Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Duża zmiana czy wielkie upodlenie?

Daleko nam do pathosu szekspirowskiego Makbeta, ale podobnie jak u niego: kłamstwo rodzi następne kłamstwo, zbrodnia rodzi kolejne zbrodnie. Niezdolna do uznania swoich ograniczeń władza obsesyjnie pozoruje panowanie nad coraz mniej kontrolowalną sytuacją, powodując kolejne szkody

Czy nie zbyt rzadko zastanawiamy się nad problemem upodlenia w Polsce? Moralistyka jest jednym z ulubionych zajęć naszych dominujących elit: praktycznie codziennie jakieś dystyngowane towarzystwo na coś się tu oburza, coś czy kogoś gorąco wspiera, ale w całym tym zgiełku autentycznego pochylenia się nad ważnymi kwestiami etycznymi jest jak na lekarstwo. Tymczasem obecna sytuacja polityczna tworzy klimat wielkiej demoralizacji, dalece wykraczającej poza wąsko rozumianą politykę.

Jose Ortega y Gasset postulował swego czasu: „należałoby się przyjrzeć, do jakiej to niebywałej wewnętrznej demoralizacji i upodlenia doprowadziło naszego przeciętnego rodaka to, że Hiszpanie są narodem, który już od kilku wieków żyje z nieczystym sumieniem wobec spraw rządów i posłuchu wobec władzy. Upodlenie to nic innego jak uznanie pewnej nieprawidłowości za stan normalny i przyrodzony; akceptując go, zarazem w głębi duszy ma się w dalszym ciągu przekonanie, że tak być nie powinno. Przekształcenie czegoś, co w samej swojej istocie jest zbrodnicze i niezdrowe, w coś zdrowego i normalnego, jest rzeczą niemożliwą, dlatego też jednostka stara się raczej dostosować do zastanej niezdrowej sytuacji, utożsamiając się tym samym w pełni z ową zbrodnią czy nieprawidłowością” („Bunt mas”, Warszawa 2008, s. 154). Podobny problem mamy w Polsce, a obecna sytuacja tworzy ryzyko jego spotęgowania.

W całym procesie obóz władzy okazał się tak zajęty sam sobą, że zignorował ryzyko drugiej fali pandemii

Wieczny grzech upadlania

Upodlenie rozumiane jako adaptacja do politycznej patologii jest naszą rzeczywistością co najmniej od czasów oligarchii magnackiej, z jej klientelistycznymi rytuałami (barwnie opisanymi przez prof. Antoniego Mączaka w książce „Klientela”), z prezentowanym jako ziemska doskonałość polityczna postępującym, antyrozwojowym egoizmem klasowym szlachty. Potem przyszła kolonizacja przez imperia zaborcze i nowe upodlenie związane z pełzaniem u klamek i stóp obcych namiestników. Bynajmniej niewolna od grzechu upadlania II Rzeczpospolita była mimo wszystkich słabości historycznym wyłomem przynajmniej w fatalnej kulturze kolonizacji. Dawała szansę na trwały przełom poprzez sam fakt odzyskania suwerenności, została jednak  szybko zmiażdżona przez nowo-starych najeźdźców, a wraz ze straszliwą klęską w II wojnie światowej i złamaniem heroicznego ducha oporu przyszła nowa, tym razem sowiecka kolonizacja i kolejne upodlenie. Również III Rzeczpospolita, bardzo słabe państwo o neokolonialnych i pasożytniczych konotacjach, od początku oparte na oszustwie i „funkcjonalizacji patologii”, jak mówiła prof. Jadwiga Staniszkis, ma tu swój wkład. Niewątpliwie mniej zła od większości poprzednich przypadków, i ona na swój sposób Polaków upadla, nie potrafiąc jednocześnie rozwiązać – a więc utrwalając – odwieczne problemy klientelizmu, korupcji czy nieufności wobec państwa i prawa. Teraz jednak grozi nam podniesienie tej demoralizacji do poziomu w ostatnich dekadach niespotykanego za sprawą katastrofy politycznej polskiej władzy w dobie pandemii COVID-19.

Nieprzygotowanie na pierwszą i drugą falę pandemii, kuriozalna katastrofa konstytucyjna, okłamywanie własnych obywateli w kwestii ich bezpieczeństwa, narażenie wspólnoty prowokacją aborcyjną – każda z tych decyzji z osobna to bardzo dobry powód do dymisji rządu i rozwiązania parlamentu

Jeszcze przed wystąpieniem nad Wisłą znaczącej liczby zakażeń obóz rządzący popadł w poważny kryzys wewnętrzny, rozlewając niepewność niesioną przez koronawirusa znacznie szerzej. Do wstrząsu zdrowotnego i gospodarczego dołożył polityczny i prawny. W sprawie niefortunnie przypadających na czas pandemii wyborów, gdzie inne rządy – m.in. Serbii czy Macedonii Północnej – szukały i znajdowały ponadpartyjny konsensus, postawił na ostry konflikt. Prąc bez oglądania się na koszty do majowej elekcji ryzykował ciężkie pogłębienie strat w ludziach i całej reszcie. Ostatecznie doprowadzając do kuriozalnego na skalę światową nieodbycia nieodwołanej elekcji, co prof. Rafał Matyja nazwał „najdziwniejszą katastrofą konstytucyjną w nowożytnej historii Polski”. Zdoławszy już wcześniej znaczniej zepsuć i tak bardzo źle działającą legislację, w dobie COVID-19 nie tylko spotęgował prawotwórczą biegunkę, ale kompletnie rozchwiał system prawny.

Permanentna manipulacja

Sprawa jest jednak jeszcze poważniejsza niż – wystarczająco groźne samo w sobie – wielokrotne łamanie przepisów z konstytucją na czele, zaburzenie hierarchii źródeł prawa i generalna dewastacja już wcześniej bardzo niskiego zaufania do prawa i instytucji. W sytuacji, w której obóz władzy konsekwentnie łamie najważniejsze własne obostrzenia antykryzysowe, inne co chwila zmieniając, nie wiadomo co jest źródłem norm społecznych w ogóle. Nawet jeśli wybiera się świadomie decyzjonizm zamiast państwa prawa, pozostaje pytanie o jakość nowego ładu. Rząd można popierać lub zwalczać, wciąż jest jednak państwo jako, przynajmniej na elementarnym poziomie, dobro wspólne. Gdy aktualna władza ośmiesza nie tylko siebie, ale i reguły służące biologicznemu bezpieczeństwu wspólnoty, następuje anarchizacja. Nikt inny nie może skutecznie stanowić norm społecznych tego rodzaju, zaczyna się więc ich indywidualne lub grupowe samostanowienie. Każdy aktor, mądry czy głupi, zorientowany czy nie, staje się źródłem norm dla siebie, decydując czy i kiedy nosić maseczkę, przestrzegać reguł dystansu społecznego i tak dalej. W takich warunkach mowa o jakichkolwiek wspólnych sposobach walki z kryzysem staje się teoretyczną fikcją.

W całym procesie obóz władzy okazał się tak zajęty sam sobą, że zignorował ryzyko drugiej fali pandemii. Ignorując powszechny konsensus specjalistów co do tego, że prawdopodobnie ona wystąpi, i że może być bardzo poważna. To podstawowa przyczyna katastrofy humanitarnej, której doświadczamy.

Do tego dochodzi permanentna manipulacja jako sposób komunikacji antykryzysowej. Niezdolność polityków do przyznania się do własnej niewiedzy i słabości można akceptować lub nie, ale gdy przybiera postać dezinformowania własnych rodaków – ma w sytuacji takiej jak obecna niebagatelne skutki, które już widzimy. Buńczuczne słowa premiera Morawieckiego o wirusie w odwrocie czy jego wezwania do tłumnego dawania pokazów patriotyzmu na meczach – mają wszelkie podstawy przejść do historii jako jedne z najbardziej szkodliwych manipulacji własnymi obywatelami. Zostały jednak szybko spektakularnie „przebite” przez zbrodniczą prowokację aborcyjną z października 2020 r., która w okresie zmierzania zakażeń do szczytu wyciągnęła na ulice ok. stu tysięcy ludzi, a i tak została dodatkowo podgrzana konfrontacyjnymi deklamacjami Jarosława Kaczyńskiego. O ironio, przeprowadzanej i kontynuowanej w kolejnych miesiącach pod hasłami „obrony życia”.

Skutkiem finalnym na koniec ubiegłego roku jest ponad 75 tysięcy nadliczbowych zgonów: jedna z największych katastrof humanitarnych w bardzo źle radzącej sobie z tym kryzysem Europie i największa w Polsce od II wojny światowej. Konsekwencjami są też chaos prawny, dalszy upadek zaufania do państwa, norm, instytucji. W czasie swoich rządów Platforma Obywatelska dokonała próby zamiecenia pod dywan katastrofy smoleńskiej. Nie udało jej się to, zdołała natomiast spowodować fatalne szkody w świadomości społecznej, kształcie debaty, regułach polityki. Dziś wyrosły politycznie także na emocji rewanżyzmu za Smoleńsk PiS próbuje zamieść pod dywan katastrofę humanitarną 2020 roku. Nie wydaje mi się to możliwe. Jednocześnie uważam za wysoce prawdopodobne, że szkody dla zbiorowej wyobraźni będą jeszcze większe niż w przypadku katastrofy smoleńskiej.

Spirala zbrodni

Daleko nam do pathosu szekspirowskiego Makbeta, ale podobnie jak u niego: kłamstwo rodzi następne kłamstwo, zbrodnia rodzi kolejne zbrodnie. Niezdolna do uznania swoich ograniczeń władza obsesyjnie pozoruje panowanie nad coraz mniej kontrolowalną sytuacją, powodując kolejne szkody. Ludzie umierają, przedsiębiorstwa bankrutują, rozkład norm i anarchizacja postępują, a postpolityczni kuglarze nadal hipnotyzują nas cyrkowymi sztuczkami.

To już nie tylko zbrodnia, to spirala zbrodni. Jest jednak coś racjonalnego w mierzonych sondażami werdyktach opinii publicznej dających PiS słabsze, ale wciąż najlepsze wyniki spośród dostępnych formacji politycznych. Nie sposób przecież traktować poważnie głównej partii opozycyjnej, gdy ustami swojego przewodniczącego jednego dnia nazywa październikową prowokację obyczajową zbrodnią z powodu eskalacji zakażeń, a drugiego dołącza do protestujących i namawia do tego swoich zwolenników, sam rozsiewając wirusa. Podobnie jak oponentów spod znaku „prawdziwej prawicy”, gdy mówią, że rozwiązaniem jest po prostu otwarcie gospodarki, przecież testowane już negatywnie w innych krajach.

Albo w nieodległym czasie wytworzymy warunki do głębokiej systemowej zmiany politycznej i ją przeprowadzimy, albo czeka nas wielkie upodlenie

Nieprzygotowanie na pierwszą i drugą falę pandemii, kuriozalna katastrofa konstytucyjna, okłamywanie własnych obywateli w kwestii ich bezpieczeństwa, narażenie wspólnoty prowokacją aborcyjną – każda z tych decyzji z osobna to bardzo dobry powód do dymisji rządu i rozwiązania parlamentu. Alternatywnie, każda z nich – nie mówiąc o ich sumie – to powód do drastycznego spadku poparcia dla partii rządzących i innych zamieszanych. Jednak władza nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności, kontynuując swoją pełną pychy i arogancji fanfaronadę. I nie spotyka jej za to żadna poważna kara, bo przecież nie są taką stosunkowo drobne wahnięcia sondażowe.

Jak dotąd zmierzamy więc do rozwiązania obecnego dramatu analogicznego do poprzednich poważniejszych kryzysów politycznych, takich jak katastrofa smoleńska, skandal wokół wyborów samorządowych 2014 r. czy próba sprzedaży największej spółki paliwowej Rosjanom. Mianowicie: braku rozwiązania. Zbrodni bez kary, skutkującej nieuchronnie dalszym upodleniem, dalszą adaptacją do stanu spaczenia, dalszą funkcjonalizacją patologii.

O rekonstrukcję ładu politycznego

Dla elementarnego zdrowia polskiej wspólnoty politycznej PiS musi odejść, to oczywiste, ale samo w sobie dalece niewystarczające. Tak jak patologie kojarzone z poprzednikami obecnej władzy tylko się  po partyjnej zmianie warty wzmocniły, tak może być i następnym razem. Dla eliminacji złodziejstwa nie wystarczy przegnać ostatniego nękającego nas złodzieja. Trzeba go także przykładnie ukarać, uderzyć w przyczyny złodziejskiej przestępczości.

Obecna spirala zbrodni i ogólny rozkład wymagają więc nie tylko odsunięcia PiS od władzy – to przekaz kuglarzy opozycji, nie mających wiele do zaoferowania poza samymi sobą – ale rekonstrukcji ładu politycznego i społecznego. Może się on dokonać tylko poprzez przykładne ukaranie winnych (to warunek wstępny) i ustanowienie nowych lepszych reguł zbiorowego życia. W przeciwnym razie będziemy się coraz bardziej zżywać ze stanem rozkładu państwa i wspólnoty, zbrodniczej lekkomyślności władzy, braku powszechnych reguł.

Inaczej mówiąc: albo w nieodległym czasie wytworzymy warunki do głębokiej systemowej zmiany politycznej i ją przeprowadzimy, albo czeka nas wielkie upodlenie. Reszta jest postpolityczną erystyką.

prezes i założyciel „Nowej Konfederacji”. Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Gazecie Wyborczej", „Gościu Niedzielnym”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Arcanach", „Polsce The Times”, „Super Expressie”, "Fakcie". Autor książki "Między wielkością a zanikiem. Rzecz o Polsce w XXI wieku". Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie.

Komentarze

6 odpowiedzi na “Duża zmiana czy wielkie upodlenie?”

  1. Alina777 pisze:

    Mocne, ale prawdziwe – niestety.

  2. RPKL pisze:

    Diagnoza jak najbardziej trafna. W szczegółach można oczywiście dyskutować, zwłaszcza w zależności od indywidualnej optyki. Kluczowa jest jednak inna kwestia – jak to zmienić, z kim, z czyją pomocą i udziałem? Chętnie przeczytałbym takie opcje/propozycje autorstwa Pana Radziejewskiego. Jak widzi takie przemodelowanie sceny i mentalności politycznej. Z obecnymi, w większości miernymi, aktorami jest to w zasadzie niemożliwe. Zmiana musi być gruntowna. Tu zaczynamy dochodzić do niepokojącej konkluzji – czy zmiana gruntowna zwykle nie bywa również gwałtowna? A może jeszcze inaczej – czy da się przeprowadzić zmianę gruntowną, bez gwałtowności, choćby w początkowym jej stadium?

  3. Slawomir06 pisze:

    Bardzo interesujące jest dlaczego autor nie wyciąga tak radykalnych wniosków w stosunku do formacji rządzących w latach 1945 -2015. Oczywiście wtedy rządzili “najświetniejsze umysły cywilizacyjne oraz tuzy cywilizacji europejskiej” . Pierwszy z brzega efekt – wyprzedaż za bezcen, a co zostało doprowadzenie do upadku polskiego przemysłu “światłymi i proeuropejskim” decyzjami . Jak mawiał klasyk: tak się gra jak przeciwnik pozwala. Będącą nadzieją europy , najbardziej ucywilizowana opozycja przedstawiała i przedstawia całe plejady fantastycznych propozycji konstruktywnych działań tylko “zły” rząd postępuje ciągle na przekór. Po fakcie łatwo jest przedstawiać tezy co należny zrobić – przed zdarzeniami trudno znaleźć propozycje racjonalnych działań. Wiadomo, kto finansuje, ten oczekuje tekstów reprezentujących jego interesy. Cała i przykra prawda “europejskiej niezależności” powyższego artykułu.

  4. RPKL pisze:

    Dlatego właśnie pisałem, że nie ma z kim dokonać zmiany, bo wszyscy po jednych pieniądzach. Przez cały czas po 89 odnoszę wrażenie, że doskonale naszą rzeczywistość opisuje cytat z Psów – “Czerwony odszedł, czarny przyszedł, nic się nie zmieniło”. Tak to wygląda niestety. I również z takich powodów ciekaw jestem, jakie recepty/opcje na zmianę może zaproponować NK i Pan Radziejewski. Zmiana jest potrzebna, to pewne. Za chwilę będzie za późno. Może już jest. Przesypiamy zmianę układu sił w geopolityce. Znowu zadecydują za nas. Tylko co zrobić i z kim? Jak działać, żeby nie traktowano naszych dyskusji i przemyśleń jak dywagacji mniej lub bardziej szkodliwych świrów toczących teoretyczne dysputy o aniołach mieszczących się na główce od szpilki?

  5. Krzysztof9 pisze:

    Oprócz typowego “polskiego” biadolenia nic z tego artykułu nie wynika.
    PIS, a w szczególności premier Morawiecki są nieszczęściem narodowym, a opozycja nic nie warta. Większość czytelników, którzy zapłacili za przeczytanie tego artykułu pewnie się z tym zgadza.
    I co dalej?
    Autor – Pan Radziejewski, nie przedstawia żadnej propozycji, jak poprawić sytuację. Chce
    przykładne ukarać winnych i ustanowić nowe lepsze reguły zbiorowego życia. Bla, bla, bla.
    Szkoda, że nie napisał jak to zrobić.
    A może trzeba wygrać wybory?

  6. Mmrocz pisze:

    Potrzeba kolejnych 30 lat na wymiecenie patologii, potrzeba mnóstwa pieniędzy na zdobycie władzy, potrzeba być przebiegłym potrzeba okłamywać zdradzać oszukiwać aby do władzy się dobić. Potem w końcu można zacząć naprawiać. Tylko że po czasie zdobywania władzy ma się już pokrzywiony kręgosłup i spaczoną moralność i zamiast zwalczać patologie zabiega się o utrzymanie władzy. Mam szalone wątpliwości że ktokolwiek kiedykolwiek będzie w stanie dokonać postulowanych reform. Pozostają dwie drogi synantropizacja albo rewolucja obie bolesne i nieprzyjemne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz