Newsletter

Zmiana ustawy o IPN: dobre intencje nie wystarczą

Zapisy nowelizacji ustawy o IPN sięgają dalej, aniżeli słusznie krytykowana w Polsce ukraińska „Ustawa o statusie prawnym i uszanowaniu pamięci uczestników walki o niepodległość w XX wieku". Politykę pamięci trzeba prowadzić mądrze

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Przyjęte 26 stycznia 2018 r. przez Sejm RP zmiany w ustawie o IPN wywołały gwałtowny konflikt z Izraelem, protest międzynarodowych organizacji żydowskich, a także spotkały się z ostrą krytyką na Ukrainie. Pomimo że trudno zgodzić się z tonem krytyki płynącej z Kijowa, a zwłaszcza z Jerozolimy, nowe prawo wzbudza szereg wątpliwości. Jeżeli nowelizacja ustawy nie zostanie zmodyfikowana w Senacie, a następnie uzyska podpis prezydenta, dojdzie do kilku istotnych zmian.

Po pierwsze, przedmiotem zainteresowania IPN obok zbrodni nazistowskich i komunistycznych będą odtąd „zbrodnie ukraińskich nacjonalistów i członków ukraińskich formacji kolaborujących z Trzecią Rzeszą”. Tym samym, zgodnie z obowiązującym art. 55, zaprzeczanie zbrodniom popełnionym przez „ukraińskich nacjonalistów” będzie podlegać karze grzywny lub pozbawienia wolności do lat 3. O ile w nowelizacji dość skrupulatnie wyjaśniono, czym są zbrodnie popełnione przez ukraińskich nacjonalistów (ludobójstwo na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, udział w eksterminacji Żydów, działalność terrorystyczna), to zupełnie nie wiadomo kim w myśl nowelizacji jest „ukraiński nacjonalista”. Niesprecyzowanie tego terminu pozostawia olbrzymią swobodę interpretacyjną. Absolutnie kuriozalne są także ramy chronologiczne, w których zdaniem Sejmu miały miejsce „zbrodnie ukraińskich nacjonalistów”, a więc lata 1925-1950.

Warto przypomnieć, że Izrael może być cennym sojusznikiem w walce o pamięć zbrodni ukraińskich nacjonalistów.

Obawy budzą również intencje ustawodawców nowelizacji. W listopadzie 2016 r. podczas dyskusji w Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka inicjator zmian, poseł Tomasz Rzymkowski przekonywał, że mówienie o wojnie polsko-ukraińskiej „jest deprecjonowaniem tego, co miało miejsce i powinno spotkać się z odpowiedzialnością karną”. Pomimo że Rzymkowski ma rację w samej ocenie koncepcji „drugiej wojny polsko-ukraińskiej”, to praktyczne zastosowanie zapisów tej ustawy oznaczać może wytoczenie procesu m.in. prezesowi ukraińskiego IPN Wołodymyrowi Wjatrowyczowi i faktyczne zerwanie polsko-ukraińskiego dialogu historycznego (zgodnie z art. 55b odpowiedzialność karną od tej pory ponosić będą również cudzoziemcy). Warto tu dodać, że te zapisy sięgają dalej, aniżeli słusznie krytykowana w Polsce ukraińska „Ustawa o statusie prawnym i uszanowaniu pamięci uczestników walki o niepodległość w XX wieku”. W niej też jest mowa o karaniu cudzoziemców za określone interpretacje historii, ale nie ma żadnych mechanizmów odpowiedzialności karnej.

Zdecydowanie największe emocje wzbudził art. 55a nowelizacji, przewidujący, że ten, kto „publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę zbrodnie nazistowskie  […] lub za inne przestępstwa stanowiące zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywistych sprawców tych zbrodni, podlega grzywnie lub karze pozbawienia wolności do lat 3”. Nie poniosą odpowiedzialności karnej osoby, które popełniły takie działania w ramach działalności naukowej bądź artystycznej.

Przyjęte przepisy są bardzo niejasne. Nie do końca wiadomo, co dla prokuratorów czy sądów oznaczać będzie wyrażenie „Naród Polski”. Co prawda w uzasadnieniu dla rządowego projektu ustawy o IPN (druk 806) odwołano się do zawartego w preambule Konstytucji sformułowania, iż „Naród Polski – to wszyscy obywatele Rzeczpospolitej”, ale już w dokumencie przekazanym Senatowi brakuje tego uzasadnienia. Pomimo że inicjator zmian, wiceminister sprawiedliwości Patryk Jaki przekonuje, że ustawodawcom chodziło o przypadki przypisywania zbrodni całemu narodowi, a nie jego poszczególnym członkom, to niejasność zapisów może budzić obawy o to, że mogą być interpretowane zgodnie z aktualną koniunkturą polityczną. Nie wiadomo też, co oznaczają konkretnie określenia „odpowiedzialność”, czy „współodpowiedzialność”.

Nie wiadomo, czy odwoływanie się przez nauczycieli czy dziennikarzy do „niewłaściwych” prac naukowych
będzie się jawić jako przestępstwo, czy też nie. Nie jest jasne nawet, kto będzie ustalał, czy dana praca
posiada naukowy charakter czy też jest go pozbawiona

Przyjęte zmiany mogą być potencjalnie niebezpieczne dla wolności wypowiedzi w działalności publicystycznej i edukacyjnej. Pojawiają się tu także wątpliwości.

Niepokój budzi wypowiedź ministra Jakiego, w której przekonywał, że „jeżeli pan Gross znajdzie ślady w lesie jakiejś nowej zbrodni i zbuduje sobie całe zaplecze archeologiczne, naukowe”, to wówczas nie będzie podstaw, aby postawić go przed sądem. A co z naukowcami, którzy formułują swoje tezy bez prowadzenia ekshumacji? I czy w takim razie w ogóle będzie można mówić o polskich zbrodniach w miejscach, gdzie poszukiwań ofiar nie przeprowadzono?

Nowelizacja wprowadza również możliwość składania pozwów cywilnych o ochronę dobrego imienia Rzeczypospolitej Polskiej lub Narodu Polskiego. Wytoczyć może je IPN lub organizacja pozarządowa. Tutaj nie sposób nie zacytować posła Marcina Święcickiego (PO), który podczas posiedzenia Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka pytał: „Czy my będziemy pierwszym narodem, pierwszym krajem, gdzie nasze organizacje pozarządowe zaczną wrzucać do sądów sprawy o to, że ktoś opublikował kolejne wydanie polish jokes w Stanach Zjednoczonych?”. Sam z kolei potrafię sobie wyobrazić sytuację, w której skrajnie prawicowy NGO pozywa IPN z racji faktu, iż ten uznał zbrodnie Romualda Rajsa „Burego” za noszące znamiona ludobójstwa. Chcę mieć nadzieję, że przejaskrawiam.

Z kłamstwem o „polskich obozach śmierci” należy naturalnie walczyć. Podobne działania należy podejmować względem interpretacji zbrodni wołyńskiej jako „drugiej wojny polsko-ukraińskiej”. Z tym, że pierwszym krokiem powinna być szeroko zakrojona dyplomacja publiczna, w tym kulturalna. Zadanie to spoczywa na MSZ, ale także na IPN. Niestety już realizacja tego obowiązku za kadencji prezesa Szarka wygląda co najwyżej przeciętnie. Choć zajmuję się na co dzień stosunkami polsko-ukraińskimi, trudno mi wskazać choć jedną próbę trafienia do Ukraińców z polską narracją na temat Wołynia. W sprawach polsko-żydowskich jest być może nieco lepiej, ale chyba tylko z uwagi na aktywność Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Działalność Polskiej Fundacji Narodowej, która również powinna zajmować się promocją naszego kraju za granicą, litościwie przemilczę.

Jeżeli już faktycznie chcemy penalizować historię (czemu osobiście jestem przeciwny), to w naszym interesie jest stworzenie ustawodawstwa możliwie jak najbardziej ścisłego, precyzyjnego i niebudzącego wątpliwości, które co najwyżej penalizowałoby określenia: „polskie obozy śmierci”, „polskie obozy zagłady” oraz „polskie obozy koncentracyjne”. Tymczasem prawdopodobnie ściganie osób posługujących się takimi sformułowaniami w ogóle nie będzie możliwe, gdyż nie przypisują one Polakom konkretnych zbrodni.

Last but not least, politycy PiS powinni poważnie zastanowić się nad międzynarodowym wymiarem polityki pamięci. Podejmowanie prób wywrócenia stolika nic nie da, a tylko narazi nas na wizerunkowe straty.

We wrześniu 2016 r. przebywający na Ukrainie z okazji 75-lecia zbrodni w Babim Jarze prezydent Re’uwen Riwlin podczas wystąpienia w Radzie Najwyższej w Kijowie mówił o współodpowiedzialności OUN za Holocaust. W dzisiejszej sytuacji zamiast sojuszu mamy konflikt pamięci zarówno z Ukrainą, jak i Izraelem, a w rolę sojusznika Jerozolimy w walce z „fałszerzami historii” wcielił się sam Władimir Putin. Niech ta sytuacja będzie nam przestrogą na przyszłość.