Newsletter

Smok i Przyjaciele

Wbrew oficjalnym deklaracjom, denuklearyzacja Półwyspu Koreańskiego nie jest raczej celem gry, a jedynie narzędziem do realizacji bardziej dalekosiężnej wizji

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

27 kwietnia nastąpiło bezprecedensowe spotkanie przywódców obu Korei: Kim Dzong Una i Mun Dze Ina. W miniony poniedziałek i wtorek dyktator z Północy odwiedził chiński Daljan, gdzie spotkał się z prezydentem Xi Jinpingiem. A już we wtorek i w środę w Tokio byliśmy świadkami pierwszego od dwóch lat trójstronnego szczytu z udziałem premierów Chin i Japonii oraz prezydenta Korei Płd. Oficjalne komunikaty koncentrują się na denuklearyzacji półwyspu, uznawanego za jeden z najbardziej zapalnych rejonów świata; na kolejnych miejscach wspominają ewentualne porozumienia handlowe, edukacyjne i kulturalne.

Przez ostatnie lata sytuacja wyglądała mniej więcej tak, że Chiny dyskretnie osłaniały politycznie i gospodarczo reżim w Korei Płn. (bo dzięki niemu dysponowały straszakiem na pozostałych partnerów, a poza tym na jego tle „nie wyglądali na najgorszych chuliganów w okolicy”), Japończycy trzymali się USA w obawie przed rakietami nieprzewidywalnego Kima, zaś Seul drżał nie tylko przed atakiem z północy, ale – bodaj jeszcze bardziej – przed perspektywą nagłej konieczności wzięcia na garnuszek milionów wygłodniałych współrodaków, na wypadek implozji drugiego państwa koreańskiego i perspektywy zjednoczenia. Ten system wzajemnych lęków i interesów dodatkowo komplikowały animozje historyczne wspomnianych narodów oraz konkurencja ekonomiczna Seulu i Tokio na niektórych rynkach, spory o surowce i szlaki handlowe (także z udziałem pomniejszych państw regionu), a wreszcie zakulisowe działania Rosji, starającej się wciąż, wbrew deficytom swego realnego potencjału, odgrywać na Dalekim Wschodzie rolę mocarstwa.

Wielkie firmy japońskie i południowokoreańskie dobrze wiedzą, że i one mogą lada chwila paść ofiarami wojen handlowych, spowodowanych neoprotekcjonizmem Trumpa

Dziś wygląda na to, że asertywne działania prezydenta Donalda Trumpa burzą ową chwiejną stabilizację i po prostu zmuszają kluczowych graczy do ucieczki do przodu. Na razie amerykańskie sankcje najbardziej uderzają w Chińczyków – dość wspomnieć o nagłym upadku koncernu ZTE, drugiego co do wielkości producenta sprzętu elektronicznego w Państwie Środka, który musiał wstrzymać działalność operacyjną wskutek blokady dostaw części i technologii z USA. Ale to dopiero początek – zaś wielkie firmy japońskie i południowokoreańskie dobrze wiedzą, że i one mogą lada chwila paść ofiarami wojen handlowych, spowodowanych neoprotekcjonizmem Trumpa. W obliczu zaś wspólnego zagrożenia utratą setek miliardów dolarów – pragmatyczni, dalekowschodni politycy i biznesmeni są zapewne zdeterminowani, by odesłać w kąt historyczne animozje i drugorzędne spory. Przynajmniej na jakiś czas.

Wyobrażalny scenariusz, o którym prawdopodobnie dyskutowano w ostatnich dniach w Daljan i w Tokio, może wyglądać następująco. Bankrutujący coraz wyraźniej, mimo okresowych zastrzyków, reżim Kima przeprowadza stopniową, kontrolowaną liberalizację. Pierwszym sygnałem dobrej woli może być dokonane już zwolnienie trójki Amerykanów, przetrzymywanych w koreańskim więzieniu. Kolejnymi krokami – tworzenie wspólnych przedsiębiorstw, działających w Korei Północnej i umożliwienie im transferu zysków za granicę, a także demontaż ofensywnych zdolności armii.

Oczywiście, nie ma mowy o żadnej demokracji na wzór zachodni ani wolnym rynku. Rozpisana na kolejne etapy „denuklearyzacja” stworzy natomiast właściwą atmosferę do wprzęgnięcia milionów nowych niewolników do chińsko-japońsko-koreańskiego kieratu, co bardzo mu się przyda, zważając na fakt stopniowego tracenia przez Chiny przewagi konkurencyjnej związanej z dysponowaniem tanią siłą roboczą. Atrakcyjnym kąskiem są także północnokoreańskie rudy żelaza, cynku, miedzi i wolframu, spore zasoby węgla, a także możliwości wykorzystania energetyki wodnej. Jednocześnie osłabienie, a docelowo całkowite zniknięcie zagrożenia militarnego ze strony Korei Północnej, zwalnia Japończyków oraz południowych Koreańczyków z oglądania się na USA w polityce bezpieczeństwa, co dotychczas znacząco zmniejszało ich pole manewru w kwestiach strategii gospodarczej. W zamian za pełniejszy dostęp do chłonnego rynku wewnętrznego ChRL, Seul i Tokio są z kolei w stanie zapewnić Chińczykom zastrzyki technologiczne, w dużym stopniu niwelujące skutki sankcji amerykańskich. Operacja nie będzie oczywiście łatwa – ale przy utrzymaniu się obecnych trendów polityki amerykańskiej, może zostać uznana w stolicach Dalekiego Wschodu za niezbędną.

Osłabienie, a docelowo całkowite zniknięcie zagrożenia militarnego ze strony Korei Północnej, zwalnia Japończyków oraz południowych Koreańczyków z oglądania się na USA w polityce bezpieczeństwa

Powstaje oczywiście pytanie, czy taki ewentualny sojusz ekonomiczno-polityczny, obejmujący Chiny, Japonię i Koreę Płd., cementowany m.in. wspólną eksploatacją zasobów Korei Płn. (po stępieniu jej kłów), rzeczywiście byłby zdolny rzucić Stanom Zjednoczonym wyzwanie w otwartej wojnie handlowej, a jeśli to będzie konieczne, to i w serii mniej lub bardziej intensywnych konfliktów zbrojnych? Nie można wykluczyć, że w Pekinie, Seulu i Tokio znajdą się ludzie gotowi podjąć takie ryzyko. Bez wątpienia, byłoby to dla Waszyngtonu (coraz mocniej uwikłanego na Bliskim Wschodzie) poważne wyzwanie, wymagające i ogromnej wewnętrznej mobilizacji, i poszukiwania nowych, pogłębionych sojuszy, na przykład z Indiami. Denuklearyzacja Korei jest w tym wszystkim tylko drugorzędnym bonusem. Owszem, sam półwysep i okolice będą bezpieczniejsze. Ale ryzyka i zagrożenia przeniosą się w inne rejony świata, tam, gdzie interesy amerykańskie zetrą się szczególnie ostro z chińsko-japońsko-koreańskimi.

Warto zauważyć, że taki scenariusz marginalizuje podmiotową rolę Rosji w polityce dalekowschodniej (jak dotąd, nic nie wskazuje na to, by Putina pytano o zdanie lub proszono o pomoc). Otwiera też nowe szanse dla Unii Europejskiej, która w obliczu wojny handlowej USA „ze wszystkimi wokół” stałaby się naturalnie jeszcze atrakcyjniejszym partnerem dla potęg azjatyckich. Pod jednym warunkiem – że zdoła prowadzić sensowną i spójną politykę, a także zachować przyzwoity poziom wydolności i innowacyjności, co wcale nie jest dziś takie oczywiste.