Macron nie odpuszcza, Merkel zachęca do kompromisu

Aktualności,

Wtorkowe przemówienie prezydenta Emmanuela Macrona w Parlamencie Europejskim w Strasburgu nie było zaskakujące. Trzeba bowiem brać pod uwagę jego wcześniejsze głośne wystąpienia w kwestii europejskiej (np. na Sorbonie jesienią 2017 roku), a przede wszystkim europejski kontekst polityczny, który towarzyszył już jego wyborowi przed rokiem, a który generalnie nie zmienił się. Chodzi o narastający eurosceptycyzm w kolejnych państwach członkowskich, który znów się ożywił przy okazji niedawnych wyborów we Włoszech i na Węgrzech. W tym kontekście wybór Macrona, który – przypomnijmy – był podczas francuskiej kampanii wyborczej najbardziej euroentuzjastycznym kandydatem, a drugiej turze pokonał Marine Le Pen – ikonę eurosceptyków, miał fundamentalne znaczenie. Przywrócił on bowiem wiarę w pomyślną przyszłość Unii Europejskiej jako projektu stale pogłębiającej się integracji.

 

W Strasburgu Macron najpierw przestrzegł przed uleganiem pokusom „demokracji nieliberalnej”, co było wyraźnym znakiem sprzeciwu wobec kierunku w jakim podążają Węgry i Polska (chociaż trzeba tu poczynić zastrzeżenie, że Polska od kilku miesięcy rozmawia z Brukselą). Zaś w kontekście jego stale powtarzanego celu – Unii coraz większej konwergencji – powinno to wskazywać na rosnący kłopot tych państw członkowskich, które nie tylko nie są gotowe do większej integracji, ale i kontestują model „demokracji liberalnej”. Nie wiadomo, oczywiście, jak się ta rozgrywka skończy, ilu sprzymierzeńców i jakiej wagi politycznej Macron znajdzie dla swojego projektu. W każdym razie powtarzając w Strasburgu swój projekt Europy „bardziej suwerennej”, prezydent Francji jeszcze raz zdystansował się od europejskich maruderów w ogólności, a od Węgier i Polski szczególnie.

Co się tyczy reform w strefie euro, warto odnotować, że Macron nie powtórzył swoich dawniejszych propozycji utworzenia osobnego parlamentu dla strefy oraz utworzenia stanowiska ministra finansów strefy

Bardzo wyraźnym punktem odniesienia w jego europejskiej strategii jest maj 2019 roku – czyli wybory do Parlamentu Europejskiego. Prezydent Francji proponuje, aby tym razem stawką wyborów uczynić rzeczywiście kwestie europejskie. Od razu powiedzmy, że jeszcze nigdy tak nie było. Obserwujemy to od 2009 r. w Polsce, ale w krajach „starej Europy” nie jest z tym o wiele lepiej. Z tym pomysłem wiąże się organicznie inny: tzw. konsultacje obywatelskie w krajach członkowskich, które Macron zainaugurował zaraz po wizycie w Strasburgu, udając się do miejscowości Épinal w departamencie Wogezy, gdzie dyskutował z kilkuset osobami na temat żywotnych kwestii europejskich. W pewnym sensie jest to powtórka z jego kampanii prezydenckiej z 2017 roku, podczas której jasno deklarował się jako polityk proeuropejski. Zdecydował się podjąć wyzwanie, zamiast unikać go – co dotąd raczej było normą. Czy to się uda w ciągu najbliższego roku na skalę Unii, zobaczymy.

Najważniejsza w strasburskim przemówieniu formuła to „nowa europejska suwerenność, zdolna dać ochronę Europejczykom”. Jest to niewątpliwie myślenie ofensywne, wiara w to, że uda się przekonać coraz bardziej krytycznych wobec Unii jej obywateli, że bez UE żyłoby się im gorzej niż z nią. Aby tego dokonać, nie wystarczy jednak wskazać na stan obecny wspólnoty, lecz trzeba pokazać, że w zasięgu ręki są takie zmiany, które tę konkretną ochronę zapewnią. Macron wymienił tu cztery sektory: imigracja (czy właściwie takie rozwiązanie problemu imigracji, które rozładowałoby lęki), walka ze zmianami klimatycznymi, uregulowania prawne dotyczące Internetu (podatkowe i ochrony danych osobowych) oraz zmiany instytucjonalne w ramach strefy euro. Prezydent uważa, że konieczne są spektakularne sukcesy, powiększające ową „europejską suwerenność”, co poprawi klimat i pozwoli euroentuzjastom wygrać w 2019 roku.

Co się tyczy reform w strefie euro, warto odnotować, że Macron nie powtórzył swoich dawniejszych propozycji utworzenia osobnego parlamentu dla strefy oraz utworzenia stanowiska ministra finansów strefy. Najwyraźniej jego projekt jest skromniejszy (czy może wobec niechęci wielu stolic i braku zdecydowanego poparcia Berlina – bardziej realistyczny), prezydent za to powtórzył, że koniecznym jest dokończenie rozpoczętej w czasie kryzysu finansowego reformy mechanizmów finansowych (tzw. unia bankowa).

Wydaje się więc, że wielki projekt Emmanuela Macrona, z którym wygrał wybory roku temu, a który zakładał wsparcie Niemiec (bo Angela Merkel miała uzyskać po wyborach polityczną swobodę ruchów, co się nie stało) nie spełni się

Teraz kluczowa jest reakcja Berlina, gdzie wczoraj (w czwartek, 19 kwietnia) udał się Emmanuel Macron. Wspólna konferencja prasowa obojga przywódców w, będącym jeszcze w budowie, Humboldt Forum pokazała wyraźnie, że ambicje gościa z Paryża są delikatnie hamowane przez jego berlińskiego gospodarza. Pani kanclerz powiedziała: „Nie możemy narzucić naszych wartości i naszych interesów w świecie, o ile nie pracujemy wspólnie na skalę europejską”. Inaczej mówiąc: propozycje francuskie w ich obecnym kształcie zanadto dzielą Unię, aby mogły być poparte przez Niemcy. Pozycja Angeli Merkel jest trudna w jej własnym obozie: konserwatyści z Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) są przeciwni budżetowi strefy euro, a także przekształceniu Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego w Europejski Fundusz Walutowy. Z kolei koalicyjna Socjaldemokratyczna Partia Niemiec (SPD) też jest mniej skłonna do reformowania UE, niż za czasów, gdy kandydatem partii na kanclerza był Martin Schulz. Wydaje się więc, że wielki projekt Emmanuela Macrona, z którym wygrał wybory roku temu, a który zakładał wsparcie Niemiec (bo Angela Merkel miała uzyskać po wyborach polityczną swobodę ruchów, co się nie stało) nie spełni się. Na razie strony dały sobie czas do 19 czerwca, kiedy spotkają się by uzgodnić stanowisko przed szczytem europejskim 29 czerwca.

Krótko mówiąc: ambicja plus realizm, plus oczekiwanie na zielone światło w Berlinie.