Czy możliwy jest uczciwy lobbing w UE?

Uczciwy lobbing może wzmacniać siłę Unii Europejskiej i polepszyć jakość naszej demokracji. By mógł tę funkcję wypełniać, potrzebne są jednak jasne reguły gry i odwaga wielu środowisk opiniotwórczych

Uczciwy lobbing może wzmacniać siłę Unii Europejskiej i polepszyć jakość naszej demokracji. By mógł tę funkcję wypełniać, potrzebne są jednak jasne reguły gry i odwaga wielu środowisk opiniotwórczych

Bez trudu można przypomnieć sobie kilka amerykańskich filmów, w których akcja rozgrywa się w świecie polityki, gdzie waży się sprawa pieniędzy i władzy kosztem obywateli i zwykłych ludzi. Główne role odgrywają w nich zwykle cyniczni lobbyści, skorumpowani politycy i walczący z nimi pełni etosu dziennikarze albo aktywiści społeczni. Lobbing to ważna rzeczywistość amerykańskiego systemu politycznego – każdy, kto interesuje się choć trochę polityką zza oceanu, słyszał o jego wpływie na prawo i politykę nie raz. Tymczasem w Europie lobbing, choć powinien, nie budzi już takiego zainteresowania, a działalności kancelarii i ekspertów zabiegających o wpływ na zmiany prawa nie wydaje się wdzięcznym tematem do snucia popularnych filmowych opowieści. Tymczasem w Brukseli jest więcej lobbystów niż w Waszyngtonie. Krajowe systemy prawne podchodzą do nich różnie, a niektóre państwa członkowskie nie posiadają nawet ustawy regulującej ich prace. Reguł wpływu grup interesu na instytucje publiczne do 2016 r. nie spisały państwa takie jak Belgia i Finlandia, ale także kraje naszego regionu: Węgry, Słowacja. Za świetne przepisy i kodeks postępowania dla lobbystów chwali się Irlandię. Polska posiada ustawę z 2005 r. nowelizowaną w 2011 r. Choć nie jest ona oceniana bardzo pozytywnie przez znawców tematu, to w Brukseli docenia się fakt, że powstała.

Kim jest europejski lobbysta? W brukselskim świecie to pojęcie pojemne. Lobbystą jest więc w tym języku nie tylko przedstawiciel przedsiębiorcy albo sektora biznesu, ale także katolicki działacz pro-life zatrudniony przez federację ruchów na rzecz ochrony rodziny. Konkuruje on na brukselskim rynku z pracownikami ngo’sów walczących o pełen dostęp do aborcji i eutanazji. Od jego sieci kontaktów i talentu może zależeć powodzenie niektórych przepisów sprzyjających rodzinie lub przynajmniej ograniczenie zapisów idących w drugą stronę. M.in. od tego, jakiego wsparcia udzieli chrześcijańskim posłom, zależy także ich przygotowanie do debat i zaplecze prawne, którym będą dysponować w trudnym procesie legislacyjnym. Lobbing ma więc w tamtym słowniku konotację pozytywną lub przynajmniej neutralną. Wiedza, wsparcie i doświadczenie tych ludzi mogą być dużą pomocą dla europosłów i urzędników unijnych. I nie chodzi o wyręczanie polityków. Lobbyści mają wiedzę branżową i techniczną, ale często brak im wyczulenia na sprawy społeczne i rozumienia szerszego interesu narodowego. Jednak sprawni politycy europejscy potrafią wykorzystywać wiedzę im przekazaną i przekuć ją we właściwe dla interesu krajowego i europejskiego decyzje.

Zablokowany raport

Oczywiście lobbing to nie tylko działalność aktywistów. Bardzo bogate przedsiębiorstwa transnarodowe mogą sobie pozwolić na profesjonalny i rozbudowany lobbing. Przekłada się on nie tylko na liczbę zatrudnionych w Brukseli lobbystów, ale także na narzędzia i pieniądze, którymi oni dysponują a co za tym idzie – na dostęp do ważnych dokumentów roboczych i wpływ na ich treść. Według oficjalnych danych firma Google wydaje rocznie na lobbing w Brukseli między 4 a 5 mln euro i zatrudnia 14 osób. Podobnie korporacja Microsoft. To jest kwota, która uwzględnia wynagrodzenie, przejazdy i pracę pracowników bezpośrednich, ale nie uwzględnia innych firm lobbingowych w Brukseli, które mogą wykonywać pracę dla tych korporacji. W przypadku Microsoft to będzie dodatkowe 400 tys. euro, w przypadku Google jeszcze więcej (każda firma lobbingowa, rejestrując się, musi wskazać swoich zleceniodawców i przybliżone wynagrodzenie, które od nich otrzymuje). Dla porównania polska firma FAKRO zatrudnia do lobbingu w Brukseli jednego pracownika w wymiarze 1/4 etatu (ta osoba nie pracuje na co dzień w Brukseli) i daje zlecenie jednej z firm, która jest tu na miejscu, płacąc za to ok 50 tys. euro rocznie (firma ta obsługuje wielu klientów równocześnie). Jej konkurent, duńska grupa Velux, zatrudnia 5 osób i wydaje nawet do 300 tys. euro.

Poszerza się zjawisko „drzwi obrotowych” polegające na tym, że lobbyści zapewniają przyszłość politykom, którzy najwięcej dla nich ryzykują

Zarówno aktywiści, jak i przedstawiciele biznesu mogą wpływać na stanowienie prawa także w negatywny sposób. O klasycznych ofertach korupcyjnych słyszy się dużo mniej w UE od sprawy „dyrektywy tytoniowej”, która bardzo zmieniała zasady pracy tego sektora, a z którą koncerny tytoniowe walczyły m.in. poprzez oferty korupcyjne (m.in. komisarz unijny odpowiedzialny za dyrektywę stracił stanowisko). Poszerza się natomiast zjawisko „drzwi obrotowych” polegające na tym, że lobbyści zapewniają przyszłość politykom, którzy najwięcej dla nich ryzykują. Po zakończonym mandacie praca w firmach finansowych i doradczych zapewnia ten sam lub wyższy poziom życia. Najsłynniejszym przykładem na to jest być może José Manuel Barroso, były szef Komisji Europejskiej, który przez 10 lat decydował o polityce całej UE, a po zakończeniu swojego mandatu i odczekaniu „okresu przejściowego” wyznaczonego przez prawo został zatrudniony przez bank Goldman Sachs, pełniąc tam funkcję doradcy i jednego z dyrektorów.

By ograniczyć nadużycia lobbystów, potrzebne jest więc jasne prawo, spisane reguły ich pracy i relacji z politykami. Unijne przepisy posiadają w tym zakresie jeszcze wiele luk. Niektóre z nich, jak np. kwestia jawności spotkań polityków z lobbystami i odpowiedzialność prawna komisarzy unijnych, stara się wypełnić raport Parlamentu Europejskiego na temat „rozliczalności, przejrzystości i rzetelności w instytucjach UE”, którego sprawozdawcą jest niemiecki poseł do PE Sven Giegold z Partii Zielonych. Prace nad tym raportem dowodzą, jak ważny to temat. Ruszyły jeszcze w 2015 r. Najpierw sprawozdawca długo pracował nad własną propozycją, potem w komisji parlamentarnej złożono do niej 466 poprawek i rozpoczęły się trudne negocjacje. Największe frakcje wystawiły do nich swoich ważnych polityków. Europejską Partię Ludową reprezentował aktualny premier Chorwacji Andrej Plenkovic, a Socjalistów i Demokratów wpływowy tam Niemiec Jo Leinen. Gdy wreszcie komitet negocjacyjny wyklarował w listopadzie 2016 r. tekst pod głosowanie w komisji parlamentarnej i ustalono jego datę, na kilka godzin przed nim decyzją najwyższych władz parlamentu głosowanie zostało wstrzymane. Najprawdopodobniej chodzi o ostry spór wewnątrz największych frakcji. Wielu polityków EPL i SnD jest zadowolonych z aktualnego status quo. Sprawozdanie w komisji parlamentarnej przyjęto ostatecznie w marcu 2017 r., ale aby dokument nabrał mocy, musi go przyjąć cała izba na sesji plenarnej. I ta decyzja również jest wstrzymywana od kwietnia. Z miesiąca na miesiąc podaje się coraz to nowe powody. Wiemy już, że najprawdopodobniej na sesji wrześniowej również nie dojdzie do głosowania. Największe frakcje obiecują wyklarować swoje stanowisko do końca tego roku.

Zmiany są konieczne

Co takiego zawiera raport Giegolda, że nie odpowiada największym frakcjom i potężnym grupom interesów? Autor dokumentu próbuje m.in. walczyć ze zjawiskiem, w którym wąska grupa najbogatszych lobbystów wymienia się tajnymi i nieformalnymi dokumentami, podczas gdy ludzie zatrudnieni przez małe i średnie przedsiębiorstwa muszą czekać na oficjalną publikację. „Wszystko, co wiedzą lobbyści, musi być jawne dla wszystkich” – głosi proponowana zmiana zasad unijnej gry.

Inne kontrowersje budzi propozycja „śladu legislacyjnego”. Posłowie pracujący nad nowym prawem byliby zobowiązani do przekazywania informacji o tym, do jakich grup interesu i organizacji zwrócono się o opinię lub kto jest autorem konkretnego rozwiązania. Właściwe aneksy byłyby publikowane razem z projektem dokumentu. Raport Giegolda zakazuje spotkań z przedstawicielami interesu, którzy nie są zarejestrowani w „Rejestrze Przejrzystości”. I rozszerza ten obowiązek nie tylko na posłów, ale również sekretarzy generalnych i dyrektorów grup politycznych. Oczywiście trzeba się liczyć ze zwykłym kłamstwem, także w życiu publicznym, ale wyraźne wskazanie takiej praktyki jako łamanie prawa już zmienia warunki gry.

Raport Giegolda zakazuje spotkań z przedstawicielami interesu, którzy nie są zarejestrowani w „Rejestrze Przejrzystości”

Z kolei Komisja Europejska, Rada i inne instytucje oraz agencje unijne patrzą na raport Giegolda z rezerwą, bo wzywa on je do poszerzenie transparentności w swoich szeregach, większego dostępu publicznego do swoich prac i ochrony przed konfliktem interesów własnych urzędników poprzez przyjmowanie ich „kodeksów postępowania”.

To wszystko sprawia, że przyjęcie raportu wymagałoby zmiany sposobu pracy wielu unijnych polityków i lobbystów. Dlatego szanse przyjęcia dokumentu w wersji, w którym wyszedł z komisji konstytucyjnej, wydają się stosunkowo niewielkie. Można się spodziewać wielu poprawek wniesionych na posiedzenie plenarne, w których dwie największe frakcje usuną najtrudniejsze dla siebie zmiany i raport w zmienionej wersji zostanie przyjęty pod koniec tego roku kalendarzowego.

Lobbing na rzecz Polski

Jednak dobrze rozumiany lobbing można wykorzystać także na rzecz Polski. Silne państwo narodowe, które chce wywierać wpływ na środowisko międzynarodowe poprzez UE i realizować tam własny interes, powinno zdobyć umiejętności strukturalne tak, aby unijni legislatorzy mieli dostęp do ważnych z punktu widzenia Polski informacji i danych, a także działać wielonurtowo, tworząc przestrzeń do aktywności i włączając w zabiegi nad tworzeniem prawa swoich przedsiębiorców i grupy obywateli. Najlepsi są w tym Niemcy, ale także Włochy i Francja. Rządy tych krajów udzielają realnego wsparcia, a niekiedy również formalnego poparcia dla swoich obywateli zabiegających o stanowiska kierownicze w instytucjach europejskich. Dzięki temu Francuzi zatrudnieni przez PE, Radę lub Komisję rozumieją politykę unijną swoich krajów i wspierają ją w znacznie większym stopniu niż ich koledzy z Europy Wschodniej, w tym z Polski. Ostatnia ofensywa dyplomatyczna prezydenta Francji jest wsparta wieloma zabiegami francuskich pracowników w unijnych gremiach. Nie zdziwiłbym się, gdyby francuskie postulaty dotyczące pracowników delegowanych zostały spełnione, także dzięki pracy lobbystów. Informować i mobilizować, być łącznikiem między rządem a polskimi pracownikami instytucji – to zadanie dla unijnej dyplomacji i naszego przedstawicielstwa w UE. Silne państwa europejskie wiedzą dobrze, o jakie portfolio w Komisji Europejskiej zabiegać, bo będzie ono kluczowe dla ich interesów w najbliższych latach.

Internauci wyżej cenią „zaoranie lewaka” na sali plenarnej niż żmudną i trudną pracę w parlamentarnych podkomisjach wymagającą długich negocjacji

Lobbyści nie znikną

Kuchnia polityczna i udział w niej przedstawicieli grup interesu budzi emocje i uruchamia wyobraźnię. Niejasne porozumienia „w zaciszu gabinetów”, które znamy z politycznych thrillerów, nastawiają nas do lobbingu negatywnie. Jednak raport Giegolda i pozytywne podejście do zreformowanego lobbingu w Europie wychodzi z założenia, że nie można dużych przedsiębiorstw i grup interesu po prostu ignorować. Ich wewnętrzna energia, która źródło ma poza polityką i narzędzia, którymi dysponują, dają nam pewność ich aktywności, a Unia Europejska jest dla nich atrakcyjnym polem do tej aktywności, bo zamiast poznawać różne systemy prawne, mogą wpływać i walczyć o korzystne dla siebie rozwiązania w jednej strukturze decyzyjnej. Czy zatem próba odwrócenia tego zjawiska na rzecz interesu publicznego nie jest warta naszej energii? Czy nie warto choćby spróbować stworzyć dla nich jasnych reguł? I starać się wykorzystać ich energię na rzecz dobra wspólnego? Na tym, że to politycy tworzą reguły gry i prawo, polega ich główna przewaga nad wieloma grupami interesu.

Jest jednak okoliczność utrudniająca zajęcie się tą dziedziną prawa. Jest ona mniej rozumiana w telewizji i dużych mediach. Internauci wyżej cenią „zaoranie lewaka” na sali plenarnej niż żmudną i trudną pracę w parlamentarnych podkomisjach, wymagającą długich negocjacji. Jednak walka o jawność oraz rozliczalność instytucji unijnych i – szerzej – polityki europejskiej ma sens. Wychodzi bowiem z założenia, że polityka ukryta przed opinią publiczną jest większym zagrożeniem interesu publicznego i jest także mniej kompetentna (bo łatwiej elicie ukryć braki kompetencyjne). A w dłuższej perspektywie to się obywatelom bardzo nie opłaca.

Stały współpracownik Nowej Konfederacji. Politolog i organizator, na co dzień pracuje w Parlamencie Europejskim w Brukseli. Ukończył studia politologiczne na Uniwersytecie Wrocławskim i Wolnym Uniwersytecie w Brukseli (ULB). Szef zespołu Europosła Kazimierza M. Ujazdowskiego i W-ce Prezes Zarządu wrocławskiej Fundacji „Młoda Rzeczpospolita”, członek Zarządu European Christian Political Youth

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz