Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Granice opcji niemieckiej

Marcin Kędzierski słusznie postuluje zmianę podejścia polskiej polityki zagranicznej do Niemiec. Jednak niektóre jego tezy zdają się prowadzić wprost na polityczne manowce – i dlatego domagają się polemiki.

Marcin Kędzierski, szef Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, postuluje radykalną reorientację polskiej polityki zagranicznej w stronę ścisłego sojuszu z Niemcami („Śpieszmy się kochać Niemców. W przededniu europejskiego kryzysu”, portal jagiellonski24.pl). W dobie rekonstrukcji rządu – wiele wskazuje na to, że nie tylko personalnej, ale i politycznej – taka propozycja ze strony wspierającego PiS środowiska wygląda (przynajmniej na pierwszy rzut oka) ciekawie i odważnie.

Trójmorze to z jednej strony cień, a z drugiej – preludium Międzymorza, a więc sformułowanej przez Józefa Piłsudskiego koncepcji federalizacji regionu pod przywództwem Polski, koncepcji, mającej jasny wydźwięk neojagielloński

Rząd Beaty Szydło znacznie ochłodził stosunki z zachodnim sąsiadem, a na krajowej scenie zrobił z emocji antyniemieckiej narzędzie polityczne codziennego użytku. Uzasadnieniem była zbyt uległa względem Berlina polityka rządów PO-PSL i potrzeba wzmocnienia pozycji Polski postawą bardziej asertywną. Jednak ceną rzekomego „wstawania z kolan” okazuje się być nie tylko izolacja w Unii Europejskiej i tyleż klientelistyczna, co niewiele przynosząca orientacja proamerykańska. Ceną jest też podgrzanie w kraju antyniemieckich emocji w sposób wtórnie uzależniający od nich rząd (podobnie zresztą, jak się stało ze sprawą uchodźców z krajów muzułmańskich). Mówiąc inaczej: jeśli PiS dostrzeże potrzebę ocieplenia relacji z Berlinem, będzie to trudne ze względu na postawę wyborców, którą w dużej mierze sam wytworzył.

Polityczne manowce

Tymczasem przesłanki za takim ociepleniem są silne. To, po pierwsze, silna współzależność gospodarcza. Po drugie, i ważniejsze: współzależność polityczna. Wbrew zdezelowanym tezom o „niemieckiej hegemonii w UE” (fałszywie uniwersalizującym specyficzną i przejściową sytuację wyjątkowej słabości Francji z okresu późnego Hollande’a), to Paryż najbardziej nadaje dziś ton dyskusji o przyszłości Unii, a rozdźwięk francusko-niemiecki jest najgłośniejszy od wielu lat. W jego ramach znad Sekwany płyną (donośnie jak nigdy przedtem) głosy o potrzebie Unii mniejszej, ale ściśle zintegrowanej, podczas gdy Berlin – największy hamulcowy tych zapędów – nad głębię integracji przedkłada dużą organizację, obejmującą Europę Środkową. Pomysły francuskie są szczególnie niekorzystne dla „nowych” krajów członkowskich, a zwłaszcza dla Polski, która w wypadku ich realizacji znalazłaby się w sytuacji diabelskiego dylematu: przystąpić do Nowej Unii i utracić gospodarczą konkurencyjność (wskutek m.in. harmonizacji podatkowej i socjalnej), czy znaleźć się w nowo powstałej próżni geopolitycznej, być może nawet w osamotnieniu między UE a Rosją. Niemcy, mające w naszym regionie, a zwłaszcza nad Wisłą ogromne interesy, tego scenariusza nie chcą, ale zdają się coraz bardziej mięknąć pod naporem Francji i jej sojuszników, do których można w tej sprawie zaliczyć także Komisję Europejską. To dlatego poprawa relacji z zachodnim sąsiadem jest – w perspektywie najdalej 5-10 lat (wspomniane, skrajnie niekorzystne dla nas plany rozpisane są do roku 2025), ale możliwe też, że znacznie szybciej – sprawą dla polskiej racji stanu kluczową.

Kędzierski dostrzega przesłankę gospodarczą, zupełnie inaczej odbiera jednak polityczną. Z obu wyciąga częściowo błędne wnioski, co – pod powłoką generalnej słuszności – prowadzi go do koślawego obrazu polsko-niemieckiego zbliżenia. O ile błędy rzeczowe w rodzaju stwierdzenia o grożącym Europie jakoby po raz pierwszy statusie światowej peryferii gospodarczej (w rzeczywistości globalnym centrum została dopiero w epoce kolonializmu) można zostawić na boku, o tyle niektóre tezy Kędzierskiego zdają się prowadzić wprost na polityczne manowce – i dlatego domagają się polemiki.

Po co Niemcom Trójmorze?

Absurd zakładania dezintegracji UE jako jedynego możliwego scenariusza i tezy o „gasnącym tandemie niemiecko-francuskim”, który miałby zostać zastąpiony przez duumwirat Warszawa-Berlin (sic!) obnażył już w polemice z szefem CAKJ Adam Traczyk. Odnotujmy jednak dla porządku, że dezintegracja jest oczywiście tylko jednym z możliwych scenariuszy przyszłości, poziom entuzjazmu dla Unii wśród Europejczyków (twierdzenia Kędzierskiego stoją tu w sprzeczności z badaniami unijnej opinii publicznej publikowanymi przez Eurobarometr) wzrasta ostatnio, a nie spada, a dominującym prądem myślenia nie tylko europejskich elit coraz wyraźniej jest (w różnych wariantach) ucieczka do przodu, czyli ściślejsza integracja. Przekonanie o wypalaniu się sojuszu niemiecko-francuskiego ma jeszcze słabsze podstawy: ze wspomnianej rozbieżności wynika tylko tyle, że w obecnej fazie ścierają się różne interesy i wizje; bardziej prawdopodobny jest kompromis między nimi, jak to już wielokrotnie w tej relacji bywało, niż trwały rozpad. Stąd i słuszna uwaga Traczyka, że wieszczony przez Kędzierskiego „meteor” (metafora dezintegracji UE), który jakoby „już leci”, może uderzyć tylko w Polskę.

To właśnie z niemieckim „wsparciem” Trójmorze jest niemożliwe, oznacza bowiem taki kształt projektów infrastrukturalnych, aby w najlepszym razie utrzymać stan większej zależności Węgier, Czech czy Łotwy od Niemiec niż od Polski, jeśli nie – zwiększyć go

Na tym jednak nie koniec. Twierdzi Kędzierski, że „bez niemieckiej pomocy nie uda się zbudować żadnej poważnej koalicji w ramach Trójmorza. Powiem nawet więcej ‒ bez Niemiec Trójmorze nigdy realnie nie zaistnieje”. Snując takie rozważania, trzeba sobie zadać pytanie: jaki jest sens polityczny tego projektu? Nie jest nim, oczywiście, formalny cel tej organizacji, czyli rozbudowa infrastruktury w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Gdyby było, nie wychodziłaby ta idea – w kształcie jasno nawiązującym do Międzymorza – z ust polityków mówiących o nim od lat i wprost inspirujących się Józefem Piłsudskim i sanacją.

Trójmorze to z jednej strony cień, a z drugiej: preludium Międzymorza, a więc sformułowanej przez Marszałka koncepcji federalizacji regionu pod przywództwem Polski, mającej jasny wydźwięk neojagielloński. To wizja Polski mocarstwowej, oparta o trzeźwe odczytanie realiów geopolitycznych: albo Warszawa jest w stanie objąć przywództwo w regionie, czyli, nawiązując do słynnej maksymy Marszałka, „być wielką”, albo – dopuszczając tu wpływy rosyjskie i/lub niemieckie – „nie będzie jej wcale”. Ta ostatnia fraza naznaczona jest rzecz jasna katastrofizmem czasów Piłsudskiego. W kategoriach ponadczasowej geopolityki nie musi oznaczać koniecznie politycznego niebytu, może też: kolonizację czy klienckość, słowem – podrzędność.  Z drugiej strony, zaktualizowane Międzymorze nie musi wcale prowadzić do regionalnej federacji, ale do jakiejś innej formy środkowoeuropejskiej integracji pod polskim przywództwem.

Nowe szaty Mitteleuropy

Po latach rozbijania się naszych postulatów nowego Międzymorza i „przywództwa Polski w regionie” o désintéressement środkowoeuropejskich sojuszników, obóz PiS-u, całkiem trzeźwo, dokonał redukcji ambicji: skoro wielki projekt jest obecnie niemożliwy, bo jesteśmy na jego przeprowadzenie za słabi, zacznijmy od czegoś mniejszego, akceptowalnego tak dla zewnętrznych mocarstw, jak i regionalnych sojuszników, co zarazem przybliży ów cel wielki i strategiczny poprzez budowę „bazy”: połączeń infrastrukturalnych, które zintensyfikują handel i inne współzależności między krajami regionu.

Sensem (geo)politycznym Trójmorza jest więc przybliżenie Międzymorza. To zaś oznacza – jeśli nie ma być pastiszem, ale poważnym projektem politycznym – stawkę na zastąpienie zewnętrznych stolic, z Berlinem na czele, w roli dostarczyciela bezpieczeństwa i dobrobytu dla krajów regionu. A więc dokładną odwrotność tego, co twierdzi Kędzierski. Teza, iż „bez Niemiec Trójmorze nigdy realnie nie zaistnieje” jest, w świetle elementarnej geopolityki, oksymoronem. Jest bowiem oczywiste, że to właśnie z niemieckim „wsparciem” Trójmorze jest niemożliwe, oznacza bowiem taki kształt projektów infrastrukturalnych, aby w najlepszym razie utrzymać stan większej zależności Węgier, Czech czy Łotwy od Niemiec niż od Polski, jeśli nie – zwiększyć go. Chyba że zakładamy nagłe i długotrwałe geopolityczne zidiocenie zachodnich sąsiadów, na co jednak nic nie wskazuje. Kędzierski postuluje zatem w istocie nową, uwspółcześnioną formę tradycyjnej niemieckiej Mitteleuropy Feliksa zu Schwarzenberga i Friedricha Naumanna, choć nazywa ją, nie wiedzieć czemu, Trójmorzem. Dla geopolitycznie niewtajemniczonych: owo obcojęzyczne pojęcie oznacza Europę Środkową pod przywództwem Niemiec.

Hegemon pozostanie hegemonem

Tak jak w dywagacjach o zmianach układu sił w regonie szczegóły wywodu Kędzierskiego rozbijają się o ogólne zasady geopolityki, tak w słusznym postulacie zmiany modelu partnerstwa polsko-niemieckiego ogół boleśnie zderza się ze szczegółem. Były prezes Klubu Jagiellońskiego powiada, że „niemieckie firmy powinny rozważyć wejście na prawdziwie partnerskich zasadach w technologiczne konsorcja z przedsiębiorcami zza Odry i lokować tu swoje centra badawczo-rozwojowe”. Piękna wizja. Oparta jednak na założeniu, że „w zakresie polityki innowacyjnej czy jednolitego rynku treści cyfrowych możemy pokazać się jako forpoczta integracji”. Przecieram oczy ze zdumienia i zaglądam do Europejskiego Rankingu Innowacyjności, wedle którego innowacyjność polskiej gospodarki wprawdzie rośnie, ale na tyle wolno, że między 2009 a 2016 rokiem spadliśmy z 23 na 25 miejsce w UE. Jak widać, z faktu, że nasi politycy ciągle o tym mówią, niewiele jeszcze wynika.

Przecieram oczy ze zdumienia i zaglądam do Summary Innovation Index, wedle którego innowacyjność polskiej gospodarki wprawdzie rośnie, ale na tyle wolno, że między 2009 a 2016 rokiem spadliśmy z 23 na 25 miejsce w UE. Niemcy są szóste

Tymczasem Niemcy są w owym rankingu szóste. Mają ponad dwa razy więcej ludności i siedmiokrotnie większą gospodarkę (wedle wskaźnika PKB, zaniżającego realny stosunek – jego walną część wytwarzają w Polsce firmy niemieckie, które to zjawisko w drugą stronę nie zachodzi). Naprawdę „muszą bowiem zrozumieć, że o wiele bardziej opłaca się im podzielić swoim know-how i wspólnie z nami go rozwijać, niż występować w roli pana nadzorującego montownie samochodów”? Ilu hegemonów dobrowolnie zrezygnowało w historii ze swojej supremacji i w jakich warunkach? Być może do snucia takich fantazji skłania Kędzierskiego (wprost wyrażone) założenie, że „RFN jest najsłabsza od kilkudziesięciu lat”. Ponownie jednak, wydaje się ono kontrfaktyczne: rzut oka na podstawowe dane polityczne i gospodarcze jasno sugeruje rzecz odwrotną – Niemcy są dziś najsilniejsze od 1945 roku…

Polska powinna dążyć do poprawy relacji z Berlinem przede wszystkim (co nie znaczy: tylko) dlatego, że jest on dla nas fundamentalnie ważny w nadchodzących przetasowaniach geopolitycznych w Europie, starając się zarazem zredefiniować te relacje na korzystniejszym dla nas poziomie. Opcja niemiecka była, jest i będzie jedną z możliwych orientacji naszej polityki zagranicznej. Ma jednak swoje granice. Jedną z nich wyznacza cena za poprzednią idyllę w dwustronnych relacjach, w postaci m.in. Nord Stream 2 i upadku polskich stoczni. Drugą – ogromna asymetria potencjałów. „Sojusz z silniejszym nie jest bezpieczny” – twierdził rzymski poeta Fedrus i nadal ma rację; rzecz w tym, że bez potężnego równoważenia innymi czynnikami, sojusz z Niemcami oznacza polski klientelizm. Trzecią granicę wskazuje chłodna kalkulacja oparta na faktach i znajomości geopolityki.

Niestety, Kędzierski forsuje opcję niemiecką opartą w zbyt dużym stopniu na częstym w Polsce zaklinaniu rzeczywistości. Łatwość, z jaką umniejsza przewagi zachodniego sąsiada i „rozwiązuje” główne problemy strategiczne, z jaką wyolbrzymia polskie atuty w tej relacji skłania do wniosku, że to kolejna wersja typowego dla nas myślenia życzeniowego. Tym razem nieskutkująca wizją mocarstwowej Polski, samodzielnie urządzającej po swojemu obszar między Niemcami a Rosją, ale robiącej to wspólnie z RFN, w niewyjaśnionych okolicznościach awansując w tej relacji do rangi potęgi pokroju Francji. Ewentualne skutki tej wizji będą zapewne odwrotne do zamierzonych, jak to zwykle z zaklinaniem rzeczywistości bywa.

prezes i założyciel „Nowej Konfederacji”, dyrektor Wydawnictwa Nowej Konfederacji. Autor książki "Między wielkością a zanikiem. Rzecz o Polsce w XXI wieku". Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Gazecie Wyborczej", „Gościu Niedzielnym”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Arcanach", „Polsce The Times”, „Super Expressie”, "Fakcie". Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie.

Komentarze

3 odpowiedzi na “Granice opcji niemieckiej”

  1. BR Szczecin pisze:

    Nie uważa Pan, że projekt międzymorza jest ogólnie irracjonalny ? Nie widzę możliwości geopolitycznych przeciwdziałaniu dwóm ośrodkom siły jakimi są Niemcy i Rosja.

  2. Eleonora pisze:

    A czy Bartłomiej Radziejewski był na jakimś stypendium finansowanym przez jakąś niemiecką fundację?

  3. Polak pisze:

    No dobrze Panie Radziejowski. Co Polska zyska na sojuszu z Niemcami, a co straci? Bo na razie tylko Pan tłumaczy, że trzeba się podporządkować, bo “Niemcy są potężne”. A to faktycznie bardziej trąci niemieckim stypendystą niż polskim realistą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zobacz