Newsletter

Kim w Pekinie – i jeszcze gdzie?

Wybuchła dyplomatyczna bomba: Kim Dzong Un, dotychczas niepokorny i mało przewidywalny, udał się w pierwszą podróż zagraniczną

Pozornie było tradycyjnie: ten sam pociąg pancerny, dawno nie używany, który wjechał na dworzec w Pekinie; taka sama tajemnica wokół wizyty gościa i podanie komunikatu o niej dopiero wtedy, gdy wrócił do siebie; i nawet ten sam zamknięty ośrodek rządowy Diaoyutai, w którym kiedyś przebywali ojciec i dziadek obecnego Kima, a nawet stojące tam (sam je widziałem) drzewo zasadzone przez ojca Dynastii, Kim Ir Sena.

Faktycznie jednak wybuchła dyplomatyczna bomba: Kim Dzong Un, dotychczas niepokorny i mało przewidywalny, udał się w pierwszą podróż zagraniczną odkąd – od grudnia 2011 r. – apodyktycznie, a często okrutnie rządzi, bo wielu rywali, ze stryjem i przyrodnim bratem włącznie, bez wahania się pozbył. Nie pozbył się natomiast, choć chciał, kurateli Chińczyków. Gdy ci w końcu przyłączyli się – na poważnie – do ONZ-owskich sankcji, zakręcili kurki z gazem i ropą, a potem wstrzymali operacje finansowe w bankach dla obywateli KRL-D (i kto wie, co jeszcze), reżim w Pyongyangu zmiękł, a Pan Rakieta, jak go barwnie określił Donald Trump, wreszcie w rakietowym tempie udał się do Państwa Środka.

Co to znaczy? Po pierwsze to, że Xi Jinping znowu zaimponował Donaldowi Trumpowi (poprzednio, gdy zdjął z siebie obowiązek kadencyjności…). Dotrzymał słowa, bo – wiemy to na pewno – zarówno w pierwszym spotkaniu w rezydencji Mar-a-Lago na Florydzie, jak też podczas późniejszej, cesarskiej w oprawie, wizyty państwa Trumpów w Pekinie, kwestia koreańska była mocno eksponowana w agendzie. A Trump prosił chińskiego prezydenta, by ten „wreszcie coś zrobił”. No to, jak widać, zrobił.

Stąd drugie przesłanie, jeszcze poważniejsze: Chiny odzyskują kontrolę nad procesem, czego dowodem także fakt, iż najważniejszy chiński dyplomata, były szef resortu spraw zagranicznych i główny ekspert ekipy Xi od spraw zagranicznych Yang Jiechi udał się do Seulu, by „poinformować stronę południowokoreańską o rezultatach rozmów w Pekinie”, jak to ujęła oficjalna agencja chińska Xinhua. Chińczycy ponownie, jak kiedyś jako gospodarz rozmów 6-stronnych (w latach 2003-07), zaczynają rozdawać karty, a nawet dowodzą, że wraca stary system tianxia, z mandarynami w Pekinie w roli głównej – nauczycieli i mentorów. Natomiast Kim Dzong Un, taki zuchwały, tym razem pilnie notuje słowa Gospodarza długopisem na papierze, co skrzętnie wyeksponowały chińskie media. Wraca, zgodna z chińską wizją i logiką, relacja: nauczyciel – uczeń.

Wraca stary system tianxia, z mandarynami w Pekinie w roli głównej – nauczycieli i mentorów

A ten niesforny dotąd uczeń zapowiada nawet, że „rozważy” rezygnację z broni jądrowej, co natychmiast podchwyciły światowe media, nieświadome meandrów, jak też sensu północnokoreańskiej dyktatury. Pomijają bowiem, że dyktator z Pyongyangu użył formy warunkowej: owszem, „rozważy”, jeśli Półwysep Koreański opuszczą wojska amerykańskie,stacjonujące tam stale od końca wojny koreańskiej, czyli od połowy 1953 r. Kim doskonale wie, że to warunek nie do spełnienia, teraz kupuje sobie czas i oddech, a arsenały i własny program zbrojeń doskonali, bo to dla niego jedyna polisa ubezpieczeniowa.

Jedno jest pewne: niespodziewane i ciągle objęte tajemnicą rozmowy w Pekinie otwierają drugi etap, czyli kolejne – od czasów „polityki słonecznej” z początków tego wieku, gdy do Pyongyangu udali się kolejno dwaj południowokoreańscy prezydenci, a nawet amerykańska sekretarz stanu– międzykoreańskie spotkanie na szczycie. Rozmowy Kima z prezydentem Mun Dze Inem w strefie rozejmowej w Panmundżon są już przesądzone i raczej pewne. Co natomiast ze sobą przyniosą, to dopiero zobaczymy.

Mniej natomiast pewne jest kolejne, zapowiadane na maj spotkanie Kima z Donaldem Trumpem. A to dlatego, że dokonuje się właśnie dość gruntowne przegrupowanie sił w amerykańskiej administracji: sekretarza stanu Rexa Tillersona zastąpi Mike Pompeo, a nowym doradcą prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego stanie sięambasador John R. Bolton, który niejednokrotnie dawał do zrozumienia, że zanim zacznie się z reżimem czy dyktatorem w Pyogyangu rozmawiać, najpierw trzeba mu pogrozić, a nawet „uderzyć go pałką”. Bolton wszedł przecież do historii, głośnym niegdyś, własnym studium wyjaśniającym, „jak uderzyć pierwszym w Koreę Północną”. Nic nie wskazuje na to, by zmieniłpoglądy w tej akurat kwestii.

Dla tej, częściowo nowej, amerykańskiej administracji twardym orzechem do zgryzienia będzie też to, że jakby nie patrzeć, to Chińczycy zebrali już wisienki z tego tortu, to oni nadają ton zupełnie nowej dynamice wokół Półwyspu. A wśród nich, na co zbyt mało zwraca się uwagi, wyrasta nowy gracz obok Xi Jinpinga, czyli właśnie wykreowany – wbrew ograniczeniom wiekowym (ma 69 lat, a dotychczas wyłączano z czynnej gry polityków po przekroczeniu progu 68 lat) – wiceprezydent Wang Qishan. To on był jedynym, obok kreującego się coraz bardziej na nowego cesarza Xi Jinpinga, oraz wiernego premiera (czyli wykonawcy woli Najwyższego) Li Keqianga, który samodzielnie rozmawiał z niespodziewanym, choć od dawna wyczekiwanym, gościem z Korei Północnej.

W Chinach wyrasta nowy gracz obok Xi Jinpinga – wiceprezydent Wang Qishan

Warto ten, ledwie zauważalny poza Chinami, fakt odnotować, bo wiele wskazuje na to, iż Wang Qishan powróci do roli sprzed okresu ostatniego, gdy był wiernym wykonawcą bezprecedensowej kampanii prezydenta Xi wymierzonej w korupcję. Wcześniej był on głównym negocjatorem z Amerykanami, a jeszcze wcześniej tkwił w sektorze bankowym. To osoba ogromnie doświadczona i doskonale znająca zewnętrzny świat, a przy tym znająca się na ekonomii, co stanowi niebłahy atut w chwili, gdy na horyzoncie rysuje się prawdziwa wojna handlowa, której Chińczycy za wszelką cenę chcieliby uniknąć, podobnie jak tej na Półwyspie Koreańskim czy wokół niego.

A to przede wszystkim z tego względu, że jeszcze bardziej ambitne zadania postawili na własnej scenie wewnętrznej. Dokonują tam kolejnej wielkiej rewolucji, marząc o innowacyjności i nowoczesności, jak też „wielkim renesansie chińskiej nacji”, rozpisanym na blisko trzy najbliższe dekady. Dlatego chcą mieć spokój na granicach i w gospodarce – i dlatego, jak można przypuszczać, prezydent Xi stawia na tak doświadczonego Wang Qishana (plus wykształconych na najlepszych amerykańskich uniwersytetach ludzi odpowiedzialnych za gospodarkę oraz Bank Centralny).

Znający go od lat, niegdyś główny interlokutor, zresztą pozytywnie nastawiony do Chin były sekretarz skarbu Henry M. Paulson, chwali Wanga za „sensowność”, dyplomatyczne umiejętności, jak też „jakość jego wypowiedzi”. Powrót takiego zawodnika do gry jest akurat w tej chwili więcej niż uzasadniony, a w newralgicznych i strategicznych kontaktach i rozmowach z Amerykanami i tym samym w globalnej grze (gdzie Korea jest tylko częścią większej układanki) – w pełni zrozumiały.

Jeszcze niedawno wydawało się, że „będzie wojna”, nad czym otwarcie zastanawiano się nawet w najpoważniejszych tytułach, od Foreign Affairs, do tygodnika The Economist. Miast tego mamy nowe otwarcie i nową, dynamiczną sytuację. Był szczyt w Pekinie, będzie w Panmundżonie, a może jeszcze gdzieś indziej. Dyplomatyczna machina znówruszyła i nie wiadomo, gdzie się zatrzyma.

Nie dajmy się zwieść: granice i możliwości północnokoreańskiego dyktatora są raczej znane. Nie odpuści programu zbrojeniowego i atomowego, bo innych kart w ręku nie ma. A teraz niektóre z nich wyrwali mu z rąk Chińczycy. Co jeszcze zostało Amerykanom? I czy ktoś jeszcze zostanie dopuszczony do tej gry?