Czy minister podzieli rezydentów?

Czy rezydenci mają szansę na spełnienie postulatów dotyczących bezpośrednio ich sytuacji finansowej? Jest to mało prawdopodobne. Nieubłagana ekonomia rządzących rzadko bierze pod uwagę głos stosunkowo niewielkiej grupy

Środowisko młodych lekarzy mówi jednym głosem – chcemy podniesienia wydatków na służbę zdrowia, lepszych warunków pracy i wyższych wynagrodzeń. W zamian minister proponuje podwyżki, ale głównie dla specjalizacji mało popularnych wśród absolwentów uczelni medycznych. Nikt jednak nie wierzy, że jest to strategia zwiększania ilości specjalistów z deficytowych dziedzin, a raczej próba podzielenia środowiska zgodnie z maksymą „dziel i rządź”.

Nie bez znaczenia jest moment, w którym rezydenci rozpoczęli protest. 1 października weszła w życie ustawa o sieci szpitali. O ministrze zdrowia i jego planach, choć mocno dziś okrojonych (wcześniej wspominał o likwidacji NFZ i utworzeniu „narodowej służby zdrowia”), zrobiło się głośno. Polska skierowała uwagę na problemy leczenia i szpitali oraz poprawiającą się zdaniem ministerstwa sytuację związaną z kolejkami. Gdy do dyskusji włączyli się rezydenci, regularnie przypominający o swojej trudnej sytuacji, ministerstwo postanowiło szybko zareagować, by nie doszło do zagłuszenia pozytywnego przekazu. Niestety z odwrotnym efektem – o grupie kilkunastu głodujących osób zaczęły mówić media w całym kraju. A do protestu zaczęli się dołączać starsi lekarze, zniesmaczeni propozycjami symbolicznych ich zdaniem podwyżek dla młodszych kolegów – do 2018 r. o 341 zł brutto (dla pierwszych dwóch lat rezydentury), a dla wybranych specjalizacji nawet tysiąc złotych więcej. Solidarne środowisko rezydentów na taką propozycję się nie zgadza.

Na ministrze ciąży  przedstawienie harmonogramu wzrostu wydatków na zdrowie. Takiego oficjalnego dokumentu rządowego jednak nie ma

Niewykluczone więc, że środowisko rezydentów się podzieli, choć na razie wydaje się być wyjątkowo zgodne w uznaniu, że kolejne spotkania z ministrem Radziwiłłem nie mają już sensu i pomóc może tylko premier. A jest o czym rozmawiać. W całym sporze nie chodzi bowiem wyłącznie o wyższe zarobki, choć faktycznie one są źródłem problemu. Chociaż rezydentura to przede wszystkim czas nauki, to rezydent jest pełnoprawnym lekarzem, mimo że bez specjalizacji. Bada więc pacjentów, przeprowadza zabiegi, dyżuruje, wypisuje recepty. Słowem – leczy, czyli pracuje, równolegle ucząc się swojej przyszłej specjalizacji. Wynagrodzenie rezydenta jest jednak na tyle niskie (około 2,5 tys. zł na rękę), że większość z nich dorabia na dyżurach, w pogotowiu, na izbach przyjęć lub w przychodni. W praktyce więc czas, który powinni poświęcić na naukę, przeznaczają na dodatkową pracę, która pozwala na normalne funkcjonowanie.

Zarobki nie są jedynie problemem rezydenta, ale również całego systemu ochrony zdrowia i pacjentów. W końcu efektem tej sytuacji jest albo gorzej wykształcony lekarz albo kolejny emigrant. Dlatego też wśród postulatów rezydentów na pierwszym miejscu są te związane z poprawą funkcjonowania całego systemu opieki zdrowotnej, w tym wzrost finansowania ochrony zdrowia do poziomu 6,8 proc. PKB (z dzisiejszych ok. 4,5 proc.) w trzy lata, 9 proc. przez kolejne 10 lat, zmniejszenie biurokracji, skrócenie kolejek, zwiększenia liczby pracowników medycznych oraz w końcu także poprawa warunków pracy i podwyższenie wynagrodzeń. Z takim stanowiskiem zgadza się oczywiście nawet samo ministerstwo. To co jednak ciąży na ministrze to przedstawienie harmonogramu wzrostu wydatków na zdrowie. Takiego oficjalnego dokumentu rządowego jednak nie ma.

Za kilka miesięcy lub lat także dzisiejsi rezydenci stracą głos w postaci swoich obecnych liderów. Problem słabo dofinansowanej służby zdrowia jednak pozostanie

Czy rezydenci mają szansę na spełnienie postulatów dotyczących bezpośrednio ich sytuacji finansowej? Jest to mało prawdopodobne. Nieubłagana ekonomia rządzących rzadko bierze pod uwagę głos stosunkowo niewielkiej grupy. Niezwykłą słabością rezydentów jest też sam charakter ich grupy – po 5-6 latach każdy z nich staje się specjalistą, często stając także po drugiej stronie barykady lepiej zarabiających lekarzy. Ta słabość, mająca charakter strukturalny, jest wykorzystywana przez kolejne zmiany na Miodowej. W końcu zarobki rezydentów są problemem, z którym styka się – bez próby rozwiązania – każdy kolejny minister zdrowia. Za kilka miesięcy lub lat także dzisiejsi rezydenci stracą głos w postaci swoich obecnych liderów. Problem słabo dofinansowanej służby zdrowia jednak pozostanie, a o niskich zarobkach, złych warunkach pracy, kolejkach i innych problemach przypomną nam przed wyborami parlamentarnymi kolejne zawody medyczne.

Ekspert NK ds. zdrowia, adiunkt w Collegium Medicum UWM w Olsztynie, doktor socjologii, członek Polskiego Towarzystwa Socjologicznego, wykładowca socjologii zdrowia i medycyny dla studentów kierunków medycznych. W swojej pracy naukowej podejmuje problemy socjologii klinicznej w tym jakości życia i funkcjonowania chorych na choroby neurodegeneracyjne, zachowań zdrowotnych i komunikacji. Autor publikacji m.in. na temat etiologii SLA, społecznego kontekstu wykorzystania embrionalnych komórek macierzystych, opieki farmaceutycznej.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz