Newsletter

Po co nam ten szczyt?

Szczyt Klimatyczny odbywa się po raz trzeci w Polsce. Poprzednie spotkania nie zatrzymały ocieplenia, a progności wieszczą światową katastrofę, która ma nastąpić już niedługo

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Na katowicki szczyt przyjeżdżają przedstawiciele państw-sygnatariuszy Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian Klimatu (UNFCCC). W tym gronie znajdziemy właściwie wszystkie kraje, które zostały uznane przez ONZ. Konwencja postawiła sobie dosyć ambitne, ale konieczne zadanie. Utrzymać taki poziom temperatur na Ziemi, który nie będzie niebezpieczny dla przetrwania ludzkości, a tym samym i środowiska naturalnego. Pierwszy szczyt w ramach UNFCC odbył się w Berlinie, w 1995 roku. Jednak najbardziej ważkie były szczyty w Kioto w 1997 roku, na którym podpisano słynny Protokół z Kioto i  w Paryżu z 2015 roku, gdzie doszło do podpisania Porozumienia Paryskiego.

Porozumienie Paryskie ma za zadanie zahamować wzrost średniej globalnej temperatury znacznie poniżej poziomu 2°C, w zestawieniu z okresem przedindustrialnym. W tym celu kraje sygnatariusze Porozumienia zobowiązują się do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych, a jednocześnie do adaptacji, czyli przystosowania się do zmian klimatu i wynikających z nich negatywnych zjawisk. Porozumienie ratyfikowały już 184 państwa, wśród nich również Chiny i Indie. Oznacza to, że nie wszyscy przedstawiciele państw-sygnatariuszy UNFCC przystąpiły do paryskich ustaleń. Porozumienie nie doczekało się ratyfikacji przez 12 krajów, a największym nieobecnymi wydają się być Rosja i Turcja. Po podpisaniu się pod ustaleniami z Paryża zbliża się czas ich wdrożenia w życie.

Celem tegorocznego szczytu będzie ustalenie planu, który umożliwi realizację paryskiego porozumienia. Zostanie on spisany w księdze zasad, nazywanej roboczo „Rulebookiem”. Od tego jak będzie wyglądała, swoje przystąpienie do Porozumienia Paryskiego uzależniają wspomniane już Rosja i Turcja. Plan będzie obejmował okres po 2020 roku. To wtedy w życie wejdzie Porozumienie Paryskie. Dziś mamy koniec 2018 roku, a zatem czasu na ustalenie, kto i kiedy ma podjąć odpowiednie działania i w jakim zakresie, jest już bardzo mało. Jednocześnie uczestnicy obrad w Katowicach poddadzą ocenie, to co udało się już zrobić w sprawie przeciwdziałania zmianom klimatu. A ta ocena może wypaść bardzo słabo. Tym bardziej, że za oceanem, amerykański przywódca może stać hamulcowym paryskiego porozumienia.

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump zapowiedział w ubiegłym roku opuszczenie Porozumienia Paryskiego. Zgodnie z treścią tego dokumentu Trump może to zrobić najwcześniej dopiero za rok – obowiązuje wymóg trzyletniego okresu, po którym dozwolone jest wyjście z porozumienia. Potem musi minąć jeszcze rok od złożenia rezygnacji na piśmie. Formalnie USA nie mogą jeszcze tego zrobić, a zatem wciąż są stroną Porozumienia Paryskiego. Demotywująco na inne państwa mogą wpływać deklaracje samego Trumpa. W odpowiedzi na opublikowany przez administrację amerykańską rządowy raport dotyczący zmian klimatu, podkreślił, że nie wierzy w jego wnioski. A te są pesymistyczne i przewidują katastrofalne skutki zmian klimatycznych dla Stanów Zjednoczonych.

Przykład mocarstwa może zniechęcać inne państwa do zajmowania się problemem globalnego ocieplenia. W tym przypadku kluczowa wydaje się być postawa Chin, które są w czołówce największych emitentów CO2. Paradoksalnie to najuboższe kraje i te państwa, które już dziś odczuwają najsilniej zmiany klimatu, są najbardziej zainteresowane wdrożeniem Porozumienia Paryskiego w życie. I to one są dziś największymi ofiarami rozwiniętych gospodarek emitujących najwięcej gazów cieplarnianych.

Polska jako gospodarz szczytu, sama ma problem z polityką klimatyczną i redukcją emisji gazów cieplarnianych

Znamienne wydają się być słowa unijnego komisarz do spraw działań klimatycznych i energii Miguela Canete: „Wiemy, co porozumienie ma osiągnąć, ale nie wiemy jak.” Negocjacje w czasie katowickiego szczytu będą dotyczyć technicznych szczegółów, a to ma związek również z tym, ile poszczególne państwa musiałyby wydać pieniędzy, aby wdrożyć Porozumienie Paryskie w życie. Polska jako gospodarz szczytu, sama ma problem z polityką klimatyczną i redukcją emisji gazów cieplarnianych. Ustami swoich ministrów zapowiada, że węgiel jest nadal rzeczywistością polskiej energetyki i walczy nie tylko z wiatrakami, nie podejmując działań na rzecz rozwoju innych odnawialnych źródeł energii.

Tuż przed szczytem najgłośniejsze stają się trzy rodzaje narracji. Jeden bagatelizuje zmiany klimatu, czasami wręcz neguje, a przynajmniej próbuje osłabić wydźwięk klimatycznej katastrofy, którą wieszczą kolejne raporty. Drugi mówi, że jakoś to będzie, i charakteryzuje postawę polskiego rządu. Trzecia narracja ma alarmistyczny ton, wieści apokalipsę, która ma już wkrótce dotknąć świat, co ma pomóc w mobilizacji opinii publicznej, aby wymogła na swoich politykach zmiany. To, że globalne ocieplenie jest problemem wszystkich państw, nie pozostawia już większego cienia wątpliwości. Jednak z perspektywy dwóch szczytów klimatycznych w Polsce, w których brałem udział jako obserwator bez prawa głosu, mam wrażenie, że świat stracił kolejny rok, a próba zatrzymania zmian klimatycznych jest już raczej karkołomnym slalomem bez określonej mety. A nawet, jeśli w końcu do tej mety dotrzemy, to nie obędzie się bez ofiar, których mogliśmy wcześniej uniknąć. Jednak nie mamy innego wyjścia, bo  zasługujemy na dobry klimat.