Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Polską politykę wschodnią trzeba uprawiać w Berlinie i Brukseli

Nie ma co liczyć na zaostrzenie się europejskiego kursu wobec Rosji. Zabiegać trzeba o utrzymanie obecnego, i załagodzenie transatlantyckich sporów. Zbyt daleko posunięte usamodzielnienie się Europy otwiera pole dla rosyjskiej gry

Niedawna Monachijska Konferencja Bezpieczeństwa ujawniła istnienie znaczącego pęknięcia w myśleniu europejskich przywódców, ale również, jak można wnioskować na podstawie opublikowanych badań opinii publicznej – społeczeństw.

I tak zarówno Niemcy, jak i Francuzi są zdania, że dla ich krajów większe zagrożenie stanowi dziś polityka Stanów Zjednoczonych niż Rosji (w Niemczech relacja ta wynosi 49% (USA) do 30% (Rosja), we Francji 49% do 40%). Jeszcze silniej widać tę tendencję w odpowiedziach na pytania o zaufanie do osób – tylko 10% Niemców oraz 9% Francuzów uważa, że „prezydent Trump postępuje dobrze w sprawach świata”, i odpowiednio 36% Niemców i 20% Francuzów jest zdania, że dobrze czyni Władimir Putin. Na marginesie: warto zauważyć, że 77% Niemców jest przekonanych o tym, że Emmanuel Macron uprawia słuszną politykę, a 78% Francuzów myśli to samo o kanclerz Merkel.

W Warszawie trzeba przynajmniej przyjąć do wiadomości, a wydaje się, że polskie elity tego nie robią, że kolektywny Zachód Europy inaczej postrzega wyzwania stojące przed naszym kontynentem

Zachodnia Europa chce większej autonomii

Nieco inny zestaw pytań pozwala porównać zapatrywania społeczeństw Zachodu i Wschodu Europy na kwestie przyszłości kontynentu. Pytani o to, czy narastanie napięcia między Europą a Rosją może doprowadzić do wybuchu wojny, Francuzi (60%) oraz Niemcy (74%) w zdecydowanej większości udzielili odpowiedzi, że nie zgadzają się z takim poglądem. Odwrotnie było w Polsce i na Łotwie, gdzie odpowiednio 57% i 49% ankietowanych wierzy w prawdopodobieństwo takiego rozwoju wydarzeń. Jeśli chodzi o antyrosyjskie sankcje w związku z sytuacją na Ukrainie, to Francuzi raczej skłonni są uznać, że nie należy ich rozszerzać (33% za, 43% przeciw), zaś Niemcy są stanowczo przeciwko rozszerzaniu sankcji (75% przeciw, 17% za).

Na poziomie elit opinie te rozkładają się najprawdopodobniej w sposób nieco mniej jednoznaczny, ale generalny trend jest, jak się wydaje, podobny. W Warszawie trzeba przynajmniej przyjąć do wiadomości – a wydaje się, że polskie elity tego nie robią – że kolektywny Zachód Europy inaczej postrzega wyzwania stojące przed naszym kontynentem. Tego rodzaju nastroje zwłaszcza w demokracjach wpływają na swobodę uprawiania polityki. Polityka zagraniczna, choć do pewnego stopnia odporna na wpływ opinii publicznej, nie jest w tej materii wyjątkiem. W największym skrócie: stan zachodnioeuropejskich nastrojów można opisać jako narastającą nieufność wobec amerykańskiego przywództwa i dążenie do uzyskania przez Unię Europejską większej dozy autonomii i strategicznej samodzielności. Obejmuje to nie tylko kwestie bezpośrednio polityczne, takie jak zarysowująca się różnica w podejściu do konfliktu na wschodzie Ukrainy (symptomatyczna jest odmowa kanclerz Merkel w sprawie wysłania niemieckich okrętów na Morze Azowskie), ale również gospodarcze, w tym kluczowe z punktu widzenia Polski, problemy europejskiej polityki gospodarczej oraz walutowej. Warto przypomnieć, że 5 grudnia ubiegłego roku Komisja Europejska opublikowała materiał poświęcony konsekwencjom, jakie dla europejskiej gospodarki pociąga za sobą dolar jako waluta rozliczeniowa na międzynarodowym rynku energetycznym. Zdaniem Komisji, Unia Europejska, która jest największym światowym importerem surowców energetycznych, ponosi znaczne ryzyko w związku z niestabilnością amerykańskiej waluty, a także, jak stwierdzono, jest wystawiona na ryzyko „jednostronnych działań”. To ostatnie stwierdzenie odnosi się do poczynań administracji amerykańskiej, wywierającej nacisk polityczny i handlowy na Brukselę. Prościej wyraził się na ten temat Jean-Claude Juncker, mówiąc w swoim corocznym wystąpieniu na temat stanu Unii Europejskiej, że „jest absurdem, że Unia 80% swych wartych 300 mld euro rachunków za surowce energetyczne płaci w dolarach, w sytuacji, kiedy tylko 2% fizycznych dostaw pochodzi ze Stanów Zjednoczonych”. Wystąpienie Junckera zbiegło się z zaleceniami Komisji Europejskiej (SWD (2018) 483 final), w których proponuje ona wzrost znaczenia euro jako waluty rozliczeniowej w europejskim handlu surowcami energetycznymi oraz „zwiększenie wykorzystywania euro w umowach międzynarodowych i niewiążących instrumentach związanych z energią”. Wprost brukselscy urzędnicy wzywają europejskie giełdy gazowe, aby zawierane na nich kontrakty i funkcjonujące instrumenty finansowe (derywaty) związane były z walutą europejską. Elina Ribakova, analityk think tanku Breugel, napisała w związku z tym, że jeśli idzie o ideę zwiększenia roli euro, Juncker nie różni się w swych poglądach od Putina. A dalej idące propozycje wzywają Unię Europejską do podjęcia aktywnych kroków na rzecz uczynienia z euro równie ważnej jak dolar, światowej waluty rozliczeniowej i rezerwowej.

W obliczu kresu traktatu INF i prawdopodobnej dyskusji w NATO o perspektywie rozlokowania rakiet średniego zasięgu na terytorium państw europejskich, Moskwa w najbliższej przyszłości najprawdopodobniej nasilać będzie propagandową agresję wobec państw, które jej zdaniem mogą przyjąć rakiety

Propagandowa agresja Moskwy

Do symbolu urasta fakt, że kapitałowe wejście francuskiego państwowego koncernu Total do stworzonego przez polityczne zaplecze Putina koncernu Novatec zbiegło się w czasie z ogłoszeniem przez amerykańskiego ambasadora w Rosji, Jona Huntsmana, bojkotu Petersburskiego Forum Ekonomicznego w związku z bezprawnym aresztowaniem Michaela Calveya, twórcy i prezesa najstarszego amerykańskiego funduszu inwestycyjnego, działającego w Rosji.  Moskwa, która już oświadczyła, że europejskie zapotrzebowanie na LNG gotów jest pokryć Novatec i żadne dostawy gazu z Ameryki nie są potrzebne, celowo i systematycznie rozgrywa europejsko-amerykańskie kontrowersje.

Tak odbierać należy falę pogróżek pod adresem Ameryki i jej sojuszników, które dobiegają w ostatnich tygodniach z Moskwy. Przypomnijmy tylko, że chodzi m.in. o zapowiedź „wzięcia na cel” natowskich centrów dowodzenia zarówno w Europie jak i w Stanach Zjednoczonych, wygłoszoną przez Władimira Putina w trakcie corocznego wystąpienia przed Radą Federacji, czy ostatnio ogłoszoną modyfikację tzw. doktryny Gierasimowa, szefa rosyjskiego sztabu generalnego. Modyfikacja ta polega na przyjęciu doktryny „wyprzedzającego uderzenia obronnego” oraz zaliczenia kolektywnego Zachodu do grupy „państw-agresorów” wobec Federacji Rosyjskiej.

W obliczu kresu traktatu INF i prawdopodobnej dyskusji w NATO o perspektywie rozlokowania rakiet średniego zasięgu na terytorium państw europejskich, Moskwa w najbliższej przyszłości najprawdopodobniej nasilać będzie propagandową agresję wobec państw, które jej zdaniem mogą przyjąć rakiety. Główną jej strategia narracyjną będzie grożenie „adekwatną odpowiedzią” i próba przekonania społeczeństw i rządów państw Europy Zachodniej, że dalsze zbrojenia potęgują ryzyko konfliktu, bo prowokują Moskwę, a lepszym rozwiązaniem jest postawienie na współpracę gospodarczą. Tego rodzaju argumentacja nie uwzględnia wszakże prostego rachunku sił, z którego wynika, że w zakresie konwencjonalnych sił zbrojnych Rosja już dziś ma na kontynencie europejskim przygniatającą przewagę, w tym – w perspektywie 3 do 5 lat, jak uważają eksperci wojskowi – w zakresie rakiet średniego zasięgu, zdolnych do przenoszenia ładunków nuklearnych. I tę dysproporcję militarną rosyjskie elity chciałyby w najbliższej przyszłości przekuć w przewagę natury politycznej.

Polska strategia

Co z tego wynika dla polskiej polityki? Nie ma co liczyć na zaostrzenie się europejskiego kursu wobec Rosji. Wzrastająca presja Waszyngtonu nie zmieni europejskich społeczeństw i politycznego establishmentu w zwolenników wprowadzania nowych sankcji czy postawienia na zbrojenia kosztem polityki socjalnej. Zabiegać trzeba o utrzymanie obecnego europejskiego kursu i załagodzenie transatlantyckich sporów i spięć, bo zbyt daleko posunięte „usamodzielnienie” się Europy otwiera pole dla rosyjskiej gry. W tym sensie jednym z podstawowych zadań polskiej dyplomacji winna być gra na rzecz łagodzenia sporów, nie zaś wybieranie jednoznacznie „atlantyckiego” kierunku, który te napięcia obiektywnie wzmacnia. Trzeba też zwracać uwagę, czy chwiejna europejska równowaga w tej materii nie zostanie naruszona przez przyjęcie do Unii nowych członków. W tym względzie być może winniśmy zrewidować naszą politykę np. w kwestii wstąpienia do UE Serbii, skoro jej prezydent mówi, że „nigdy nie opowie się za sankcjami przeciw Rosji”.

Winniśmy jednak również dbać o to, by nasze stanowisko nie było postrzegane jako zbyt jednostronne. I dlatego należałoby zaproponować Berlinowi wspólne, polsko-niemieckie partnerstwo w sprawie polityki wobec Rosji, i szerzej – państw z przestrzeni postsowieckiej. Bo tylko wówczas, niejako od środka, będziemy w stanie współkształtować politykę Unii w tej materii. W przeciwnym razie zostaniemy zaszufladkowani do grona „ekstremistów” i rusofobów, o co Moskwa bardzo zabiega, a nasze możliwości uprawiania polityki się zmniejszą.

Warunkiem powodzenia tej strategii jest znaczące zredukowanie antyniemieckiej retoryki, nadmiernie eksploatowanej przez obecną władzę, głównie, jak można przypuszczać, na użytek wewnętrzny

Warto w związku z tym dostrzec napływające z Berlina pozytywne sygnały w tym zakresie. Choćby takie, jak dystansowanie się niemieckiej minister obrony, Ursuli von der Leyen, od francuskiej propozycji jednolitej armii europejskiej na rzecz ściślejszego współdziałania armii narodowych. Inna, godna odnotowania propozycja, padła niedawno z ust Manfreda Webera, długoletniego przewodniczącego frakcji Europejskiej Partii Ludowej w europarlamencie i oficjalnego jej kandydata na nowego przewodniczącego Komisji Europejskiej po tegorocznych wyborach. Weber zaproponował w trakcie jednej z dyskusji panelowych, odbywających się przy okazji Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa, budowę europejskiego systemu obrony przeciwrakietowej, który miałby obejmować całą „flankę wschodnią”, z Ukrainą włącznie.

Skończmy z germanofobią

Warunkiem powodzenia tej strategii jest znaczące zredukowanie antyniemieckiej retoryki, nadmiernie eksploatowanej przez obecną władzę, głównie, jak można przypuszczać, na użytek wewnętrzny. Takie podejście wymusza też przyjęcie do wiadomości gorzkiej prawdy: kwestii naszego bezpieczeństwa nie rozwiąże za nas ani Unia Europejska, ani też, niestety, Stany Zjednoczone. A to z kolei wymusza refleksję, czy osławione 2% PKB, jakie przeznaczamy na obronę, jest wielkością wystarczającą, czy nie należałoby raczej podnieść nakładów na ten cel, kosztem choćby nadmiernie rozbudowywanej polityki socjalnej. Jest to istotne zwłaszcza w sytuacji, kiedy Federacja Rosyjska przeznacza na zbrojenia znacznie więcej niźli 2% swego PKB, i tak trzykrotnie większego niźli polski – co oznacza, że godzimy się na narastanie dysproporcji. I wreszcie trzeba poddać refleksji inną mało popularną kwestię – a mianowicie: czy zaangażowanie w Grupie Wyszehradzkiej, mające znaczenie w kwestiach debat wewnątrz Unii Europejskiej, stanowi receptę na zagrożenia ze Wschodu. Wydaje się, że w tym względzie więcej łączy nas z państwami nordyckimi, bałtyckimi i Rumunią, niż z Bratysławą i Budapesztem. Zmiana nastawienia tych stolic winna być jednym z głównych zadań naszej dyplomacji, gdyby jednak okazało się to niemożliwe, nieuchronne stanie się przemyślenie naszych priorytetów w polityce zagranicznej.

Bez zmian nasze stanowisko wobec polityki Federacji Rosyjskiej będzie traktowane jako niewiarygodne, mające głównie retoryczny charakter

Bez zmian nasze stanowisko wobec polityki Federacji Rosyjskiej będzie traktowane jako niewiarygodne, mające głównie retoryczny charakter. Z drugiej strony trzeba pamiętać o tym, aby polityka wobec Rosji zawierała aspekty pozytywne, choćby w obszarach nietraktowanych w Europie jako bezpośrednio polityczne. I tak na przykład blokowanie wznowienia małego ruchu granicznego nie wpływa korzystnie na nasze bezpieczeństwo, za to ułatwia rosyjskiej propagandzie zaszufladkowanie nas w gronie państw kierujących się w swej polityce uprzedzeniami i resentymentami, a nie racjonalną oceną sytuacji. Podobnie mało wiarygodne, jeśli nie wpleciemy tego w szerszą i głębszą narrację, jest nasze stanowisko w kwestii zaostrzenia sankcji ekonomicznych wobec Rosji. Z tego przede wszystkim względu, że nasz eksport na Wschód w wartościach bezwzględnych był w ubiegłym roku większy niż brytyjski czy holenderski, a biorąc pod uwagę wielkość gospodarki, eksportowaliśmy do Rosji więcej niż Niemcy. Niedostrzeganie tego czyni naszą argumentację co najmniej dwuznaczną.

Generalna konkluzja, jaka się nasuwa, nie jest zbyt optymistyczna. Nasza polityka na kierunku wschodnim winna (czego dziś nie czyni) w większym stopniu uwzględniać europejskie realia; powinna być aktywniejsza i wielokierunkowa, spójna i konsekwentna, a mniej koncentrować się na doraźnych, krótkoterminowych i retorycznych aspektach, użytecznych głównie w debatach wewnętrznych.

historyk i manager. Obecnie pracuje w prywatnym biznesie. Wcześniej dziennikarz. Publikował na łamach m.in. „Życia”, „Nowego Państwa”, „Wprost”, „Życia Gospodarczego”, „Rzeczypospolitej”. Członek kolegium redakcyjnego „Polityki Polskiej” oraz „Kwartalnika Konserwatywnego” (1997-2000). W latach 1997-2001 doradca ministra Szefa Kancelarii URM oraz ministra finansów.

Komentarze

3 odpowiedzi na “Polską politykę wschodnią trzeba uprawiać w Berlinie i Brukseli”

  1. Realista pisze:

    Wszystko pięknie, ale co zrobić z kolejnymi politycznymi żądaniami, które “chroniące nas” Niemcy będą miały wobec Polski? Przecież już dzisiaj, przy współpracy gospodarczej, mamy przerażającą rzeszę chętnych do germanizacji. Co będzie jak do tego dojdzie militarna?

  2. karroryfer pisze:

    Podnoszenie wydatków na obronność jest w obecnej sytuacji bezsensowne – pieniądze pójdą na sprzęt nie produkowany ani nawet zapewne nie serwisowany w PL i co więcej nie zapewnią nam one bezpieczeństwa ! W zasadzie w przewidywalnym przedziale czasowym jedynym potencjalnym przeciwnikiem ( militarnym !) jest Rosja a tej nie dorównany w ciągu najbliższych lat nie tylko dlatego że mamy zbyt niskie PKB ale przedewszystkim dlatego że nie dysponujemy bronią jądrową ani rakietami balistycznymi ( na których posiadanie nie zgodzi się też – przynajmniej na razie – nasz największy sojusznik ).
    Tak więc próba budowy równowagi militarnej z Rosją jest nie tylko niemądra ale skazana na klęskę.

    PS. Jedyna droga sensownej rozbudowy potencialu militarnego jest drogą stopniowego laczenia zakupów z budową przemyslu zbrojeniowego – co w zasadzie oznacza że trzeba zacząć kupować broń w Europie – wcale niekoniecznie we Francji ale np w kooperacji ze Szwecją.

  3. pialle pisze:

    Ja rozumiem założenia tej strategii. Tyle, że mam wrażenie że Francja i Niemcy nie chcą się dzielić strefą wpływów. Niemcom nie opłaca się współpracować mocno z Polską. Polska ma swoje miejsce i granie na umocnienie tego słabego gracza nie jest na rękę Niemcom, Francja jest słaba więc nie potrzebują przeciwwagi. A tymczasowe sojusze konieczne do przeforsowania jakiejś sprawy załatwia się jednorazowymi przekupstwami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz