Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Ziarna i plewy strategii obronnej USA

Dalekowschodnie wybrzeża Pacyfiku, Europa i Bliski/Środkowy Wschód jako główne obszary geostrategicznego niepokoju USA – to brzmi zaskakująco konserwatywnie, zważywszy na rosnące zainteresowanie Amerykanów (i Chińczyków!) obszarami polarnymi, o których w strategii obrony ani słowa. Czyżby usypiano czujność rywali?

Modernizacja „triady jądrowej” i bardziej zdecydowane wspieranie dyplomacji poprzez użycie wojska, bądź przynajmniej przez bardziej wiarygodną groźbę – to najczęściej komentowane elementy „National Defense Strategy 2018” (NDS), którą niedawno omawiali publicznie sekretarz obrony USA, James Mattis i jego zastępca Elbridge Colby. Ale w tle są inne, bodaj bardziej interesujące.

Zacznijmy od podstawowego pytania: po co publikuje się takie dokumenty? Idealiści uważają, że dla poinformowania o oglądzie środowiska bezpieczeństwa i o planach reakcji na wyzwania. Cynicy – lub, jak kto woli, realiści – skłonni są uważać, że często celem jest manipulowanie przeciwnikami, a niekiedy sojusznikami i własną opinią publiczną.

Sceptyczny odruch budzą wzmianki o „zaległościach” w stosunku do rywali i o konieczności ich szybkiego nadrabiania. Także ograniczenie wymaganych dotychczas zdolności bojowych sprawia wrażenie „straszaka na kongresmenów” przed batalią o pieniądze podatników

Czy wobec tego jest sens pochylać się nad ujawnioną (co prawda tylko w postaci skrótu) strategią amerykańską? Owszem. Profesjonaliści mają bowiem zwyczaj opakowywać manipulacje w porcję informacji prawdziwych. Sztuka polega więc na zachowaniu ostrożności i odróżnieniu tych komponentów. Wywiady wielu państw konfrontują teraz to, co napisano, z tym, co politycy i wojskowi mówią nieoficjalnie (także fryzjerom i kochankom), z tym, co uda się podsłuchać i podejrzeć w cyberprzestrzeni oraz tym, co można wyczytać z obserwacji tysięcy drobnych, konkretnych działań w machinie wojskowej, administracyjnej i gospodarczej USA. Z tych puzzli poskładają wersję bliższą prawdy, niedostępną zwykłym śmiertelnikom. Ale ci nie są bez szans; kierując się pewną dozą wiedzy i zdrowego rozsądku można pokusić się o oddzielenie ziarna od plew. Te drugie zresztą też bywają pouczające – podobnie jak to, czego w tekście w ogóle brak.

Trudno wątpić, że prawdziwe jest sklasyfikowanie głównych przeciwników USA. W pierwszym rzędzie – kraje, które próbują podważyć ideowe fundamenty amerykańskiej hegemonii: coraz bardziej asertywne Chiny i sekundująca im Rosja. „Zbójeckie” mocarstwa regionalne, zagrażające interesom USA – Iran i Korea Północna – tylko pośrednio, w drugiej kolejności. I na koniec „terroryzm”, pojemny worek, do którego da się wrzucić bardzo różne działania wielu podmiotów. Dalekowschodnie wybrzeża Pacyfiku, Europa i Bliski/Środkowy Wschód jako główne obszary geostrategicznego niepokoju USA – to też brzmi logicznie, acz zaskakująco konserwatywnie, zważywszy choćby na rosnące, także militarne i wywiadowcze, zainteresowanie Amerykanów (i Chińczyków!) obszarami polarnymi, o których w upublicznionym dokumencie ani słowa. Czyżby było to klasyczne usypianie czujności rywali?

Mamy za to sporo o cyberprzestrzeni i o Kosmosie jako potencjalnym obszarze realnego konfliktu, i to jest potwierdzenie oczywistości. Konsekwentnie, NDS kładzie duży nacisk na innowacyjność i modernizację. Także na “Professional Military Education” (PME), która poprzez nowatorskie „zarządzanie talentami” (na styku wojskowo-cywilnym) ma stanowić „strategiczny składnik budowania interoperacyjności między Siłami Połączonymi oraz siłami sojuszniczymi i partnerskimi”. Nota bene jest to istotny wzorzec dla tych, którzy głowią się nad polską strategią. Im warto byłoby zawiesić na ścianie wypisany dużymi literami cytat – „długoterminowa konkurencja strategiczna wymaga płynnej integracji wielu elementów krajowych: władza-dyplomacja, informacja, ekonomia, finanse, wywiad, organa ścigania i wojsko”. Informacja na drugim miejscu. Wywiad na piątym – przed wojskiem, mimo, że to przecież dokument resortu obrony. Kto chce, może to uznać za kolejność przypadkową…

NATO, poza rytualnym zaklęciem o jego znaczeniu, jest wspomniane tylko jako twór, który „musi się dostosować, aby pozostać adekwatnym i właściwym dla naszego czasu

To, co budzi sceptyczny odruch, to przede wszystkim częste wzmianki o „zaległościach” i „opóźnieniach” w stosunku do rywali i o konieczności ich szybkiego nadrabiania, w kontekście perspektywy budżetowej 2019-23. Także ograniczenie wymaganych dotychczas zdolności bojowych – przejście od równoczesnego prowadzenia skutecznych działań przez w pełni zmobilizowane Siły Połączone przeciw przynajmniej dwóm poważnym agresorom jednocześnie, do „pokonania agresji wielkiej potęgi przy odstraszaniu agresji gdzie indziej” sprawia wrażenie „straszaka na kongresmenów” przed batalią o pieniądze podatników.

W dokumencie często pojawia się sformułowanie „partnerzy i sojusznicy”, zazwyczaj w kontekście elastycznego doboru tychże i poszukiwania nowych. NATO, poza rytualnym zaklęciem o jego znaczeniu, jest wspomniane tylko jako twór, który „musi się dostosować, aby pozostać adekwatnym i właściwym dla naszego czasu”. Plus nadzieja, że „europejscy sprzymierzeńcy wywiążą się ze swoich zobowiązań do zwiększenia wydatków na obronę i modernizację”. To symptomatyczne i ważne też z polskiego punktu widzenia – nawet, jeśli uznać, że to tylko kolejny straszak.

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, zastępca dyrektora Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, przewodniczący Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu i wywiadu konkurencyjnego. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej; stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz