Newsletter

Strategiczna Pauza

Spotkanie w Buenos Aires to nie przełom, tylko wezwanie o czas na strategiczny oddech i namysł. Napięcia w stosunkach ChRL – USA mają charakter trwały i strukturalny i taktyczne zagrywki tu nie pomogą

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Zamiast tanga w Argentynie, przywódcy dwóch największych mocarstw gospodarczych świata zasiedli na dwie i pół godziny do rozmów i zdecydowali: zawieszenie broni, albo – używając terminologii zastosowanej przez Chińczyków: „ważny konsensus”.

Eskalująca od marca tego roku wojna handlowa została powstrzymana. Nie będzie zapowiedzianych przez administracje amerykańską od 1 stycznia zwiększonych z 10 do 25 proc. ceł na chińskie towary wartości ponad 250 mld dolarów. Miast tego Donald Trump i Xi Jinping dali sobie i swoim negocjatorom trzy miesiące do namysłu, co zrobić dalej i ewentualnie dojść do trwałego porozumienia. Równocześnie strona chińska zobowiązała się zwiększać import towarów z USA, by zmniejszyć potężny (375 mld dolarów w ub.r.) ujemny amerykański bilans handlowy (do końca września br. to dalsze 301 mld).

Chiny mają obecnie na scenie wewnętrznej potężne zadania i lekcje do odrobienia. Właśnie zmieniają model rozwojowy, z napędzanego eksportem na oparty na silnej klasie średniej

Sygnałem, że może dojść porozumienia, a raczej rozejmu, był fakt, iż po rozmowie telefonicznej w początkach listopada prezydent Trump powstrzymał się od tweetowania na temat stosunków z Chinami. Już wtedy jego interlokutor musiał dać zapewnienie, że będzie zwiększał import z USA. Albowiem stanowisko Pekinu od początku tego starcia i rosnącego napięcia były konsekwentne: eskalacja do niczego nie prowadzi, a wojna handlowa nie da zwycięzców – wszyscy będą przegrani.

W istocie rzeczy mamy jednak jedynie pauzę i czas na rozpoczęcie dalszych rozmów, bowiem napięcia między dwoma kolosami mają charakter strukturalny, co inne uzgodnienia tylko potwierdzają. Zgodzono się bowiem na rozpoczęcie rozmów w takich drażliwych kwestiach jak transfery technologii, ochrona praw autorskich, bariery pozataryfowe, ingerencje i kradzieże w cyberprzestrzeni, a także poszukiwanie szans zwiększenia obrotów w dziedzinie usług i rolnictwa (w obu przypadkach chodzi o danie większych szans amerykańskim producentom i firmom na chińskim rynku).

Przywódcom towarzyszyły 6-osobowe delegacje. W obu przypadkach z najwyższymi oficjelami, od szefów dyplomacji i głównych negocjatorów w sprawach handlowych, wicepremiera Liu He oraz sekretarza skarbu Stevena Mnuchina począwszy. Poza Johnem Boltonem, doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego, nie było tam natomiast przedstawicieli ani resortów siłowych, ani od kwestii bezpieczeństwa. Tę dziedzinę, gdzie napięć nie mniej, chociażby na Morzu Południowochińskim, też zgodnie z wolą chińska, najwyraźniej również odłożono na bok i na czas przyszły.

Chyba o to chodziło najwyraźniej również Donaldowi Trumpowi, by się dogadać i ogłosić sukces, co zresztą natychmiast potwierdził po spotkaniu, ogłaszając, że zrobił „wspaniały deal”. Zaznaczmy natychmiast, że to jednak sukces co najwyżej połowiczny, bowiem sprawy w tych – jak się ujmuje – najważniejszych stosunkach bilateralnych na globie zaszły bardzo daleko. Tu bynajmniej nie chodzi tylko o ujemne saldo handlowe czy dodatkowe cła. W oczach Amerykanów, co ostatnio tak wyraziście podkreślił w dwóch wystąpieniach (w Instytucie Hudson w początkach października i na szczycie APEC pod koniec listopada) wiceprezydent Mike Pence,  coraz bardziej asertywne i pewne swego Chiny wyłoniły się nie tylko jako nieuczciwy handlarz i grabieżca amerykańskiej technologii, ale wręcz pretendent do światowej dominacji, wysiodłujący dotychczasowego hegemona.

Zapachniało zimną  wojną, co najwyraźniej poruszyło i przestraszyło Chińczyków. Albowiem oni na żaden konflikt, nawet handlowy, nie mogą  sobie teraz pozwolić. Nie dlatego, że są tak bardzo pokojowo nastawieni czy altruistyczni. Nie są. Po prostu tak wynika z ich kalkulacji. Mantra jest jedna i otwarcie wypowiadana: wszystko ma być podporządkowane celom rozwojowym Chin, ambitnie nakreślonym przez Xi Jinpinga. Dlatego teraz gotowe są poświęcić nawet kilkadziesiąt czy więcej miliardów dolarów w handlu, bo dla nich stawka jest większa.

Chiny mają bowiem obecnie na scenie wewnętrznej potężne zadania i lekcje do odrobienia. Właśnie zmieniają model rozwojowy, z napędzanego eksportem na oparty na silnej klasie średniej. Toteż łatwiej rezygnują z nadwyżek handlowych, bowiem o wiele istotniejszy jest teraz dla nich i dialog z USA, i dostęp do tamtejszych technologii i rynku. Otwarcie mówią przecież, że chcą być społeczeństwem innowacyjnym, a przy tym – w ramach programu „zrobione w Chinach 2025” – zamienić się w znaczącego producenta nowoczesnych produktów i technologii, co Amerykanów, w tym Mike’a Pence’a niepokoi. Natomiast przed Chińczykami stawia zadanie najtrudniejsze z możliwych: jak przejść z dotychczasowej ilości do jakości?

Co więcej, Xi Jinping zapowiedział ambitne plany realizacji „dwóch celów na stulecie”. Zakładają one nie tylko rozkwit wewnętrznego rynku, ale przede wszystkim wielki renesans narodu chińskiego, do którego ma dojść do połowy tego stulecia. A taki renesans, inter alia,  to nic innego, jak wyjście Chin na pozycje czołowego mocarstwa, rozdającego karty na globie, jeśli nawet nie hegemona.

Spotkanie w Argentynie jest więc niczym innym jak tylko jednym z  przystanków na długiej i pełnych wyboistych zakrętów drodze. To żaden przełom, a tylko wezwanie o czas na strategiczny oddech i namysł. Albowiem napięcia w stosunkach bilateralnych ChRL – USA mają charakter trwały i strukturalny i żadne taktyczne zagrywki tu nic nie pomogą.

Dobrze jednak, tak dla bezpośrednio zainteresowanych, jak całego świata – bo ich ranga i znaczenie mają jak najbardziej wymiar globalny – że do porozumienia i chwilowego(?) rozejmu doszło. Dalsze odsłony z całą pewnością jeszcze przed nami. Chociaż naturalnie lepsza deeskalacja niż eskalacja (napięć i trudności).

Jako znamienne dla intencji chińskich można uznać słowa, skądinąd jastrzębiego w retoryce, dziennika „Global Times”, który napisał po tym spotkaniu:  „Często w historii bywało tak, że do integracji państw, a nawet kultur dochodziło w wyniku sporów, a nawet konfliktów. Ostatecznie jednak różnice prowadziły do integracji, a nie izolacji”.

Jest jednak więcej niż pewne, że w dwóch kwestiach Chińczycy nie ustąpią nawet na piędź: pokojowego zjednoczenia z Tajwanem oraz rosnącego wpływu i kontroli akwenu Morza Południowochińskiego

Chiny w  żadnej mierze nie mogą sobie teraz, na tym etapie historii, pozwolić na izolację. Widać to również ze słów szefa chińskiej dyplomacji Wang Yi, który po zakończeniu rozmów w Buenos Aires użył stwierdzenia, iż amerykańskie postulaty dotyczące handlu są „uzasadnione”. To sygnał, że akurat w handlu strona chińska gotowa jest pójść na dalsze ustępstwa. Pytanie – co w innych kwestiach?

Są dziedziny – wysokie technologie, cyberprzestrzeń, prawa autorskie, nawet nie interesujące teraz Donald Trumpa prawa człowieka (Xinjiang) – gdzie obie strony czekają trudne i żmudne negocjacje i przetargi. Jest jednak więcej niż pewne, że w dwóch kwestiach Chińczycy nie ustąpią nawet na piędź: pokojowego zjednoczenia z Tajwanem oraz rosnącego wpływu i kontroli akwenu Morza Południowochińskiego. Albowiem spełnienie pierwszego warunku jest jednoznaczne z zapowiadanym „wielkim renesansem”, natomiast drugi jest niezbędny do właściwego wprowadzenia w życie morskiego Jedwabnego Szlaku. Ten drugi, jak wiemy, stanął już kością w oku Amerykanów, szybko montujących sojusz w ramach koncepcji Indo-Pacyfiku (z Japonią, Korą Płd., Australią, Wietnamem, a nawet wahającymi się Indiami). Mamy strategiczną pauzę, ale geostrategiczny bój jeszcze przed nami.