Newsletter

Wątpliwe obietnice podatkowe PiS

Państwo nie straci być może wiele na obiecanej przez premiera obniżce CIT, ale – przez przechodzenie podatników na niższy podatek – straci sporo na PIT, a przede wszystkim na składkach ZUS

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Podczas sobotniej konwencji PiS, premier Mateusz Morawiecki przedstawił kilka obietnic związanych z podatkami i ZUS. Najważniejsze z nich to – kolejna już – obniżka CIT, tym razem do 9%, i wprowadzenie proporcjonalnej do przychodów składki ZUS dla najmniej zarabiających przedsiębiorców. Rozwiązania te z pewnością mają siłę propagandową, ale pierwsze z nich może być antyrozwojowe, a drugie jest jedynie połowiczne.

Jako grupę objętą planowaną obniżką CIT premier wskazał małe i średnie firmy, jednak wypowiedź ta nie była precyzyjna. Poprzednia obniżka CIT, do 15%, dotyczyła tzw. małych podatników definiowanych zgodnie z ustawą o podatku dochodowym od osób prawnych. Według tej ustawy, małym podatnikiem jest firma, u której wartość sprzedaży (wraz z kwotą podatku VAT) nie przekroczy w 2017 r. kwoty
1 200 000 euro. Skoro premier mówi o kolejnej obniżce stawki 15-procentowej, oznacza to, że najprawdopodobniej obejmie ona właśnie małych podatników – grupę firm dużo mniejszą niż grupa firm małych i średnich, zdefiniowana w ustawie o swobodzie działalności gospodarczej. Co więcej, wśród tych najniżej zarabiających firm CIT-owcy stanowią stosunkowo niewielką grupę. Zdecydowana ich większość to jednoosobowe działalności gospodarcze płacące podatek PIT.

Obiecana przez premiera obniżka CIT może działać antyrozwojowo. W niektórych przypadkach przedsiębiorcom nie będzie opłacało się rozwijać firmy i osiągać wyższych dochodów, gdyż po przekroczeniu progu 1,2 mln euro będą musieli zapłacić wyższy podatek. Przy tym – inaczej niż w przypadku PIT, gdzie płaciliby podatek tylko od nadwyżki nad daną kwotą – będą musieli zapłacić wyższą stawkę CIT od całości dochodów, co prowadzić będzie do absurdalnych sytuacji, w których np. zarobienie kolejnych 50 tysięcy złotych oznacza dla firmy de factostratę.

Obiecana przez premiera obniżka CIT może działać antyrozwojowo. W niektórych przypadkach przedsiębiorcom nie będzie opłacało się rozwijać firmy i osiągać wyższych dochodów

Być może po wprowadzeniu kolejne obniżki rząd znów będzie mógł się pochwalić, że wzrosły wpływy z podatku CIT. Jednak prawdopodobnie będzie to skutek tego, że część firm zmieni formę działalności gospodarczej z jednoosobowej (w której płaci PIT w wysokości 19%) na przykład na spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, opodatkowaną 9-procentowym CIT. Jest to bardzo niebezpieczna forma legalnego arbitrażu podatkowego, czyli zmniejszania zobowiązań wobec państwa przez przejście na inny podatek. Co prawda teoretycznie członkowie zarządu takiej spółki za swoje wynagrodzenia muszą także płacić podatek dochodowy, podobnie jak wspólnicy uzyskujący dywidendę, jednak istnieje szereg sposobów – nie do końca legalnych, ale powszechnie stosowanych – na wyciągnięcie tych pieniędzy ze spółki z mniejszym opodatkowaniem lub zgoła bez niego. Przykładowo spółka mająca na koncie 5 milionów złotych może udzielić wieloletniej pożyczki na tę kwotę prezesowi lub komuś z jego rodziny na 20 lat. Wtedy prezes może z tych pieniędzy swobodnie korzystać, a wątpliwe jest, by po dwudziestu latach urząd skarbowy zorientował się, że pożyczkobiorca tej kwoty nie spłacił.

Innym sposobem drenażu zysków spółki – formalnie rzecz biorąc całkowicie legalnym – jest wynajmowanie spółce przez członka zarządu prywatnej nieruchomości; w takiej sytuacji płaci on nie 19% PIT, ale jedynie 8,5% ryczałtowego podatku. Od 2018 r. dla tej formy opodatkowania obowiązuje wprawdzie limit przychodów w wysokości 100 000 zł rocznie, jednak nadal jest to kwota wystarczająco wysoka, by rozwiązanie tego typu było opłacalne.

Państwo zatem nie straci być może wiele na obniżce CIT, ale przez przechodzenie na niższy podatek straci sporo na PIT, a przede wszystkim na składkach ZUS. Będzie tak zarówno w przypadku opisanych wcześniej sposobów obchodzenia podatku, jaki w sytuacji, w której członek zarządu będzie pełnił swoją funkcję bez wynagrodzenia, ale spółka wypłacać mu będzie dywidendę. Od dywidendy bowiem nie płaci się składek ZUS, a jedynie podatek.

Propozycja premiera Morawieckiego w pewnym sensie rozwiązuje więc problem z ZUS najmniej zarabiających przedsiębiorców, natomiast wielcy przedsiębiorcy nadal będą w sytuacji nadmiernie uprzywilejowane

Obiecywana przez premiera składka ZUS proporcjonalna do zarobków do wysokości 2,5-krotności wynagrodzenia minimalnego (obecnie ok.5250 zł brutto) jest z pewnością krokiem w dobrą stronę, jednak niewystarczającym. Problem obecnego ZUS-u o stałej stawce, niezależnej od przychodów, trzeba rozwiązać. Aktualny system jest porażką dla zarówno dla drobnych przedsiębiorców (np. sklepów osiedlowych), jak i dla budżetu państwa. Najmniej zarabiający przedsiębiorcy od swoich niewielkich dochodów (a nawet wtedy, kiedy nic nie zarobią) muszą co miesiąc odprowadzać ponad 1100 zł. Natomiast tyle samo płacą przedsiębiorcy, osiągające bardzo duże zyski – a istnieje w Polsce wiele takich jednoosobowych działalności gospodarczych. Przykładowo firma zarabiająca miesięcznie 3000 złotych zapłaci na ZUS około 40 proc. swoich przychodów, a firma zarabiająca 300 000 – jedynie 0,3 proc.Propozycja premiera Morawieckiego w pewnym sensie rozwiązuje więc problem z ZUS najmniej zarabiających przedsiębiorców, natomiast wielcy przedsiębiorcy nadal będą w sytuacji nadmiernie uprzywilejowanej. Osobom dużo zarabiającym bardziej będzie opłacało się także zakładać własne, jednoosobowe firmy i pracować jako podwykonawca, mimo że w rzeczywistości będą wykonywać pracę etatową.

Wszystko wskazuje więc na to, że – mimo siły propagandowej – pierwsza obietnica premiera Morawieckiego jest krokiem w tył, a druga – rozwiązaniem jedynie połowicznym. Polski system danin publicznych potrzebuje zmian, ale te zaproponowane przez premiera Morawieckiego nie są rozwiązaniami zadowalającymi.