Strajk nauczycieli: nie wygrał nikt

Strajkujący nauczyciele przegrali, gdyż przyjęta przez nich forma protestu musiała doprowadzić do konieczności podjęcia tragicznego wyboru. Nie wygrał też rząd, gdyż najważniejsze problemy pozostają nierozwiązane

Strajk nauczycieli został zawieszony. Sondaż IBRiS dla RMF FM, „Dziennika Gazety Prawnej” i „Dziennika” wskazuje, że według Polaków nikt nie wyszedł ze strajku zwycięsko – i niestety trudno się z tą opinią nie zgodzić. Brak skutecznych pomysłów, skoordynowanego i sensownego działania, wizji dalszych losów kadry oświatowej i jej relacji z rządzącymi nie było po żadnej ze stron – ani w ZNP, ani wśród rządzących. Za ten nieudany strajk i nieudaną odpowiedź na niego przyjdzie teraz zapłacić obu stronom. Rozbite zaufanie wśród ludzi, którzy dotąd byli kolegami z pracy, a nagle podzielili się na strajkujących i łamistrajków, rozżalenie nauczycieli i ich dalsze zniechęcenie do rządu, a przede wszystkim pogłębienie kryzysu oświaty – to wszystko trudno będzie skleić.

Zalążek porażki strajku nauczycieli był już obecny w jego początkach. Prawdopodobnie liderzy protestu nie przemyśleli wszystkich możliwych scenariuszy i nie przeanalizowali, jakie karty przetargowe ma każda ze stron. Być może spodziewano się, że rząd szybciej ugnie się przed akcją protestacyjną pedagogów, a już na pewno nie przewidziano przepchniętej w błyskawicznym tempie tzw. ustawy maturalnej. Wydaje się, że najważniejszą kartą przetargową ZNP miała być bowiem możliwość nieklasyfikowania uczniów klas maturalnych. Jako że nauczyciele strajkują, mogą zdecydować o niezwołaniu rady pedagogicznej. W takiej sytuacji uczniowie ostatnich klas nie zostaliby klasyfikowani, nie mogliby przystąpić do egzaminu maturalnego, i musieliby powtarzać klasę. Nie wiem, ilu nauczycieli przystępujących do protestu miało 8 kwietnia 2019 r. świadomość, że staną przed takim wyborem, ale podejrzewam, że duża część albo nie miała, albo wypierała te myśli. Wybór bowiem jest w pewnym sensie tragiczny. Z jednej strony nauczyciele mają pełną świadomość słuszności swoich postulatów. Słuszność tę potwierdzali też na łamach „Nowej Konfederacji” Piotr Jesionowski i Łukasz Małecki-Tepicht. Oświata jest drastycznie niedofinansowana, a nauczyciele – niedoceniani. Z drugiej – chodzi o los około 250 tysięcy uczniów, z którymi nauczyciele mieli do czynienia przez ostatnie trzy czy cztery lata. Los konkretnego Kacpra, Julii czy Pauliny, którzy nie pójdą na wymarzone studia, na kolejny rok zostaną w szkole, stłoczeni z koleżankami i kolegami z wcześniejszego rocznika. Nie mówię już o sytuacji uczelni wyższych, które straciłyby większość studentów pierwszego roku, przede wszystkim na studiach dziennych, i o ogólnym chaosie, jaki taka decyzja by spowodowała.

W pewnym sensie lepszą sytuację od nauczycieli mieli strajkujący z „Solidarności” AD 1980. Większość tych drugich pracowała w przemyśle, a strajkujący w przemyśle co do zasady nie ryzykuje losem innych ludzi. Podjęcie decyzji o zapewnieniu uczniom „odsiadki” drugi raz w tej samej klasie było trudne nie tylko moralnie – nauczyciele mieli też świadomość niechęci, z jaką spotkają się ze strony rodziców, jeśli podejmą taką decyzję. Gwóźdź do trumny strajku wbił rząd – w swoim klasycznym stylu – przepchnął „na kolanie” ustawę umożliwiającą maturzystom, niezależnie od decyzji nauczycieli, przystąpienie do egzaminu dojrzałości. Abstrahując od ogólnie krytycznej oceny postawy rządu w edukacyjnym kryzysie, muszę przyznać, że decyzja ta faktycznie ratuje uczniów przed złym losem, choć nie wiem, czy rząd miał na myśli akurat ich sytuację, czy raczej możliwość wyjścia „na biało”, w roli „tych dobrych”. Niezależnie od tego, choć decyzja o zawieszeniu strajku zapadła jeszcze przed przyjęciem ustawy, to można domniemywać, że strajkujący – już nadwerężeni koniecznością tragicznego wyboru – zauważyli, że przed zastosowaniem „tylnej furtki” rządzących nic już nie powstrzyma. A w ten sposób ostatnia karta przetargowa wypadnie im z rąk. I tym sposobem rząd ograł nauczycieli.

Kłopotów wyborczych tym razem raczej PiS mieć nie będzie – ale pęknięcia społeczne powiększyły się, i rządząca partia ma przeciwko sobie kolejną, otwarcie wrogą grupę, już nie o tak małej liczebności na tle elektoratu jak sędziowie SN, „elity III RP” czy zwolennicy twórczości Natalii LL

Jarosław Kaczyński teoretycznie może się cieszyć, bo sondażowe słupki nie spadają. Faktycznie konfrontacyjne podejście PiS do strajkujących ze strategicznego, czyli wyborczego punktu widzenia wydaje się skuteczne. Można odnieść wrażenie, że Kaczyński kalkulując przedwyborczo doszedł do wniosku, że może sobie odpuścić część klasy średniej, warstwę, którą dawniej nazywano „inteligencją”, a do której należą nauczyciele właśnie, pracownicy administracji, kultury, służby zdrowia, organizacji pozarządowych i inni zarabiający przede wszystkim swoim umysłem. Grupa ta jest bowiem zbyt mała, żeby faktycznie liczyła się w wyborczym wyścigu. Jej wpływ na Polaków jest niewielki w dobie powszechnego na Zachodzie rozczarowania intelektualnymi elitami, które zawiodły. Nie wiadomo oczywiście, czy doszło do takiej kalkulacji, jednak można założyć, że gdyby konfrontacyjny kurs wobec nauczycieli miał oznaczać problemy wyborcze (a rok 2019 jest pod tym względem szczególnie wrażliwy), to w obozie Kaczyńskiego gruntownie przemyślano by korektę azymutu. Kłopotów wyborczych tym razem raczej PiS mieć nie będzie – ale pęknięcia społeczne powiększyły się, i rządząca partia ma przeciwko sobie kolejną, otwarcie wrogą grupę, już nie o tak małej liczebności na tle elektoratu jak sędziowie SN, „elity III RP” czy zwolennicy twórczości Natalii LL. A najważniejsze problemy nie zostały rozwiązane.

Od wtorku obradują co prawda podstoliki tzw. „okrągłego stołu edukacyjnego”. Sama idea, owszem, jest słuszna – omawiane tam tematy („Nauczyciel w systemie edukacji”, „Jakość edukacji”, „Nowoczesna szkoła”, „Uczeń w systemie edukacji” i „Rodzic w systemie edukacji”) dotykają istoty rzeczy. Najważniejsze jednak, czy „okrągły stół” został zorganizowany jedynie dla uspokojenia nauczycieli i stworzenia pozoru rozmowy, czy też faktycznie jego ustalenia zostaną przekute na wdrożenie rozwiązań i przeprowadzenie reformy. Fakt, że podstoliki obradują bez udziału przedstawicieli mediów, może niebezpiecznie wskazywać na to pierwsze – wszak im mniej relacji medialnych, tym mniej szans, że rząd będzie w przyszłości rozliczany za niewdrożenie omawianych rozwiązań. Pozostaje jedynie wątła nadzieja, że osoby decyzyjne pójdą po rozum do głowy.

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Tygodnik Powszechny"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

2 odpowiedzi na “Strajk nauczycieli: nie wygrał nikt”

  1. coś już wiemy pisze:

    Wychodzi, że najpoważniejszym problem szkolnictwa – są kadry nauczycielskie, szczególnie szczebel funkcyjny, dyrekcja ZNP.

  2. Grzegorz pisze:

    Słabiutki ten tekst, wątły jakiś taki. Ogólnikowy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz