Cywilizacja w galopie

Nasi przodkowie umierali zazwyczaj w świecie bardzo podobnym do tego, w jakim się narodzili. My w ciągu życia mamy szansę być świadkami i uczestnikami już nie jednej, ale nawet kilku kolejnych, fundamentalnych zmian zasad gry

Także w minionych stuleciach następowały zmiany technologiczne – ale jednak nie nakładały się na siebie tak intensywnie i nie kumulowały, tempo ich zachodzenia było zaś znacznie wolniejsze. W mniejszym stopniu wpływały więc zarówno na życie jednostek, jak i na cywilizację jako taką. Łatwiej było się z nimi oswoić, zrozumieć skutki, dostosować swoje zachowania. Teraz nie mamy tego komfortu. I często, owszem, całkiem dobrze „widzimy drzewa”, czyli radośnie uczymy się wykorzystywania poszczególnych nowych technologii, zazwyczaj ułatwiających nam życie, lecz przegapiamy przy tym „las”, a więc głębokie konsekwencje dla polityki, gospodarki, kultury, moralności czy religii.

Formalne autorytety – dostojne osoby z tytułami naukowymi i zawodowymi – oraz napisane przez nie podręczniki niekoniecznie są w procesie weryfikacji przydatne

Dość dobrze opisaliśmy już zmiany, które dla funkcjonowania ludzkiej cywilizacji przynosiły poprzednie rewolucje technologiczne, od tych najdawniejszych, związanych z początkami rolnictwa, po całkiem bliskie, czyli rozwój elektryczności i silnika spalinowego oraz pojawienie się radia i telewizji. Trochę gorzej, mimo prób, idzie nam z pełnym zrozumieniem tego, co przyniósł ze sobą Internet. A za progiem czekają już następne niespodzianki.

Edukacja w stylu retro

Tymczasem wciąż uczymy się w szkołach, które z grubsza powielają model edukacji pochodzący z początków XIX wieku, skrojony przecież na miarę wyzwań ówczesnego świata. Świata, w którym trzeba było przede wszystkim nauczyć masy szanowania formalnych autorytetów, dyscypliny, punktualności, reagowania na komendę i bezrefleksyjnego wykonywania powtarzalnych czynności. Tego wymagała fabryka, tego wymagała armia. Dziś szkoła wciąż tresuje do tego samego, choć ani tamtych metod produkcji, ani tamtych pól walki już de facto nie ma.

Wtedy problem stanowił ograniczony dostęp do źródeł informacji. Były one zgromadzone w szkole, na uniwersytecie, w bibliotece, w postaci ksiąg, udostępnianych i objaśnianych przez zatrudnionych tam mistrzów. Niełatwo było do tej wiedzy dotrzeć, ale jeśli ktoś już miał to szczęście, to z książki i od nauczyciela otrzymywał informację w miarę pewną i użyteczną. Wystarczyło zapamiętać – i można było stosować przez resztę życia.

To głównie Internet sprawił, że obecnie problemem nie jest deficyt informacji w obiegu. Przeciwnie – problemem stał się jej nadmiar. Infoocean zalewa nas codziennie od pobudki do zaśnięcia; nagle sztuką stało się już nie zapamiętanie tego, co przekaże nauczyciel, lecz samodzielne wyłowienie z chaosu rzeczy użytecznych, potem – zweryfikowanie ich prawdziwości, i dopiero odpowiednie zastosowanie.

Nowa gospodarka i nowa polityka będzie charakteryzować się nie tylko preferencją dla elastyczności i innowacyjności kosztem formalnego statusu i doświadczenia

Formalne autorytety – dostojne osoby z tytułami naukowymi i zawodowymi – oraz napisane przez nie podręczniki niekoniecznie są w procesie weryfikacji przydatne. Bo coraz częściej nie nadążają za tempem zmian, i mimowolnie uczą wiedzy fałszywej, wczorajszej. Coraz częściej też dają się skłonić, prośbą lub groźbą, by celowo dezinformować odbiorcę w interesie tego czy owego lobbysty. Efektywna edukacja winna w tych warunkach koncentrować się nie na bezkrytycznym przyjęciu wiedzy szkolnej czy akademickiej, a na budowie umiejętności samodzielnego poszukiwania i analizy danych.

Co więcej, teraz już niemal niczego nie da się nauczyć raz, a dobrze, na całe życie. Tempo zmian powoduje, że coraz częściej musimy uczyć się non stop od nowa. Nie tylko obsługi nowego gadżetu, ale też zupełnie nowego zawodu, a także innego niż rok temu spojrzenia na politykę, gospodarkę lub etykę. Bo w otoczeniu pojawiły się znienacka nowe uwarunkowania, które taką intelektualną elastyczność po prostu wymuszają.

Schyłek starych hierarchii

Przy okazji warto zauważyć, jak dramatycznie maleje rola autorytetu wynikającego z długotrwałego gromadzenia wiedzy i doświadczenia. Wiedza na przykład sprzed dekady bywa już niekiedy zupełnie bezużyteczna, albo nawet przeciwskuteczna – bo zniknęła technologia, z którą była związana; zmieniły się także jej społeczne czy ekonomiczne konotacje. Uwaga, dzisiejsi dwudziestolatkowie: nie cieszcie się zanadto, czytając te słowa. Już za chwilę sami będziecie trzydziestoletnimi zgredami, przegrywającymi wyścig o zrozumienie zmiennego świata ze swym młodszym o kilka lat rodzeństwem i jego kumplami…

Na rynku pracy i na rynku usług opisany trend już ma zauważalne konsekwencje. A mechanizm stopniowo rozpełza się z Krzemowej Doliny coraz dalej, i ani się obejrzymy, a dotrze nawet do przedsiębiorstwa „Władex” w Ciećkach Dolnych. Po drodze – pewnie ostatecznie demolując najbardziej skostniałe i hierarchiczne instytucje rodem z minionej epoki, w tym urzędy administracji publicznej, sądy czy wyższe uczelnie.

Co do tych ostatnich – nie tylko w Polsce dały się zapędzić w ślepy zaułek, w imię politycznie poprawnej fikcji usiłując pogodzić badania naukowe z dydaktyką, obliczoną na „zdobycie praktycznych umiejętności”. Pora powiedzieć sobie jasno: przy obecnym tempie zmian społecznych i technologicznych nie da się zaplanować z wyprzedzeniem wieloletniego cyklu dydaktycznego tak, by zagwarantować absolwentowi zatrudnienie zgodne z nabytymi kwalifikacjami. Takie cuda to tylko w dokumentach, produkowanych masowo przez biurokratów od pseudonauki i pseudodydaktyki. W dodatku, tradycyjni akademicy z zasady średnio się nadają do uczenia rzeczy praktycznych. No bo niby jak i kiedy mają sami te praktyczne umiejętności posiąść? Spędzając (w większości) życie w wieży z kości słoniowej i pisząc artykuły do punktowanych czasopism?

Oczywistym rozwiązaniem jest przyjęcie sygnalizowanego wcześniej założenia, że edukacja (zwłaszcza wyższa) to w obecnych warunkach już nie przekazywanie pakietu wiedzy i umiejętności do bezpośredniego zastosowania w pracy, lecz wykształcenie zdolności do permanentnego uczenia się samodzielnie i do ciągłego, krytycznego analizowania rozproszonych danych. W dodatku w możliwie interdyscyplinarnym ujęciu – a więc dokładnie odwrotnie, niż wymusza dziś kierunek reform w Polsce, upychający naukowców w coraz ciaśniejsze szufladki, z których nie wolno się im wychylać.

Realna wirtualność

Nowa gospodarka i nowa polityka będzie charakteryzować się nie tylko preferencją dla elastyczności i innowacyjności kosztem formalnego statusu i doświadczenia. Także – coraz większym oderwaniem od tradycyjnie kluczowych elementów, choćby takich jak terytorium. Kiedyś trzeba było nad nim fizycznie panować, aby efektywnie wykorzystać związane z nim dobra (ziemię, budynki, surowce, ludzi). W dodatku im to terytorium było większe, tym lepiej, bo i ekstensywnych zasobów było więcej. Dziś, gdy kluczowym zasobem staje się już nawet nie sama informacja, a raczej zdolność do jej twórczego i maksymalnie efektywnego wykorzystania – wielkie przestrzenie (i związana z nimi odpowiedzialność za infrastrukturę oraz codzienne potrzeby milionów ludzi) stają się bardziej obciążeniem, niż atutem.

Czyhające za węgłem nowinki prawdopodobnie pogłębią wspomniany trend. Dość wspomnieć potencjalne możliwości związane z technologią druku 3D. Nowe rodzaje tworzyw sztucznych, a także coraz bardziej realne rozpowszechnienie drukowania przy użyciu metali, tworzą nową rzeczywistość – już za chwilę, zamiast wozić gotowe produkty, będzie można je po prostu drukować w miejscu przeznaczenia. Co to oznacza dla branży transportowej, dla wielkich międzynarodowych projektów infrastrukturalnych, a wreszcie dla strategii wojskowej związanej z blokowaniem określonych szlaków handlowych w przestrzeni realnej – nietrudno sobie wyobrazić, przynajmniej w ogólnym zarysie.

Internet rzeczy (ang. internet of things) zaczyna tworzyć ogromne możliwości łatwiejszego życia – ale generuje przy okazji wyzwania, o których wczoraj mało kto nawet śnił. Należy do nich i zmierzch wielu tradycyjnych zawodów, i powstanie nowych. Przez swój wpływ na rozwój idei smart cities – inteligentnych miast – zmieni też zapewne zasady polityki lokalnej, umożliwiając zupełnie inny poziom partycypacji w decyzjach, dotyczących zarzadzania infrastrukturą, także w czasie rzeczywistym i bezpośrednio, a nie tylko raz na parę lat i przy pomocy niekoniecznie kompetentnych polityków oraz zależnych od nich urzędników.

Procesy czyniące nasze otoczenie lokalne bardziej inteligentnym i przyjaznym będą zapewne przebiegać szybciej w wielkich miastach – bo te będą akumulować wystarczający kapitał (także ten ludzki), by na przyspieszone innowacje móc sobie pozwolić. Pogłębi to rozdźwięk między nowoczesnymi metropoliami a tzw. prowincją – trend już zauważalny w wielu badaniach, grożący powstaniem na terytorium jednego państwa dwóch społeczności, teoretycznie połączonych wspólnym obywatelstwem, a nawet etnosem, ale odmiennych, jeśli chodzi o systemy wartości, zamożność, dostęp do usług na wysokim poziomie i tym podobne elementy, współkonstytuujące tożsamości indywidualne i zbiorowe.

W dalszej perspektywie może to oznaczać, że tradycyjny od przynajmniej dwóch czy trzech stuleci patriotyzm państwowy czy narodowy ulegnie atrofii na rzecz patriotyzmu metropolitalnego, oderwanego od etniczności i obywatelstwa, a w dodatku zmiennego w czasie. Nomadzi nowoczesności, zwłaszcza odpowiednio zamożni, odpowiednio wykwalifikowani i atrakcyjni na rynkach pracy, mogą bowiem w ciągu swego życia zmieniać miejsca zamieszkania wiele razy, odpowiadając na konkurencyjne oferty kolejnych metropolii, rywalizujących ze sobą jakością życia. Nota bene, technologia niebawem pewnie ułatwi takie funkcjonowanie nawet w aspekcie językowym – bardzo zaawansowane są prace nad urządzeniami, zdolnymi do wygodnego przetwarzania języka mówionego i tłumaczenia go w czasie rzeczywistym na dowolnie wybrany inny.

Postęp w dziedzinie nanotechnologii, projektowanie i konstruowanie zupełnie nowych cząsteczek dzięki komputerom kwantowym o niewyobrażalnej jeszcze wczoraj zdolności obliczeniowej, osiągnięcia biotechnologiczne włącznie z hodowlą sztucznych embrionów i tworzeniem nieznanych naturze rodzajów białka – tworzą jakościowo nowe pola dla medycyny i w konsekwencji dla etyki

Sam sobie Bogiem…

Prawdziwa rewolucja nadchodzi jednak – jak się wydaje – z jeszcze innej strony. Postęp w dziedzinie nanotechnologii, projektowanie i konstruowanie zupełnie nowych cząsteczek dzięki komputerom kwantowym o niewyobrażalnej jeszcze wczoraj zdolności obliczeniowej, osiągnięcia biotechnologiczne włącznie z hodowlą sztucznych embrionów i tworzeniem nieznanych naturze rodzajów białka – tworzą jakościowo nowe pola dla medycyny i w konsekwencji dla etyki. Wykroczymy bowiem poza tradycyjne pojęcia życia i śmierci, a także dobra i zła. W dodatku zapewne stanie się w to okresie relatywnie krótkim, a więc bez możliwości (jak niegdyś) stopniowego oswajania się z nowymi aspektami postępu, wypracowania nowych norm moralnych w rytmie akceptowalnym dla przeciętnego człowieka.

Ofiarą wspominanych zmian technologicznych (bezpośrednio i pośrednio) pada także instytucja rodziny. Cios pierwszy zadała jej dawno temu rewolucja przemysłowa, wymuszając większą mobilność kolejnych pokoleń i ich mniejsze uzależnienie od starszych. Drugi – państwowe ustawodawstwo socjalne, które oferując emerytury i renty, uchyliło tradycyjną potrzebę wielodzietności jako najlepszego zabezpieczenia przed starością lub inwalidztwem (przy okazji warto odnotować, że wymuszana przez postęp technologiczny coraz dłuższa i kosztowniejsza edukacja także spowodowała, że w społeczeństwach rozwiniętych posiadanie licznych dzieci już dawno przestało być dobrym pomysłem ze względów czysto ekonomicznych).

Teraz, jak się wydaje, pora na cios trzeci. Seks oderwany ostatecznie od prokreacji, jako nośnik czystej przyjemności, nowe prawo człowieka wyzute z dotychczasowych ograniczeń biologicznych – to też zasługa technologii. Bezpośrednio – np. dzięki coraz doskonalszej antykoncepcji. I pośrednio – np. dzięki zdecydowanie większej łatwości znajdowania osób sobie podobnych oraz w efekcie większej akceptacji dla nietradycyjnych skłonności i zachowań erotycznych w cyberprzestrzeni, niż w realnym świecie ograniczonych fizycznie i mentalnie społeczności.

To zła wiadomość dla konserwatystów – ale analizując na zimno prawdopodobny kierunek zmian, należy spodziewać się raczej rosnącej skłonności do niesztampowych związków i dróg poszukiwania indywidualnego szczęścia. Przynajmniej wśród tej części populacji, która w postępie technologicznym, i w efekcie także cywilizacyjnym, znajdzie swoje satysfakcjonujące miejsce.

Nowy świat. Czy „wspaniały”? Na pewno dla niektórych; dla innych – i to bez względu na wiek –  straszny i przerażający

Nowy świat. Czy „wspaniały”? Na pewno dla niektórych; dla innych – i to bez względu na wiek – straszny i przerażający. Mimo to zapewne nieunikniony. Tak jak przed wiekami i dekadami poprzednie rewolucje technologiczne burzyły stare schematy, przynosząc cywilizacji pospołu rzeczy dobre i złe, niekoniecznie sprawiedliwie dzieląc ludzi na przegranych i wygranych – tak samo teraz kolejne fale zmian zmuszą nas do szukania strategii dostosowawczych. Niektórzy, niczym XIX-wieczni luddyści, spróbują walczyć z nadciągającym smokiem. Inni wmówią sobie, że nowe jest bezwzględnie cudowne i bez wad. Nawet, gdy sami w końcu padną ofiarami zmiany.

Jeszcze inni – postarają się po prostu zrozumieć.

I pewnie tylko te ludzkie reakcje będą czymś uniwersalnie niezmiennym w historii naszej cywilizacji.

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, wicedyrektor Instytutu Polityki Międzynarodowej i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, członek Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int, jeden z fundatorów i wiceprezes Fundacji Wiedza-Rozwój-Bezpieczeństwo. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu, public relations i wywiadu konkurencyjnego. Współpracował z Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas, był członkiem Polar Task Force (zespołu doradczego ad hoc przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych). Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Zajmuje się problematyką ewolucji cywilizacji zachodniej i jej wpływem na bezpieczeństwo, wyzwaniami i zagrożeniami asymetrycznymi (w tym walką informacyjną, terroryzmem, przestępczością zorganizowaną i migracjami), a także funkcjonowaniem służb specjalnych i sektora prywatnego w sferze bezpieczeństwa. Jest autorem, redaktorem i współredaktorem kilkudziesięciu prac naukowych z tego zakresu, w tym monografii: „Polityka bezpieczeństwa na Starym Kontynencie” (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2010), „Asymetria i hybrydowość – stare armie wobec nowych konfliktów” (Wyd. Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Warszawa 2011) oraz „Sztuka polityki” (Wyd. Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, Kielce 2017). Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego (1992) oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej (1996); stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego (2005).

Komentarze

3 odpowiedzi na “Cywilizacja w galopie”

  1. Zbigniew pisze:

    Z tymi tezami artykułu się absolutnie zgadzam , chcę dodać , że takie relacje do uczenia się już istnieją np lekarz MUSI konsekwentnie się dokształcać , inaczej nie mógłby wykonywać zawodu.Myślę , że istnieją też inne zawody , gdzie bez ciągłej nauki nie da się pracować. W szkołach powinien być przedmiot : „jak się uczyć”.

  2. jest inaczej pisze:

    Porównując ludzi do sztucznej inteligencji – ludzie potrzebują informacji, wiedzy. Dlatego tradycyjna szkoła jest tak ważna, te “nieprzydatne” informacje, wiedza prowadzą do zrozumienia ludzi i świata, a to że zmienia się jego wystrój, to tylko małe wyzwanie.

    Wiedza w internecie to nie jest ta sama wiedza, co zrozumienie, które mamy cały czas dostępne w naszym mózgu.

    Edukacja klasyczna jest potrzebna, żeby dokonać selekcji informacji – wybrać to co najwartościowsze, uczyć tak, żeby przyszło zrozumienie. Pierwszym krokiem jest zapamiętanie informacji, a potem jej przetwarzanie tak, aby stała się wiedzą i zrozumieniem. Dla osoby wykształconej zalew informacji nie przeszkadza, bo śmiecie są z dużą precyzją od razu odrzucane. Na taką osobę nie oddziałują też mechanizmy manipulacji, bo jest samoświadoma, także na zapomnianym, moralnym poziomie, a przez to bardzo odporna.

    Kto zrozumie czym jest proces uczenia, ten może posiąść każdą wiedzę. To wysiłek, proszę spytać ludzi, naukowców, którzy coś osiągnęli, u podstaw leży olbrzymia wiedza, którą zdobyli, która przyniosła zrozumienie i dała fundament do myślenia.

    Nie ma drogi na skróty. A w dzisiejszych czas, zdobycie klasycznej wiedzy, w świecie takiej manipulacji – jest wręcz warunkiem wolności.

  3. Michał pisze:

    Zgadzam się prawie z wiekszością – problemy pojawaiają się przy diagnozach. Krytyka specjalizacji to taka filologiczna obrona bzdetów typu studiów gender itp ( na które NIE powinny iść budżetowe czyli PAŃSTWOWE środki). Zresztą jest to zaprzeczanie diagnozie z częściu pierwszej – skoro zmuszanie uczniow do nauki pamięciowej jest passe to jak niby ( jeśli nie pamięciowo ) zamierzacie uczyć przedmiotów humanistycznych – skoro podstawowa eurydycja wymaga zapamiętana przynajmniej kilkuset nazwisk, badań i okresu z którego pochodzą itd.
    Krótko mówiąc zgadzam się że obecna edukacja ( czyli w głównej mierze NAUCZYCIELE ! ) są do bani – mam kilka pomysłów jak to rozwiązać ale na pewno nie polegają one na nauczaniu zakładania gumek na banana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz