Krwawa Wielkanoc Sri Lanki

Zamach obnażył słabość typowego postkolonialnego państwa globalnego Południa, jakim jest Sri Lanka. Tłem dla ataku na chrześcijan jest wojna polityczna między lankijskim premierem a prezydentem i drzemiące pod powierzchnią konflikty etniczno-religijne

Wielkanocne zamachy na kościoły i hotele na Sri Lance wpisują się w ogólnoświatowe prześladowania chrześcijan. Są również tragicznym przypomnieniem słabości postkolonialnych państw wobec zagrożenia terroryzmem. Dla Sri Lanki oznaczają natomiast powrót koszmarów z przeszłości.

W Wielkanocną niedzielę zamachowcy-samobójcy wysadzili kościoły w Kolombo, Batticaloa i Negombo oraz ekskluzywne hotele w największym mieście Sri Lanki. W chwili pisania tego komentarza liczba ofiar wynosi 310 śmiertelnych i ponad 500 rannych. Początkowo nikt nie przyznał się do zamachu, dopiero dziś zrobiło to IS (lecz Państwo Islamskie przypisuje sobie niemal wszystkie zamachy, traci więc wiarygodność informacyjną). Władze Sri Lanki, po otrząśnięciu się z szoku, oskarżyły jednak o zorganizowanie zamachu National Thowheeth Jama’ath (NTJ), mało znaną lokalną organizację islamistyczną.

Na tragiczne wydarzenia ze Sri Lanki można spojrzeć z kilku perspektyw. Po pierwsze, zamach wpisuje się w prześladowania chrześcijan w Globalnym Południu. Już teraz stał się on najbardziej spektakularnym antychrześcijańskim aktem terroru ostatnich lat, odsuwając na dalszy plan takie tragedie jak wielkanocne ataki w Nigerii w 2012 r. (38 ofiar śmiertelnych), w Pakistanie w 2018 r. (4 ofiary) i 2016 r. (75 ofiar), w Kenii (2015 r., 148 ofiar), zamach na egipskich Koptów w niedzielę palmową w 2017 r. (45 ofiar) oraz bożonarodzeniowy zamach w Nigerii w 2013 r. (37 ofiar). Sri Lanka dołączyła do krajów, gdzie bycie chrześcijaninem może kosztować życie. Chrześcijanie w Trzecim Świecie padają ofiarą dżihadystów, traktujących ich – całkowicie błędnie – jako piątą kolumnę znienawidzonego Zachodu: co niezwykle charakterystyczne, zamachów lankijskich dokonano zarówno na kościoły, jak i na ekskluzywne hotele (w których większość gości raczej chrześcijanami nie była), a więc dwa symbole „zgniłego Zachodu” w oczach islamskich fundamentalistów. Tragizmu trzecioświatowych chrześcijan ginących za realne i wyimaginowane winy Zachodu (którego społeczeństwa żywią wobec chrześcijaństwa w najlepszym wypadku obojętność, a w najgorszym – postchrześcijańskie resentymenty) nie trzeba chyba podkreślać. Za to można chyba dodać, że bieda globalnego Południa, a więc i tamtejszych chrześcijan, jest przynajmniej pośrednio spowodowana kolonialną i neokolonialną polityką państw zachodnich.

Kościół św. Sebastiana w północnej części Kolombo znajduje się w dzielnicy zwanej „małym Rzymem” z uwagi na sporą społeczność chrześcijańską tam mieszkającą. To tak, jakby ktoś dokonał zamachów w Częstochowie i Kalwarii Zebrzydowskiej

Po drugie, zamach jest ciosem dla kościoła na Sri Lance. Zginęło tak wielu ludzi. Zaatakowano najważniejsze miejsca kultu na wyspie: kościół św. Antoniego to jeden z najświętszych na wyspie (z otaczaną kultem figurą patrona), a kościół św. Sebastiana w północnej części Kolombo znajduje się w dzielnicy zwanej „małym Rzymem” z uwagi na sporą społeczność chrześcijańską tam mieszkającą. To tak, jakby ktoś dokonał zamachów w Częstochowie i Kalwarii Zebrzydowskiej. Chrześcijanie, stanowiący ok. 7% populacji Sri Lanki i będący dość inkluzywną społecznością (obejmującą zarówno Syngalezów jak i Tamilów) do tej pory nie padali bezpośrednią ofiarą ataków, na pewno nie tak makabrycznych (w zakończonej 10 lat temu wojnie domowej między Syngalezami a Tamilami w zamachach Tamilskich Tygrysów chrześcijanie ginęli od czasu do czasu, ale nigdy nie byli głównym celem). W ostatnich latach lankijscy chrześcijanie obrywali raczej z rąk buddyjskiej większości niż muzułmańskiej mniejszości (też postponowanej przez buddystów: ostrze buddyjskiego ekstremizmu jest zresztą na wyspie skierowane głównie przeciw muzułmanów). Lecz buddyjskich szykan, takich jak ataki słowne na ulicy, wyzywanie w mediach społecznościowych, obstrukcja administracyjna czy zakłócanie mszy przez agresywnych mnichów buddyjskich, nie da się w żadnym razie porównać do zamordowania ponad 300 osób w najświętszym dla chrześcijan dniu.

Po trzecie, zamach obnażył słabość typowego postkolonialnego państwa globalnego Południa, jakim jest Sri Lanka. Lankijski rząd nie tylko nie wiedział (a być może wciąż nie wie), kto stoi za zamachami (wskazanie mało znanej NTJ do tej pory nie rozwiewa wątpliwości) – jeden z ministrów przyznawał nieoficjalnie, że „rząd nic nie wie”. Ale na dodatek premier Ranil Wickremesinghe oświadczył, że lankijskie służby miały informacje o planowanym zamachu, lecz mu jej nie przekazały (do tego dochodzą spływające relacje o tym, że zagraniczne służby, m.in. indyjskie, informowały lankijskich kolegów, że coś się szykuje). Chaos administracyjny, słabe struktury państwa i niewydolna biurokracja jest zmorą takich państw jak Sri Lanka; w takich momentach jak ten, słabości te mszczą się z całą siłą.

Słowa premiera trzeba jednak interpretować według klucza wewnętrznej rozgrywki politycznej na Sri Lance. Wickremesinghe jest poważnie skonfliktowany z prezydentem Maithripalą Siriseną, który próbował go odwołać w październiku 2018, powołując na urząd… swego dawnego wroga (teraz znów sojusznika), byłego prezydenta Rajapaksę (bohatera narodowego i zbrodniarza wojennego jednocześnie, zwycięzcę wojny domowej z Tamilskimi Tygrysami). Przez dwa miesiące Sri Lanka miała dwóch premierów (Wickremesinghe popieranego przez Indie) i Rajapaksę (wspieranego przez Chiny) aż Sąd Najwyższy, składający się z tych samych przedstawicieli syngaleskich elit co Wickremesinghe, nienawidzących parweniusza Rajapaksy, anulował wybór Rajapaksy i utrzymał stanowisko Wickremesinghe. Premier wygrał więc bój, ale wojna polityczna trwa, a w tym i następnym roku na horyzoncie odpowiednio wybory parlamentarne i prezydenckie. Dlatego jeśli premier i jego ministrowie mówią, że służby miały informacje o zamachach, ale ich nie użyły, to jest to niebezpośredni atak na prezydenta, któremu służby podlegają. Słowem: kiedy tylko żałoba narodowa na Sri Lance opadnie, zaczną się rozliczenia.

Resentymenty wśród Tamilów są żywe i interpretacja, że dżihadyści posłużyli się żądnymi zemsty tamilskimi muzułmanami, jest wiarygodna

Państwa przejawiające taką słabość administracyjną i organizacyjną jak Sri Lanka, a do tego skłócone wewnętrznie, są niemal bezbronne wobec dobrze zorganizowanych dżihadystów, atakujących z zaskoczenia i pragnących wywołać jak największe wrażenie (to ostatnie się udało: w serwisach światowych zamach na Sri Lance pozostaje tematem nr 1). Dlatego interpretując ten zamach bardziej skłonny byłbym widzieć w nim element światowej, choć rozproszonej strategii fundamentalistów islamskich (zwracającym swoją uwagę coraz bardziej ku Azji Południowej i Południowo-Wschodniej, vide: Marawi na Filipinach), niż wewnętrzne, lankijskie implikacje. Muzułmanie lankijscy w sensie largo nie mieli bowiem motywu, by atakować chrześcijan: obie te grupy są tłamszone przez buddystów i do tej pory raczej jednoczyły się w przeciw silniejszym (bo mającym bezwzględną większą ludnościową i absolutną dominację polityczną) buddystom. Rzecz jasna bez miejscowych radykałów muzułmańskich (to na Sri Lance nowy fenomen) zamach ten by się nie udał, ale inspiracja i know-how jest ewidentnie międzynarodowej, dżihadystycznej, proweniencji. Jeśli moja interpretacja jest trafna, to Sri Lanka została wybrana po prostu jako miejsce, gdzie są chrześcijanie (i gdzie są też zachodni turyści), a nie z przyczyn wewnętrznych (co wielce charakterystyczne, w trakcie wojny domowej na Sri Lance obie strony oszczędzały turystów, nie atakując ich). Dziś to była Sri Lanka, ale mogły być Filipiny czy Indie (Goa).

Wreszcie po czwarte, dla samej Sri Lanki zamachy są powrotem koszmaru, jakim była zakończono niemal równo dziesięć lat temu wojna domowa między syngaleskim rządem a Tamilskimi Tygrysami. To był straszny konflikt, który pochłonął ok. 80-100 tys. ofiar (czyli mniej więcej tyle, ile rozpad Jugosławii), zaś obie strony prowadziły brudną wojnę: Tamilskie Tygrysy chciały zdobyć niepodległość metodami terrorystycznymi (dokonując m.in. zamachów na cywilów), a rząd wygrał z nimi stosując „opcję lankijską” (ten eufemizm skrywa zbrodnie przeciw ludzkości polegające na nie rozróżnianiu w walce wojskowych od cywilów i mordowaniu wszystkich). Syngalezi wygrali, ale rany wciąż się nie zagoiły. Resentymenty wśród Tamilów są żywe i interpretacja, że dżihadyści posłużyli się żądnymi zemsty tamilskimi muzułmanami, jest wiarygodna. Konflikty etniczno-religijne drzemią pod powierzchnią, zaś na wyspie powszechny jest strach przed wznowieniem międzywyznaniowej przemocy na dużą skalę.

W połączeniu ze słabością państwa, wojną elit politycznych oraz rywalizacją strategiczną (Indie i Chiny walczą o Sri Lankę per procura poprzez lokalnych polityków) daje to przygnębiający obraz Sri Lanki po zamachach. „Wyspa w połowie drogi do raju” – jak popularnie nazywa się atrakcyjną turystycznie Sri Lankę – jeszcze bardziej się od tego raju oddaliła.

Stały współpracownik "Nowej Konfederacji", ekspert ds. współczesnej Birmy i relacji rosyjsko-chińskich, adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, autor pięciu książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych - "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" (Kraków, Akademicka 2014) i "Pani Birmy. Biografia polityczna Aung San Suu Kyi" (Warszawa, PWN 2015) oraz niedawno wydanego debiutu międzynarodowego "Russia and China. A Political Marriage of Convenience".

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Krwawa Wielkanoc Sri Lanki”

  1. Nemo pisze:

    Jak to Chiny i Indie walczą o ta wyspę ? Zalatuje od tego stwierdzenia jakąś geografią. W.Sz. M.Lubina ukrytym geopolitykiem ?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz