionów ochotniczych mających spory problem z dyscypliną. Ochotnicy byli stopniowo wchłaniani przez struktury państwowe (MSW albo Ministerstwo Obrony), ale nawet jeżeli funkcjonują w ich ramach, to zachowali trochę swojego “atamańskiego” charakteru. Faktycznych ochotników pozostało już niewielu, głównie są to odłamy Prawego Sektora, który się rozpadł na wiele różnych części. Na pewno z ochotnikami łatwiej pracować dziennikarzom, bo przywiązują oni mniejszą wagę do procedur. Większość dziennikarzy jeździła właśnie do batalionów ochotniczych, co tworzyło trochę fałszywy obraz wojny, bo po Iłowajsku główną rolę zaczęła odgrywać dysponująca ciężkim sprzętem armia regularna.

Strona separatystyczna dopuszcza się większej liczby nadużyć i ma lżejszy stosunek do prawa oraz konwencji międzynarodowych, co wynika z faktu, że nie jest to struktura państwowa

A co z separatystami?
Początkowo było sporo osób miejscowych, obywateli Ukrainy – z Donbasu i nie tylko. Pojawiali się też Rosjanie, ale oczywiście nikt się nie przyznawał, że jest żołnierzem zawodowym. W maju 2014 r. po Doniecku kręciło się też sporo osób, które wyglądały jakby były z Kaukazu. Na początku cała ta zbieranina rzeczywiście przypominała, jak sami się określali, “pospolite ruszenie Donbasu”. Były to słabo wyszkolone wojska, wyglądało to trochę jakby wydawano broń każdemu chętnemu. Wraz z upływem czasu bojownicy separatystyczni zaczęli się zmieniać i stali się bardziej profesjonalni. Oddziały były szkolone, aż wreszcie tzw. Doniecka Republika Ludowa (dalej: DRL) ogłosiła powstanie sił zbrojnych. W tzw. Ługańskiej Republice Ludowej (dalej ŁNR) było podobnie. Oprócz tego w obu nieuznawanych republikach przez długi czas istniały oddziały luźno zintegrowane z pozostałymi strukturami bądź też związane z konkretnymi grupami finansowo-politycznymi jak oddziały “Sparta” Arsena Pawłowa “Motoroli” czy “Somali” Michaiła Tołstycha “Giwiego”. Dziś ci ludzie nie żyją, a ich oddziały nie istnieją.

W tzw. mediach kresowych można przeczytać sporo informacji o ostrzałach przez armię ukraińską dzielnic mieszkalnych Doniecka. Działalnością niektórych batalionów ochotniczych interesowała się Amnesty International. Jak naprawdę wygląda kwestia nadużyć popełnianych przez wojskowych podczas tego konfliktu?

Strona separatystyczna dopuszcza się większej liczby nadużyć i ma lżejszy stosunek do prawa oraz konwencji międzynarodowych, co wynika z faktu, że nie jest to struktura państwowa. Jak pisał w „Czarnej ziemi” Timothy Snyder, istnienie realnych struktur państwowych jest czynnikiem, który ogranicza eskalację przemocy.

Ponieważ obie strony ustawiają się wśród budynków mieszkalnych, to regularnie prowadzony jest ostrzał regionów zamieszkałych przez cywili. Żołnierze czy bojownicy, mierząc w pozycje przeciwnika, najczęściej nie mają realnego poczucia, że przy okazji giną cywile. Ostrzały są też prowadzone, aby wywołać panikę, strach. To trochę brak empatii, choć nie wiem, czy w warunkach wojny można ją mieć. Dodać należy, że wykorzystywana przez obie strony broń jest najczęściej stara i zwyczajnie nie może być dokładna.

W ukraińskiej polityce nie istnieje praktycznie spór ideologiczny. Nie ma partii konserwatywnej czy liberalnej, nie mówiąc już o lewicowej. Większość głównych sił politycznych była i pozostaje projektami biznesowymi

Do tego dochodzą regularne problemy maruderstwem, szabrownictwem czy przemytem. Powszechne jest nadużywanie władzy. Łamaniu ukraińskiego prawa sprzyja też to, że konflikt ma status niezgodny z rzeczywistością. Formalnie toczy się operacja antyterrorystyczna, chociaż tak naprawdę jest to wojna, której nie ogłoszono, bo nikt nie chciał wprowadzić stanu wojennego. Patologie rodził też fakt, że początkowo większość żołnierzy stanowili ochotnicy, którzy nie podlegali żadnemu prawu. W praktyce można było wsadzić cywila do więzienia na tydzień czy miesiąc i nikt nie był w stanie tego sprawdzić. U separatystów było podobnie, tylko brutalniej. Dochodziło do pobić, a nawet zabójstw cywili. Religioznawca z Doniecka Igor Kozłowski trafił do niewoli separatystów w styczniu 2016 r. i po dziś dzień przebywa w więzieniu. Na początku czerwca zniknął dziennikarz Stanisław Asiejew, który pracował dla ukraińskich mediów – robił to oczywiście potajemnie, bo już od dawna przedstawiciele ukraińskich mediów nie otrzymują akredytacji od separatystów.

W temacie dziennikarzy: oprócz wojny rzeczywistej w Donbasie toczy się wojna informacyjna, w którą zaangażowane są liczne media. Czy w jej rzeczywistości ktokolwiek opisuje te wydarzenia w sposób rzetelny?

Ukraina wybrała ścieżkę kontrpropagandy, która ma być odpowiedzią na działania rosyjskie. Niemniej ciągle pracuje tam sporo uczciwych dziennikarzy, którzy próbują robić śledztwa i sprawdzać, co się dzieje naprawdę. Pojawiały się informacje o korupcji w Ministerstwie Obrony, o przemycie. Rzeczywiście praktycznie nie ma informacji o ostrzałach regionów zamieszkałych przez cywili, ale wynika to też z wewnętrznej cenzury. Czasem pojawiają się wiadomości, że Ukraińcy zdołali zająć jakieś terytoria i przedstawiane jest to jako sukces, chociaż tak naprawdę oznacza to łamanie ustaleń pokojowych. Sztab w takich przypadkach wpierw zaprzecza, że do czegoś takiego doszło, a następnie informuje, że do zajęcia terytorium doszło w wyniku “kontrataku”. Ogólnie brakuje krytyki armii na wzór tej, którą prowadzili choćby amerykańscy dziennikarze w Wietnamie, zwłaszcza że mimo wprowadzonych ograniczeń dziennikarze wciąż mają duży dostęp do frontu po stronie ukraińskiej.

Jak wygląda kwestia pracy dziennikarzy na terytoriach kontrolowanych przez separatystów?

Dziennikarzy ukraińskich mediów pracujących z akredytacjami nie ma. Mało jest takich – jak wspomniany Asiejew – którzy pracują bez zgody separatystów. Sporadycznie przyjeżdżają tam media zagraniczne, bo temat stał się mniej interesujący. Stąd też jest łatwiej kontrolować tych, którzy są na miejscu. Niepodporządkowane Kremlowi media rosyjskie też w zasadzie nie mogą już przyjeżdżać do nieuznawanych republik. A to przecież ich dziennikarze zrobili wiele znakomitych materiałów. Wystarczy tylko przypomnieć znakomite wywiady Pawła Kanygina z “Nowej Gaziety” z przywódcami separatystów Aleksandrem Borodajem i Fiodorem Bieriezinem. Warto o tym pamiętać, bo nie wszystkie media w Rosji są kremlowskie.

Odnoszę wrażenie, że od początku konfliktu cała ukraińska debata publiczna przesuwa się w kierunku prawicowym. Czy można powiedzieć, że wojna stała się katalizatorem tej zmiany?

To był nieco dłuższy proces. Zacząć trzeba od tego, że w ukraińskiej polityce nie istnieje praktycznie spór ideologiczny. Nie ma partii konserwatywnej czy liberalnej, nie mówiąc już o lewicowej. Większość głównych sił politycznych była i pozostaje projektami biznesowymi. Jedyną ideą, która zdołała zaistnieć w polityce masowej, był nacjonalizm. Ta ideowość pozwoliła “Swobodzie” wejść w 2012 r. do Rady Najwyższej jako czwartej sile politycznej w kraju. Wówczas na nacjonalistów głosowali m.in. liczni liberałowie. Podobnie, kiedy zaczął się Majdan, jedynym środowiskiem, które jasno określiło się politycznie, byli nacjonaliści. Zbieranina dziwnych ludzi, którą początkowo był Prawy Sektor, szybko przerodziła się w silną strukturę. Kiedy władza Janukowycza zaczęła stosować przemoc, a nacjonaliści pokazali, że są w stanie tę przemoc odpierać, stali się akceptowalną częścią tego protestu. Liberałowie, choć dominowali na Majdanie, nie zdołali stworzyć żadnej spójnej narracji dla opisu zachodzących wydarzeń, zdolnej konkurować z “nacjonalistyczną rewolucją”. Im bardziej protest się radykalizował, tym większym szacunkiem cieszył się Prawy Sektor. Nawet ludzie odlegli od nacjonalizmu mówili, że “to przynajmniej są ludzie, którzy coś robią”. Wojna stanowiła przedłużenie tego procesu. Jedyne bataliony ochotnicze o orientacji ideologicznej stworzyła skrajna prawica. Mam tu na myśli Prawy Sektor, a przede wszystkim “Azow”.

Dziś mieszkańcy stref przyfrontowych zostali podzieleni granicą, na której przekroczenie trzeba czekać kilkanaście godzin, a nawet kilka dni. Sprawia ona, że region będzie się depopulować

W październiku 2016 r. były dowódca “Azowa” i przewodniczący nacjonalistycznej partii Korpus Narodowy Andrij Biłecki w wywiadzie dla “Ukraińskiej Prawdy” mówił, że dzięki Majdanowi i wojnie idea nacjonalizmu stała się “mainstreamem”. Możesz się z nim zgodzić?

Niestety tak. Nacjonaliści, co prawda nie cieszą się dużym poparciem w sondażach, ale wpływ na rzeczywistość w sferze metapolitycznej  mają duży. Widać to w kontekście decyzji o zablokowaniu rosyjskich mediów społecznościowych czy wprowadzeniu kwot językowych w ukraińskiej telewizji. Całkiem przekonująca jest teza, że te decyzje nie są dyktowane bezpieczeństwem czy wsparciem ukrainizacji kultury, tylko wstępem prezydenta Petra Poroszenki do kampanii prezydenckiej, w której będzie grał na prawicowym populizmie. Jest to prawdopodobne, bo obecnie ta narracja zaczęła kojarzyć się z patriotyzmem i stanowi jedyny spójny przekaz zdolny porwać szerokie masy społeczne. Jawi się to jako niebezpieczne zjawisko. Ale jest to przede wszystkim zagrożenie dla samej Ukrainy, a nie dla Polaków, bo wbrew temu, co opowiadają środowiska prorosyjskie i kresowe, ten nacjonalizm nie ma charakteru antypolskiego.

W jaki sposób ten konflikt w Donbasie wpłynął na tożsamość mieszkańców tzw. republik separatystycznych? Pozostało coś z opowieści o Noworosji?

Problemem tego konfliktu było to, że on nie miał realnej podstawy, aby się wydarzyć. Tożsamość mieszkańców Donbasu nie była co prawda jednoznacznie określona, ale tak naprawdę cały separatyzm rozhuśtała Rosja. Na początku był to ruch, który chciał uczynić z Ukrainy federację, w której południowy-wschód miał być odrębną administracyjną całością w obrębie wspólnego państwa ukraińskiego. Potem przypomniano sobie o funkcjonującym za czasów carskich terminie “Noworosja” na określenie ziem południowej i wschodniej Ukrainy. Wymyślono, że ten region ma się stać odrębnym państwem, właśnie Noworosją. Próbowano do tego dobudować jakąś konstrukcję ideologiczną, ale zbytnio się to nie udało. Była też trzecia koncepcja, czyli włączenie do Rosji. Miała ona największy potencjał mobilizacyjny dla zwolenników opcji prorosyjskiej, zwłaszcza po wydarzeniach na Krymie ludzie zaczęli wierzyć w realność takiego scenariusza, ale niezbyt chciała promować go Rosja. Wszystkie te trzy koncepcje umarły. Zamiast Noworosji obejmującej osiem obwodów Ukrainy udało się opanować 40 proc. obwodów donieckiego i ługańskiego. Na przykład idea, że Charków zostanie stolicą nieuznawanej republiki, umarła w maju 2014 r. Podobnie rzecz się miała w Odessie i pozostałych większych miastach południa i wschodu Ukrainy.

Niektórych Ukraińców wojna nie zmieniła, w przypadku innych wzmocniła wcześniej uśpione poczucie narodowe

W Donbasie ludzie często identyfikują się z miastami, trochę z regionem. To rzekome utożsamianie się z Rosją jest nieco przesadzone. Dla mnie symptomatyczna była scena, gdy byłem w Doniecku na pierwszym „międzynarodowym” meczu. Grały ze sobą reprezentacje tzw. DRL z tzw. ŁRL. Ktoś na trybunach zaczął skandować “Rosja! Rosja!”. Nikt tego nie podchwycił. Inni czują się Ukraińcami, a też pewnie znalazłoby się trochę ludzi o tożsamości radzieckiej wierzących w powrót ZSRR.

Co wojna zmieniła w życiu zwykłych ludzi mieszkających w strefie konfliktu?

Rozczarowała wszystkich. Pozbawiła ich szansy na lepsze życie, którego chcieli niezależnie od strony, po której się opowiadali. Ukraina nie była i tym bardziej teraz nie jest łatwym miejscem do życia. Dziś mieszkańcy stref przyfrontowych zostali podzieleni granicą, na której przekroczenie trzeba czekać kilkanaście godzin, a nawet kilka dni. Sprawia ona, że region będzie się depopulować. Młodzi będą wyjeżdżać, starzy stopniowo wymierać. Jeżeli ten konflikt będzie się ciągnął, to za dwadzieścia lat pozostaną miejscowości emerytów, aż w końcu część z nich wymrze całkowicie. To przykre, ale tych ludzi nie czeka nic dobrego.

Bilans starć dla ogółu Ukraińców jest równie ponury?

Dla wielu Ukraińców tego konfliktu nigdy nie było. Hrywna poleciała co prawda na łeb na szyję, ale poza tym wiele się nie zmieniło. Ale nie jest to zarzut wobec Ukraińców. Znam historie Brytyjczyków mieszkających w Londynie, którzy nie dostrzegali konfliktu w Ulsterze, czy Serbów w Nowym Sadzie, którzy nie interesowali się wojnami na Bałkanach (oczywiście poza 1999 r., gdy miasto zostało zbombardowane). Z takim zjawiskiem mamy do czynienia wszędzie i chyba jest to naturalny mechanizm obronny. Tak więc, niektórych Ukraińców wojna nie zmieniła, w przypadku innych wzmocniła wcześniej uśpione poczucie narodowe. Ale wciąż uważam, że to nie było warte wojny.