Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Macron gra bronią nuklearną. O co?

Większa Francja – to cel podstawowy. W każdym scenariuszu, od rozkwitu aż po rozpad UE i NATO. Zastanówmy się w Polsce, jak możemy na tym skorzystać

Prezydent Francji Emmanuel Macron zainicjował w zeszłym tygodniu nie tylko odwilż w relacjach z Polską, ale też zaczął nową fazę swojej gry na skalę europejską. Już jego wizyta w naszym kraju była ważna nie tylko dla relacji dwustronnych, ale też dla całej Unii. Macron zapowiadał reaktywację Trójkąta Weimarskiego, mówił o triumwiracie francusko-niemiecko-polskim jako potencjalnie przywódczym dla całej Wspólnoty, sygnalizował rozpoczęcie debaty o europejskim odstraszaniu nuklearnym. Kwestię bezpieczeństwa rozwinął podczas piątkowej prezentacji uaktualnionej francuskiej doktryny obronnej w paryskiej Szkole Wojennej.

Z dużej chmury mały deszcz

Jak zwykle u prezydenta Macrona, przy obu okazjach padło wiele pięknych, starannie dobranych słów, składających się na strzeliste wizje przyszłości. Któż w Unii nie chciałby silnej Europy, zdolnej samodzielnie się bronić, i to nie tylko przed wrogimi potencjałami nuklearnymi, ale też przed chińską penetracją technologiczną i kapitałową oraz rosyjskimi ingerencjami teleinformatycznymi? O tym przywódca V Republiki długo mówił w Szkole Wojennej, przez wszystkie przypadki odmieniając „odpowiedzialność za międzynarodowy pokój i bezpieczeństwo” i odpowiedzialność Francji „jako państwa nuklearnego”.

Między tą piękną wizją a jej wcieleniem w życie jest jednak długa i wyboista droga. Jak wyboista, mogliśmy zaobserwować na przestrzeni ledwie kilku dni: będąc w Polsce, Macron zapowiedział na piątek przedstawienie zasad, na jakich Francja może bronić swoich partnerów przy użyciu własnej broni jądrowej. Zabrzmiało to elektryzująco w kontekście tego, jak wiele mówił wcześniej i teraz o rosnącej międzynarodowej niepewności, wątpliwościach co do przyszłości NATO i roli USA w Europie. Zabrzmiało jak zapowiedź sformułowania zarysu alternatywy – czy też fundamentalnego uzupełnienia – dla dotychczasowego systemu bezpieczeństwa poprzez stworzenie jego realnego europejskiego filaru w postaci odstraszania nuklearnego. Jednak w piątek w Paryżu – w najbardziej interesującym dla Polski aspekcie – Macron powtórzył jedynie francuskie zobowiązania wynikające z członkostwa w  NATO i sposoby operowania bronią jądrową znane już z francuskiej doktryny obronnej. Nic nowego, jeśli chodzi o bezpieczeństwo Polski i innych krajów naszego regionu, szczególnie dotkniętych przez ów wzrost międzynarodowej niepewności, co Macron podkreśla i dobrze rozumie. Z dużej chmury mały deszcz.

Zapraszając inne kraje Unii do dyskusji o europeizacji francuskiego arsenału jądrowego i do udziału w ćwiczeniach używania tej broni oraz redefiniując żywotne interesy Francji jako mające także wymiar europejski, Macron chwyta więc chwilę i nowy wiatr w żagle

Czy możemy się spodziewać więcej w dłuższej perspektywie? Też raczej nie. Po pierwsze, francuski potencjał jądrowy jest stosunkowo niewielki (ok. 300 głowic, wobec ponad 6 tys. w posiadaniu tak Rosji, jak USA) i mało elastyczny: ma charakter strategiczny, nie taktyczny, czyli nie jest odpowiedzią m.in. na rozbudowywane przez Kreml zdolności do dokonania bardzo ograniczonych ataków np. na infrastrukturę krytyczną. Po drugie, Macron nie tylko nie przedstawił sposobu zmiany tego stanu rzeczy, ale mówił wręcz o redukcji francuskiego arsenału. Po trzecie, kusząc z jednej strony sygnałami zapewnienia bezpieczeństwa Europie Środkowo-Wschodniej, z drugiej – wskazując na potrzebę zacieśnienia relacji wojskowo-strategicznych z Rosją, prezydent Francji sięga prawą ręką do lewej kieszeni i sam sobie przeczy. Na dziś wiązanie z tym większych nadziei polskich wygląda na równie zakorzenione w rzeczywistości, co wiara w odbudowę wielkiej Polski przez Napoleona I, w walne wsparcie powstania styczniowego ze strony Napoleona III, czy w powstrzymanie przez Francję III Rzeszy.  Historia wiele nas tu uczy, a doświadczenia przeszłości wynikają z geopolityki: interesy Paryża były i nadal są zasadniczo odmienne niż interesy Warszawy.

Macron chwyta wiatr w żagle

Nuklearne deklaracje Macrona wpisują się w kilka kontekstów. Po pierwsze, w lutym 2021 roku upływa ważność tzw. nowego układu START, czyli amerykańsko-rosyjskiego porozumienia co do dalszej redukcji i ograniczenia zbrojeń strategicznych. Macron przestrzega przed rozprzestrzenianiem broni nuklearnej i eskalacją jądrowego wyścigu zbrojeń oraz chce, aby UE była współsygnatariuszem następnego porozumienia w tej sprawie. Po drugie, po brexicie Francja będzie jedynym członkiem Unii posiadającym broń atomową. Po trzecie, już wyczuwalna jest tendencja do proliferacji. Należą do niej: generalne poluzowanie międzynarodowego reżimu kontroli zbrojeń konwencjonalnych; niedawne wypowiedzenie przez USA traktatu INF o likwidacji i nieużywaniu pocisków balistycznych pośredniego i średniego zasięgu, nieobejmującego Chin i nieprzestrzeganego przez Rosję; dyskusje o wejściu w posiadanie broni jądrowej w kolejnych krajach; ogólna erozja jednobiegunowego ładu międzynarodowego. Po czwarte, francuski arsenał nuklearny wymaga kosztownej modernizacji w perspektywie kilku lat. Po piąte, Macron doświadczył na razie porażki w swoich próbach przeprowadzenia znacznie ściślejszej integracji europejskiej w oparciu o strefę euro. Po szóste i nie najmniej ważne: porządek światowy coraz wyraźniej się chwieje.

Zapraszając inne kraje Unii do dyskusji o europeizacji francuskiego arsenału jądrowego i do udziału w ćwiczeniach używania tej broni oraz redefiniując żywotne interesy Francji jako mające także wymiar europejski, Macron chwyta więc chwilę i nowy wiatr w żagle. W każdym nowym rozdaniu w Europie Francja będzie bardzo ważna. A wobec nikłego potencjału wojskowego Niemiec może być w pewnych okolicznościach nawet najważniejsza, a co najmniej – może zmniejszyć dystans, który dzieli ją od Berlina w kategoriach gospodarczych i ludnościowych. Sprzyjałoby temu zwłaszcza zdyskontowanie jej potencjału nuklearnego. Moment na podniesienie tematu jest dogodny: z powyższych roztrząsań wynika przecież, że albo zmierzamy do wzrostu chaosu w tej dziedzinie, albo do reorganizacji systemu. Francja daje do zrozumienia, że w każdym wariancie trzeba się z nią liczyć. A że jej arsenał jądrowy tak czy inaczej trzeba dofinansować…

Postawiliśmy w ostatnich latach na kartę amerykańską prawie wszystko, dziś coraz wyraźniej uwidaczniają się ograniczenia tej opcji. Możliwość dywersyfikacji źródeł zaopatrzenia w broń i technologie w oparciu o Francję, realna lub choćby tylko udawana dla podbijania stawek w negocjacjach z Waszyngtonem, jest w coraz bardziej niespokojnych czasach nie do przecenienia

Francja to ciekawy kierunek

Macron zdaje się przy tym grać jednocześnie na dwóch fortepianach. Na unijnym – uderzając w miłe wielu duszom tony ściślejszej integracji i solidarności. Ale i post- lub pozaunijnym: jeśli z pogłębienia Wspólnoty nic nie będzie albo wręcz nastąpi jej dalsza erozja, to wszyscy powinni pamiętać, że Francja pozostaje potęgą, także nuklearną. Podobnie z NATO. Z pewnością możemy się od Macrona uczyć, jak dbać o interesy narodowe w aurze troski o wspólne dobro Europy, a nawet Zachodu.

Polskie władze powinny patrzeć na nuklearne enuncjacje Macrona sceptycznie, ale przychylnie. Jeśli rzeczywiście chce eksportować bezpieczeństwo, musi pokazać konkrety i rozwikłać sprzeczności. Jeśli nie, pozostaje interesującym partnerem w obszarze know how – jądrowego, wojskowego, a zwłaszcza cywilnego. Jak również w wymiarze konwencjonalnego bezpieczeństwa, o czym świadczą zeszłotygodniowe deklaracje polsko-francuskie o możliwym dołączeniu Warszawy do projektu europejskiego czołgu nowej generacji; ale przecież Paryż mógłby być dla nas użyteczny także w wielu innych przedsięwzięciach, pozostając znaczącym graczem wojskowym. Nie mówiąc o pozostałych kwestiach, głównie gospodarczych, bo to osobna historia.

Wspomnijmy o jeszcze jednym. Francja to dla Polski interesujący kierunek w kontekście naszych relacji z USA. Postawiliśmy w ostatnich latach na kartę amerykańską prawie wszystko, dziś coraz wyraźniej uwidaczniają się ograniczenia tej opcji. Możliwość dywersyfikacji źródeł zaopatrzenia w broń i technologie w oparciu o Francję, realna lub choćby tylko udawana dla podbijania stawek w negocjacjach z Waszyngtonem, jest w coraz bardziej niespokojnych czasach nie do przecenienia. A ewentualny wzrost znaczenia Paryża jako przeciwwaga dla wpływów Berlina to także kwestia warta uwagi.

prezes i założyciel Nowej Konfederacji, dyrektor Wydawnictwa Nowej Konfederacji. Autor książki "Między wielkością a zanikiem. Rzecz o Polsce w XXI wieku". Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Gazecie Wyborczej", „Gościu Niedzielnym”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Arcanach", „Polsce The Times”, „Super Expressie”, "Fakcie". Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie.

Komentarze

4 odpowiedzi na “Macron gra bronią nuklearną. O co?”

  1. torero pisze:

    Podobno nie ma głupich pytań, ale nie ustaję w próbach weryfikacji: jakie znaczenie ma [wzmiankowana w tekście] liczba głowic nuklearnych powyżej setki, skoro już nawet kilkunastoma – kilkudziesięcioma można odparować w zasadzie dowolne państwo?

  2. cieszymir pisze:

    Jeśli zamierza redukować arsenał atomowy, to niech okaże dobrą wolę i nam odsprzeda.

  3. torero pisze:

    Sam sobie, bo jak widać nawet głupiego pytania bez kawy zadać dobrze nie potrafię… Chodzi mi o to, czy fakt, czy jakieś państwo ma tych głowic 100, czy 1000, robi jeszcze jakąkolwiek REALNĄ różnicę w czymkolwiek?

  4. m_kurjata pisze:

    Wydaje mi się, że o ile kilkanaście głowic jest w stanie zniszczyć każde państwo to żeby tymi kilkunastoma trafić, trzeba wystrzelić kilkadziesiąt, bo większość zestrzelą.

    A jak się ma tylko kilkadziesiąt to wróg może zniszczyć bazy, w których je trzymamy jeszcze zanim uda się je wystrzelić. Wtedy lepiej mieć jednak kilkaset.

    Pewnie wchodzi w grę jeszcze czynnik psychologiczny.

    Również chętnie przeczytam inne odpowiedzi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz