Nadzy królowie z mieczami

Decyzje prezydenta Donalda Trumpa w sprawie Jerozolimy mogą prowadzić do eskalacji konfliktu na Bliskim Wschodzie oraz być katalizatorem procesów o zasięgu globalnym. Przy okazji pogłębią podział Zachodu na dwie części

Zgromadzenie Ogólne ONZ – głosami 128 państw, przy 9 przeciw i 35 wstrzymujących się – przyjęło niewiążącą rezolucję, wzywającą do zachowania statusu Jerozolimy. Była to reakcja na ogłoszoną 6 grudnia amerykańską decyzję uznającą miasto za stolicę Izraela i przenoszącą tam ambasadę USA. 18 grudnia amerykańskie veto uniemożliwiło przyjęcie w tej sprawie rezolucji Rady Bezpieczeństwa.

Zachowanie administracji Trumpa nie jest zaskoczeniem. To realizacja obietnic wyborczych, mająca umocowanie prawne; amerykański Kongres uchwalił w 1995 roku tzw. Jerusalem Embassy Act, zobowiązujący rząd do przeniesienia ambasady z Tel Awiwu najpóźniej do roku 1999. Decyzja ta była potem odraczana jako zagrażająca procesowi pokojowemu, za element którego uznawano dialog na temat palestyńskich praw, przynajmniej częściowych, do spornego miasta. Tymczasem Izrael, od uchwalenia w 1980 roku „Praw Fundamentalnych”, traktuje „niepodzielną Jerozolimę” jako stolicę i konsekwentnie lokuje tam większość instytucji.

Zmodyfikowana polityka bliskowschodnia USA wpisuje się w ogłoszoną 18 grudnia nową Strategię Bezpieczeństwa Narodowego. Znajdziemy tam tezy o świecie jako polu rywalizacji, a nie kooperacji, o wymuszaniu pokoju przez siłę, o zacieśnianiu współpracy bilateralnej z sojusznikami, podzielającymi amerykańską wizję świata. Czyli – w tym przypadku – z Izraelem.

Wobec spodziewanego kontrzaangażowania aktorów regionalnych (Turcja, Iran) oraz globalnych (Chiny, Rosja, podmioty niepaństwowe) znacznie bardziej prawdopodobne są, niestety, scenariusze przewidujące w Lewancie trwały chaos

W wymiarze regionalnym polityka Trumpa spowoduje zapewne eskalację konfliktu politycznego i różnych form przemocy, od burzliwych demonstracji po akty terrorystyczne, a nawet otwarte konflikty zbrojne. W kontekście wspomnianej strategii bezpieczeństwa należy oczekiwać, że USA aktywniej wesprą Izrael w jego walce, militarnie, ekonomicznie oraz przez ofensywne działania służb specjalnych. Tylko nieliczni analitycy spodziewają się, że docelowo może to doprowadzić do pokoju na zasadach lepszych i stabilniejszych, niż dotychczas forsowane (jednym z takich optymistów jest np. Ayman Mohyeldin, który na Twitterze napisał o „rozwiązaniu jednopaństwowym, z demokracją i równymi prawami dla wszystkich”). Wobec spodziewanego kontrzaangażowania aktorów regionalnych (Turcja, Iran) oraz globalnych (Chiny, Rosja, podmioty niepaństwowe) znacznie bardziej prawdopodobne są, niestety, scenariusze przewidujące w Lewancie trwały chaos.

W wymiarze globalnym amerykański odwrót od multilateralizmu, dialogu i dyktatu prawa międzynarodowego to poniekąd tylko przyznanie, że „król jest nagi” (a przy okazji, że „królowie” coraz chętniej hasają z mieczami). Wszak nie tylko USA, ale i Rosja, Chiny, a nawet kraje UE zachowywały się podobnie. Jednak – po pierwsze – casus Jerozolimy ułatwi im legitymizowanie swojej asertywnej polityki w oczach opinii publicznej. Po drugie, z uwagi na swą specyfikę, może przyspieszyć i wzmocnić wiele procesów, toczących się do tej pory dość ospale i dyskretnie.

Pierwszą ofiarą może paść ONZ – stworzona na inne czasy i w obliczu diametralnie innych wyzwań, utrzymywana jako wygodna (acz kosztowna) dekoracja głównie przez USA. W nowych warunkach okaże się Waszyngtonowi zdecydowanie mniej potrzebna, a nawet – jak dowodzą ostatnie głosowania – może zostać uznana za szkodliwą.

Kolejną ofiarą może być NATO. Jego ważny członek, Turcja, już dryfuje ku roli samodzielnego mocarstwa regionalnego, przedkładającego bardziej czy mniej umiarkowany islamizm oraz narodowy egoizm ponad zobowiązania sojusznicze. Nowa polityka Waszyngtonu nie pozostawia Ankarze alternatywy – jeśli chce odgrywać aktywną rolę w świecie arabskim, musi w tej konfrontacji wziąć stronę antyamerykańską.

O ile jednak można sobie wyobrazić Pakt Północnoatlantycki bez Turków – to znacznie trudniej bez RFN i kilku innych krajów UE. Tymczasem one również znalazły się na kursie kolizyjnym; niestety, tym razem strony mogą nie chcieć lub nie być w stanie uniknąć ostatecznego rozwodu. Stany Zjednoczone jasno mówią: przedkładamy siłę nad prawo i dyplomację, a w sporze żydowsko-arabskim stoimy po stronie Izraela. Kraje europejskie od biedy mogłyby przełknąć to pierwsze – drugiego na dłuższą metę raczej nie zdołają. Dynamika procesów wewnętrznych zmusza je bowiem do uwzględniania stanowiska mniejszości muzułmańskich, a także elektoratu lewicowego, w którym odradza się antysemityzm, bazujący na stereotypie „żydowskiego finansisty” i na potępieniu „militarystycznej” polityki Izraela. Jeśli dodamy do tego coraz bardziej odmienne po obu stronach Atlantyku wizje państwa, gospodarki i społeczeństwa – mamy, być może, gotowy przepis na powstanie „dwóch Zachodów”, które już nie będą potrzebować wspólnych instytucji.

Dziś może się to wydawać prognozą zbyt daleko idącą – ale warto przypomnieć, że strategiczne zmiany i konflikty były powodowane wydarzeniami z pozoru drobniejszymi, niż formalne uznanie stolicy niewielkiego kraju.

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, wicedyrektor Instytutu Polityki Międzynarodowej i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, członek Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int, jeden z fundatorów i wiceprezes Fundacji Wiedza-Rozwój-Bezpieczeństwo. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu, public relations i wywiadu konkurencyjnego. Współpracował z Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas, był członkiem Polar Task Force (zespołu doradczego ad hoc przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych). Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Zajmuje się problematyką ewolucji cywilizacji zachodniej i jej wpływem na bezpieczeństwo, wyzwaniami i zagrożeniami asymetrycznymi (w tym walką informacyjną, terroryzmem, przestępczością zorganizowaną i migracjami), a także funkcjonowaniem służb specjalnych i sektora prywatnego w sferze bezpieczeństwa. Jest autorem, redaktorem i współredaktorem kilkudziesięciu prac naukowych z tego zakresu, w tym monografii: „Polityka bezpieczeństwa na Starym Kontynencie” (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2010), „Asymetria i hybrydowość – stare armie wobec nowych konfliktów” (Wyd. Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Warszawa 2011) oraz „Sztuka polityki” (Wyd. Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, Kielce 2017). Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego (1992) oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej (1996); stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego (2005).

Komentarze

2 odpowiedzi na “Nadzy królowie z mieczami”

  1. Stylion pisze:

    „scenariusze przewidujące w Lewancie trwały chaos” A kiedy świat Lewantu nie był w chaosie chyba w epoce przed rolniczej i pod butem kolonistów. Mentalność wspólnoty plemiennej to idealny przepis na chaos. 🙂

  2. Marek pisze:

    „Stany Zjednoczone jasno mówią: przedkładamy siłę nad prawo i dyplomację, a w sporze żydowsko-arabskim stoimy po stronie Izraela.”. I tak jest. Przecież to żadna nowość i zawsze tak było, w każdym razie od momentu powstania państwa Izrael. 30 miliardów USD bezzwrotnej pożyczki dla Izraela poświadcza to każdego roku (nawet Obama pod koniec 2016 roku ją zatwierdził, mimo że teoretycznie nie musiał, bo kończył swój urząd).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz