Newsletter

Janus w Beskidach

Po latach patrzenia z dobrotliwą pobłażliwością na przemarsze kawalerii, rekonstrukcje i capstrzyki to było coś w rodzaju epifanii: SKS, zapach dymu, data sprzed dwóch wieków, o której padły trzy zdania

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

To było już po tym, gdy większość jeźdźców ruszyła w dół czerwonego szlaku, gdy zbity z szarych od deszczu desek stół na werandzie przestał pełnić rolę ołtarza (nadal stał na nim pęk kaczeńców i koniczyn, wciśnięty do słoika, ale dołączyły doń, jak co dzień, najzupełniej świeckie bidony, menażki, szyszki, kredki i chrupki), gdy większość dzieci zmęczyła się bieganiem z furkoczącą flagą i gdy czteroosobowa kapela (dwie pary skrzypek, basetla, sopran) zmieniła repertuar z „Chwalcie łąki umajone” na „Hej, bystra wodo”; najgłośniej ciągnął Józek z wąsem jak u Pstrowskiego, któremu w życiu trochę nie wyszło, nawet w Chicago, i wrócił pod sześćdziesiątkę do rodzinnej wioski.

Ale zanim Józek pociągnął, a dzieci się zmęczyły, udał się ten dzień niespodziewanie, był jednym z dni-darów. Nie tylko dlatego, że po zimnej i wietrznej nocy wstał słoneczny, pachnący lipcem dzień, w którym, jak okazało się nazajutrz, spiekliśmy się okrutnie, bo kto smaruje się kremem na początku maja? To była najmniejsza satysfakcja, z takich, jakie zdarzają się wszystkim urlopowiczom, w sam raz na small talk („O, miało padać, ale się przeciera”). Tego dnia wiele elementów sprzęgło się, żeby stworzyć harmonię, jaka zdarza się tylko czasami: w witrażu, w symfonii, w wyprowadzanym długo równaniu czy po miesiącach zabiegania o czyjąś wzajemność. Akmé, jak mawiała garstka Greków.

Zjechali konni, wspięli się piesi, dobuksowały Łada Niva i Merc, które przywiozły skrzypce, basetlę, kilka flag, baniak z herbatą, drugi z bigosem, oraz troje seniorów; z grubsza obmyto z błota latorośle

Okazało się, że jak co roku (nie wiedzieliśmy o tym zwyczaju, biorąc na kilka majówkowych dni w pacht bacówkę bez prądu) ze wsi w dolinie zjeżdżają na mszę na naszej połoninie właściciele koni pod wierzch, na czele z księdzem, który, nastawszy na parafii po powrocie z dziesięcioletniej misji w Kongu, krzepki, choć wytrzęsiony malarią, uznał, że konie to najlepszy pomysł, by oderwać dzieciaki od tabletów, i zaraził tym pomysłem ze czterdzieści osób. Żadna cepeliada, żaden iwent na fejsie – odprawiają tę mszę sami dla siebie, jeśli ktoś z turystów idących halą na Turbacz będzie chciał dołączyć, jego wola.

Zjechali konni, wspięli się piesi, dobuksowały Łada Niva i Merc, które przywiozły skrzypce, basetlę, kilka flag, baniak z herbatą, drugi z bigosem, oraz troje seniorów; z grubsza obmyto z błota latorośle. A jeszcze złożyło się tak, że w okolicy biwakowała grupka weteranów z Krakowa, którzy 41 lat temu zakładali tu, na tydzień przed śmiercią Pyjasa, Studencki Komitet Solidarności; też przyszli. I że był zasięg, więc kto chciał śpiewać majowe – ściągał sobie tekst z komórki, a kto chciał wysłać nagranie kapeli kumie w New Jersey, słał przez Messengera, kłopocząc się jeno, że tam jeszcze śpią chyba. I że dowiezione w Niwie przenośne nagłośnienie na ramie plecaka, pamiętające chyba pielgrzymki sprzed 41 lat, po kilku minutach szczęśliwie padło i skończyło się nieznośne chrypienie: słychać było tylko głos księdza i sopran ze skrzypkami, dodajmy – sopran tak czarnobrewy, siwooki, białozęby i smukły, że patrzącym ściskało się z tej śliczności serce.

Kiedy stało się tuż przy ganku, jednym okiem kosząc na siwooką, drugim starając się objąć całe siodło górskie, wyglądało to trochę jak zdjęcia panoramiczne, jakie robili sobie amerykańscy kawalerzyści po zakończeniu wojny: konie w półkolu, siwe, tarantowate i bułane, perszerony i araby, co bardziej niespokojne – trzymane za uzdę. Bliżej jednak stały wszystkie stany. Emerytowani poloniści z SKS i emerytowani dziadkowie spod Przysłopu, pani Teresa z duszpasterstwa rodzin i pani Teresa prowadząca sklepik wielobranżowy, Józek w kłobucku i Józefina w pajacyku.

Tak, po latach patrzenia z dobrotliwą pobłażliwością na przemarsze kawalerii, rekonstrukcje i capstrzyki, zawsze w chrobocie i chrzęście megafonów, to było coś w rodzaju epifanii: SKS, zapach dymu, data sprzed dwóch wieków, o której padły trzy zdania, ksiądz o przenikliwym wzroku i krzaczastych brwiach Karola Modzelewskiego.

I szły pary po parach hucznie i wesoło,

Rozkręcało się, znowu skręcało się koło,

Jak wąż olbrzymi, w tysiąc łamiący się zwojów;

Mieni się cętkowata, różna barwa strojów

Damskich, pańskich, żołnierskich, jak łuska błyszcząca,

Wyzłocona promieńmi zachodniego słońca.

I dopiero kiedy było już po wszystkim, kiedy Niva podjeżdżała tyłem po worki, do których upchano plastikowe miski i talerzyki, pod krzaki trafiły kruszyny przerzucone łopatą, o ileż bardziej recyklowalne pamiątki po koniach, i kiedy rozlano już całą zozworówkę przywiezioną w butelkach po Fancie, przyszło mi do głowy, że przecież wystarczyłoby minimalne przesunięcie spektrum, zmiana kąta widzenia o dwa, trzy stopnie, żeby wszystko to dostrzec niczym przez reżyserski obiektyw Smarzowskiego czy Szumowskiej.

Te bachory. Te baby. Te flagi ze stylonu. Ta wódka, te śpiewy, te drewniane korale. Te konie: wyleniały cytat z Wajdy. Ten szefujący jeźdźcom gość pod sześćdziesiątkę, w bryczesach, koszuli ze spinką oraz ciemkach i skórzanych rękawiczkach, ewidentnie zapożyczonych z filmów o policjantach z Teksasu. Ten gorset rytuałów, które decydowały o wszystkim: porządku pieśni, menu, przepijania, a bez których ta sama zbiorowość kilkudziesięciu osób z różnych stron byłaby czymś zupełnie nie do wyobrażenia.

Przecież wystarczyłoby minimalne przesunięcie spektrum, zmiana kąta widzenia o dwa, trzy stopnie, żeby wszystko to dostrzec niczym przez reżyserski obiektyw Smarzowskiego czy Szumowskiej

O takich „minimalnych przesunięciach spektrum” piszą zwykle autorzy od spraw kosmosu, podkreślający, że wystarczyłaby inny ciężar właściwy węgla czy inna siła wiązań wodorowych, by nie było nic, żadnego znanego nam świata; ale ja myślałem o tym mniejszym kosmosie, o pochyleniu głowy pod innym kątem, ciemniejszych szkłach, okruchu zwierciadła, który wystarczyłyby, żeby zobaczyć Polskę Be w całej jej groteskowości i szpetocie.

Spojrzałem z naszego siodła na wschód, na zachód; poprawiłem chwyt na blaszanym kubku, na dnie którego niewiele już zostało; i powtórzyliśmy jeszcze raz z Józkiem ostatnią zwrotkę, tę o Janicku z ciupagami.