Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Po trupach do cyrku, czyli tragizm postpolityki

Polscy (post)politycy, zderzeni z żywiołem pierwotnej polityczności, jakim jest koronawirus, reagują tak jak potrafią: konferencjami prasowymi, regulacjami, pokazami pewności siebie i panowania nad sytuacją, intrygami i zarządzaniem przez konflikt

Zakończyliśmy rok 2020 z blisko 76 tysiącami nadliczbowych zgonów. Po przeliczeniu na milion mieszkańców jest to, na dzień dzisiejszy (19 stycznia) drugi najgorszy wynik w – będącej strefą katastrofy humanitarnej – Europie. Mimo niekompletnych jeszcze danych porównawczych, nie wygląda już na to, że ktoś nam tę pozycję odbierze. To tak jakby spadło ponad 760 tupolewów lub zginęła zbliżona wielokrotność ofiar stanu wojennego. Największa katastrofa humanitarna od czasu II wojny światowej.

Już samo to powinno skupić wszystkie tęgie głowy i ręce wokół skutków pandemii COVID-19 i jej przyczyn, zwłaszcza tych zależnych od naszej woli, czyli politycznych. A przecież doświadczamy też zupełnego rozstroju systemu prawnego (i w ogóle normatywnego), upadku i tak niskiego zaufania do instytucji, poważnego kryzysu gospodarczego, głębokich zmian otoczenia międzynarodowego, niebezpiecznych przekształceń świadomości społecznej. Jest o czym rozmawiać i do czego się mobilizować.

>>> ZOBACZ DEBATĘ Z UDZIAŁEM RADZIEJEWSKIEGO <<<

Tymczasem: nic. Podążające za partyjnym spinem media masowe beztrosko kontynuują obrót tematami trzeciorzędnymi. Wydarzenia polityczne nadal analizują celebryci i komentatorzy-dyletanci, a wypowiedzi piosenkarek o pandemii nadal ważą tyle samo (w najlepszym razie) co opinie epidemiologów. Przede wszystkim zaś: obóz władzy kontynuuje rządzenie na chybił-trafił, od konferencji do konferencji, raz narażając życie i zdrowie ludności na dodatkowy szwank, raz nie. W ciągu niespełna roku poniósł druzgocącą klęskę w starciu z wirusem. Pogłębił ją jeszcze wywołaniem „wojny” aborcyjnej w szczycie pandemii, zniszczeniem własnej wiarygodności i powagi obostrzeń poprzez wielokrotne publiczne łamanie własnych ograniczeń, pokazy bezpodstawnego optymizmu, katastrofalnie błędne przewidywania co do drugiej fali zarazy. A opozycja? Nie potrafi tego wykorzystać. W całym parlamencie nie widać ani jednego lidera, potrafiącego wyczuć specyfikę czasu, nazwać problemy i wypunktować obóz rządzący. Zresztą większość wielkich słów (jeśli nie wszystkie), teraz odpowiednich, została już przez opozycję centrowo-lewicową bezmyślnie zużyta w trakcie wielokrotnie powtarzanych w ostatnich pięciu latach seansów politycznej histerii.

To tak jakby spadło ponad 760 tupolewów lub zginęła zbliżona wielokrotność ofiar stanu wojennego. Największa katastrofa humanitarna od czasu II wojny światowej

Powaga sytuacji w oczywisty sposób przerasta zarówno obóz władzy, jak i opozycję. Przerasta liderów opinii i elity w ogóle. Polskie życie publiczne trwa sobie dalej w zasadniczo niezmienionej formie pomimo zupełnie nowej (a właściwie nowo-starej) jego treści. Treści, która krzyczy o inną formę, adekwatną do odmiennych wyzwań, ale jej nie znajduje. Aktorzy polityczni zachowują się zaś jak rozpuszczony beniaminek na pogrzebie. Przyzwyczajony do beztroskiego dokazywania, nie potrafi zachować powagi dłużej niż kilka chwil, przynosząc wstyd rodzinie. W tym przypadku nie ma jednak starszych i poważnych krewnych (a w każdym razie nie oni rządzą), choć powinni być; nie ma nawet pogrzebu. Nie mamy formy właściwej dla sytuacji.

Dlaczego? Problem jest moim zdaniem znacznie głębszy niż jakość tego czy innego lidera albo partii (co skądinąd odpowiedzialności indywidualnej i zbiorowej oczywiście nie znosi). Polega na zderzeniu różnych paradygmatów politycznych. Po wejściu do Unii Europejskiej, dopełniającym proces integracji ze strukturami euroatlantyckimi, polskie życie publiczne dotknęła zmiana, na dalszym Zachodzie znana już wcześniej. Mianowicie: przejście do modelu postpolitycznego. Źródłowy motyw polityki, jakim jest zmierzenie się z perspektywą gwałtownej śmierci, został uznany za nieaktualny; otwarła się więc długa lista pomniejszych spraw do załatwienia. Jak powiada André Glucksmann: „koniec ideologii, żegnajcie wzniosłe sprawy” – odtąd liczą się już tylko aktorzy „troszczący się o wzrost i rozwój”. „Po przełomie słabe powody, takie jak czysty kaprys i osobisty gust, musiały przejąć rolę mocnych powodów, w które wcześniej wcielał się władczy niedostatek” – dodawał Peter Sloterdijk. Skoro tak, można było oddać się orgii konsumpcji – głównemu rytuałowi tak zwanej późnej nowoczesności – a debatę publiczną skoncentrować na tym, jak tę orgię ulepszać lub wprost uczynić jej częścią. Tak też się stało.

O ile jednak w krajach dalszego Zachodu postpolityczny przełom nastąpił w szczytowym momencie rozwoju organizacyjnego, Polskę zastał zupełnie w innej sytuacji. Po długim okresie peryferyzacji i kolonizacji zdołała się ona na chwilę odrodzić politycznie w postaci II Rzeczypospolitej, by szybko zostać zmiażdżona w II wojnie światowej i ponownie skolonizowana, tym razem przez Związek Sowiecki. Niepodległość spadła jej z nieba, bez większego związku z własnym wysiłkiem, w wyniku zmiany geopolitycznej. Sama w sobie związana z aspiracjami „powrotu na Zachód”, natychmiast zaczęła w nich się spełniać. Polskie elity, uczące się rządzenia po przetrzebieniu wielokrotnymi masakrami i po długotrwałej marginalizacji, znalazły wdzięczny obiekt do naśladowania w przeżywających pyszny moment rzekomego „końca historii” elitach zachodnich. Rzuciły się w wir kopiowania bieżących rozwiązań, nie widząc głębszych problemów cywilizacyjnych, na czele z tym, że powtarzały nie tyle warunki oszałamiającego sukcesu, co jego zewnętrzne przejawy. Pochodzące z fazy szczytowego rozwoju, która – jak to często bywa – obejmowała już także procesy wewnętrznego rozkładu.

Prorocy postpolityki się mylili. „Wzniosłe sprawy” nie odeszły. Przyczaiły się jedynie na pewien czas, specyficzny ze względu na chwilowy brak konkurencji dla zachodniej potęgi i zachodniego stylu życia. Dziś globalna rywalizacja, za sprawą spektakularnego wzrostu znaczenia Azji z Chinami na czele, jest już oczywista. Pandemia COVID-19 wyraźnie zaś przypomina, że ryzyka gwałtownej śmierci, w różnych postaciach, nie da się wyeliminować z życia politycznego – tak w krajach biednych, jak bogatych (a w każdym razie tak jest na obecnym etapie rozwoju ludzkości). Ze wszystkimi tego konsekwencjami, na czele z aktualnością problemu przetrwania i rywalizacji o potęgę. Zresztą polityka jako taka jest z gruntu tragiczna (o czym przypomniał ostatnio Dariusz Karłowicz swoim książkowym zbiorem esejów pt. „Teby-Smoleńsk-Warszawa”): próbuje bowiem zaspokajać nieograniczone potrzeby przy użyciu ograniczonych zasobów i rozwiązywać za pomocą rozumu politycznego problemy, których złożoność przekracza jego skończone możliwości. A stosunków międzynarodowych dotyczy to jeszcze bardziej, ze względu na ich anarchiczną i rywalizacyjną istotę. Kto więc uwierzył w koniec polityki – kluczowy element większego złudzenia końca historii – żył iluzjami. Trwał w błędnym wyobrażeniu o naturze rzeczywistości, na nim budując swoją egzystencję. Znajduje się zatem w pozycji względnie gorszej od tego, kto żył w prawdzie, twardo stąpając po ziemi i biorąc się za bary z losem. Egzemplifikację widzimy ostatnio, porównując, jak Zachód i Azja Wschodnia radzą sobie z pandemią koronawirusa.

Te same złudzenia mają różne skutki w różnych warunkach. Postpolityka osłabiła wysoce zorganizowane i zamożne kraje zachodnie, wbijając je w usypiającą czujność pychę i gnuśność. W Polsce napotkała na słabe państwo, bardzo słabe elity i dość prymitywną, zorientowaną na podrzędność w międzynarodowym podziale pracy gospodarkę. Ponieważ jednak związana była z bezprecedensowym w ostatnich kilkuset latach okresem bezpieczeństwa i dobrobytu, sprzęgła się ze zjawiskiem, które przy innej okazji nazwałem syndromem szczęśliwej półperyferii. „Szczęśliwy kraj zarządzany głównie przez poślednich ludzi”, którego „liderom… tak brakuje ciekawości spraw dziejących się wokół, że są przeważnie zaskakiwani rozwojem wypadków” – pisał o Australii tamtejszy intelektualista David Horne. Zauważył przy tym przenikliwie, że w miejscu, któremu bez istotnego wysiłku własnego świat dobrze służy taki jaki jest, nie powstają silne bodźce do poważnego zajmowania się polityką.

Wyjątkowe warunki polskiej „transformacji” musiały wytworzyć szczególnie „szczęśliwe” elity: wyjątkowo poślednie, wyjątkowo niezainteresowane poważną polityką. Rządzące jakby we śnie. Skoro mogły się szczycić tak niezwykłymi w tutejszych realiach zdobyczami bezpieczeństwa i umiarkowanego dobrobytu bez wysiłku budowy państwa z prawdziwego zdarzenia, to po co wysilać się bardziej? Po co dbać o instytucje, podejmować trud samodoskonalenia, przygotowywać kraj na przyszłe zagrożenia? Przecież nie o tym są wybory.

I tak z tygodnia na tydzień, z roku na rok, z kadencji na kadencję. Postpolityczny cyrk, zamiast chwilową anomalią, stał się przemysłem dającym zatrudnienie klasie rządzącej, coraz bardziej specjalizującej się w zabawianiu znudzonej publiczności i rywalizacji wyborczej. Wyjątkowo pośledni ludzie, wyjątkowo nieciekawi świata… Zaskakiwani przez katastrofę demograficzną, wzrost potęgi Chin, stulecie bitwy warszawskiej, pierwszą i drugą falę pandemii. Może i przez trzecią?

Naruszone interesy odruchowo dążą do odtworzenia warunków, w których kwitły. Polscy (post)politycy nie potrafią zajmować się poważną polityką, bo nikt nigdy tego od nich nie wymagał. Zderzeni z żywiołem pierwotnej polityczności, jakim jest destrukcyjny mikroorganizm, reagują tak jak potrafią: konferencjami prasowymi, regulacjami, pokazami pewności siebie i panowania nad sytuacją, intrygami i zarządzaniem przez konflikt. Wytrąceni z rytmu, odruchowo wracają do rytuałów postpolitycznego cyrku. Tyle, że tym razem efektem są nie tylko zmarnowane szanse, ale też masowe zgony, bankructwa, rozpad porządku społecznego.

To niezwykła lekcja tragizmu postpolityki. Dramatyzm sytuacji kryzysowej jest potęgowany przez kompleks złudzeń i nawyków zaczynający się od zapoznania tragizmu należącego do natury polityki jako takiej. Czy tę lekcję odrobimy?

foto: KPRM

prezes i założyciel Nowej Konfederacji, dyrektor Wydawnictwa Nowej Konfederacji. Autor książki "Między wielkością a zanikiem. Rzecz o Polsce w XXI wieku". Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Gazecie Wyborczej", „Gościu Niedzielnym”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Arcanach", „Polsce The Times”, „Super Expressie”, "Fakcie". Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie.

Komentarze

3 odpowiedzi na “Po trupach do cyrku, czyli tragizm postpolityki”

  1. Marek Brzezowski pisze:

    Smutny tekst, smutna tematyka. W moim mniemaniu dotyczy naszego systemowego (od dłuższego czasu) problemu. II Rzeczpospolita mogłaby być scharakteryzowana w podobnym felietonie. Niestety, ale, jak sam Pan napisał, nasze elity zostały mocno przetrzebione, i nie odtworzyły spójnego systemu, w związku z tym i edukacja w tym zakresie jest bardzo słaba , co przekłada się na przenoszenie tego problemu z pokolenia na pokolenie (bo kto ma niby uczyć?). Czasem trafiają się nam wybitne jednostki i to one potrafią popchnąć państwo na sensowniejsze tory. Ale na bieżącej scenie politycznej nie widzę takiej jednostki. Zresztą nawet, jeżeli się pojawi będzie miała bardzo pod górkę zaszczuta medialnie. Niedobrze to wygląda generalnie…

  2. Sebastian S pisze:

    Mam wrażenie, że będzie jeszcze gorzej. Przynajmniej w MSZ, gdzie nowa ustawa to Szersze drzwi do MSZ. Luźniejsze zasady i zatrudnienie młodych ludzi, zaraz po zakończeniu studiów, na okres próbny na placówce zagranicznej itd. Kolejny raz “opuszczamy poprzeczkę”.

  3. Grek Zorba pisze:

    Tekst bardzo sensowny, ale wnioskowanie chyba zbyt wstrzemięźliwe. Ale pewnie republikanin i demokrata (jednocześnie?) inaczej nie może.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz