Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Państwo w epoce COVID

Kryzys stał się niezwykłą nauczką. Rząd PiS nie zachował się w nim jak posiadający demokratyczną legitymację partner, ale jak znerwicowany i trzęsący się o swój własny los autokrata

Model rządzenia wprowadzony pięć lat temu przez PiS miał wiele poważnych wad. W czasie kryzysu okazał się kompletnie dysfunkcjonalny. Po pierwsze dlatego, że w okresie letnim rządzący państwem ludzie bardziej bali się Jarosława Kaczyńskiego niż nawrotu pandemii i zapomnieli o swoich konstytucyjnych obowiązkach. Po drugie – że nikomu, w tym PiS, nie przyszło do głowy, że w szczycie epidemii należy łagodzić konflikt, a nie podpalać kraj haniebną prowokacją zaostrzającą aborcję i późniejszymi podgrzewającymi emocje wystąpieniami prezesa Kaczyńskiego w Sejmie i w mediach społecznościowych. Prezesa, który jakby na ironię kazał się mianować wicepremierem do spraw bezpieczeństwa. Co – jak każdy inny kaprys – partia zaakceptowała bez zastrzeżeń.

Jego słowa, polecenia i pomysły stanowią dziś treść rządzenia, usprawiedliwienie zachowań policji oraz prokuratury, wytłumaczenie bierności struktur administracyjnych. Jego przekonania są inspiracją wojny z Brukselą, nagonki przeciwko LGBT, obrony trawionego skandalami obyczajowymi Kościoła. Jego gwarancje i decyzje podstawą tysięcy karier i ogromnych osobistych beneficjów ludzi związanych z PiS. To ten system władzy i interesów podtrzymuje Kaczyńskiego jako nieomylnego przywódcę i jedyne źródło wiążących decyzji.

Władza się przeliczyła, a makiaweliczny pomysł na sposób zaostrzenia prawa aborcyjnego przez Trybunał ograniczył jej pole manewru, utrudnił wycofanie się z błędu. Poszła na kolejną światopoglądową wojnę

Nawet wtedy, gdy forsuje wbrew opiniom wielu sojuszników PiS szeroki projekt „piątki dla zwierząt”, także wtedy, gdy narusza powagę ich formacji, dopatrując się esesmańskich symboli w błyskawicach Strajku Kobiet, gdy wzywa partię i jej zwolenników do obrony kościołów. Tak bezkrytycznej wobec swojego lidera partii demokracja w Polsce nie znała i mam nadzieję, po końcu rządów PiS, już nie zazna.

Prawda pandemii

W sytuacji takiej jak epidemia państwo musi wykazać się zdolnością działania poza administracyjną rutyną i ponad partyjnymi podziałami. Jego konstrukcja ustrojowa, stan moralny, inteligencja – zostają poddane surowemu egzaminowi. Państwo polskie okazało się pod wieloma względami słabsze niż myśleliśmy. Zawodziły procesy zarządzania na niskim i średnim szczeblu. Na niższym można je było ukryć dzięki ofiarności pracowników szkół, szpitali czy urzędów. Szczebel średni – to bezradność kuratoriów, kolejki karetek przed szpitalami, koszmarne błędy w raportowaniu testów. A szczebel najwyższy – to niezdolność do współpracy z opozycją, samorządami, reprezentacjami poszczególnych branż czy zawodów. To państwo, które nauczone paternalizmu, pouczania wszystkich i nieliczenia się z opiniami kogokolwiek, nie zmieniło swojego trybu funkcjonowania nawet wobec tak poważnego kryzysu.

Arogancji szefa Sanepidu, który zalecał nam „wkładanie lodu w majtki”, towarzyszyła pewność siebie premiera, który obwieszczał pokonanie epidemii, reprezentantów rządu, którzy uważali, że po przekroczeniu szczytu półtora tysiąca zachorowań rozpocznie się wygasanie drugiej fali. Krajem rządzono na chybił trafił. Posługując się fatalnym sposobem kształtowania prawnej formy restrykcji, nie uzasadniając ich doboru nawet wtedy, gdy władze dysponowały już sporą wiedzą na temat epidemii.

Jednocześnie państwo przeszło do porządku dziennego nad wymuszaniem heroicznego zaangażowania ze strony lekarzy, pielęgniarek, salowych, ratowników medycznych – nie mobilizując dla nich ani wsparcia, ani adekwatnego systemu wynagrodzeń. Nie miało nic przeciwko, by lekceważeni przez lata – także w okresie strajku – nauczyciele musieli zorganizować nauczanie przy pomocy prywatnego sprzętu, opłacanego z własnych środków odpowiedniego transferu internetu, dostosować się do nienormalnych warunków pracy. Długo utrzymywało niepewność w sprawie sposobu organizowania matury, a potem – organizacji nowego roku szkolnego.

Wreszcie w szczycie pierwszego lockdownu rządząca ekipa próbowała przeprowadzić „wybory pocztowe” bez próby porozumienia z opozycją, wymuszając na samorządach zachowania wątpliwe prawnie, budując najdziwniejszą katastrofę konstytucyjną w nowoczesnej historii Polski. Katastrofę, którą były nieodwołane i nieprzeprowadzone wybory 10 maja 2020 r.

Po tym, jak kolejne gminy, powiaty i województwa formułowały swoje deklaracje przeciwko LGBT miałem poczucie, że na naszych oczach kończy się Rzeczpospolita jako państwo wszystkich obywateli

Trzeba przy tym dodać, że gdyby nie skuteczna akcja podjęta przez Jarosława Gowina, PiS zrobiłby z wyborów farsę podważającą legitymację jednego z kluczowych organów państwa. Niestety, w trzech kolejnych sprawach zabrakło jakiegokolwiek polityka tego formatu. Kogoś, kto w lipcu lub sierpniu biłby na alarm w sprawie przygotowań do jesieni. Kogoś, kto przerwałby grę wokół stołków, kto przekonywałby Kaczyńskiego do złagodzenia konfliktu po orzeczeniu w sprawie aborcji. Ta druga odsłona dramatu wpędziła nas w znacznie poważniejszy kryzys niż ten, którego mogliśmy się spodziewać obserwując rosnącą w połowie października krzywą zachorowań.

Prawda wojny

22 października 2020 sędziowie zdeformowanego przez Sejm poprzedniej kadencji Trybunału Konstytucyjnego doprowadzili do nieodwołalnego zaostrzenia prawa aborcyjnego. Doprowadzili do tego 27 lat po uchwaleniu ustawy, naciągając nie tylko przepisy ustawy zasadniczej, ale działając świadomie wbrew opiniom większości społeczeństwa i wybierając najgorszą możliwą chwilę. Sprowokowali swoim wyrokiem konflikt społeczny na wielką skalę, wybuch gniewu wymierzonego w rzeczywistych sprawców wyroku – władze państwowe i Episkopat.

Kiedy na chłodno analizuje się jednak prawdopodobne skutki tego orzeczenia, a zatem ostry konflikt społeczny, utratę autorytetu władzy i Kościoła, a także wielce prawdopodobną liberalizację prawa aborcyjnego, to należy zastanowić się nad kalkulacjami sprawców. Rządzący mogli liczyć na to, że problem ich nierzetelności w okresie poprzedzającym drugą falę zostanie „przykryty” przez łatwiejszy dla nich konflikt światopoglądowy. Mogli też liczyć na to, że epidemia sprzyjać będzie wyciszeniu protestów i złagodzi koszty spłacania politycznego długu wobec Episkopatu czy Radia Maryja.

Władza się przeliczyła, a makiaweliczny pomysł na sposób zaostrzenia prawa aborcyjnego przez Trybunał ograniczył jej pole manewru, utrudnił wycofanie się z błędu. Poszła na kolejną światopoglądową wojnę. PiS po nagonce na „nienormalne rodziny”, wojnie z LGBT, uznał za stosowne uderzyć w status quo ograniczające prawo do aborcji w sposób i tak radykalny jak na współczesne państwa europejskie. Tak jak gdyby istniało żelazne prawo polityki, że na wojnie światopoglądowej wygrywa zawsze PiS. Kaczyński przekalkulował, ale klęskę poniósł nie tylko on – lecz także Kościół.

Co kierowało biskupami, którzy parli ku takiemu rozwiązaniu? Odpowiedzi może być wiele. Ta interesująca nas w porządku politycznym jest prosta. To manifestacja władzy i triumfu nad demokratyczną wolą społeczeństwa, choćby przy użyciu brudnego narzędzia jakim jest zdeformowany Trybunał. Właściwie za każdą cenę. A zarazem w najgorszym dla Kościoła jako instytucji momencie, kiedy jego moralny autorytet upadł za sprawą skandali obyczajowych i powszechnego – jak się okazuje – tuszowania pedofilii. Za sprawą oskarżeń, które nie dotyczyły kilku proboszczów, ale najwyższej hierarchii. Orzeczenie w sprawie kardynała Gulbinowicza, informacje o sprawie kardynała Dziwisza i ujawnienie roli jaką pełnił w otoczeniu Jana Pawła II to tylko najbardziej spektakularne aspekty tego kryzysu. A stawka jest jeszcze większa: łatwość z jaką dano do ręki argumenty zwolennikom liberalizacji aborcji i z jaką podważono korzystne dla wartości, które biskupi deklarują, status quo, pokazuje, że w tym sporze dawno nie chodzi już o życie nienarodzonych. I ten wyrzut niech gnębi dzisiejszych hierarchów przez następne dekady, gdy ludzie wierzący będą im stawiać pytanie dla jakich kalkulacji, lęków, złudzeń to korzystne dla Kościoła status quo poświęcili.

Dość powiedzieć, że z punktu widzenia Rzeczpospolitej akcja toksycznej koalicji partii rządzącej i episkopatu przyczyniła się do gwałtownego pęknięcia, które skleić będzie bardzo trudno. A może w ogóle się nie uda. Ostrość protestów kryła w sobie wielką polityczną tajemnicę: będzie albo – albo. Nikt nie wierzy w wolę PiS i jego kościelnych asystentów budowania jakiegokolwiek porozumienia ponad podziałami. Albo się uda odepchnąć od władzy ten sojusz, albo to on będzie triumfował, ubliżając innym obywatelom. Wyzywając od tęczowej zarazy, zdradzieckich mord, obcej agentury czy neokomunistów.

Gniew i publicystyka

Gniew jest reakcją naturalną. Wulgarne hasła wykrzykiwane na ulicach polskich miast były w pełni usprawiedliwione wobec zepsutej do cna ekipy, w której nie znalazł się choćby jeden sprawiedliwy. Jeden człowiek, który na wyjątkowo paskudne przemówienie prezesa nawołującego do obrony kościołów zareagowałby złożeniem partyjnej legitymacji. Który odciąłby się od słów wykrzyczanych pod adresem sejmowej opozycji, puknął w czoło na słowa o esesmańskich błyskawicach. Do znieczulonej władzy nie sposób mówić – trzeba na nią krzyczeć. Do zdemoralizowanej ekipy nie mówi się normalnymi słowami, trzeba mówić tym językiem, którym ona sama myśli o społeczeństwie, opozycji, krytykach czy po prostu ludziach innych przekonań. To pierwsze okrzyki ulicy, których nie mogą po prostu wyśmiać.

To może być długi konflikt, a rzecznicy zmian muszą się liczyć z niejednym trudnym momentem. Muszą mieć jakąś wizję nowych porządków. Lepszej konstytucji, sprawniejszego państwa, bardziej sprawiedliwego i solidarnego, wyciągającego wnioski ze słabości Trzeciej Rzeczpospolitej i bezpieczniejszego w swej europejskiej identyfikacji

Ale publicystyka nie może być jedynie komunikowaniem gniewu. Choć po tym, jak kolejne gminy, powiaty i województwa formułowały swoje deklaracje przeciwko LGBT, miałem poczucie, że na naszych oczach kończy się Rzeczpospolita jako państwo wszystkich obywateli. Choć 22 października miałem przekonanie, że zafundowano nam kolejną wojnę, w której ludzie, którzy kilka dni wcześniej rzetelnie troszczyli się o całość wspólnoty, radośnie celebrowali dzielący ją wyrok. A ci drudzy mieli w głowie słowa, które wykrzyczeli za chwilę na ulicach. Wykrzyczeli je i z powodu wyroku i całego pięciolecia rządów PiS. Z powodu żenujących zachowań ludzi władzy wobec epidemii i z powodu obrzydliwych słów miotanych pod adresem wrogów krajowych i zagranicznych.

Tego gniewu publicystyka nie stłumi i – chyba już nie powinna. Może go sublimować, porządkować, przekładać na jakieś nowe sensy. Te sensy są proste – pod koniec października zaczęła się polityczna wojna o kształt przyszłej Polski, o treść jej konstytucji, zasady, jakimi warto się kierować po upadku rządów PiS i po zerwaniu toksycznych więzi władzy politycznej i religijnej. Ten konflikt nie skończy się kompromisem, choć zapewne niektóre oczekiwania radykalnych uczestników protestów nie zostaną spełnione.

Ale tego konfliktu nie powinien zakończyć żaden wielki kompromis, bo ludzie, którzy w momencie wielkiego ryzyka, wielkiej niepewności – zamiast je ograniczyć podnoszą stawkę ponad granice społecznej wytrzymałości na bycie stroną, nie zasługują. To może być długi konflikt, a rzecznicy zmian muszą się liczyć z niejednym trudnym momentem. Muszą mieć jakąś wizję nowych porządków. Lepszej konstytucji, sprawniejszego państwa, bardziej sprawiedliwego i solidarnego, wyciągającego wnioski ze słabości Trzeciej Rzeczpospolitej i bezpieczniejszego w swej europejskiej identyfikacji. Kryzys stał się niezwykła nauczką. Rząd PiS nie zachował się w nim jak posiadający demokratyczną legitymację partner, ale jak znerwicowany i trzęsący się o swój własny los autokrata. Gotowy na działania podłe i narażające na szwank zdrowie i dobrobyt poddanych. O to, dlaczego zaszedł tak daleko będziemy się spierać przez lata. Jednak przetrwanie zapewnimy sobie tylko wymyślając projekt alternatywny wobec PiSowskiej recepty na państwo.

politolog, autor m.in. "Konserwatyzmu po komunizmie" i "Wyjścia awaryjnego", twórca idei IV Rzeczypospolitej

Komentarze

2 odpowiedzi na “Państwo w epoce COVID”

  1. Janush Banovsky pisze:

    ” To manifestacja władzy i triumfu nad demokratyczną wolą społeczeństwa, choćby przy użyciu brudnego narzędzia jakim jest zdeformowany Trybunał”
    Każdy trybunał musiałby w świetle konstytucji podjąć taką samą decyzję (tak przynajmniej twierdzi większość niezacietrzewionych prawników konstytucjonalistów). Więc to nie o to chodzi jaki jest trybunał tylko kto i dlaczego kazał mu rozpatrywać ten wniosek właśnie teraz.

  2. joannapioroferrand pisze:

    Dwie uwagi do tekstu: ‘Gniew jest reakcją naturalną.’ Tu zgoda. Natomiast gniew wyrażony poprzez ‘Wulgarne hasła wykrzykiwane na ulicach’ jest jedynie agresją i prostą drogą do barbarzyństwa i nie może być wyrazem opinii publicznej w społeczeństwie demokratycznym szczycącym się osiągnięciami cywilizacji.
    ‘…po zerwaniu toksycznych więzi władzy politycznej i religijnej.’ Ta więz, jedyna w swoim rodzaju w kraju europejskim niewątpliwie jest (historia to pokazala) siłą w Polsce. Naturalnie jeśli nie jest skorumpowana, a korumpcja, w jakiejkolwiek dziedzinie, nauki, gospodarki, kultury, finansów – zawsze jest toksyczna i nalezy walczyć z korumpcją a nie z więzią.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz