Newsletter

Millenaryści z Mińska Mazowieckiego

​Nadzieje i fantazje „ludu PiS-owskiego” wydają się chwilami niepokojąco bliskie chiliastycznych marzeń o końcu historii

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Nadzieje i fantazje „ludu PiS-owskiego” wydają się chwilami niepokojąco bliskie chiliastycznych marzeń o końcu historii

Zgoda, millenaryzm to zjawisko stare jak świat – ale świat nasz, judeochrześcijański, jest wychowany na Izajaszu, Ezechielu, na Ewangeliach i Apokalipsie Janowej. A jeśli nie wychowany, to przynajmniej osłuchany z nimi, mający w krwiobiegu i pamięci zbiorowej czekanie na Mesjasza, na Niebo nowe i Ziemię nową. Indywidualne akty wiary i apostazje niewielkie mają znaczenie w tej perspektywie: liczy się podglebie, na którym wyrastać będą pokolenia proroków i wizjonerów.

Nowe Królestwo Syjonu

Spór o to, kiedy nadejdzie Królestwo Boże, jak je rozpoznać i w jaki sposób może się ono ziścić w podksiężycowym świecie, jest jednym z dwóch największych zagadnień myśli wczesnochrześcijańskiej, obok dyskursu o naturze Chrystusa. Próby uporania się z nieusuwalną dla rozumu sprzecznością, z bolesnym paradoksem Wcielenia, były i są wyzwaniem (a czasem wręcz źródłem udręki) dla wiernych i najżyźniejszą glebą dla dziesiątków herezji. Justyn Męczennik, Laktancjusz, Ambroży, Tertulian – można by z tego ułożyć raperską wyliczankę: kto miał szczęście chodzić na seminarium do profesor Ewy Wipszyckiej, może sięgnąć po notatki, innym wystarczyć musi podręcznik historii Kościoła („zaiste, wcześnie byłeś gnostyk, marcjonista / sekretny zjadacz trucizn manichejskich” – naszeptuje do ucha Miłosz).

Truciznę jako pierwszy rozpoznał (i próbował znaleźć na nią szczepionkę) św. Augustyn. Dość skutecznie, skoro po czwartym wieku gorączka trochę spada albo przynajmniej rzadziej dotyka wielkie umysły, zbierając za to tym większe żniwo wśród gwałtownych i nieuczonych. Podnosi się wielki niepokój roku tysięcznego, krucjaty dziecięce idą prosto w ręce handlarzy niewolników, rozśpiewany i wściekły tłum pali nadreńskie getta. A potem Joachim z Fiore ze swoją wizją trzech epok: Ojca, Syna i rozpoczynającą się wraz z jego nauczaniem trzecią – Ducha Świętego, paulicjanie, patareni, albigensi, fratricelli – cały wiek XIII, a potem cała jesień średniowiecza kipi od rozpaczliwej nadziei na uzdrowienie zepsutego świata, na zniknięcie, jak ręką odjął, nędzy, trądu i głodu, na odnalezienie na stepach Orientu ziemskiego raju. Pod koniec wieku XV Girolamo Savonarola zdołał proklamować Chrystusa na Króla Florencji, z której zamierzał uczynić Drugą Jerozolimę, zaś świt reformacji przyniósł nam kazania Melchiora Hofmanna o nadejściu Królestwa Bożego w roku 1533 i proklamowanie w rok później w westfalskim Münsterze Nowego Królestwa Syjonu, które zniosło własność prywatną, narzuciło za to obowiązek pracy fizycznej.

W herezjach nie jesteśmy zbyt mocni, ale w pięknym wieku XIX dorobiliśmy się kilku marzeń o końcu historii i przemienieniu świata, począwszy od opisanego przez Martina Bubera cadyka z Przysuchy, który w zmaganiach Napoleona z Aleksandrem chciał widzieć zapasy Goga i Magoga, aż po nadzieje akolitów Hoene-Wrońskiego i Andrzeja Towiańskiego

Piszę o tych doświadczeniach bardzo skrótowo, świadom, że do dziś nie mają one lepszej monografii niż praca Normana Cohna o „tęsknocie za millenium” („The Pursuit of the Millennium: Revolutionary Millenarians and Mystical Anarchists of the Middle Ages”, 1970) i że idzie nam nie o studium średniowiecznego czy wczesnonowożytnego chiliazmu, a nawet jego barokowych mutacji (wspomnijmy tylko o sektach iluminatów, o mistycznych odłamach masonerii, o fałszywych mesjaszach od Sabbataja Zevi po Jakuba Franka), lecz o pewną dyspozycję psychiczną, która dawała paliwo wszelkim tego rodzaju ruchom i zachowała trwałość również współcześnie. Składa się na nią trudność z zaakceptowaniem immanentnej ułomności świata i wyrastające z niej marzenie, by ziściło się niemożliwe, coincidentia oppositorum: by pełnia wcieliła się tu i teraz, na tej ziemi. Jednym bardziej marzy się jagnię spoczywające obok lwa, inni nie spoczną, aż zobaczą potępieńców spychanych do otchłani; wszystkim wspólne jest marzenie o Królestwie, które przemieni i uzdrowi wszelką ułomność.

Kiedy nadejdzie dzień szczęśliwości?

Oczywiście ideologii, które są niczym więcej jak zsekularyzowaną wersją marzenia o mesjaszu, znamy równie wiele co patrystycznych manowców i późnośredniowiecznych herezji. Parareligijność totalizmów odkryto najpierw na poziomie rytuałów: pisali o niej, nader ekumenicznie, Raymond Aron i René Fülöp, ksiądz Luigi Sturzo i Rudolf Niebuhr, rozpoznając kolejno elementy kultu obrazów, spowiedzi powszechnej, pokuty, ba – zatracenia się jednostki w wyższej, zbiorowej woli. Najpełniej opisał ją Michael Burleigh w wydanej również w Polsce książce „Ziemska władza. Polityka jako religia” (2015), z czasem jednak refleksja badaczy sięgnęła znacznie głębiej. Z biegiem lat coraz bardziej  systematycznie zaczęto przyglądać się samej strukturze ideologii jako swego rodzaju kopii chrześcijańskiego opisania porządku świata. Tu jakości broni oczywiście Eric Voegelin, który ukuł termin „immanentyzacja eschatonu”, chociaż przypomnijmy, że Leszek Kołakowski w „Głównych nurtach marksizmu” naszkicował podglebie jeszcze głębiej, bo sięgając neoplatonizmu, zaś w ostatnich latach ze spuścizną św. Pawła podjęli dialog myśliciele tak różni i tak modni jak Alain Badiou i Slavoj Žižek.

Ja wracam do myśli o dyspozycji mentalnej, o skłonności, obecnej być może w każdym z nas, ale mocniej objawiającej się w niektórych czasach i nie we wszystkich formacjach, do pojawienia się nadziei na radykalne uzdrowienie rzeczywistości społecznej. Nadziei zamykającej oczy na rzeczywistość, w tym przede wszystkim na ułomność ludzką i wynikającą z niej potrzebę utrzymania systemu checks and balances w każdej właściwie dziedzinie życia; nadziei ufnie oddającej orbity i tory świata w ręce Mesjasza, uzdrowiciela, króla.

Najmocniej zmagał się chyba jednak z problemem fałszywych nadziei na osiągnięcie pełni Zbigniew Herbert

Antologia podobnych postaw, zbudowana na podobnej zasadzie co wspomniana monografia Cohna, byłaby wielotomowa: należałoby w niej uwzględnić marksistów i mesjanistów, świadków Jehowy i bohaterów „Czewenguru” Andrieja Płatonowa („Nigdzie jednak nie umiano mu dokładnie powiedzieć, kiedy przyjdzie dzień ziemskiej szczęśliwości!”), wyznawców Tausendjähriges Reich i Charlesa Reicha, który w „The Greening of America” z roku 1970 prorokował nadejście nowego typu świadomości („Conciousness III”): jej akuszerkami miały być meskalina, rock i dżinsy.

Kropla sadła, nitka mięśni

A Polacy, co z Polakami? W herezjach nie jesteśmy zbyt mocni, ale w pięknym wieku XIX dorobiliśmy się kilku marzeń o końcu historii i przemienieniu świata, począwszy od opisanego przez Martina Bubera cadyka z Przysuchy, który w zmaganiach Napoleona z Aleksandrem chciał widzieć zapasy Goga i Magoga, aż po nadzieje akolitów Hoene-Wrońskiego (do którego swego czasu zwróciło się kilku generałów z emigracji listopadowej ze stanowczym apelem, by „napisał książkę, która obali cara”) i Andrzeja Towiańskiego.

Bardziej znaczący jest jednak polski dorobek w wieku XX, nie tyle może jeśli idzie o wiarę w przemienienie rzeczywistości ziemskiej, co o demaskowanie jej fałszywości. Najczęściej w tym kontekście przywoływany jest „Poemat dla dorosłych” Adama Ważyka z roku 1955: połowiczny, skłamany w końcowej przysiędze na wierność Partii, ale w kilku frazach, jak choćby w cytowanej najczęściej, radykalnie „antymillenarystyczny”:

Marzyciel Fourier uroczo zapowiadał,
że w morzach będzie pływać lemoniada.
A czyż nie płynie?

Piją wodę morską,
wołają –
lemoniada!
Wracają do domu cichaczem
rzygać!
rzygać!

Podobnych przestróg było więcej. Andrzej Szczypiorski w „Mszy za miasto Arras” (1971) opisał po trosze przypadek Münsteru, po trosze wcześniejsze o kilkadziesiąt lat vauderie d’Arras: falę procesów i pogromów na ziemiach Pas-de-Calais, którym towarzyszyła nadzieja na pełne oczyszczenie miasta z grzechu, o krucjacie dziecięcej pisał Andrzejewski. Najmocniej zmagał się chyba jednak z problemem fałszywych nadziei na osiągnięcie pełni Zbigniew Herbert. W „Żywocie wojownika” po śmierci marszałka:

wierni żołnierze chcą, aby po drabinie wrzawy wstąpił w niebo. Sto dzwonnic rozkołysało miasto.

W chwili gdy znajduje się ono najbliżej nieba, kanonierzy strzelają. Ale nie mogą odłupać twardego lazuru na tyle, aby marszałek zmieścił się cały ze szpadą i trójkątnym czakiem. Teraz znów się odkleił i spadł na twarz ziemi.

„U wrót doliny”, u progu Sądu Ostatecznego:

ci którzy jak się zdaje
bez bólu poddali się rozkazom

idą spuściwszy głowy na znak pojednania
ale w zaciśniętych pięściach chowają
strzępy listów wstążki włosy ucięte
i fotografie
które jak sądzą naiwnie
nie zostaną im odebrane

Ale najcelniejsze pozostaje „Sprawozdanie z raju”. Przytoczmy je w całości:

W raju tydzień pracy trwa trzydzieści godzin
pensje są wyższe ceny stale zniżkują
praca fizyczna nie męczy (wskutek mniejszego przyciągania)
rabanie drzewa to tyle co pisanie na maszynie
ustrój społeczny jest trwały a rządy rozumne
naprawdę w raju jest lepiej niż w jakimkolwiek kraju

Na początku miało być inaczej –
świetliste kręgi chóry i stopnie abstrakcji
ale nie udało się oddzielić dokładnie
ciała od duszy i przychodziła tutaj
z kroplą sadła nitką mięśni
trzeba było wyciągać wnioski
zmieszać ziarno absolutu z ziarnem gliny
jeszcze jedno odstępstwo od doktryny ostatnie odstępstwo
tylko Jan to przewidział: zmartwychwstaniecie ciałem

Boga oglądają nieliczni
jest tylko dla tych z czystej pneumy
reszta słucha komunikatów o cudach i potopach
z czasem wszyscy będą oglądali Boga
kiedy to nastąpi nikt nie wie

Na razie w sobotę o dwunastej w południe
syreny ryczą słodko
i z fabryk wychodzą niebiescy proletariusze
pod pachą niosą niezgrabnie swe skrzydła
jak skrzypce

Nie sposób zmieszać ziarna absolutu z ziarnem gliny – a jeśli ktoś będzie się przy tym upierał, stworzy chimerę, koszmar znany nam z filmów i powieści SF. Kropla sadła ciągnie w dół, próba zbudowania utopii kończy się bluźnierczą groteską.

Gorzki smak lemoniady

Frazy o kropli sadła, która nie chce się oderwać od duszy, wracały do mnie nie raz w ciągu ostatnich dwóch lat, rozpoczętych pod bliskimi mi hasłami umocnienia państwa, oczyszczenia życia publicznego. Nigdy jednak nie zabrzmiały z taką mocą, jak kiedy spojrzałem na fora internetowe, gdzie „lud PiS-owski” żywo dyskutował widoki na sanację sądów.

Lament, z którym można sympatyzować, niebezpodstawny, choć uogólniany – o klikach, ustawkach, układzie zamkniętym – po kilku zdaniach przeradzał się w ryk: „Wyciąć do nogi! Opcja zerowa! Wszyscy, wszyscy muszą być nasi, mianowani przez nas! Bo nasi są uczciwi. Bo są prawi”. Incorruptibles.

Lud PiS-owski dziś lamentuje nad „prezydencką zdradą”, nad „siedzącymi okrakiem symetrystami”, ale to, co postrzega jako odstępstwa, traktuje ciągle jeszcze jako oczyszczanie szeregów, jako próby, które umocnić mają obóz sprawiedliwych

Taka wizja reformy obszaru sądownictwa – obszaru, w którym każdy sędzia w oczywisty sposób znajduje się w soczewce sprzecznych interesów, podlega dziesiątkom nacisków, w którym jego niezależność, gwarantowana przez nieusuwalność, jest kluczowa dla egzekwowania przezeń sprawiedliwości – głęboko niepokoi. Entuzjaści podobnych rozwiązań stanowią w moich oczach kolejne pokolenie żarliwych millenarystów, spragnionych oczyszczenia i przemienienia świata. Taki wybór może z nich uczynić gorliwych obywateli nowego Arras czy Münsteru, którzy mogą dopuścić się niejednego w żarliwym pragnieniu, by nastała ziemia nowa.

Martwię się o nich: dziś lamentują nad „prezydencką zdradą”, nad „siedzącymi okrakiem symetrystami”, ale to, co postrzegają jako odstępstwa, traktują ciągle jeszcze jako oczyszczanie szeregów, jako próby, które umocnić mają obóz sprawiedliwych. Któregoś dnia jednak poczują gorzki smak lemoniady. Rozpacz, jakiej wówczas doświadczą, która popchnie ich albo do rezygnacji z wszelkiego udziału w życiu publicznym, albo do innych desperackich czynów, będzie uczuciem nieporównanie cięższym niż melancholia będąca udziałem tych, którzy (jak niżej podpisany) chcą dobrych zmian, ale wiedzą, że Królestwo nie jest z tego świata.

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej