Zimbardo i miedziany wąż

Czy słynny eksperyment więzienny Zimbardo był fejkiem? Dyskusja nad jego krytyką wiele ujawnia na temat naszego stosunku do zła i autorytetów. Daje też do myślenia choćby w kontekście dyskusji na temat #metoo czy pedofilii w Kościele

Stanfordzki eksperyment więzienny, przeprowadzony przez Philipa Zimbardo, jest jednym z najbardziej znanych i intrygujących psychologicznych projektów badawczych. W 1971 roku Zimbardo umieścił 18 zdrowych psychicznie studentów w więzieniu, stworzonym przez siebie w piwnicach Wydziału Psychologii Uniwersytetu Stanfordzkiego. Uczestnicy zostali podzieleni losowo na dwie grupy – więźniów i strażników. Więźniowie, ubrani w białe koszule i damskie pończochy naciągnięte na głowę, mieli przydzielone numery, których mieli używać wobec siebie zamiast imion. Strażnicy mieli zaś utrzymać ład i porządek w więzieniu. Jak się okazało, więźniowie bardzo szybko zaczęli wszczynać bunty, a strażnicy tak bardzo przyjęli powierzone im role, że ich metody przyjmowały coraz bardziej drastyczną formę.

Zimbardo musiał przerwać eksperyment po tygodniu. Jego zdaniem badanie dowiodło, że zło jest w każdym z nas. Możemy być zdrowi psychicznie, ale aby zło się z nas wydostało, wystarczy znaleźć się w sytuacji, w której będziemy częścią grupy posiadającej znaczną władzę nad inną grupą. Możliwość przekraczania granic, myśl o przekroczeniu których na co dzień nie mieści nam się w głowach, okaże się wtedy nęcąca i naturalna.

W oryginalnym artykule opisującym eksperyment, Zimbardo i jego współpracownicy argumentują za tezą, zgodnie z którą opisane skrajne zachowania są wynikiem znalezienia się w jednej z dwóch grup, w których tożsamość grupowa członków jest silniejsza od indywidualnej, a dodatkowo jedna grupa posiada środki do wywierania nacisku na drugą i sprawowania nad nią władzy

Eksperyment stanfordzki stał się standardowym tematem przerabianym na studiach z psychologii. Zimbardo, który kocha media ze wzajemnością, przekazał swoje wnioski do potocznej świadomości. Banalność zła à la Zimbardo stała się częścią naukowej i potocznej wiedzy o człowieku. W ostatnich latach jednak zaczęto coraz częściej zadawać pytanie, czy eksperyment więzienny nie jest przypadkiem bujdą na resorach.

Dwie metamorfozy – dwie interpretacje

Podstawą zarówno dla wniosków Zimbardo, jak i zakończenia eksperymentu, były nagłe i drastyczne zmiany w zachowaniu więźniów i strażników. Symboliczne mogą być zachowania dwóch z nich. Douglas Korpi – więzień nr 8612, po niespełna dwóch dobach zaczął przejawiać objawy załamania nerwowego. Kopał w drzwi, krzyczał, że czuje, jakby płonął od wewnątrz, wydawał się zdezorientowany. Drugi – Dave Eshelman – strażnik, zwany przez więźniów Johnem Wayne’em, był niesamowicie bezwzględny. To on jako pierwszy zmienił codzienny rytuał odliczania więźniów w kilkugodzinne, poniżające przedstawienie. Również on kazał więziom symulować kopulację.

To między innymi właśnie ich błyskawiczna metamorfoza stanowiła grunt pod wnioski Zimbardo, które można opisać dwojako. W oryginalnym artykule opisującym eksperyment, Zimbardo i jego współpracownicy argumentują bowiem za tezą, zgodnie z którą opisane skrajne zachowania są wynikiem znalezienia się w jednej z dwóch grup, w których tożsamość grupowa członków jest silniejsza od indywidualnej, a dodatkowo jedna grupa posiada środki do wywierania nacisku na drugą i sprawowania nad nią władzy. Teza ta jest bardziej wyważona niż ta, którą przyjmuje się powszechnie, i którą krytykuje większość przeciwników Zimbardo. Zgodnie z nią, zło wynika jedynie z warunków, w jakich się znajdziemy. Choć Zimbardo w oficjalnych artykułach opowiada się raczej za pierwszą, to jego wystąpienia publiczne, pogadanki na TED czy teksty popularnonaukowe zdecydowanie przyjmują postać zgodną z drugą interpretacją.

Czy badanie Zimbardo to oszustwo?

Eksperyment był kontestowany przez psychologów jeszcze w latach 70. Ostra krytyka pod hasłem “eksperyment Zimbardo to oszustwo” stała się jednak wyjątkowo nośna w ubiegłym roku, na skutek nieudanej replikacji eksperymentu przez Alexandra Haslama i Stephena Reichera, wydania książki Thibaulta Le Texier „Histoire d’un mensonge” („Historia kłamstwa”) oraz przede wszystkim artykułu Bena Bluma “The Lifespan of a Lie”, opublikowanego na platformie „Medium”, który osiągnął niebywałą popularność.

Dwie ostatnie pozycje poruszają m.in. kwestię wypowiedzi Korpi i Eshelmana, w których obaj twierdzą, że ich zachowania były udawane. Pierwszy wskazuje m.in. na to, że przystępując do eksperymentu sądził, że siedząc w celi będzie mógł się przygotowywać do egzaminów na studiach. Kiedy w trakcie eksperymentu odmówiono mu dostępu do książek, chciał zrezygnować z udziału w badaniu. Strażnicy odmawiali mu wyjścia z więzienia – sam natomiast usłyszał od Zimbardo, że jedyną możliwością opuszczenia więzienia jest potrzeba interwencji lekarskiej. Zaczął więc symulować załamanie nerwowe. „Spójrzcie na taśmy – to nawet nie jest dobre aktorstwo” – mówił Blumowi podczas wywiadu. – “Każdy psycholog kliniczny byłby w stanie stwierdzić, że symuluję”. Korpi twierdzi także, że w trakcie eksperymentu świetnie się bawił i wskazuje na nagrania, na których mówi do innych więźniów, że udział w eksperymencie to świetna praca, bo dostaje się łatwe pieniądze za wrzeszczenie.

Eshelman natomiast tłumaczy, że maltretując psychicznie więźniów odgrywał jedynie rolę, której oczekiwał od niego Zimbardo. Miał on naśladować postać strażnika z filmu „Nieugięty Luke”. Sądził, że właśnie odgrywania brutalnego klawisza oczekują od niego autorzy eksperymentu. Dodatkowo Eshelman wiedząc, co jest celem badania, chciał przyczynić się do reformy więziennictwa w Stanach.

Wypowiedzi Korpiego i Eshelmana są frapujące co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, choć Zimbardo twierdzi, że podał uczestnikom sposób na rezygnację z eksperymentu (mieli wypowiedzieć zdanie „chcę zrezygnować z udziału w eksperymencie”), to w obszernej dokumentacji badania nie ma o tym wzmianki. Drugą kwestią jest to, że wypowiedzi Eshelmana mogą być interpretowane jako wyparcie własnych zachowań i ich racjonalizacja. Również Zimbardo, odparowując zarzuty, wskazuje, że przecież nikt nie chce uważać siebie za potwora, dlatego najłatwiej jest usprawiedliwić to np. udawaniem.

Problemy metodologiczne eksperymentu Zimbardo są powszechnie znane, także studentom pierwszego roku psychologii. Zarzuty związane z ostatnią krytyką są jednak dużo poważniejsze

Faktem jest jednak, że uczestnicy zdawali sobie sprawę z tego, co jest przedmiotem badania. A nie powinni byli. Jest to jeden z argumentów przeciwko rzetelności eksperymentu stanfordzkiego, podnoszony jeszcze w latach 70. Błędów metodologicznych w badaniu Zimbardo jest zresztą cała masa. Eshelman oprócz wpływu samego Zimbardo, który odgrywał rolę naczelnika więzienia (średni sposób na uniknięcie wpływu eksperymentatora) wskazuje także na zachowanie innych członków zespołu badawczego, którzy na odprawach strażników mieli zachęcać ich do ostrzejszego zachowania. Tego typu wypowiedzi są utrwalone na nagraniach. W badaniu nie uwzględniono grupy kontrolnej. Nie jest też opisana operacjonalizacja zmiennych, . A tam operacjonalizacja – toż to metodologiczne luksusy! Zmienne w ogóle nie są opisane.

Słowem, to nie jest dobre badanie.

To stwierdzenie nie jest jednak szczególnie rewolucyjne. Problemy metodologiczne eksperymentu Zimbardo są powszechnie znane, także studentom pierwszego roku psychologii. Zarzuty związane z ostatnią krytyką są jednak dużo poważniejsze. Pytanie, jakie się z nimi wiąże, brzmi: czy badanie Zimbardo można nazwać “kłamstwem” – i czy owa krytyka podważa jego wyniki oraz interpretację.

Otóż, raczej nie

Tłumaczenie Eshelmana dotyczące tego, że jedynie udawał strasznego strażnika dla dobra nauki i systemu więziennictwa, nawet jeśli są szczere, nie zmieniają faktu, że odmawiał on skorzystania z toalety prawdziwym ludziom. Kazał im też czyścić realne toalety nieudawanymi gołymi rękami i zmuszał ich do symulowania kopulacji (na szczęście nie do prawdziwej).

W tym miejscu warto przywołać klasyczne badanie Stanleya Milgrama, które było bezpośrednią inspiracją dla Zimbardo. Badani w tym eksperymencie byli przypisywani do grupy “nauczycieli”, którzy mieli oceniać poprawność wykonywania zadań przez grupę “uczniów” – mających nauczyć się na pamięć listy par słów. Gdy uczniowie popełniali błąd, nauczyciele byli zobligowani do podawania im wstrząsu elektrycznego, który wraz z liczbą błędów był zwiększany. Uczniowie byli w rzeczywistości pomocnikami eksperymentatora, i jedynie udawali, że otrzymują wstrząs. Jak się okazało, znaczna część badanych podawała dawki sięgające 450 V pomimo wrzasków „uczniów” i ich próśb o zaprzestanie i przerwanie eksperymentu. Badanie Milgrama wskazywało przede wszystkim rolę autorytetu naukowego w usprawiedliwianiu zadawania bólu innym ludziom, pomimo ich przeraźliwych krzyków i błagań o zaprzestanie. Nie miało dowodzić jedynie czynnika środowiskowego.

Zarzuty wobec Zimbardo mogą podważać interpretację wyników, zgodnie z którą do wydobycia z ludzi zła wystarczy ustawienie ich w sytuacji, w której mogą to zło wyrządzić i nie będą z tego rozliczeni. Nie podważają jednak faktu, że w imię nauki lub pod wpływem Zimbardo ludzie robili krzywdę innym ludziom. Zarzuty Bluma stawiają także znak zapytania nad interpretacją samego Zimbardo, zgodnie z którą głównym czynnikiem wystąpienia złych zachowań jest różnica statusu grup, z których jedna jest podległa drugiej. Eksperyment więzienny może jednak wskazywać na to, jak świadomość istnienia wyższego celu usprawiedliwiającego zło może nas skłaniać do robienia rzeczy strasznych.

Węże nie zostały zatem przez Izraelitów przepędzone. To, co kąsało, zostało wystawione na widok publiczny. Spojrzenie na wizerunek uciążliwego gada uzdrawiało

To, co jednak w ostatniej aferze wokół eksperymentu stanfordzkiego jest wyjątkowo interesujące, to reakcja środowiska naukowego na krytykę Zimbardo. Dzięki eksperymentowi więziennemu wiemy, że pod wpływem autorytetów możemy czynić zło. Dzięki obserwacji reakcji psychologów na krytykę tego eksperymentu możemy dowiedzieć się, do czego jesteśmy zdolni, aby autorytetu tego bronić przed krytyką zagrażającą jego pozycji.

Krytyka jak węże

Izraelici, gdy ich podróż do Ziemi Obiecanej wydłużała się, zaczęli się niecierpliwić. Wyrzucali, że Bóg przez Mojżesza wyprowadził ich z Egiptu po to, aby pomarli. Mówili, że nie mają jedzenia, że manna – “pokarm mizerny” – już im zbrzydła. Bóg za niewdzięczność zesłał na nich węże, które wielu śmiertelnie pokąsały. Gdy Mojżesz wstawił się za ludem, Bóg kazał mu sporządzić miedzianego węża i umieścić go wysoko na palu. Każdy kto po ukąszeniu węża na niego spojrzał, był uzdrowiony.

Węże nie zostały zatem przez Izraelitów przepędzone. To, co kąsało, zostało wystawione na widok publiczny. Spojrzenie na wizerunek uciążliwego gada uzdrawiało.

Gdy Zimbardo na forum dyskusyjnym, którego użytkownikami są członkowie Society for Personality and Social Psychology, napisał o krytyce, jaka została sformułowana przeciw jego badaniu, solidarni z Zimbardo psychologowie nie wystawili miedzianego węża na pal i nie patrzyli na niego. Zamiast tego, deptali węże dookoła ile wlezie.

Przyglądając się dyskusji na forum SPSP, którą analizuje portal PsychBrief, można odnieść wrażenie, że była ona zwykłą niemerytoryczną połajanką, w której zarzuty wobec krytyków, nawet jeśli pachniały merytorycznością, to okazywało się, że ów merytoryczny pierwiastek jest fałszywy lub co najmniej skrajnie kontrowersyjny. Haslam i Reicher, którym nie udało się zreplikować badania Zimbardo, w dyskusji na łamach forum SPSP nazywani byli „slapstickowymi psychologami” tylko dlatego, że nie udało im się go pozytywnie powtórzyć. Ich badanie nie było w ogóle analizowane, za to podważona została w ogóle wartość krytyki badań z psychologii społecznej, opierającej się o falsyfikację. Inne argumenty były deprecjonowane ze względu na to, że zostały opisane na łamach bloga, a nie czasopisma naukowego. Poparte to było zarzutem o brak odnośników w tekstach je zawierających, choć te jak najbardziej je posiadały.

Argumenty Bluma, jak i wspomnianą replikację, można krytykować. Sam Zimbardo zresztą wystosował merytoryczną odpowiedź na większość zarzutów. Część jego argumentacji została przytoczona powyżej. Warto jednak zaznaczyć, że nieudaną replikację nie jest trudno krytykować z pozycji metodologicznych, zważywszy, że badanie zostało przeprowadzone w ramach reality show, realizowanego przez BBC. Chociażby świadomość bycia obserwowanym przez tłumy telewidzów czy zupełnie inny kontekst społeczny obu badań mogą wystarczyć jako podstawa do merytorycznej krytyki badania Haslama i Reichera

Miedziane węże w praktyce

Morały z całej afery wokół eksperymentu Zimbardo są dwa. Pierwszy, dotyczący stricte wyników uzyskanych przez Zimbardo, mówi tyle, że ich klasyczna interpretacja budzi wiele zastrzeżeń. Dużo bardziej przekonująca jest recepcja wyników eksperymentu stanfordzkiego, zgodnie z którą to wyższy cel i autorytet usprawiedliwiający zło jest czynnikiem je wywołującym. Daleko jednak do usprawiedliwienia haseł o “wielkim kłamstwie stanfordzkim”.

Drugi morał, który łączy z pierwszym nie tylko kontekst eksperymentu więziennego, ale także figura autorytetu, dotyczy reakcji na ataki na autorytety. Członkowie SPSP nie potrafili wystawić miedzianego węża, lecz starali się deptać węże, nie podejmując merytorycznej dyskusji z krytykami Zimbardo.

Brak reakcji na słowa obecnego papieża w większości prawicowych portali nie wydaje się odpowiedzią najbardziej spójną z Mojżeszową taktyką walki z ukąszeniami

Z podobną sytuacją jak członkowie SPSP musieli się zmierzyć w ciągu ostatniego roku niektórzy lewicowi działacze, którzy utrzymując swoją agendę w duchu #metoo zostali postawieni przed informacją o rzekomym molestowaniu studenta przez Avital Ronell – profesor New York University, intelektualistkę i działaczkę feministyczną. Niektórzy, jak Judith Butler – jedna z najbardziej wpływowych filozofów feministycznych – nie potrafili wystawić miedzianego węża na widok i wstawiali się za Ronell, pisząc list w jej obronie, powołując się na jej opinię i pozycję jako wybitnego naukowca.

W podobnej sytuacji są obecnie katolicy, którzy między innymi po słowach papieża Franciszka muszą odnieść się do zarzutów o tuszowanie pedofilii w Kościele katolickim przez Jana Pawła II. Brak reakcji na słowa obecnego papieża w większości prawicowych portali nie wydaje się odpowiedzią najbardziej spójną z Mojżeszową taktyką walki z ukąszeniami. Podobnie rzecz się ma z ostatnią konferencją Konferencji Episkopatu Polski na temat pedofilii w Kościele. Zamiast twardego podjęcia tematu, przyznania się do istnienia problemu oraz jasnego rozróżnienia między zasadnymi i niezasadnymi oskarżeniami, główny wątek został rozmiękczony i na mnóstwo sposobów okręcony wokół innych spraw.

Autorytetów można i trzeba bronić, ale poprzez wystawienie miedzianego węża, i dokładne mu się przyjrzenie. Inaczej węże wciąż będą nas kąsać, a my ostatecznie zostaniemy wypchnięci poza główny nurt dyskusji nad ich krytyką. Jedyne co nam zostanie – to powoli umierać od ukąszenia, ze wzrokiem utkwionym w powalanym przez innych autorytecie.

Stały współpracownik NK. Członek Pracowni Filozofii Eksperymentalnej przy Instytucie Filozofii UW

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Zimbardo i miedziany wąż”

  1. Marcin pisze:

    A wiec po lekturze artyķułu wystawiam tego weza a bedzie “Efekt Lucyfera” Zimbardo myslę ze opis zachowania strażników w Abu Gradib potwierdza część tez potwierdzonych w eksperymencie Stanfordzkim

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz