Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Tłumacz znaczy przyjaciel

Pojawia się pytanie: kim był Karl Dedecius? Niemcem rozkochanym w polskości, a może ukrytym Polakiem, którego los rzucił nad Ren?

Pojawia się pytanie: kim był Karl Dedecius? Niemcem rozkochanym w polskości, a może ukrytym Polakiem, którego los rzucił nad Ren? 

W dzień był zwykłym pracownikiem niemieckiej firmy ubezpieczeniowej Allianz. Po zmroku wychodził na łowy. Polował na aforyzmy, by ściągnąć z ich twarzy maski skrywające to, co naprawdę znaczą. Ujeżdżał metafory i nawet najbardziej przestarzały archaizm, czy rzekomo nieprzekładalny na obce języki rym, nie był w stanie go obezwładnić. Chyba że swoją melodią, skłaniającą do tego, by dać się przetłumaczyć z, jak niektórzy twierdzą, języka poetów (polskiego), na język filozofów (niemiecki). Karl Dedecius – bo tak nazywał się nasz bohater – nie prowadził swojej walki z wzajemnym niezrozumieniem dwóch zwaśnionych narodów sam, a jednak to jemu bezsprzecznie należy się palma pierwszeństwa, o którą bezinteresownie ubiegał się przez kilkadziesiąt lat swojego dorosłego życia.

Trudno wymienić polskiego poetę, którego choćby jednego wiersza nie przełożył na język niemiecki. Począwszy od Biernata z Lublina, przez Mikołaja Reja czy Adama Mickiewicza, po poetów Młodej Polski i polskiego futuryzmu. Najbardziej ukochał sobie jednak twórców współczesnych. Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert, Wisława Szymborska czy Adam Zagajewski – wszyscy doczekali się płynących spod jego pióra przekładów na język niemiecki. Był także propagatorem polskości, choćby jako założyciel Niemieckiego Instytutu Kultury Polskiej w Darmstadt, czy nieformalny doradca niemieckich kanclerzy i prezydentów, którzy przed wizytami w Polsce radzili się go, a nawet zabierali ze sobą w podróż. 20 maja tego roku skończyłby 95 lat, umarł jednak 26 lutego 2016 roku.

Dziecko wojny

Urodzony w 1921 roku Dedecius dorastał w Łodzi. Bawił się z polskimi, rosyjskimi i żydowskimi dziećmi, zamieszkującymi ten znany z „Ziemi obiecanej” Reymonta tygiel kulturowy. Aż przyszła wojna. „Właśnie w 1939 roku, gdy ogłoszono nas (czysta formalność) »dojrzałymi« (dlaczego właściwie »dojrzałymi« i do czego »dojrzałymi«?), właśnie w tej chwili, gdy przed Panem i mną stały pierwsze własne i wolne decyzje, zostaliśmy obaj nagle wrzuceni w skrajną niewolę. W dwie skrajne sytuacje przymusowe. W jednej chwili stałem się potencjalnym faszystą, a Pan moją potencjalną ofiarą” – pisał w jednym z listów, stanowiących część dłuższego eseju, do Tadeusza Różewicza, poety, który także odegra w jego tłumaczeniowej twórczości istotną rolę. Dedecius trafił najpierw do Służby Pracy Rzeszy, później do Wehrmachtu i walczył na froncie wschodnim. Tam, wzięty do niewoli, spędził 7 lat w łagrze, gdzie, wraz z innymi więźniami, budował kanał Wołga-Don. Tu dosięgła go pasja. Jako pacjent łagrowego szpitala dostawał od pielęgniarek rosyjskie powieści do czytania. Nie było dla niego problemem to, że nie znał cyrylicy – w końcu znał język polski, pokrewny rosyjskiemu, dzięki czemu literka po literce rozszyfrowywał rosyjską literaturę, by po pewnym czasie nauczyć się języka do tego stopnia, by pisać sowieckim strażnikom listy do ukochanych. Do NRD przyjechał w 1950 roku (do RFN trafił 2 lata później), jednak trudno mu było uznać Niemcy za swoją ojczyznę: w końcu był urodzonym Łodzianinem.

Dedecius tłumaczy, że Theodor Adorno przekonał go, iż pisanie poezji po Auschwitz jest barbarzyństwem – jednak wiersze Różewicza kazały mu zmienić optykę

Jednak to właśnie ta wojna, która o mały włos kosztowała go życie, stała też za jego pasją – a właściwie misją – tłumaczeń. Wróćmy do listu do Różewicza, w którym prosi go o pozwolenie przełożenia na język niemiecki paru jego wierszy. Polski poeta jest jego rówieśnikiem, po latach okazało się nawet, że uczył ich w szkole (choć nie w tym samym momencie) ten sam polonista. W czasie wojny walczył w Armii Krajowej, byli więc, przynajmniej formalnie, wrogami. „Być może byłaby to okazja do zbliżenia” – pisze Dedecius o swoim zamiarze. Po latach staną się bliskimi przyjaciółmi, odwiedzającymi się i nazywającymi siebie nawzajem w listach „Stary Chłopie” – ale teraz jeszcze są „Szanownymi Panami”. Dedecius tłumaczy, że Theodor Adorno przekonał go, iż pisanie poezji po Auschwitz jest barbarzyństwem – jednak wiersze Różewicza kazały mu zmienić optykę. – „Gdy już nic nie pozostanie z osiemdziesięciu tomów akt i stu sześćdziesięciu tysięcy stron frankfurckiego procesu Auschwitz, Pana wiersze – »Warkoczyk« i »Ocalałem prowadzony na rzeź« – nadal będą świadczyć, jako niewielki ułamek »formy niepokoju«, o wielkim ciężarze naszego sumienia – oraz uzasadniać istnienie liryki, która oczyszcza” – pisze do niego.

I nie są to czcze stwierdzenia. Dedecius już w drugiej wydanej przez siebie antologii polskiej poezji sięgnął po bolesny temat wojny. W 1959 roku podarował niemieckim czytelnikom osobliwy prezent, w postaci zbioru wierszy polskich poetów, którzy zginęli w czasie II wojny światowej – począwszy od „Modlitwy żałobnej” Józefa Czechowicza, przez dzieła takich twórców, jak Mieczysław Braun, Tadeusz Hollender, Krzysztof Kamil Baczyński czy Tadeusz Gajcy. Wielu ich niemieckich, żyjących rówieśników odczuło dzięki temu, jakie straty poniosła polska kultura w wyniku II wojny światowej.

Lekcja polskości

Jednak celem działania Dedeciusa nie jest wieczne biczowanie własnych rodaków za Wielką Wojnę – ale przybliżenie im, i, dosłownie, prze-tłumaczenie kultury sąsiada zza Odry. Świadczy o tym choćby sposób, w jaki rozpoczynał swoją działalność. Szukając wierszy do swojej pierwszej antologii „Lektion der Stille” („Lekcja ciszy”), napisał w 1958 roku do kilku mieszkających w Polsce krytyków literackich, z prośbą o radę, czyje i jakie dzieła powinien przełożyć. Świadczy to o tym, że sam wtedy niezbyt orientował się w ówczesnych trendach (co dziwić nie powinno, w końcu było ledwie parę lat po „odwilży”), jednak bardzo chciał te braki nadrobić. – „Pomyślałem, że ten Dedecius to cwaniak. Chciałby wydać antologię, która mu przyniesie pieniądze i chwałę, ale to ja mam mu tą antologię zrobić, bez pieniędzy i chwały” – pisał jeden z odbiorców jego listów, mieszkający wówczas jeszcze w Warszawie, legendarny niemiecki krytyk literacki Marcel Reich-Ranicki, w artykule umieszczonym w… księdze pamiątkowej poświęconej Dedeciusowi z okazji jego 65. urodzin. „Lektion der Stille”, zawierająca wiersze m.in. Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, Juliana Tuwima czy Mieczysława Jastruna, nie przyniosła mu być może zbyt wielu pieniędzy, ale otworzyła drogę do sławy tłumacza i popularyzatora polskiej poezji. Miała też duże znaczenie dla zapoznania Niemców ze współczesną polską poezją – co potwierdziło co najmniej kilkadziesiąt recenzji, jakie ukazały się wówczas w niemieckich gazetach.

„Życie ukształtowało mnie na człowieka, który gdy spotka partnera do dialogu, nie interesuje się prima vista i głównie jego religią, narodowością, poglądami, lecz po prostu pyta o możność prowadzenia ludzkiej, inteligentnej, mądrej rozmowy”

„Lektion der Stille” rozwiązała worek dziesiątków tomików, antologii i zbiorów esejów na temat polskich poetów. Ogromna praca, jaką wykonał, budzi podziw – w końcu tłumaczenie poezji jest bardzo trudne, bo jak jednocześnie przekazać nowemu odbiorcy rytm i przekaz wiersza, i nie oddalić się zbytnio od oryginału? Dedecius, gdy już musiał wybierać między urodą i wiernością przekładu, decydował się na to pierwsze, często swobodnie traktując pierwowzór. Nierzadko budzi to kontrowersje. Germanista prof. Julian Malinowski, pozytywnie nastawiony do metody Dedeciusa, pisze w artykule opublikowanym w pracy zbiorowej „Karl Dedecius. Ambasador kultury polskiej w Niemczech”, że „niejednokrotnie niemiecki tłumacz sam ociera się o niebezpieczny patos, gdzie nadinterpretacja prowadzi na granice śmieszności”. Z reguły jednak te niedokładności w przekładzie „nie są (…) wyrazem sprzeniewierzenia się treści i wymowie oryginału za cenę zachowania jej ogólnego, trudnego do zdefiniowania piękna”. Osoba dwujęzyczna łatwo wychwyci, jak tłumacz odrzuca – często arbitralnie – wszystko, co utrudniłoby odbiorcy zrozumienie wiersza: zbędne, jego zdaniem, przymiotniki, czy też archaizmy, dzięki czemu niemiecki odbiorca może ze (względnym) zrozumieniem czytać nawet „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego.

Ukryta opcja?

Szczególne zamiłowanie miał Dedecius do poezji miłosnej, aforyzmów. Bardzo ciekawa jest także jego przygoda z poezją religijną. Jak pisał niemiecki teolog katolicki Winfried Lipscher, tłumacząc Karola Wojtyłę czy ks. Jana Twardowskiego Dedecius przybliżał Niemcom to, co jest zdaniem Lipschera unikalne dla polskości, czyli zjednoczenie sakralno-patriotyczne, które w sekularnych Niemczech nie występuje. To ciekawe, bo sam Dedecius był protestantem – zresztą pierwszym w historii ewangelikiem i zarazem pierwszym Niemcem, który w 1987 roku otrzymał doktorat honoris causa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (rok przed kard. Josephem Ratzingerem).

Pojawia się więc pytanie: „kim był Karl Dedecius?”. Niemcem rozkochanym w polskości, a może ukrytym Polakiem, którego los rzucił nad Ren? Wskazywałby na to choćby wpis do sztambucha jednej z koleżanek z łódzkiej szkoły. 15-letni przyszły tłumacz wyłuszczał w dłuższym elaboracie, że „szczególniej my Polacy, dozwalamy najsilniej rozwijać się Uczuciom, następnie pracujemy nad ukształceniem się Myśli, wcale zaś nie dbamy o wolę”. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana. Po latach w artykule „Świadectwo biografii. O tożsamości” pisał: „Przywiązany jestem do kultury polskiej, bo ukończyłem polskie gimnazjum w 1939 roku, niemniej jednak rodzina była niemiecka. (…) Ja wyrosłem w polskiej szkole humanistycznej na Europejczyka, a nie na Niemca czy kogokolwiek innego. (…) Życie ukształtowało mnie na człowieka, który gdy spotka partnera do dialogu, nie interesuje się prima vista i głównie jego religią, narodowością, poglądami, lecz po prostu pyta o możność prowadzenia ludzkiej, inteligentnej, mądrej rozmowy”.

Brzmi to wszystko może i pompatycznie, ale prawdziwie i szczerze, gdy spojrzy się na aktywność Dedeciusa – człowieka, który na każdym kroku powtarzał, że jego swoistym patronem (choć przecież był ewangelikiem) jest św. Hieronim – patron jednocześnie i przyjaciół, i tłumaczy.

 

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.
Świat intelektualny – od uniwersytetów po media – nie nadąża dziś za gwałtownymi przemianami rzeczywistości politycznej, gospodarczej i społecznej, opisując je za pomocą kategorii z poprzednich epok. To zasadniczo obniża jakość rządzenia, które musi rozstrzygać dylematy przy użyciu wiedzy dostępnej w danej chwili. Deficyt tej ostatniej zwiększa ryzyko decyzji błędnych lub wręcz katastrofalnych, jak również – dominacji fałszywych ideologii. Polski dotyczy to w stopniu szczególnym, ze względu na trudne położenie geopolityczne i słabość intelektualną (uniwersytetów, mediów, think tanków).

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz