Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Szuflowanie brokatu

Fraza „magia Świąt”, równie żenująca, co sprzeczna wewnętrznie, skoro świętowane są narodziny Tego, który położył kres wszelkiej „magii”, pomaga sprzedać już chyba tylko wybiórki z magazynów.

Nie jest łatwo, naprawdę nie jest łatwo pisać cokolwiek o Świętach. Mam czasem wrażenie, jakby wszystkie te ozdoby, łańcuchy, kokardy, LED-y, wraz z brokatem, w którym ostatnimi laty, nie wiedzieć czemu, obtaczane są wszystkie bombki niczym pierogi w mące, w połowie grudnia były już usypane w stosy, w prawdziwe hałdy szeleszczącego i błyszczącego śmiecia, które trzeba dopiero odgarnąć, przeszuflować, by dotrzeć do jakichś małych, ukrytych w murze drzwiczek prowadzących do Narnii albo do miasteczka na skraju pustyni.

I nie, nie chodzi mi tylko o „wszechobecną komercję”, której piętnowanie jest zajęciem tyleż zbożnym, co jałowym. Jasne, nużące są te wszystkie kolędy sączące się w hipermarketach, żal zgonionych motorniczych, kasjerek i kanarów, którym kierownictwo kazało przyodziać się w idiotyczne, opadające na oko czerwone czapki z weluru, jakby nie dość mieli innych upokorzeń, a fraza „magia Świąt”, równie żenująca, co sprzeczna wewnętrznie, skoro świętowane są narodziny Tego, który położył kres wszelkiej „magii”, pomaga sprzedać już chyba tylko wybiórki z magazynów: przedatowane spulchniacze do ciast, tuńczyka z wody, zdekompletowany komplet wypoczynkowy. To już Decathlon bluźni przynajmniej oryginalnie: „W te święta jedyną zasadą jest radość”, zacierają ręce hedoniści od sprzedaży butów sportowych. No więc jest to oczywiście nieznośne, ale niech o tym piszą publicyści na etatach od moralności, piętnując przy okazji, jak co roku, Coca-Colę za „kradzież wizerunku św. Mikołaja”, chociaż nie wydaje mi się, by inni producenci napojów gazowanych otaczali większym szacunkiem biskupa z Bari; zaczekajmy choćby, co wymyśli agencja J. Walter Thompson, odpowiedzialna za reklamę „Tigera”.

W obliczu wszystkich tych hojnie rozłożonych dekoracji zaczynam marzyć o dobrej teologii apofatycznej, takiej, wiecie, z czasów Klemensa Aleksandryjskiego, a potem Dunsa Szkota: takiej, która podkreśla niepoznawalność Boga, odrzuca wszelkie symbole i obrazy jako nieadekwatne, przyznaje się do bezradności wobec tajemnicy

Tyle że nie wydaje mi się, by jedynym źródłem tych stosów brokatu były reklamy. Z troską patrzę, jak co roku ludzie, którzy szczerze chcieliby opowiedzieć o Narodzinach, mają kłopot ze znalezieniem nowego języka, nowej frazy, z opowiedzeniem o wydarzeniu, które odmienia porządek świata, i chowają się w koleinę konwencji. Co roku we wszystkich redakcjach, które są na prawo od „Newsweeka” (przyznajmy, nietrudno być na prawo od „Newsweeka”) odbywa się gorączkowe kartkowanie albumów z malarstwem quattrocenta, a potem sprawdzanie, czy w agencji, z której korzystamy tańszy jest Perugino, czy Verrocchio, i czy na pewno ten drugi nie szedł już u nas na okładce rok temu. Co roku (znam trochę tę branżę) rozpoczyna się gorączkowe szukanie, co jeszcze nowego da się opowiedzieć o świętym Józefie czy dzieciństwie Jezusa, i bibliści znający się na apokryfach mają w grudniu swoje pięć minut na równi z kurierami FedExu czy sprzedawcami karpi. Co roku graficy i drukarze leją do bębnów purpurę i szkarłat albo zieleń butelkową i karmin, przez co stojak z prasą sam wygląda z daleka jak wielka choinka. Co roku ośmiolatkom z parafii starcza wytrwałości na pierwszy tydzień, co roku mam wrażenie, że wszystko staje się opatrzoną „ikonką” i memem, od Perugina po wizerunek JP II.

W obliczu wszystkich tych hojnie rozłożonych dekoracji zaczynam marzyć o dobrej teologii apofatycznej, takiej, wiecie, z czasów Klemensa Aleksandryjskiego, a potem Dunsa Szkota: takiej, która podkreśla niepoznawalność Boga, odrzuca wszelkie symbole i obrazy jako nieadekwatne, przyznaje się do bezradności wobec tajemnicy. Jak można w ogóle próbować o tym paradoksie wcielenia, o tym „zgorszeniu dla Żydów i głupstwie dla pogan”, o którym wiemy tylko, że rozsadzają je sprzeczności? Próbował anonimowy autor „Obłoku niewiedzy”, próbował święty Jan od Krzyża, u nas najlepiej udało się Franciszkowi Karpińskiemu, i rzeczywiście, „ogień krzepnie, moc ciemnieje, ma granice Nieskończony” można śpiewać wciąż i wciąż, zwłaszcza jeśli M. przy pianinie nie pomyli się i zacznie od D-dur. Ale gdzie gdyby szukać bliższej naszym czasom opowieści, w której byłaby miłość, tęsknota, zachwyt, nadzieja i przeczucie straty, od którego nie była wolna Miriam w stajence?

W tym roku znalazłem coś takiego. To „Bałutki” Ewy Różyckiej: zbiór tekstów, wobec których pozostaję bezradny, debiutancki tom, w którym od wielkiego talentu ważniejsze jest jeszcze co innego: odwaga opowiedzenia o tym, co najbardziej ukryte. Chcecie Państwo czegoś innego niż „Opowieść wigilijna”, drzeworyty Andriollego i porady, jak podać śledzia w dwudziestu ośmiu smakach? Proszę, oto – za zgodą Wydawnictwa Pewne – cytat z „Bałutek” w którym jest i miłość, i tęsknota, i nawet chłód Stajenki. Kogo udało nam się w te Święta ogrzać, kogo pocieszyć?

„W dniu Misia wypada wspomnieć Uszatka. Kupiono mi go za późno. Miałam chyba dwanaście lat.

– Jestem jeszcze mała! – krzyknęłam dzień wcześniej do mamy.

Nic nie odpowiedziała, ale kiedy następnego dnia wróciłam ze szkoły, on już czekał na wersalce. Klapnięte uszko, wiśniowy kubraczek, krzywo wszyte bure oczy – guziczki. Był taki samotny!

– Nic ci po mnie, Uszatku – powiedziałam. – We dwoje będziemy jeszcze bardziej sami na świecie.

Nie minęła godzina, a oddałam misia dużo młodszej koleżance.

Nocą okazało się, że Uszatek nie jest zwyczajną zabawką. Brakowało mi go jak kogoś żywego.

– Oddaj misia. Dam ci, co chcesz – powiedziałam Wioletce następnego ranka.

– Już go nie mam! – krzyknęła i uciekła do swojej mamy, która akurat wracała z nocnej zmiany. Wysiadała z autobusu i przyjaźnie machała nam ręką.

Od tej pory widywałam Uszatka trzy miesiące w roku. Kiedy przychodziły Święta, ojciec Wioletki uszczelniał pluszakami i czym się tylko dało ich jedyne wielkie skrzynkowe okno.

Wołałam go po imieniu, ale udawał, że nie słyszy”.

Wołałam go po imieniu, ale udawał, że nie słyszy”.

Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Do stycznia 2017 r. redaktor magazynu „Plus Minus”. Lubi sielanki.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Szuflowanie brokatu”

  1. Jola pisze:

    Chlałoby się dać Ewie kilka Misiów Uszatków,ale za późno…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz