Kremówki dla wszystkich

W „Centesimus Annus” Jan Paweł II ukazał przyczynę upadku komunizmu w pogwałceniu praw ludzi pracy. Czy doprowadzi ono do upadku kapitalizmu?

W „Centesimus Annus” Jan Paweł II ukazał przyczynę upadku komunizmu w pogwałceniu praw ludzi pracy. Czy doprowadzi ono do upadku kapitalizmu?

27 lat po upadku „komuny” coraz więcej ludzi uważa, że coś poszło nie tak. W 2015 roku do władzy w Polsce doszedł PiS – pod hasłami rewizji polityki III RP. Także gospodarczej i społecznej, krytykując brak polityki rodzinnej i patologie na rynku pracy. Coraz więcej osób uważa, że modelu, którego symbolem są reformy Leszka Balcerowicza z początku lat 90. XX wieku, nie da się utrzymać.

Choć krytyka transformacji jest często przesadzona (mimo wszystko los i możliwości większości Polaków są o niebo lepsze niż przed rokiem 1989), a źródeł jej błędów szuka się często nie tam, gdzie trzeba, to trzeba powiedzieć, że popełniono ich całą masę. Nie popełniono by ich, być może, gdyby zamiast jedynie krzyczeć: „kochamy Cię” i „zostań z Nami”, Polacy wczytali się w to, co ma im do powiedzenia Jan Paweł II. Papież, który przestrzegał przed złym korzystaniem z wolności, gdy 25 lat temu, w święto Józefa Rzemieślnika, czy, jak kto woli, Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy, ogłosił encyklikę „Centesimus Annus”.

Ulubiona encyklika liberałów

Błąd w recepcji popełniono już na początku, traktując ją jako apologię kapitalizmu. Rzeczywiście dokument uchodzi za najbardziej wolnorynkową encyklikę Jana Pawła II. Niektórzy interpretatorzy szli w swych dywagacjach bardzo daleko – przykładowo Tomasz Teluk kilka lat temu stwierdzał na łamach „Najwyższego Czasu!”, iż „funkcje rządu w myśli Jana Pawła II są zbieżne z funkcjami państwa, znanymi z filozofii politycznej libertarianizmu. Podobnie jak wolnorynkowi liberałowie, Papież jedyne funkcje państwa upatruje w instytucjonalnym zabezpieczeniu wolności i własności jednostki”.

Mimo zastrzeżenia, że dobra ziemskie mają przynosić wspólny pożytek, katolicka obrona własności prywatnej jest bezdyskusyjna

Taka opinia jest mocno na wyrost, jednak stoją za nią pewne przesłanki. Następca św. Piotra nie pozostawia wątpliwości: Marks umarł, a system gospodarczy zbudowany na bazie jego nauk także. Komunizm odszedł w przeszłość, bo zbudowano go na fałszywej wizji człowieka. Nie zauważał, że człowiek, jako osoba, ma swoją godność i że celem jego życia jest Zbawienie. Gwałcił jego prawo do autonomicznego rozwoju, „do inicjatywy, do własności i do wolności w dziedzinie ekonomicznej”. Jan Paweł II wskazywał, że prawo do własności prywatnej jest prawem naturalnym, którego „Kościół nieustannie bronił aż po dzień dzisiejszy”. Mimo zastrzeżenia, że dobra ziemskie mają przynosić wspólny pożytek, katolicka obrona własności prywatnej jest bezdyskusyjna – podobnie jak obrona mechanizmu cenowego, pomagającego efektywnie alokować dobra. Papież krytykuje także przerost państwa opiekuńczego, które „powoduje utratę ludzkich energii i przesadny wzrost publicznych struktur, w których – przy ogromnych kosztach – raczej dominuje logika biurokratyczna, aniżeli troska o to, by służyć korzystającym z nich ludziom”. Żadnych wątpliwości nie pozostawia gwóźdź programu: „Czy można powiedzieć, że klęska komunizmu oznacza zwycięstwo kapitalizmu jako systemu społecznego i że ku niemu winny zmierzać Kraje, które podejmują dzieło przebudowy gospodarczej i społecznej? (…) Jeśli mianem »kapitalizmu« określa się system ekonomiczny, który uznaje zasadniczą i pozytywną rolę przedsiębiorstwa, rynku, własności prywatnej i wynikającej z niej odpowiedzialności za środki produkcji oraz wolnej ludzkiej inicjatywy w dziedzinie gospodarczej, na postawione wyżej pytanie należy z pewnością odpowiedzieć twierdząco, choć może trafniejsze byłoby tu wyrażenie ekonomia przedsiębiorczości, ekonomia rynku czy po prostu wolna ekonomia”.

Granice rynku

Zbyt często zapomina się jednak o kolejnym zdaniu, mówiącym, że „jeśli przez »kapitalizm« rozumie się system, w którym wolność gospodarcza nie jest ujęta w ramy systemu prawnego, wprzęgającego ją w służbę integralnej wolności ludzkiej i traktującego jako szczególny wymiar tejże wolności, która ma przede wszystkim charakter etyczny i religijny, to wówczas odpowiedź jest zdecydowanie przecząca”. Propozycji ograniczeń rynku w CA nie jest wcale tak mało, jak tego by chcieli chrześcijańscy libertarianie. Państwo ma porządkować relacje między przedsiębiorcami a pracownikami. „Potrzeba (…) nieustannej czujności i odpowiednich praw, by wyeliminować haniebne zjawiska wyzysku, przede wszystkim względem pracowników najsłabszych, imigrantów czy żyjących na marginesie społecznym” – pisze JPII. Ważną rolę w tej dziedzinie grają związki zawodowe. Dbają o realizację podstawowych warunków, takich jak „respektowanie »ludzkiego« czasu pracy i odpoczynku, a także prawa do wyrażania własnej osobowości w miejscu pracy” czy o odpowiednią, „sprawiedliwą” płacę, która musi brać pod uwagę konieczność zapewnienia bytu także rodzinie pracownika. Państwo ma też walczyć z monopolami, dbać o ochronę środowiska naturalnego, wspierać rodziny, choć jednocześnie osoba nie może dusić się między rynkiem a państwem. Jak pisze Jan Paweł II, niestety „niekiedy wydaje się, jakoby istniała ona jedynie jako wytwórca i nabywca towarów, czy też jako przedmiot administracji państwowej i zapomina się, że ani rynek, ani Państwo nie są celem międzyludzkiego współżycia, bowiem ono samo w sobie posiada szczególną wartość, której Państwo i rynek mają służyć”. Jeśli więc porównywać myśl JPII do którejkolwiek doktryny, to nie do libertarianizmu, jak chciał tego Teluk, a prędzej do ordoliberalizmu.

Praca jest najważniejsza

„Centesimus Annus” jest nie tylko peanem na cześć wolności, ale przede wszystkim ostrzeżeniem przed jej złym wykorzystaniem, zwłaszcza przez kraje, które „po załamaniu się socjalizmu realnego napotykają na wielkie trudności w dziedzinie odbudowy”. Do tego nawiązywał Jan Paweł II, gdy 5 czerwca 1991 roku, głosząc w Białymstoku kazanie nt. siódmego przykazania Dekalogu („Nie kradnij”), w kontekście którego wyrażał radość z upadku komunizmu. Wspominał, że w reformowaniu gospodarki muszą być przestrzegane zasady sprawiedliwości, należy dbać o interes społeczny, o najuboższych i najbardziej potrzebujących. Parafrazując hasło Ludwiga Erharda („dobrobyt dla wszystkich”) można streścić program Jana Pawła II jako „kremówki dla wszystkich” – czyli dążenie do wolnej, i dzięki temu efektywnej, gospodarki, w której jednocześnie nikt nie opycha się kosztem drugiego, silni zaś ciągną słabych w górę.

Zdaniem JPII decydującym czynnikiem, doprowadzającym do upadku komunizmu, było pogwałcenie praw pracy, czego symbolem było to, że przemiany rozpoczęły się od protestów robotników w 1980 roku w Polsce. Nic dziwnego: wspólnym mianownikiem większości papieskich encyklik jest właśnie praca – począwszy od „Rerum novarum” Leona XIII, noszącej podtytuł „o kwestii robotniczej”. W swojej pierwszej encyklice społecznej z 1981 roku, „Laborem exercens”, czyli „Wykonując pracę”, JPII pisze, że „praca ludzka stanowi klucz, i to chyba najistotniejszy klucz, do całej kwestii społecznej”.

Propozycji ograniczeń rynku w CA nie jest wcale tak mało, jak tego by chcieli chrześcijańscy libertarianie. Państwo ma porządkować relacje między przedsiębiorcami a pracownikami

Niestety, realizacja wskazań zawartych w CA nie wygląda najlepiej. W myśli papieża o odpowiednie warunki pracy w pierwszej kolejności ma dbać rynek i funkcjonujące na nim firmy, zapewniające miejsca pracy – dopiero, gdy to nie funkcjonuje, według zasady pomocniczości, na arenę ma wkraczać państwo. Z tym jest do dziś u nas krucho. Poziom bezrobocia w Polsce w wysokości 10% jest zdecydowanie niezadowalający, w wielu częściach kraju występuje strukturalne i dziedziczone bezrobocie. Długo można rozwodzić się nad przyczynami tego stanu rzeczy, jednak efekt jest taki, że także z tego powodu (innym jest wysokie opodatkowanie pracy, w przeciwieństwie do kapitału) Polska jest krajem niskich płac: przedsiębiorcy mogą pozwolić sobie na to, by nie płacić pracownikom zbyt wysokich pensji.

To powoduje, że często trudno mówić o istnieniu „sprawiedliwej płacy”. Winę za to ponosi zarówno państwowy fiskalizm, jak i chęć uniknięcia przez przedsiębiorców wysokich wydatków na płace. Chęć ta jest naturalna, trzeba jednak pamiętać, że wykorzystywanie uprzywilejowanej pozycji przez pracodawców prowadzi do zubożenia społeczeństwa. Odbija się także na jakości pracy samych zatrudnionych – w tym momencie zresztą dochodzimy do innego problematycznego punktu, mianowicie niskiej kultury zarządzania w wielu, zwłaszcza mniejszych przedsiębiorstwach. Tam wciąż pokutuje paternalistyczny, „folwarczny” system zarządzania ludźmi. „Zarządzanie przez strach” wiąże się także z prekaryzacją stosunków pracy, w ramach której nie ma się nawet (często zresztą złudnego) poczucia stałości zatrudnienia, co w powiązaniu z brakiem umiejętności samodzielnego zadbania o własny los (przy odpowiednich zarobkach brutto nikt nikomu nie broni dobrowolnie się ubezpieczać zdrowotnie, także w NFZ, czy odkładać na emeryturę nie płacąc składki emerytalnej – różnica polega na tym, że robimy to sami, a nie za pośrednictwem firmy, która nas zatrudnia) powoduje lęk przed nagłym spadkiem poziomu życia. Temu wszystkiemu nie potrafią zapobiegać związki zawodowe, które grają w gospodarce rolę marginalną. Działają one głównie w dużych, państwowych lub sprywatyzowanych przedsiębiorstwach, gdzie pracownicy cieszą się dużymi przywilejami i nierzadko utrudniają konieczne procesy restrukturyzacyjne. Z kolei tam, gdzie dochodzi do największych patologii, czyli w mniejszych przedsiębiorstwach, często nie mogą nawet powstać ze względu na szykany ze strony pracodawców.

Rodacy, do pracy – bo przyjdzie lewica

Ta sytuacja wywołuje spory sprzeciw. Jak pisze Michał Barcikowski w artykule „Sprawiedliwość społeczna, czyli o osłabianiu zaufania do religii Jezusa Chrystusa” w 62 nr „Christianitas”, grozi nam „niebezpieczeństwo polegające na tym, że na słuszne postulaty budowy bardziej sprawiedliwego społeczeństwa odpowiedzą, wobec milczenia katolickich [to pojęcie możemy swobodnie zastąpić pojęciem „nielewicowych” – przyp. red.] polityków, neokomuniści w rodzaju naszej Partii Razem czy greckiej Syrizy”. Abstrahując od tego, czy użycie pojęcia „neokomuniści” jest tu zasadne, zaniedbanie tematyki pracy grozi poważnym dryfem w lewo, także pod względem gospodarczym.

„Antyśmieciówkowa” krucjata, prowadzona zarówno pod koniec rządów koalicji PO-PSL, jak i przez obecną ekipę, wygląda bardziej na konieczność łatania dziur w FUS niż chęć wzięcia licznych prekariuszy pod skrzydła umów o pracę

Nie oznacza to oczywiście, że należy przejmować recepty suflowane przez Jeszcze Nowszą Lewicę, po to tylko, żeby to ona ich nie realizowała, tylko ktoś inny. Chodzi o to, by mądrze zauważać „znaki czasu” i na nie reagować. A nie jest to wcale proste, bo łatwo popaść w traktowanie tych postulatów w kategoriach abstrakcyjnych praw przyrodzonych, których realizacją powinno zająć się państwo, i to bez względu na koszty. Trudno oczekiwać, by pracodawca płacił pracownikowi więcej tylko dlatego, że ten ma dzieci. Jako pewną próbę wyjścia z tego problemu można potraktować szeroko rozumianą politykę (pro)rodzinną, w ramach której koszt wyrównania sprawiedliwej płacy – gdy pracownik nie jest w stanie sam własną produktywnością jej wypracować – ponosi społeczeństwo, otaczające opieką najsłabszych. W tej logice mieści się program 500+, choć objęcie nim wszystkich rodziców powoduje niepotrzebne wydatki na tych, którzy sami potrafią wypracować odpowiednie środki. Mniej spektakularnym, ale i mniej rozrzutnym i bardziej celowym, sposobem na zapewnienie „sprawiedliwej płacy” byłaby np. realizacja zaproponowanego przez Kukiz’15 ujemnego podatku dochodowego dla rodziców.

Świat się zmienia

Nierzadko ignoruje się to, że żyjemy już w innych realiach, niż 20 czy 30 lat temu, na co dobrym przykładem jest chęć prostego powrotu do poprzedniego wieku emerytalnego, pomimo tego, że żyjemy coraz dłużej. Nie chcę przez to powiedzieć, że utrzymanie status quo w tej dziedzinie jest dobrym rozwiązaniem – wręcz przeciwnie, cały nasz system emerytalny nie przystaje do współczesności, a przykładowa „antyśmieciówkowa” krucjata, prowadzona zarówno pod koniec rządów koalicji PO-PSL, jak i przez obecną ekipę, wygląda bardziej na nieumiejętność poradzenia sobie z tym problemem i konieczność łatania dziur w FUS, niż chęć wzięcia licznych prekariuszy pod skrzydła umów o pracę. Przestarzały kodeks pracy nie bierze pod uwagę tego, że charakter wielu obowiązków wyklucza pracę na zasadzie „stąd do szesnastej”; utrudnia także mobilność między miejscami zatrudnienia i szybkie reagowanie na zapotrzebowanie na pracowników przez pracodawców.

W odnalezieniu się w nowej sytuacji może nam pomóc właśnie Jan Paweł II i jego „Centesimus Annus”. Oczywiście nie w kategorii podręcznika ekonomii politycznej czy programu społeczno-gospodarczego, ale zbioru etycznych wskazówek (uporządkowanych w ramach pewnej antropologicznej wizji). Gdy przykładowo czytamy, że państwo powinno angażować się na rzecz warunków pracy „bezpośrednio i zgodnie z zasadą solidarności, ustalając w obronie słabszego pewne ograniczenia autonomii tych, którzy ustalają warunki pracy, a w każdym przypadku zapewniając minimum środków utrzymania pracownikowi bezrobotnemu”, to możemy z tego wysnuć wniosek, że podniesionego wyżej problemu nie załatwi zwykła likwidacja umów o pracę – bo skutkować to będzie drastycznym spadkiem siły przetargowej pracowników. Bliższe byłoby temu np. wprowadzenie dostosowanego do polskich realiów i możliwości modelu flexicurity, które z jednej strony ułatwiłoby pracodawcom zwalnianie pracowników, z drugiej zapewniło zwolnionym bezpieczeństwo socjalne na czas poszukiwania nowej pracy. Wielkim wyzwaniem jest technicyzacja i spadek udziału pracy w produkcji, co powoduje z kolei zrozumiały spadek płac. Jan Paweł II mówi w kontekście tego, że „ludzie pracy mają prawo zabiegać (…) o szerszy zakres udziału w życiu przedsiębiorstwa, tak, by nawet pracując razem z innymi i pod kierunkiem innych, mogli w pewnym sensie »pracować na swoim« używając swej inteligencji i wolności” – ciekawym rozwiązaniem tego problemu mogą być eksperymenty z uwłaszczaniem pracowników w ramach propozycji Louisa Kelso. Warto, by 25 lat po publikacji „Centesimus Annus” sięgnęli po nią np. minister Elżbieta Rafalska, rynkowi posłowie Kukiz’15, czy działacze Partii Razem.

 

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Kremówki dla wszystkich”

  1. Chilon Chilonides pisze:

    Fajny artykuł. Szkoda że tak mało pisze się o tych sprawach i w ogóle tak rzadko przypomina o KNS w bardziej popularnych i przez to szerzej dostępnych mediach.

  2. monika pisze:

    Ciekawe uwagi. W tym o „folwarcznym” systemie zarządzania ludźmi. Dotyczy to też, a może przede wszystkim, korporacji, gdzie młodzi są „zarządzani” przez innych młodych, którzy często zwykłym splotem przypadków dostali jakieś pozycje. Ich zachowania potrafią daleko odstawać od standardów europejskich i kultury przełożonych zagranicznych. Powinno się więcej mówić o kulturze pracy w Polsce. Ale może ta „folwarczność” jest wypadkową wielu kwestii; braku kultury w polityce, w mediach..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz