Silna Polska w słabej Europie?

Traktowanie Unii jako zagranicy w tradycyjnym rozumieniu nie ma już sensu na tym poziomie integracji. Jarosław Kaczyński tego nie rozumie, co prowadzi do porażki naszej polityki europejskiej

Traktowanie Unii jako zagranicy w tradycyjnym rozumieniu nie ma już sensu na tym poziomie integracji. Jarosław Kaczyński tego nie rozumie, co prowadzi do porażki naszej polityki europejskiej

Swego czasu Prawo i Sprawiedliwość używało hasła „Silna Polska w silnej Europie”. U jego podłoża leżało przekonanie, że wprawdzie krajowi oponenci PiS-u nie dość dbają o polskie interesy w Unii Europejskiej, że PiS zadba o nie lepiej, ale sam projekt europejski nie był tu – przynajmniej werbalnie – podważany. Dzisiaj, poprzez politykę rządu Beaty Szydło w stosunku do Unii Europejskiej, PiS działa na rzecz słabej Unii. Wydaje się, że silna Unia jest – w przekonaniu Jarosława Kaczyńskiego – przeszkodą na drodze do silnej Polski.

Taki pogląd trafia w Polsce na podatny grunt. Nie tylko znaczna część opinii publicznej go podziela, ale i polityczni przeciwnicy PiS-u nie są od niego całkowicie wolni. Było to widać w czasie ośmiu lat rządów Platformy Obywatelskiej, gdy jej polityka europejska była pełna wahań. Widać to szczególnie obecnie, gdy opozycja w stosunku do Prawa i Sprawiedliwości (przede wszystkim w wykonaniu PO) nie potrafi się zdobyć na twarde „nie” wobec niekiedy jawnie antyunijnej polityki rządu.

Nowa jakość

To przekonanie wywodzi się z historycznych doświadczeń Polski – ofiary przemocy silniejszych sąsiadów. Trudno zaprzeczyć, że taki paradygmat polityki międzynarodowej jako gry o sumie zerowej odziedziczyła Polska w 1918 r., że to ten paradygmat definiował ramy jej polityki aż do tragicznych lat 1939–1945 i że nie mogło być wtedy innej opcji. Tym niemniej coś się w Europie Zachodniej zmieniło po 1945 r., a tę zmianę stratedzy PiS-u jak gdyby przeoczyli. Polska, przyłączając się do Zachodniej Europy, najpierw w 1989 r., a potem w sposób instytucjonalny przez wstąpienie do Unii w 2004 r., mogłaby – gdyby chciała – być beneficjentem tej zmiany. Ta zmiana jest głęboka. Do tego stopnia, że nawet traktowanie polityki europejskiej (a więc w ramach Unii Europejskiej) jako części polityki zagranicznej jest kwestionowane. Na Zachodzie uważa się, nie bez racji, że traktowanie Unii jako zagranicy w tradycyjnym rozumieniu nie ma już sensu na tym poziomie integracji, czyli przy tej liczbie wspólnych polityk, zarządzanych z Brukseli, a nie ze stolic narodowych oraz przy tym poziomie harmonizacji wielu innych polityk.

Mechanizmy współpracy gospodarczej czynią z grupy państw członkowskich Unii Europejskiej organizm, który wobec reszty świata ma raczej wspólne niż rozbieżne interesy i często występuje jako jeden podmiot gospodarczy w rywalizacji z zewnętrznymi potęgami (Chiny, USA, Rosja…)

Już Traktaty Rzymskie w 1957 r. wyznaczyły tę nową perspektywę, a później sprawy posunęły się wydatnie naprzód. Nie popadając w naiwną ideę „końca Historii”, trzeba jednak dostrzec, że projekt europejski od początku był, mimo wszystko, nową jakością. Był próbą przezwyciężenia fatalizmu wzajemnej wrogości Europejczyków, który na koniec prowadzi do wojny, i była to próba – bądź co bądź – udana. Nie tylko dlatego, że od 1945 r. aż do dzisiaj Europa Zachodnia żyje w pokoju (chociaż trzeba pamiętać, że znaczny udział w tym miał, wywiedziony ze strachu  przed Sowietami, dwubiegunowy system bezpieczeństwa z NATO w roli głównej), lecz także dlatego, że nieunikniona rywalizacja ekonomiczna pomiędzy państwami została ujęta w karby, które ją cywilizują. Przede wszystkim zaś mechanizmy współpracy gospodarczej czynią z grupy państw członkowskich EWG/ Wspólnoty/ Unii Europejskiej organizm, który wobec reszty świata ma raczej wspólne niż rozbieżne interesy i często występuje jako jeden podmiot gospodarczy w rywalizacji z zewnętrznymi potęgami (Chiny, USA, Rosja…). To wszystko tłumaczy, dlaczego możliwe było przełamanie dawnego paradygmatu gry o sumie zerowej i zastąpienie go nowym, w którym współpraca przynosi wszystkim korzyści – chociaż niejednakowe dla wszystkich.

PiS chce „słabej Unii”

Tego, jak się zdaje, nie rozumie Jarosław Kaczyński, a za nim jego partia. Dlatego stosunek obecnego rządu polskiego do Unii Europejskiej opiera się i na fundamentalnej nieufności do intencji partnerów europejskich (państw członkowskich Unii), i na fundamentalnej niewierze w mechanizmy współpracy unijnej (wymiar wspólnotowy Unii Europejskiej). Nie chcę przez to bynajmniej powiedzieć, że Polska nie ma obiektywnie żadnych sprzecznych interesów w stosunku do partnerów z Unii. Owszem, ma, ale też każde inne państwo członkowskie UE ma jakąś specyfikę i jakieś odmienne interesy od reszty, największych nie wyłączając. Np. Francja od lat przegrywa rywalizację gospodarczą z Niemcami (ujemny dwustronny bilans handlowy, permanentnie przekroczony próg 3 proc. deficytu budżetowego, niższy wzrost PKB, wyższe bezrobocie…). Odpowiedzią na tę sytuację mogłoby być osłabienie Unii lub wyjście z Unii. A mimo to w niedawnych wyborach we Francji zwyciężyła odpowiedź typu „więcej Unii”.

Także spór o reelekcję Donalda Tuska był ilustracją tego – skrajnie nie-wspólnotowego – sposobu myślenia i działania polskiego rządu

Polska odpowiedź pod rządami PiS-u od 2015 r. to „mniej Unii”. Ta odpowiedź przejawia się już w sposobie postrzegania UE, w sposobie nazywania spraw unijnych, a z tego wynikają dalsze konsekwencje. Zauważmy, że wkrótce po objęciu władzy przez Prawo i Sprawiedliwość rząd ogłosił jako nową linię polityczną Polski wobec Unii nowy system sojuszy: odtąd głównym naszym sojusznikiem w Unii miała być Wielka Brytania, zaś pomniejszymi sojusznikami państwa Grupy Wyszehradzkiej. Pomijając na razie – doświadczoną później w praktyce – iluzoryczność tych nadziei, zwracam uwagę na samą optykę Unii w oczach strategów PiS-u: konstrukcja wspólnotowa UE ma dla nich drugorzędne znaczenie, by nie rzec, że jest traktowana jako byt zastępczy, nieledwie parawan przykrywający prawdziwe interesy żywe w Unii i prawdziwe mechanizmy w Unii działające. Te interesy to potrzeby poszczególnych państw, ale wzięte z osobna, w tym szczególnie tych najsilniejszych jak Niemcy i Francja. Te mechanizmy zaś to forsowanie interesów najsilniejszych na forum instytucji unijnych – niezależnie od ich funkcji i miejsca w strukturze. Gdyby przyjrzeć się wypowiedziom polityków PiS-u na temat prac Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego, dostrzegłoby się, że te instytucje są dla nich jedynie narzędziem interesów narodowych – zaledwie zgrabnie opakowanych w europejską, wspólnotową retorykę. Ileż to razy słyszeliśmy np. zarzuty do polskich komisarzy, że nie dbają o interesy Polski. A przecież nie taka jest ich rola w Komisji, tak jak nie jest rolą komisarza Michela Barniera dbanie o interesy Francji, a komisarza Fransa Timmermansa – o interesy Holandii. Zadaniem Komisji, podobnie jak Parlamentu, jest działanie w imię wspólnego europejskiego interesu. Jakie to trudne, dobrze wiemy, ale u samej podstawy ustroju Unii leży zasada, że nieuniknione starcie interesów narodowych ma się dokonywać na forum Rady, zaś na forum Komisji i Parlamentu ma się dokonywać poszukiwanie wspólnego interesu europejskiego, przekraczającego interesy narodowe. Ta zasada jak gdyby nie docierała do strategów PiS-u, a co najmniej partia Jarosława Kaczyńskiego i rząd Beaty Szydło zachowuje się tak, jak gdyby ta zasada była tylko przykrywką dla brutalnej gry sił.

Stąd w propozycjach europejskich Prawa i Sprawiedliwości tak mało jest inspiracji dla prac Komisji, a tak dużo troski o to, żeby na forum Rady skutecznie przeciwstawić się Niemcom i Francji przy pomocy sojuszników – Wielkiej Brytanii (do Brexitu), Węgier, Czech i Słowacji, czasem i innych państw, zazwyczaj z grona byłych członków Układu Warszawskiego. Także spór o reelekcję Donalda Tuska był ilustracją tego – skrajnie nie-wspólnotowego – sposobu myślenia i działania polskiego rządu. Wprawdzie Rada jest terenem zderzenia interesów narodowych, ale reprezentują je szefowie państw i rządów – nigdy przewodniczący Rady, mimo że siłą rzeczy jest on obywatelem jakiegoś państwa członkowskiego. Gdyby założyć coś przeciwnego, państwo, z którego pochodzi przewodniczący, miałoby dwóch reprezentantów w Radzie, podczas gdy wszystkie pozostałe – po jednym. Tymczasem pozycja PiS-u – zarówno wówczas, gdy Donald Tusk ubiegał się po raz pierwszy o to stanowisko, jak i gdy starał się o reelekcję – niezmiennie była taka, że Polska ma tu – lub nie, zależnie od tego, jak Kaczyński oceniał stopień lojalności Tuska wobec Polski – jakiś interes do zrobienia. Ten przykład pokazuje miarę niezrozumienia samej logiki UE, a co za tym idzie i zasad jej konstrukcji instytucjonalnej. Jeśli Polska miała w tej sprawie coś do ugrania, to przede wszystkim prestiż: w 2014 r. mogła go zyskać, a w 2017 r. przynajmniej go nie stracić.

Porażka strategii „słabej UE”

Strategia „mniej Unii” implikuje pytanie, czy w jej rezultacie Polska będzie tylko spychana na margines, jak to się dzieje już teraz, czy też uruchomi to logikę prowadzącą do opuszczenia Unii.

Rozumienie Unii jako wyłącznie parawanu skrywającego egoistyczne interesy silnych sprawia, że Polska pod rządami PiS-u działa w UE tak, jak by należało działać w jakiejś tradycyjnej organizacji międzynarodowej (międzyrządowej). Czyli zachowuje się wbrew logice Unii, która nie jest tradycyjną organizacją międzynarodową. Ponieważ polski rząd myli się co do natury Unii, nie może dziwić, że stawia w niej fałszywe kroki, a stawiając fałszywe kroki, często przegrywa.

Polska przegrywa, gdy swój rzeczywisty problem z dużym udziałem węgla w miksie energetycznym widzi jako konieczność obrony status quo, tę zaś obronę przedstawia w kategoriach suwerenistycznych. Piotr Naimski, pełnomocnik rządu do spraw infrastruktury energetycznej, powiedział o problemie polskiego węgla tak: „Polskie kopalnie będą funkcjonowały, będą produkowały tyle węgla, ile uznamy, że jest nam potrzebne dla polskich elektrowni, dla polskich odbiorców. To jest strategia, którą realizujemy i od której nie odstąpimy”. Skoro taka jest strategia Polski, i to w dodatku tak uzasadniona, to oznacza, że Polska nie tylko musi się zderzyć z polityką Unii Europejskiej, nastawioną na stopniową dekarboniozację gospodarki, ale i musi na dłuższą metę przegapić szansę dołączenia do europejskiej czołówki w dziedzinie energetyki, która dąży do przejścia od „brudnych” do „czystych” ekologicznie źródeł energii, z ewidentną korzyścią dla ochrony środowiska, z szansą na rozwój nowych, proekologicznych technologii i z szansą na utworzenie tysięcy miejsc pracy (w miejsce tych utraconych w tradycyjnych branżach energetycznych). Tracimy więc potrójnie tylko dlatego, że interes pewnego lobby utożsamiamy z interesem narodowym. Owszem, Polska ma pod tym względem obiektywnie trudniejszą sytuację, a zatem powinna zabiegać o inne, łagodniejsze stosowanie unijnych zaleceń. Ale stawianie się w generalnej kontrze do polityki dekarbonizacji nie ma sensu. Taka pozycja skazuje nas na status państwa, które z zasady nie chce się modernizować. Francja też swego czasu miała swoje zagłębie węglowe (w departamencie Nord), dziś już go nie ma i nie traktuje tej – owszem, kłopotliwej – zmiany jako narodowej tragedii, lecz jako okazję do modernizacji. Inne kraje z podobnym problemem zachowały się podobnie, tylko my uparliśmy się, że trzeba fedrować za każdą cenę.

Stawianie się w generalnej kontrze do polityki dekarbonizacji nie ma sensu. Taka pozycja skazuje nas na status państwa, które z zasady nie chce się modernizować

Polska przegrywa, gdy swój rzeczywisty priorytet bezpieczeństwa (nastawienie na obronę przed atakiem Rosji) rozumie tak, że nie należy kupować uzbrojenia u producentów z Europy, a przedstawiając swoje motywy, obraża producenta (i jego kraj), który wcześniej wygrał przetarg (sprawa Caracali). To zraża do nas Europejczyków, pokazujemy się w ich oczach jako partner niepoważny (rewelacja ministra Macierewicza o rzekomym odsprzedaniu desantowców Mistral przez Egipt Rosji). Polityką rozumną w tym zakresie byłoby delikatne manewrowanie między Europejczykami i Amerykanami oraz rozwijanie polskiego przemysłu obronnego tak, żeby polska armia nie odczuła luki technologicznej w uzbrojeniu. W tym wypadku sprawa miejsc pracy w polskich zakładach zbrojeniowych – chociaż ważna – musi zejść na dalszy plan wobec wymogów bezpieczeństwa narodowego. Koszty wiązania się tylko z Amerykanami nie są przez rząd doszacowane: płacimy nie tylko utratą zaufania Europejczyków, ale i narażamy się na ewentualne skutki radykalnego désinteréssement USA dla zaangażowania militarnego w Europie. Dobrze jest mieć sojusznika w postaci najsilniejszego państwa NATO, ale po co równocześnie ostentacyjnie grać na nosie naszym europejskim sojusznikom?

Polska przegrywa w sprawie imigrantów/uchodźców, gdy uzasadnioną krytykę polityki migracyjnej Unii i jej najważniejszych krajów przekłada na stanowisko: „zero uchodźców”, które oznacza niedotrzymanie słowa danego przez poprzedni rząd. Dla naszych partnerów tłumaczenie, że to nie był rząd „dobrej zmiany”, jest niepoważne, ponieważ w cywilizowanych stosunkach międzynarodowych i supranarodowych liczy się zobowiązanie państwa jako takiego. Gdybyśmy się wywiązali ze zobowiązania powziętego przez rząd Ewy Kopacz w 2015 r., dziś bylibyśmy wiarygodni w naszej krytyce polityki wielokulturowości. Kiedy jednak mówimy „zero uchodźców”, Unia słusznie zarzuca nam fundamentalny brak solidarności, a po cichu podejrzewa o podejście rasistowskie. To zaś może nas drogo kosztować, kiedy będziemy oczekiwali solidarnego zachowania naszych europejskich partnerów wobec naszych własnych kłopotów. Czym ich przekonamy do polityki sankcji wobec Rosji, jeśli np. Francja, Hiszpania, Portugalia, Grecja i Włochy uznają, że ich priorytetem jest basen Morza Śródziemnego?

Wreszcie, przegrywa Polska z kretesem, gdy jej rząd prowadzi politykę demontażu instytucji państwa prawa i tym samym wchodzi w kolizję z europejskimi wartościami podstawowymi, a Unia w związku z tym uruchamia stosowną procedurę przeciwko nam. Bo o ile w poprzednich sprawach przy dobrej woli ze strony Unii i jej liderów można jeszcze było wykazać pewne racje polskiego stanowiska, to działania rządu w sprawie mediów, służby cywilnej, systemu kontroli konstytucyjności, samorządów i systemu sądowniczego nie obronią się ani na jotę.

Polska ze względu na swoją odmienność kulturową mogłaby przemawiać własnym głosem w sprawach obyczajowych (aborcja, eutanazja, związki cywilne osób tej samej płci). Ale wywodzenie, jak to czyni polski rząd, z naszej odmienności kulturowej postawy niesolidaryzowania się z ogólnoeuropejskim problemem imigracji stawia nas na ławie oskarżonych, czyniąc z nas kraj, z którym należy mieć jak najmniej do czynienia

Bliska przyszłość

Polska, z pewnością ze względu na opóźnienie rozwojowe będące przede wszystkim skutkiem półwiecza komunizmu, nie może jeszcze w pełni uczestniczyć w niektórych, szczególnie dla niej wymagających, inicjatywach integracyjnych w pełnym wymiarze. Ale mogłaby w nich uczestniczyć warunkowo, deklarując dobrą wolę i wnioskując o wyrozumiałość (np. dłuższe okresy przejściowe). Ale rząd PiS-u wybiera tu inną metodę, raczej petryfikując stan zacofania.

Polska ze względu na swoją odmienność kulturową mogłaby przemawiać własnym głosem w sprawach obyczajowych (aborcja, eutanazja, związki cywilne osób tej samej płci). Ale wywodzenie, jak to czyni polski rząd, z naszej odmienności kulturowej postawy niesolidaryzowania się z ogólnoeuropejskim problemem imigracji stawia nas na ławie oskarżonych, czyniąc z nas kraj, z którym należy mieć jak najmniej do czynienia.

Jako wyjście z kryzysu, który ją drąży, Unia najprawdopodobniej wybierze ścieżkę szybszej integracji. Zapewne przybierze to postać tzw. Europy wielu prędkości. Rząd polski już protestuje, powołując się na szczytne zasady europejskiej jedności i solidarności. Tyle, że ten apel – w świetle drastycznego łamania tych zasad przez Polskę – brzmi fałszywie.

Przewiduję kłopoty.

współpracownik NK, absolwent dziennikarstwa i nauk politycznych na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dziennikarz. Debiutował w bezdebitowymn studenckim piśmie “Aplauz” w r. 1981, po stanie wojennym pisywał dla emigracyjnego „Kontaktu” i podziemnego „Bez Dekretu”. W latach 1984 - 1991 pracował w „Tygodniku Powszechnym”, od 1991 do 1993 w „Radiu Kraków”, od 1993 do 2005 w „Gazecie Wyborczej”. Od 2007 r. pracuje w Instytucie Pamięci Narodowej w Krakowie. Wydał: Konstytucja dla Polski, Znak-Fundacja Batorego, 1997; Polski Kościół - polska demokracja, Universitas , 1999; Bo jestem z Wilna (wywiad-rzeka z Józefą Hennelową), Znak, 2001; Tropem SB. Jak czytać teczki, Znak 2007; Cena przetrwania? SB wobec Tygodnika Powszechnego, Czerwone i Czarne, 2011: Chrzanowski, Świat Książki, Warszawa 2013, Od uwikłania do autentyczności. Biografia polityczna Tadeusza Mazowieckiego, Zysk i S-ka, Poznań 2015.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz