Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Między klientem a najmitą. Polska w amerykańskiej strefie wpływu

Stany Zjednoczone odbierają Polsce status klienta, który ma prawo podejmować negocjacje z patronem, i nadają jej status najmity, który nie ma prawa do ochrony własnych interesów. Szansą wyjścia z tego statusu jest większe zaangażowanie w politykę wschodnią UE, do którego jesteśmy zapraszani

Decyzje podjęte przez Polskę po rozmowach wiceprezydenta Pence’a z polskim prezydentem i premierem są ważne same przez się, ale mają daleko większe znaczenie polityczne niż podniesione kwestie (podatek cyfrowy i kwestia technologii 5G). Oznaczają nowe, niekorzystne dla Rzeczypospolitej usytuowanie w ramach klientelistycznej relacji z Ameryką i pozwalają dostrzec, że odwzajemniając się za gwarancje bezpieczeństwa, Polska ogranicza swoją podmiotowość i możliwości rozwoju, oraz daje się wyprowadzać z naturalnej przestrzeni, w której realizuje swoje życiowe interesy, czyli Unii Europejskiej.

Wobec waszyngtońskiego patrona

Pisząc o relacji patron-klient między USA a Polską nie przeprowadzam krytyki, ale oddaję stan rzeczy. Polska niepodległa uzyskała gwarancje bezpieczeństwa od Ameryki poprzez przyjęcie NATO w ramach porządku międzynarodowego, w którym Stany Zjednoczone były jedynym światowym, i to niekwestionowanym supermocarstwem. O relacji partnerskiej w stosunkach Polska-Ameryka nie mogło i nie może być mowy z racji dysproporcji sił, nieekwiwalentności wymienianych dóbr i nierównoważności znaczenia sojuszu dla obu jego stron: dla Polski jest on sprawą życia i śmierci, dla Stanów Zjednoczonych – nie.  Partnerem, choć młodszym, możemy być w ramach Unii Europejskiej dla Niemców lub Francuzów. W stosunkach z USA jest to niemożliwe. Jednakże nawet relacja patron-klient nie oznacza pełnej podległości i dyspozycyjności klienta. Relacja ta polega  na ochronie i promocji klienta przez patrona w zamian za usługi świadczone przez klienta patronowi. Usługi te nie mogą oznaczać, że klient wysługując się patronowi występuje przeciwko swoim fundamentalnym interesom. Nie po to wchodził w relacje klientelistyczną. Dotychczas Polska odpłacała się swojemu amerykańskiemu patronowi, lojalnie świadcząc usługi na jego rzecz. Taki sens miało przyłączenie się Rzeczypospolitej do „koalicji chętnych” w amerykańskiej inwazji na Irak (wbrew najsilniejszym państwom UE), czy udostępnianie CIA ośrodka UOP w Szymanach w celu przeprowadzania niekonwencjonalnych przesłuchań schwytanych terrorystów. Nie krytykuję tych decyzji, uważam, że z punktu widzenia polskiej racji stanu były słuszne, a fundamentalne interesy Rzeczypospolitej nie były przez nie zagrożone.

To był drugi przypadek, kiedy wysoki urzędnik amerykański ogłasza, co zrobi polski rząd. Pierwszym było ogłoszenie przez sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo, że Warszawa zorganizuje konferencję w sprawie pokoju na Bliskim Wschodzie

Sytuacja się zmieniła wraz z zakwestionowaniem pozycji USA jako jedynego supermocarstwa przez Chiny i decyzją Ameryki, by na to zakwestionowanie zdecydowanie odpowiedzieć, organizując sojusz przeciwko swemu rywalowi. W przypadku Polski oznacza to odebranie statusu klienta, który jest w stanie poprzez szereg interakcji negocjować z patronem zakres swego zaangażowania na jego rzecz i spodziewane gratyfikacje, i nadanie jej statusu najmity, który prawa do negocjacji i ochrony własnych fundamentalnych interesów nie ma.

Tak mocną tezę wypadałoby uzasadnić.

Stany wycofują polski podatek

Zacznijmy od, wydawałoby się drobnej, kwestii podatku cyfrowego. Nie ma nic złego w tym, że pod wpływem nacisków amerykańskich Polska wycofała się z planów jego wprowadzenia. W lipcu tego roku trzyprocentowy podatek cyfrowy wprowadziła Francja i szybko doszło do publicznego i ostrego konfliktu z USA. Prezydent Trump zagroził podniesieniem ceł na wina francuskie i w swoim twitterowym stylu zakomunikował, że zawsze uważał, iż wina amerykańskie są lepsze od francuskich. Francuzi się przestraszyli, doszło do rozmów, przetargów, walenia pięścią w stół i dość szybko wypracowano kompromis, który pozwolił Francji wyjść z konfliktu z twarzą, a Ameryce zabezpieczyć swoje interesy: budżet francuski będzie wypłacał amerykańskim firmom internetowym rekompensatę w wysokości różnicy między uchwalonym podatkiem francuskim a przewidywanym podatkiem, który wprowadzi UE realizując rekomendacje przygotowywane przez OECD.

Wybór jest następujący: albo grę z Chinami prowadzimy wspólnie z USA, albo w ramach Unii Europejskiej. Podejścia do problemu „zagrożenia chińskiego” związanego z 5G są u obu tych stron różne

Istotą rzeczy jest to, że na wspólnych konferencjach prasowych z prezydentem Dudą i premierem Morawieckim to wiceprezydent Pence ogłaszał, jaka będzie polityka podatkowa polskiego rządu. Gdyby to polski prezydent lub premier ogłosił, że po rozmowach z naszym strategicznym sojusznikiem uznaliśmy, że na razie podatku cyfrowego nie wprowadzamy i poczekamy na rekomendacje OECD i decyzje unijne, które będziemy współkształtować, to żadnego problemu by nie było. A tak problem jest – i to nie tylko związany z podatkiem cyfrowym. Przypomnijmy, że to był drugi przypadek, kiedy wysoki urzędnik amerykański ogłasza, co zrobi polski rząd. Pierwszym było ogłoszenie przez sekretarza stanu USA Mike’a Pompeo, że Warszawa zorganizuje konferencję w sprawie pokoju na Bliskim Wschodzie – czyli po prostu zrealizuje w interesie Ameryki, która wypowiedziała jako jedyna  porozumienie nuklearne z Iranem, przedsięwzięcie antyirańskie, które, jak można się było spodziewać, solidarnie zbojkotowały najważniejsze państwa Unii Europejskiej. Do tego dodajmy iście prokonsularny styl działania ambasador USA, pani Mosbacher, która  wysyła do polskiego rządu ultymatywne w tonie i całkowicie niedyplomatyczne listy, zabiegając o interesy firm amerykańskich. Odnosi sukces, a ponadto za pomocą przecieków te pisma upublicznia, czego efektem jest całkowicie uzasadnione wrażenie, że gdy dochodzi w kwestiach istotnych dla kapitału amerykańskiego do zróżnicowania interesów z Polską, wystarczy udzielić stronie polskiej admonicji, by ta wykazała się całkowita uległością. Ten modus operandi został we wrześniu tego roku powtórzony na najwyższym szczeblu.

Otóż można zadać pytanie, czy proklamowanie przez amerykańskiego wiceprezydenta, a wcześniej sekretarza stanu decyzji rządu RP, zanim sam rząd je ogłosi, to niedyplomatyczna kowbojska bezpośredniość, czy też celowy zabieg polityczny. Wykluczam tutaj zamiar celowego upokorzenia sojusznika, bo w polityce nikogo się nie upokarza bez potrzeby. Wydaje mi się, że chodzi o celowy, chłodno skalkulowany zamysł polityczny. Zgodnie z wyborczym przesłaniem „America First” i ogłoszoną przez Donalda Trumpa Strategią Bezpieczeństwa Narodowego, w rywalizacji potęg o przywództwo Ameryka tworzy swój własny układ sojuszniczy, wedle modelu koła, które ma oś (Stany Zjednoczone) i szprychy, ale nie ma obręczy. Każdy sojusznik ma bezpośrednią relację z centrum (szprycha umocowana na osi), ale nie ma możliwości komunikacji i uzgadniania interesów z innymi sojusznikami (brak obręczy). Z amerykańskiego punktu widzenia zasadniczą przeszkodą w realizacji tego modelu przywództwa jest Unia Europejska, odgrywająca rolę europejskiej obręczy z możliwością natychmiastowej komunikacji i uzgodnienia interesów, które można z mocniejszej pozycji negocjować z ośką. Skrajnie niedyplomatyczne postępowanie Mike’a Pompeo i wiceprezydenta Pence’a w kategoriach politycznych oznaczało zakomunikowanie całemu światu: w sprawach o istotnym znaczeniu dla Stanów Zjednoczonych Polska jest szprychą osadzoną w amerykańskiej ośce i nie pretenduje do tego, by podtrzymywać europejską obręcz.

Po 5G tylko z Ameryką

Równie wielkie, a może większe znaczenie ma wspólna deklaracja w sprawie 5G podpisana przez wiceprezydenta Pence i premiera Morawieckiego. Ponieważ rewolucja 5G zmieni oblicze gospodarek i świata, a w tej sprawie Stany Zjednoczone wydały wojnę Chinom, dla interesów Polski ma zasadnicze i perspektywiczne znaczenie z kim w tym konflikcie się wiąże. Wybór jest następujący: albo grę z Chinami prowadzimy wspólnie z USA, albo w ramach Unii Europejskiej. Podejścia do problemu „zagrożenia chińskiego” związanego z 5G są u obu tych stron różne. UE dostrzega zagrożenie, o czym świadczą rezolucje Parlamentu Europejskiego, rekomendacje Komisji Europejskiej oraz przyjęcie przez PE aktu o cyberbezpieczeństwie. Odpowiedzią na to zagrożenie jest z jednej strony zabezpieczenie się przed nim, z drugiej strony wysuwanie postulatów wobec Chin i negocjacje z nimi. Chińskie firmy nie są natomiast a priori wykluczone jako dostawca 5G na rynek unijny. Amerykanie jasno stawiają sprawę, że sami wykluczają chińskie koncerny i oczekują takiego wykluczenia ze strony swoich sojuszników. Wspomniana deklaracja realizuje w stu procentach oczekiwania strony amerykańskiej. Wprawdzie dla osłony, o co mogła nalegać strona polska, powołano się w niej na propozycje praskiej konferencji w sprawie bezpieczeństwa 5G (imprezy przede wszystkim unijnej), ale konkluzje deklaracji daleko wykraczają – w wymiarze antychińskim – poza nie. Kryteria oceny dostawców mają być następujące:

„1) Czy dostawca jest kontrolowany przez obcy rząd bez możliwości odwołania się do niezawisłego sądu;

2) Czy dostawca ma przejrzystą strukturę własności; oraz

3) Czy dostawca, w swojej historii, wykazywał się etycznym postępowaniem korporacyjnym oraz, czy podlega on porządkowi prawnemu, który zapewnia przejrzystość działalności firm”.

„Przyjęcie optyki amerykańskiej” w tej sprawie, tak jak i w przypadku 5G, oznaczałoby, że CPK po prostu nie powstanie, bo kto tę inwestycję będzie współfinansował?

Odnotujmy tylko (dla rozbawienia czytelnika), że oprócz tego w deklaracji znalazło się następujące zdanie: „Zwiększona ilość danych w sieciach 5G jeszcze bardziej sprzęgnie gospodarki wszystkich krajów, w tym Polski i Stanów Zjednoczonych oraz ułatwi transgraniczne usługi i handel”. Przygotowujący tekst urzędnicy zapomnieli o tym, że Polska i USA nie mają wspólnej granicy. W  dokumencie nie padają nazwy własne „Chiny” i „Huawei”, ale to byłoby tylko stawianie kropki nad „i”. Uczynił to zresztą z mało dyplomatyczną szczerością prezydencki minister, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Paweł Soloch, stwierdzając, że „podzielamy optykę amerykańską” jeśli chodzi o Chiny i wpisujemy tę sprawę w „strategiczny sojusz ze Stanami Zjednoczonymi”.

Kwestia odmiennego podejścia do chińskich dostawców technologii 5G jest pochodną różnego stosunku Ameryki i Unii do Chin. W znanym, niezwykle ważnym i szeroko komentowanym i analizowanym przemówieniu w Hudson Institute w październiku 2018 roku, wiceprezydent Pence określił Chiny jako główne zagrożenie dla pozycji USA w świecie, dla strategicznych interesów Ameryki na kluczowych obszarach, dla więzi łączących USA z ich sojusznikami („ Chiny chcą ni mniej ni więcej wypchnąć USA z Zachodniego Pacyfiku i uniemożliwić nam przyjście z pomocą naszym sojusznikom”) , dla świętego świętych amerykańskiej polityki zagranicznej, czyli doktryny Monroe (aktywne finansowe zaangażowanie w celu podtrzymania reżimu prezydenta Maduro w Wenezueli), oraz dla demokratycznego procesu w samej Ameryce ( wysiłki w celu wpłynięcia na wynik wyborów). Z racji poprawności politycznej, sformułowanie „wróg” nie padło, ale przeprowadzona przez Pence’a charakterystyka Chin w pełni odpowiada Schmittiańskiej idei wroga egzystencjalnego. Podejście Unii Europejskiej jest o wiele bardziej zróżnicowane i elastyczne. Elementy doktryny politycznej pojawiły się w  marcowym komunikacie Komisji Europejskiej („UE-Chiny – perspektywa strategiczna”), którego kluczowy fragment głosił: „W zależności od obszaru polityki, Chiny są dla UE jednocześnie współpracującym partnerem, z którym Unia dzieli te same skoordynowane cele, partnerem negocjacyjnym, z którym UE musi wypracować równowagę interesów, konkurentem gospodarczym, dążącym do osiągnięcia wiodącej pozycji w dziedzinie technologii, a także rywalem systemowym, który promuje alternatywne modele sprawowania rządów. Wymaga to elastycznego i  pragmatycznego podejścia UE jako całości, umożliwiającego opartą na zasadach obronę jej interesów i wartości”.

Ta odmienność strategicznego podejścia implikuje też różnice w kwestii 5G i cyberbezpieczeństwa, o czym świadczy wspólne oświadczenie szczytu UE-Chiny, w którym zapowiedziano dalszych dialog w ramach stworzonego mechanizmu roboczych kontaktów.

Nowy nomos (ład) Ziemi musi zatem być oparty albo na hegemonii USA utrzymującej światowy stan równowagi, albo na wyłonieniu się niezależnych od siebie wielkich obszarów, które równoważą się nawzajem

Inwestycje pod dyktando Wuja Sama

Warto zauważyć, że  decyzja w sprawie zablokowania chińskich dostawców 5G i przyjęcia amerykańskiego punktu widzenia oraz podporządkowania się strategicznym amerykańskim interesom, co wypisuje Polskę z UE w obszarach o strategicznym znaczeniu militarnym, politycznym i gospodarczym, nie była pierwsza.  Pierwszą była decyzja o zakupie amerykańskiego myśliwca F-35. Po awariach Migów-29 potrzeba zakupu nowych myśliwców była oczywista, ale z różnych względów nabycie, także amerykańskich, zmodernizowanych F-18, byłoby  wyborem lepszym. Decyzja o F-35 z punktu widzenia strony amerykańskiej jest podwójnie korzystna. Po pierwsze, w perspektywie krótkoterminowej, po skasowaniu kontraktu na dostawę tego myśliwca do Turcji z racji zakupu przez ten kraj rosyjskiego systemu przeciwlotniczego S-400, Lockheed Martin i jego poddostawcy mają wolne moce przerobowe, ale brak im nabywców; jak nie produkują i nie sprzedają, to nie zarabiają. Tracą właściciele, pracownicy i budżet amerykański. Polska wyszła naprzeciw tym deficytom. Po drugie, i chyba istotniejsze, wiążąc się z Amerykanami w kwestii myśliwca piątej generacji, Polska automatycznie wypisuje się z europejskiego programu stworzenia, budowy i produkcji odpowiadającego mu myśliwca europejskiego, co ma być najpoważniejszym przedsięwzięciem w dziedzinie europejskiej wspólnej polityki obronnej, na które potężne środki zarezerwowano w Europejskim Funduszy Obronnym. W perspektywie ok. 15 lat Polska chroni Amerykę przed całkowitym wypchnięciem jej z europejskiego rynku w tej dziedzinie.

Można przewidywać, że po decyzji o przyłączeniu się do amerykańskiego rydwanu w sprawie 5G, kolej przyjdzie na jedno z flagowych przedsięwzięć rządu PiS, czyli projekt budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, o którym ostatnio dziwnie cicho. CPK z założenia ma być intermodalny – lotniczy i kolejowy –  i uczynić ma z Polski komunikacyjny hub łączący Unię Europejską ze Wschodem i Dalekim Wschodem, w tym z Chinami. Ma sens wtedy, jeżeli chiński projekt nowego Jedwabnego Szlaku będzie realizowany, a jego ostatnim na zachodzie, europejskim przystankiem będzie Polska. Warto tu się odwołać do kolejnego doktrynalnego wystąpienia wysoko umocowanego urzędnika amerykańskiego, Wessa Mitchella, który, dwa tygodnie po wykładzie wiceprezydenta Pence’a w Hudson Institute, jako zastępca sekretarza stanu do spraw Europy i Eurazji, wyłożył na posiedzeniu Atlantic Council, jak swoją strategię konfliktu z Chinami USA będą realizować w Europie. W swoim wystąpieniu zaznaczył, że po inwazji na Gruzję i Ukrainę Rosja znów wywiera militarną presje na Europę Środkowo-Wschodnią, ale bardziej interesujące było to, że nie Rosja, ale Chiny zostały określone jako „główny gracz polityczny”, oczywiście antyamerykański, w tym regionie. W tym kontekście Mitchell odniósł się do inicjatywy nowego Jedwabnego Szlaku jako narzędzia zapewnienia sobie na tym obszarze długoterminowych wpływów przez Pekin. Kolejnym przyciągającym uwagę elementem było stwierdzenie, że Ameryka oczekuje od swoich sojuszników, których wspiera, by nie współpracowali z jej rywalami w przedsięwzięciach antyamerykańskich (mówca użył bardzo mocnego czasownika „to abet”, co słownikowo oznacza podżeganie do przestępstwa lub współudział w nim).

Przeciwnikiem USA są oczywiście Chiny, które podważają pozycje hegemona, ale nie dążą do jego zastąpienia, tylko do organizacji własnego Grossraumu obejmującego Azję Południowo-Wschodnią, Środkową, Półwysep Indyjski i wschodnie wybrzeża Afryki

Otóż podczas swojej wizyty w Chinach w 2015 roku prezydent Duda podczas spotkania z chińskim premierem wyraził nadzieję, że Warszawa stanie się podstawowym partnerem Pekinu w Europie w ramach projektu „Jednego Pasa i Jednej Drogi”. W 2016 roku prezydentowi Xi Jinpingowi zgotowano w Polsce królewskie przyjęcie. W trakcie wizyty Xi wraz z Andrzejem Dudą uroczyście przywitał pociąg towarowy, który przyjechał na terminal PKP Cargo w Warszawie z Chengdu, stolicy chińskiej prowincji Syczuan. Było to symboliczne otwarcie Nowego Jedwabnego Szlaku, czyli wyrażenie akceptacji przez Polskę dla chińskiej koncepcji nowej drogi handlowej łączącej Azję z Europą. W 2017 roku premier Szydło podczas wizyty w Pekinie podkreślała zainteresowanie Polski tą koncepcją, a jeszcze w 2019 roku podczas spotkania z premierem Chin w Dubrowniku w ramach formatu 16+ (państwa Europy Środkowo-Wschodniej i Chiny), Mateusz Morawiecki rozmawiał z chińskim premierem o chińskich inwestycjach w CPK („przed nami wielkie inwestycje, które mają nadrabiać lata zaniedbań z czasów rządów komunistycznych i III RP. Chiny są zainteresowane, by wziąć w nich udział”). No, ale to było w kwietniu, czyli przed ogłoszeniem przez USA, że Chiny są wrogiem, a Nowy Jedwabny Szlak i inwestycje w infrastrukturę narzędziem wroga w celu wypierania Ameryki z regionu. „Przyjęcie optyki amerykańskiej” w tej sprawie, tak jak i w przypadku 5G, oznaczałoby, że CPK po prostu nie powstanie, bo kto tę inwestycję będzie współfinansował?

Warto zaznaczyć, że „optyka UE” w kwestii połączeń Europa-Azja (w tym Chiny) jest radykalnie odmienna od amerykańskiej, i przychylna takim projektom jak CPK. W cytowanym już oświadczeniu po szczycie UE-Chiny stwierdzono wyraźnie: „Obie strony będą kontynuowały usilne prace nad wytworzeniem synergii między europejską strategią połączenia transportowego Europy i Azji i  transeuropejską siecią transportową, a chińską inicjatywą Pasa i Szlaku”.

Wymazywanie Unii

Poza kwestią 5G, związek Polski z Unią Europejską został także bardzo poważnie osłabiony w wymiarze symbolicznym, moralnym, politycznym i historycznym. Zupełnie przeoczony został w Polsce fakt o podstawowym znaczeniu, że na obchody 80 rocznicy wybuchu II wojny światowej nie została zaproszona w żadnej formie Unia Europejska. Owszem, rozpisywano się o kwestii zaproszenia lub nie Donalda Tuska ze względu na wewnętrzny konflikt polityczny PiS-PO, nie zwracając uwagi na to, że gdyby nawet Donald Tusk zaproszenie przyjął, to pojawiłby się jako były premier, a nie obecny przewodniczący Rady Europejskiej. To zasadnicza zmiana w porównaniu z obchodami 70 rocznicy wybuchu wojny, kiedy to Jerzy Buzek, ówczesny przewodniczący Parlamentu Europejskiego został zaproszony przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego właśnie w tej roli (a nie jako były premier), a co więcej – niesłychanie wyróżniony. Przemawiał po Prezydencie RP, a przed premierem Tuskiem, kanclerz  Angelą Merkel i prezydentem Władimirem Putinem. Jerzy Buzek mówił o Unii jako wielkiej wartości. Korespondowało to z przemówieniem prezydenta Kaczyńskiego, który podkreślił rolę  NATO ( „jeden z bardziej udanych eksperymentów”), ale bezpośrednio potem niesłychanie uhonorował Unię Europejską słowami: „Ojcowie jednoczącej się dziś Europy nie ograniczyli się do koncepcji paktu obronnego. Zbudowali podwaliny Unii Europejskiej. To być może jeden z najbardziej udanych eksperymentów w dziejach ludzkości”. Oznaczało to uznanie, że najpierw Wspólnoty Europejskie, a później Unia były najlepszą możliwą odpowiedzią na europejska tragedie II wojny światowej, której znaczenie nie ogranicza się do przeszłości, ale wpływa pozytywnie na przyszłość.

Wielka Brytania wyłuskała się poniekąd sama (choć nie bez zachęt ze strony administracji Trumpa) i jako ważny komponent anglosfery daleko zaszła na drodze ku amerykańskiemu Grossraumowi. Wyłuskiwanie Polski jest na wstępnym etapie, następna w kolejce jest zapewne Rumunia i państwa nadbałtyckie.

Dziesięć lat później prezydent Duda dziękował przede wszystkim „sojusznikom zza Atlantyku”, a Sojusz Północnoatlantycki i Unia Europejska, czyli układy wielostronne przemknęły tylko jako „najlepsze więzy wolnego świata”.

Nie sądzę, by krzycząca nieobecność UE podczas rocznicowych obchodów była tylko wynikiem konfliktu z Unią o praworządność. Oprócz oddziaływania tego czynnika doszło do nałożenia się na siebie dwóch tendencji: mentalnej i emocjonalnej antyunijności obecnego obozu władzy (o której świadczą nie tylko słowa marginalnej w gruncie rzeczy posłanki Pawłowicz o fladze UE jako o „szmacie”, wobec których wewnątrz PiS nie wyrażano dystansu, ale też określenie przez prezydenta Dudę Unii jako „wyimaginowanej wspólnoty, z której niewiele dla nas wynika”), oraz dążenia Stanów Zjednoczonych do osłabiania wszelkich układów wielostronnych, które, przynajmniej przez obecną administrację, postrzegane są jako przeszkoda w prowadzonej walce o utrzymanie wyróżnionej pozycji w świecie. Nie można wykluczyć, że brak zaproszenia dla kogokolwiek z UE był albo odpowiedzią na wyrażone wprost sugestie amerykańskie, albo domyślaniem się, co amerykańskiego sojusznika naprawdę zadowoli.

Idea „wielkiego obszaru”

Piszę tutaj o wydarzeniach bieżących, które zaszły w płynnej i zamglonej rzeczywistości. Aby ją głębiej zrozumieć, potrzeba intelektualnego uporządkowania. Narzędziem, którym posłużę się w celu umożliwiającego rozumienie porządkowania jest koncepcja „wielkiego obszaru” (Grossraum), niemieckiego prawnika, konstytucjonalisty i filozofa polityki Carla Schmitta, sformułowana w latach trzydziestych ubiegłego wieku, w najbardziej rozwiniętej formie w pracy „Porządek wielkoobszarowy w prawie międzynarodowym z zakazem interwencji sił obcych na danym obszarze. Przyczynek do pojęcia Rzeszy w prawie międzynarodowym” (pierwsze wydanie 1939 rok), a wykorzystana w dziele ”Nomos ziemi w prawie międzynarodowym ius publicum europaeum” (1950 rok), oraz w paru późniejszych artykułach.

Polska przestała być zagrożeniem dla imperialnej formy bytu Rosji, stała się podmiotem, który może się „czepiać”, stwarzać niedogodności raz mniej, a raz bardziej bolesne, jak podczas polskiego zaangażowania w „pomarańczową rewolucję” na Ukrainie

Schmitt wskazał na dwa źródła idei Grossraumu. Po pierwsze, na pojęcie „gospodarki wielkoobszarowej”, które pojawiło się po I wojnie światowej, a odnosiło się do obszaru powiązanego przez inwestycje infrastrukturalne o charakterze ciągłym – przede wszystkim energetyczne sieci przesyłowe, ale także gazociągi, drogi i połączenia kolejowe. Pod tym względem, „wielki obszar jest powstającym w wyniku powszechnej współczesnej tendencji obszarem ludzkiego planowania, organizacji i działalności. Jest dla nas przede wszystkim polem wzajemnie powiązanych dokonań”. Drugim źródłem, czysto politycznym, była dla Schmitta amerykańska doktryna Monroe z 1823 roku, odmawiająca jakiemukolwiek mocarstwu europejskiemu prawa do interwencji na obszarze półkuli zachodniej. Doktryna Monroe miała wyraźny aspekt polityczny i polemiczny. Jej przeciwnikiem była europejska, monarchiczo-dynastyczna zasada prawomocności, której konsekwentne zastosowanie musiałoby doprowadzić do interwencji w powstających rewolucyjnych państwach Ameryki Łacińskiej. Jądro doktryny Monroe tkwi zdaniem Schmitta w „zasadzie wielkoobszarowej, mianowicie powiązaniu narodu rozbudzonego politycznie, idei politycznej i opanowanego politycznie przez tę ideę wielkiego obszaru wykluczającego obce interwencje”

Półkula zachodnia była w historii pierwszym Grossraumem. Kolejny wielki obszar zaczęła organizować Japonia w Azji Południowowschodniej po wygranej w 1905 roku wojnie z Rosją, za przyzwoleniem, a jak twierdzą niektórzy historycy, namową Ameryki (konkretnie prezydenta Theodore’a Roosevelta).

Schmitt wyraźnie odróżniał koncepcję wielkiego obszaru, którą jako pierwsze zrealizowały Stany Zjednoczone w ramach doktryny Monroe, od doktryny bezpieczeństwa dróg komunikacyjnych imperium brytyjskiego. O ile pierwsza miała na oku spójny obszar – kontynent amerykański i zachodnią hemisferę, to w drugim przypadku „nie chodzi  o określoną zwartą przestrzeń i jej wewnętrzny porządek, lecz przede wszystkim o zabezpieczenie połączeń rozproszonych części imperium”. W tym kontekście Schmitt przytacza znaną – jak pisze – angielską odpowiedź na pytanie: czy Anglia powinna zaanektować Egipt? „Odpowiedź jest przecząca: komuś zmuszonemu odbywać długie podróże z kraju w inne strony zależy na dobrym hotelu po drodze, a niekoniecznie na posiadaniu go i zarządzaniu nim”.

W późniejszym „Nomosie ziemi” Schmitt, nie rezygnując z aspektu politycznego i geopolitycznego mocno zekonomizował pojęcie wielkiego obszaru, odnosząc się do „doktryny  karaibskiej” bardziej znanej pod nazwą Rooseveltowskiej modyfikacji doktryny Monroe. Ta modyfikacja doprowadziła do tego, że „zewnętrzna, opróżniona przestrzeń suwerenności terytorialnej pozostaje nienaruszona, treść tej suwerenności zaś ulega zmianie z powodu zabezpieczenia ekonomicznego Grossraumu siły kontrolującej. (…) Przestrzeń władzy ekonomicznej wyznacza obszar prawnomiędzynarodowy. Państwo, którego wolność działania podlega tego rodzaju prawu interwencji, różni się od państwa, którego suwerenność terytorialna polega na tym, by na mocy własnej suwerennej decyzji swobodnie rozstrzygać o konkretnej realizacji takich pojęć, jak: niepodległość, porządek publiczny, legalność i prawomocność, czy o swojej konstytucji własnościowej i gospodarczej, a także by móc realizować zasadę cuius regio, eius economia”.

Pierwsze wydanie „Nomosu Ziemi”  ukazało się w 1950 roku. W wydaniach z lat sześćdziesiątych i późniejszych Schmitt dołączył do swego dzieła trzy końcowe korolaria (niestety zrezygnowano z nich w wydaniu polskim), z których najbardziej interesujące jest ostatnie – „Nowy nomos Ziemi”, opublikowane w 1955 roku. Schmitt powrócił w tym artykule do swoich koncepcji z przywoływanej już tu  pracy „Porządek wielkoobszarowy w prawie międzynarodowym”. O ile w 1939 roku swoja ideę Grossraumu umieszczał w kontekście ekspansji III Rzeszy, to kilkanaście lat później odniósł ją do zimnowojennego starcia Wschód-Zachód i nomosu Ziemi, który może się wyłonić po jego rozstrzygnięciu.

„W rezultacie I wojny światowej – pisał – eurocentryczny nomos ziemi został zniszczony. Dzisiaj (1954) nasz świat jest podzielony na dwie części, Wschód i Zachód, które ścierają się ze sobą w zimnej wojnie, a od czasu do czasu w wojnach gorących. Tak się przedstawia obecny podział Ziemi. (…) Jaką formę może przyjąć nowy nomos Ziemi? Mamy trzy możliwości. Pierwsza i najprostsza polega na tym, że zwycięży jeden z przeciwników. Dualizm Wschodu i Zachodu stanie się wtedy ostatnim stadium wiodącym do całkowitego i ostatecznego zjednoczenia świata – będzie to ostatnia runda, końcowy krok w straszliwym łańcuchu zdarzeń wiodących do nowego nomosu Ziemi. Zwycięzca zostanie jedynym ziemskim suwerenem. Zawłaszczy całą Ziemię – lądy, morza i przestrzeń powietrzną – i będzie ja dzielił i nią zarządzał zgodnie ze swymi planami i ideami. (…)

Zwraca uwagę istotna różnica w wypowiedziach prezydenta Dudy i wiceprezydenta Pence’a. Ten drugi w sprawie Rosji wypowiadał się nad wyraz powściągliwie

Druga możliwość to próba zachowania zrównoważonej struktury poprzedniego nomosu i podtrzymywania go w sposób spójny ze współczesnymi możliwościami technologicznymi. Oznaczać to będzie, że poprzednia dominacja Anglii nad morzami zostanie rozszerzona na dominację nad przestrzenią powietrzną, do czego są zdolne wyłącznie Stany Zjednoczone. Ameryka jest, można powiedzieć, wielką wyspą, która mogłaby utrzymywać resztę świata w równowadze i administrować nim.

Trzecia możliwość także odwołuje się do koncepcji równowagi, ale nie polega na tym, że jest ona podtrzymywana i kontrolowana przez hegemona łączącego władzę nad morzem i przestrzenią powietrzną. Układ złożony z paru niezależnych od siebie Grossraumów lub bloków może wytworzyć równowagę, a przez to doprowadzić do wykrystalizowania się nowego nomosu Ziemi”.

Nowy ład Ziemi

Czytane w 2019 roku stwierdzenia te brzmią proroczo, ale Schmitt nie był profetą. Wskazanie na trzy możliwości pokazuje, że głęboka analiza polityczno-prawna połączona z precyzyjnym opisaniem i rozumienie trendów historycznych nie umożliwia trafnego przewidywania w perspektywie krótkiego trwania – sekwencji bieżących wydarzeń, ale może okazać się skuteczna, kiedy chodzi o średnie trwanie – perspektywę dekad – oraz trwanie długie obejmujące trendy sekularne.

Po zakończeniu zimnej wojny i rozpadzie Związku Sowieckiego nie pojawił się jeden światowy suweren. O przenikliwości Schmitta świadczy to, że o tej  możliwości wspomniał tylko dla porządku, uznawał ją bowiem  za czysto teoretyczną, bo w idei jednego i jedynego suwerena całej planety zawarta jest jego zdaniem fundamentalna sprzeczność wewnętrzna. „Biorąc pod uwagę efektywność nowoczesnych technologii, pełne zjednoczenie świata jawi się jako przesądzone. Ale niezależnie od tego, jak skuteczne mogą być środki nowoczesnej techniki, nie mogą one unicestwić ani natury ludzkiej ani siły morza i ziemi, nie niszcząc zarazem samych siebie.” Nowy nomos (ład) Ziemi musi zatem być oparty albo na hegemonii USA utrzymującej światowy stan równowagi, albo na wyłonieniu się niezależnych od siebie wielkich obszarów, które równoważą się nawzajem.

Okres od rozpadu Związku Sowieckiego (przestał istnieć z mocy prawa w 1991 roku) do ostatnich lat pierwszej dekady XXI wieku to czas amerykańskiej hegemonii najbliższy typowi idealnemu wymienionemu przez Schmitta jako druga możliwość. Hegemonia Ameryki została zakwestionowana retorycznie, politycznie i faktycznie w monachijskim przemówieniu prezydenta Putina w 2007 roku; nie były to tylko słowa, poszły za nimi czyny. Jeszcze poważniejsze wyzwanie dla światowego przywództwa USA stworzyła rosnąca potęga gospodarcza, polityczna i militarna Chin. W znanej i szeroko dyskutowanej pracy Grahama Allisona „Skazani na wojnę? Czy Ameryka i Chiny unikną pułapki Tukidydesa?” konflikt amerykańsko-chiński opisany został w kategoriach tzw. „pułapki Tukidydesa”, przy odwołaniu do wojny peloponeskiej i przekonania, że przyczyną wojny był strach dotychczasowego hegemona (Spartan) przed wzrostem potęgi ateńskiej i utratą pozycji hegemonicznej na ich rzecz. Zasadność pojęcia „pułapki Tukidydesa” w odniesieniu do samego Tukidydesa oraz wojny peloponeskiej zakwestionowali z dobrą argumentacją starożytnicy, a w odniesieniu do konfliktu amerykańsko-chińskiego bardzo wielu sinologów, którzy powtarzają – wśród nich w Polsce prof. Bogdan Góralczyk – że zaostrzenie tego konfliktu, nie mówiąc o wojnie, jest sprzeczne z podstawowymi interesami Chin, które mają zbyt wiele problemów wewnętrznych do rozwiązania. Niemniej światowy konflikt między Ameryką a Chinami jest faktem i ryzyko wojny, raczej ograniczonej niż globalnej, istnieje. W historii wielokrotnie bywało tak, że żadna ze skonfliktowanych stron wojny tak naprawdę i do końca nie chciała, ale jednak do niej dochodziło poprzez sekwencję incydentów, nad którymi tracono kontrolę i błędne odczytanie intencji przeciwnika.

Korzystając z narzędzi intelektualnych wykutych przez Carla Schmitta spróbujmy opisać perspektywę głównych aktorów światowych konfliktów.

Gdy Mike Pence coś mówił – to robił politykę. Gdy mówił Andrzej Duda, to dawał świadectwo prawdzie, co jest polityką „siły bezsilnych”, jak określił  w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku działania dysydentów i opozycjonistów demokratycznych w bloku sowieckim Vaclav Havel

„Wielkie obszary” czterech hegemonów

Stany Zjednoczone walczą, przede wszystkim z Chinami, o utrzymanie pozycji światowego hegemona, który nie rządzi wszystkimi, ale, dzięki kontroli nad morzami, przestrzenią powietrzną i cyberprzestrzenią, utrzymuje światową równowagę. Zasoby, którymi USA w tej roli dysponują, to siły własne i organizowany przez nie Grossraum, na który składają się: zachodnia półkula w myśl doktryny Monroe, stowarzyszone mikropaństewka, które po II wojnie światowej wyewoluowały z  Powierniczego Terytorium Wysp Pacyfiku ( Mikronezja, Palau, Wyspy Marshalla oraz Mariany Północne), położony poza hemisferą zachodnią stan Hawaje oraz przede wszystkim tzw. „anglosfera” (Wielka Brytania, Kanada, Nowa Zelandia i Australia), które w kategoriach „miękkich” wiąże wspólny język, historia i kultura polityczna, a w kategoriach „twardych” Sojusz Pięciorga Oczu, najpotężniejsza na świecie sieć wywiadowcza funkcjonująca od 1946 roku. Reszta to sojusznicy zajmujący rozsiane terytoria, których wzajemne polityczne stosunki zapośredniczane są przez centrum – czyli Ameryką (do tej kategorii Waszyngton chce zaliczyć Polskę razem np. z Filipinami). Jest to nawiązanie do zrekonstruowanej przez Schmitta „doktryny” zabezpieczenia imperialnych dróg komunikacyjnych. Tacy sojusznicy to upoważnieni zarządcy wygodnych hoteli położonych w kluczowych strategicznie punktach.

Przeciwnikiem USA są oczywiście Chiny, które podważają pozycje hegemona, ale nie dążą do jego zastąpienia, tylko do organizacji własnego Grossraumu obejmującego Azję Południowo-Wschodnią, Środkową, Półwysep Indyjski i wschodnie wybrzeża Afryki. Jest oczywiste, że ich sukces w tym przedsięwzięciu oznaczałby likwidacje możliwości istnienie jakiegokolwiek hegemona światowego, a więc oznaczałby degradacje Ameryki do roli jednego z paru mocarstw organizujących własny wielki obszar, która równowagę światową musi negocjować na zasadzie partnerstwa z innymi organizatorami wielkich obszarów.

Odrębną pozycję stanowi Rosja dążąca do odbudowy własnego „wielkiego obszaru”, czyli uzyskania ściślejszej kontroli nad „bliską zagranicą”. Nie stanowi ona porównywalnego z chińskim zagrożenia dla hegemonicznej pozycji Ameryki, gdyż jako mocarstwo lądowe nie jest w stanie zagrozić jej na morzach i w przestrzeni powietrznej. Dlatego można z nią negocjować zasady i warunki stworzenia przez nią własnego Grossraumu na nieobjętym gwarancjami NATO obszarze Europy Wschodniej i Zakaukaziu. Jedyne poważniejsze  rosyjskie zagrożenie dla hegemonii USA wiąże się z przybliżającym się konfliktem o zasoby naturalne Arktyki i kontrolę nad północnymi morskimi szlakami  komunikacyjnymi, które najprawdopodobniej otworzą się w wyniku globalnego ocieplenia. Z tego punktu widzenia ostatnio ujawnione dążenie Ameryki do włączenia Grenlandii do swego wielkiego obszaru wydaje się zrozumiałe i racjonalne.

Ponieważ konflikt z Chinami ma dla Waszyngtonu egzystencjalne znaczenie i tak jest przezeń definiowany, to pojawia się mocny powód, by wejść z Moskwą w bezpośrednią relację polityczną dotyczącą porozumienia w sprawie jej „bliskiej zagranicy”

Wreszcie pozostaje Unia Europejska, która dla USA nie jest przeciwnikiem, gdyż nie podważa ich pozycji hegemonicznej, ale zawadą, przeszkodą w tworzeniu sieci antychińskiego sojuszu. W Unii nie ma mocarstwa – organizatora Grossraumu, a jednak stworzyła ona własny „wielki obszar” i przez swoje oddziaływanie na zasadzie siły dośrodkowej utrudnia wyłuskiwanie z niej państw, które stałyby się elementem kierowanego przez Amerykę antychińskiego sojuszu. Wielka Brytania wyłuskała się poniekąd sama (choć nie bez zachęt ze strony administracji Trumpa) i jako ważny komponent anglosfery daleko zaszła na drodze ku amerykańskiemu Grossraumowi. Wyłuskiwanie Polski jest na wstępnym etapie, następna w kolejce jest zapewne Rumunia i państwa nadbałtyckie.

Jak nie stać się najmitą?

Jak w tej sieci konfliktów i wpływów ma się ulokować Polska, by minimalizować ryzyka i straty, a maksymalizować korzyści? Oczywiście margines swobody wyboru jest bardzo ograniczony, ale istnieje. Pierwszą zasadą jest dążenie do jego rozszerzenia. Polski nie stać na to, by zerwać klientelistyczną relację z Ameryką i wyznaczyć sobie za cel polityczny nawiązanie relacji partnerskiej. Stać ją jednak na to, by zejść ze ścieżki, która prowadzi do tego, że z klienta przekształca się w najmitę. Przypomnijmy: klient jest w stanie negocjować z patronem ponoszone ryzyka i przewidywane korzyści, zaś najmita nie ma prawa do negocjacji, jeśli patron wypłaca się monetą bezpieczeństwa, dzięki której najmita może wprawdzie wegetować, ale nie wzmacniać się i rozwijać. Uważam, że istnieją możliwości, by Polska nie weszła na ścieżkę najmity, i to spore, rzecz w tym, że PiS-owska ekipa władzy albo ich nie dostrzega, albo dostrzega i nie chce z nich skorzystać. Jak przedstawiają się te możliwości?

Zacznę od anegdoty. W maju 2010 roku, prawie dwa lata po wojnie w Gruzji i bezpośrednio po  katastrofie smoleńskiej, pojawiła się w Warszawie delegacja Komisji Spraw Międzynarodowych rosyjskiej Dumy Państwowej z przewodniczącym Konstantinem Kosaczewem na czele. Stenogram z posiedzenia polskiej sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych z udziałem rosyjskiej delegacji czyta się dziś jak dokument z dawno minionego czasu i innej rzeczywistości. Przewodniczący Kosaczew perorował:

„Główną kwestią jest to, że przez wiele lat rola Polski była niedoceniana. Koncentrowaliśmy się na relacjach z USA, z przedstawicielami ważnych organizacji międzynarodowych oraz z państwami europejskimi. To nie było słuszne i trzeba to zmienić (…). Jest zrozumiałe, że Polska, będąc krajem członkowskim NATO, uważa, że wiele problemów w zakresie jej bezpieczeństwa zostało rozwiązanych. Z drugiej jednak strony Polska jako kraj leżący na wschodniej flance NATO i wschodni kraj Unii Europejskiej znajduje się w specyficznej sytuacji. Jeśli mielibyśmy wypracowywać wspólny model bezpieczeństwa europejskiego, w ramach którego Polska byłaby nie bokiem, nie flanką, ale rdzeniem systemu, wszyscy by wygrali. Nie ma wątpliwości, że Rosja, będąc częścią tego systemu, również tak by postrzegała te kwestie. (…) Cytowałem już pana Bronisława Komorowskiego, zatem zacytuję teraz pana Jarosława Kaczyńskiego, żeby nie być posądzonym o stronniczość. Wspomniał on swojego brata i stwierdził, że prezydent Lech Kaczyński z dumą patrzyłby na polskich żołnierzy maszerujących po Placu Czerwonym i myślałby o tych radzieckich żołnierzach, którzy zginęli na polskiej ziemi w walce z III Rzeszą. To są słowa, które znajdują odbicie w duszy każdego Rosjanina. Są to kwestie święte i niepolityczne”.

Geograficznie oczywiście Polska nadal leży między Niemcami a Rosją (granicząc z obwodem kaliningradzkim). Geopolitycznie jednak sprawa przedstawia się inaczej: jesteśmy częścią europejskiego Grossraumu, a politycznie  leżymy między Stanami Zjednoczonymi a Rosją

To była wypowiedź do stenogramu, co ma swoje znaczenie, ale nie jest najważniejsze. Po posiedzeniu komisji miała miejsce kolacja, podczas której, jak to relacjonował mi jeden z jej uczestników, przewodniczący sejmowej komisji Andrzej Halicki, zadał Kosaczewowi istotne pytanie: „Niech pan powie, o co tak naprawdę wam chodzi w sprawie Polski?”. Kosaczew zastanowił się chwilę i rzucił z wielkopańska: „O to, żebyście przestali się nas czepiać”. Było to lekceważące – celowo! – nieuprzejme i niedyplomatyczne, ale oddawało istotę rzeczy. Nawet w okresie zaborów Rosjanie podczas powstań dochodzili do wniosku, że Polacy stanowią dla nich egzystencjalne zagrożenie. Tak było podczas powstania styczniowego. Stronnictwo białych nie poparło uzgadnianych z Petersburgiem reform Wielopolskiego w Królestwie Polskim, gdyż ceną za to była rezygnacja z przyłączenia do niego ziem litewsko-ruskich utraconych przez Polskę w wyniku II rozbioru („Ziemie Zabrane” – według znanego określenia Maurycego Mochnackiego), a  margrabiego uznało za zdrajcę polskości. Powstanie wybuchło i objęło Ziemie Zabrane. Michaił Katkow, do niedawna polonofil, przekształcił się wtedy w czołowego i wpływowego politycznego polakożercę, argumentując – m.in. w znanym artykule „1863 god”, że na słowiańskim wschodzie Europy nie mogą istnieć dwa prężne „narody historyczne”, a zatem Polacy i Rosjanie nie są jedynie rywalami, ale „wrogami do końca”. Wojna polsko-sowiecka lat 1919-1920, wyprawa kijowska Piłsudskiego i klęska Armii Czerwonej pod Warszawą podtrzymały taką percepcję polskiego zagrożenia., która nie zniknęła przez dwie następne dekady. Timothy Snyder w poświęconej wojewodzie wołyńskiemu monografii „Tajna wojna. Henryk Józewski i polsko-sowiecka rozgrywka o Ukrainę” pokazuje, że strona sowiecka traktowała stwarzane przez Polskę zagrożenie rozmontowania imperium i wyrwania Ukrainy sowieckiej ze Związku Sowieckiego śmiertelnie poważnie. Odpowiedzią na to zagrożenie była operacja polska NKWD ( lata 1937-38), w której wymordowano ok. 120 tysięcy Polaków, a następnie zbrodnia katyńska (ponad 21 tysięcy ofiar). Nie był to akt nienawiści, ani zemsta za porażkę 1920 roku, ale powodowana chłodną kalkulacją decyzja o uchyleniu polskiego zagrożenia egzystencjalnego poprzez ludobójczą likwidację jego ludzkiego substratu. Polityczne rezultaty zakończenia II wojny światowej unicestwiły zagrożenie polskie dla imperium i nie odżyło ono po 1989 roku. Polska przestała być zagrożeniem dla imperialnej formy bytu Rosji, stała się podmiotem, który może się „czepiać”, stwarzać niedogodności raz mniej, a raz bardziej bolesne, jak podczas polskiego zaangażowania w „pomarańczową rewolucję” na Ukrainie.

Polska może mniej bać się Rosji

Gdy usłyszałem tę anegdotę ze wspólnej, polsko-rosyjskiej kolacji, głęboko zastanowiłem się, jaka powinna być polska odpowiedź na ewentualne rosyjskie pytanie: a tak naprawdę, to czego od nas chcecie? Narzucała się odpowiedź: chcemy móc przestać się was bać. Jednakże perspektywa, że Polska ze swoim położeniem geopolitycznym i zasobami do dyspozycji w ogóle przestaje się bać Rosji, wydaje się mało realistyczna. Realistyczną odpowiedzią na hipotetyczne pytanie byłoby: chcemy zacząć się was bać dużo mniej niż boimy się teraz.

Otóż obecnie Polska może się dużo mniej bać Rosji niż dziesięć lat temu – i to nie dlatego, że zmieniła się polityka Moskwy. Przeciwnie, zwiększyła ona stan zagrożenia dla interesów Polski poprzez agresję na Ukrainę. Pozytywna zmiana wynika z sojuszu amerykańsko-polskiego.

Z polskiego, a także europejskiego (zwłaszcza jeśli chodzi o flankę wschodnią) punktu widzenia wzrost zaangażowania Ameryki po aneksji Krymu i wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej w bezpieczeństwo wschodniej flanki NATO jest widoczny. Europejska Inicjatywa Wzmocnienia, którą zainicjował prezydent Obama w 2014 roku zaczynała z budżetem 1 miliarda dolarów, by w 2017 roku dojść do 3,4 miliarda. Po objęciu przez Donalda Trumpa prezydentury nazwę zmieniono na bardziej wojowniczą Europejską Inicjatywę Odstraszania, a w maju 2017 roku administracja Trumpa zaproponowała zwiększenie jej budżetu o 40% – do 5.3 mld. Choć Kongres ostatecznie uchwalił kwotę nieco niższą (4,8 mld), to w 2019 wzrosła ona do 6,5 miliarda. Budżetowy wniosek administracji na 2020 rok ją nieco zredukował (do 5,9 mld), ale nawet po późniejszym zdjęciu z niej 130 mln na budowę muru na granicy meksykańsko-amerykańskiej i tak jest ona wyższa o kilkaset milionów niż kwota wyasygnowana w 2018 roku. Polska może się czuć podwójnie ubezpieczana przez Amerykanów, a także NATO jako całość. Oprócz wzrostu nakładów na Europejską Inicjatywę Odstraszania zgodnie z planem powstaje element tarczy antyrakietowej w Radzikowie, na terenie Polski obecne są rotacyjnie wojska NATO, decyzja o zwiększeniu liczby amerykańskich żołnierzy oraz rozbudowie zaplecza do szybkiego przerzutu wojsk czeka na oficjalną finalizację w formie umowy. Jednakże alarmistyczne tony i retoryka przedstawicieli polskich władz nie ulegają zmianie: wciąż mowa o imperialistycznym zagrożeniu ze strony Rosji, które się nie zmienia. Taki był sens wypowiedzi prezydenta Dudy w jego przemówieniu i na konferencji prasowej z wiceprezydentem Pence’em.  Rzecz w tym, że zagrożenie ma charakter relacyjny: jest strona, która zagraża i strona, która jest zagrożona. Stan zagrożenia zależy od stosunku zasobów, które w celu stworzenia zagrożenia oraz odpowiedzi na nie mogą wykorzystać obie strony. Jeżeli strona zagrożona wydatnie zwiększa – także poprzez układy sojusznicze – swoje zasoby, dzięki którym może przeciwstawić się zagrożeniu, to jej  zagrożenie zmniejsza się. Jeżeli strona zagrożona, której bezpieczeństwo się zwiększyło, nie reaguje w kategoriach politycznych na pozytywną zmianę swojej sytuacji, to dla tych, którzy pozostają z nią w relacjach – czy to nieprzyjaznych, czy to sojuszniczych –  powstaje problem: o co naprawdę jej chodzi. Zwraca uwagę istotna różnica w wypowiedziach prezydenta Dudy i wiceprezydenta Pence’a. Ten drugi w sprawie Rosji wypowiadał się nad wyraz powściągliwie. Kwestię zajęcia terytoriów Gruzji i Ukrainy manu militari powiązał całkowicie bez sensu, ale politycznie zręcznie, z polityką energetyczną: „Pomimo wielu lat negocjacji rosyjskie wojska ciągle okupują nielegalnie duże połacie Gruzji i Ukrainy. Prawda jest niestety taka, że Moskwa chce podzielić nasz sojusz, a teraz wykorzystuje do tego rezerwy ropy i gazu, ale Polska tutaj zajęła bardzo silne stanowisko. Tak jak zresztą i my, a to po to, aby promować niezależność energetyczną i bezpieczeństwo energetyczne”. Wiceprezydentowi USA chodziło o to, że dążeniem Stanów Zjednoczonych jest sprzedaż jak największej ilości nośników energii ze swoich stale rosnących nadwyżek, a jeśli można dla tego celu w Warszawie napomknąć o Osetii, Abchazji, Krymie i Donbasie, to czemu nie, przecież to nie zaszkodzi. Jeszcze bardziej powściągliwy był wiceprezydent USA, gdy chodziło o ogólną ocenę imperialnych dążeń Rosji. „Teraz jest czas, aby być ostrożnym i uważnie przyglądać się ewentualnym intencjom, ale też i działaniom podejmowanym przez Rosję” – ocenił zdobywając Czomolungmę enigmatyczności. Gdy Mike Pence coś mówił – to robił politykę. Gdy mówił Andrzej Duda, to dawał świadectwo prawdzie, co jest polityką „siły bezsilnych”, jak określił  w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku działania dysydentów i opozycjonistów demokratycznych w bloku sowieckim Vaclav Havel. Ale gdy jest się prezydentem (premierem, ministrem) niepodległego państwa, to reprezentuje się czynnik siły (choćby nawet niezbyt dużej) i wobec swojej wspólnoty politycznej ma się obowiązek nie dawania świadectwa, ale robienia w jej imieniu polityki jej służącej. Pod obecnym kierownictwem Polska polityki nie robi, a jeśli tego Amerykanie nie wiedzieli, w co wątpię, to właśnie się dowiedzieli.

Możemy przekazać Moskwie dość prosty komunikat: chcieliście, żebyśmy przestali się was czepiać, to przestajemy się czepiać i chcemy rozmawiać z wami o realnej polityce, także w kontekście tego, co będzie się działo za naszą całą wschodnią granicą

Siła bezsilnych zamiast polityki

Nie wynika z tego dla nas narodowa tragedia, nadal możemy się czuć bezpieczniejsi. Jesteśmy po tej dobrej stronie muru, ale  z amerykańskiego punktu widzenia jawimy się nie jako podmiot polityczny, ale ich klienci, którzy bez żadnego oporu dają się degradować do roli najemników kupowanych nie za pieniądze, ale za bezpieczeństwo. Stany będą zatem pilnować, żeby nic złego nam  się nie stało, ale ponieważ nie prowadzimy polityki naprawdę, to nie będą się z nami w żaden sposób liczyć. Uprzejmie wysłuchają, co im tam brzęczymy do ucha w sprawie Rosji, Ukrainy, Gruzji, pokiwają głowa, po czym i tak zrobią swoje, z czym Polska nie tylko będzie musiała się pogodzić, ale też z – choćby udawanym entuzjazmem – temu przyklasnąć. Sądzę, że podobnie odczytują polityczny sens spotkania w Warszawie sztaby polityczne w Paryżu, Berlinie, Moskwie, Kijowie i Mińsku. Jak dosadnie to określił na długo przed 1 września Jerzy Marek Nowakowski, były ambasador RP na Łotwie i w Armenii: „Nie ma radykalnej polityki wobec Rosji. Jesteśmy wbrew pozorom dość miękcy wobec rożnych rosyjskich działań. (…) Robimy dokładnie to, co się Rosjanom podoba, czyli – przepraszam za określenie – głośno wrzeszczymy, że to Rosja jest okropna, nic nie robimy i tak naprawdę sami się wypisaliśmy z jakiejkolwiek polityki wobec Rosji”. A powrót do prowadzenia realnej polityki wobec Rosji, który jest warunkiem koniecznym do prowadzenia realnej polityki wobec naszych nierosyjskich wschodnich sąsiadów jest racją stanu Rzeczypospolitej, gdyż  w przeciwnym wypadku nasz wpływ na to, co się z nimi stanie – a jest to dla nas kwestia o egzystencjalnym znaczeniu – będzie żaden.

Objęcie prezydentury przez Donalda Trumpa i decyzja o rozpoczęciu przez Amerykę „zimnej wojny” z Chinami doprowadziło też do istotnej zmiany, jeśli chodzi o politykę USA wobec europejskich państw postsowieckich pozostających poza NATO, czyli, jak określają to Rosjanie „bliskiej zagranicy” – państw kaukaskich, Mołdawii, Ukrainy, Białorusi. Bezpośrednie zaangażowanie Ameryki w tym obszarze odnotował w przenikliwej analizie wspomniany już Jerzy Marek Nowakowski, który zauważył dwa ważne wydarzenia zaszłe w ostatnich dwunastu miesiącach: gdy najpierw w Armenii, a później w Mołdawii doszło do poważnych kryzysów polityczno-parlamentarnych, ich rozwiązaniem okazało się powołanie rządów cieszących się poparciem zarówno Moskwy, jak i Waszyngtonu. Autor wysnuwa z tego, zasadny moim zdaniem, wniosek o formowaniu się nowej tendencji: „Przyglądając się modelowi decyzji w sprawie Armenii i Mołdawii mam wrażenie, że testowany jest tam nowy model współpracy Rosji z Zachodem. A dokładniej – współpracy amerykańsko-rosyjskiej, do której bywa dopraszana Unia Europejska.

Jeżeli jest to przypuszczenie trafne, to wypada zastanowić się czy, jak i w czyim interesie ten model zostanie jeszcze zastosowany. Kluczowe znaczenie dla przyszłości obszaru postsowieckiego mają dwa państwa: Ukraina i Białoruś. Można sobie łatwo wyobrazić, że na Ukrainie po sukcesie prezydenta Zełenskiego i po nieodległych wyborach parlamentarnych pojawi się pokusa powtórzenia modelu mołdawskiego. Czyli zbudowanie rządu z sił prorosyjskich i prozachodnich. Rządu dysponującego niewątpliwą legitymacją demokratyczną (i prozachodnim wizerunkiem), a jednocześnie dużo bardziej spolegliwego wobec Moskwy.

Na Zachodzie jest coraz większe zmęczenie zamrożeniem relacji z Rosją. Dla Europy (Niemcy, Francja) jest to kwestia powrotu do robienia dobrych interesów. Dla Waszyngtonu jest to poszukiwanie sojusznika przeciwko Chinom, Iranowi, etc. A dla Rosji zniesienie sankcji staje się warunkiem wyjścia ze stagnacji ekonomicznej. Powrotowi do robienie „wzajemnie korzystnych interesów” przeszkadza Ukraina. Przede wszystkim kwestia Krymu. Nie można zaakceptować bezczelnej aneksji półwyspu. A z drugiej strony Rosja gdyby nawet chciała (a nie chce) nie może zrezygnować zarówno z zaboru Krymu, jak z blokowania Morza Azowskiego. Gdyby władze Ukrainy przestały bardzo głośno upominać się o sankcje i karanie Rosji, to można by tę sprawę jakoś zaklajstrować. Nie uznawać zaboru, ale zdjąć tę kwestię z bieżącej agendy. A kwestia Donbasu w istocie zależy od dobrej woli Moskwy.

Krótko mówiąc, porzucenie przez Ukraińców twardej polityki antyrosyjskiej w połączeniu z deklarowaniem sympatii europejskich i stworzenie rządu uległego wobec Moskwy, a jednocześnie mającego wizerunek prozachodni, ucieszyłoby wszystkich partnerów gry”.

Tę hipotezę potwierdza podjęcie przez prezydenta Trumpa inicjatywy prezydenta Macrona o zaproszeniu Rosji do G-7, potraktowane z oczywistych powodów przez Moskwę chłodno i z lekceważeniem, a przede wszystkim entuzjastyczna reakcja ( wyrażona jak zwykle na Twitterze) amerykańskiego prezydenta na wymianę jeńców między Ukrainą i Rosją.

Ameryka zmieniła zatem linię polityczną, polegającą na powstrzymaniu się od bezpośredniego zaangażowania w rozwiązanie konfliktów  między Rosją a „bliską zagranicą” rozpoczętą przez administrację Busha podczas wojny gruzińskiej w 2008 roku i kontynuowaną przez prezydenta Obamę po agresji Rosji na Ukrainę w 2014.  Jak pisze Ronald Asmus – świadek i uczestnik ówczesnych wydarzeń – w książce „Mała wojna, która wstrząsnęła światem” poświęconej konfliktowi rosyjsko-gruzińskiemu, podczas wojny i negocjacji „Waszyngton odgrywał jedynie rolę kierowcy z tylnego siedzenia – z wszystkimi ograniczeniami, jakie wiązały się z tą figurą. Faktyczny ciężar wynegocjowania z Rosjanami zawieszenia broni i wycofania ich wojsk spoczywał bowiem na Paryżu i zależał od bezpośrednich rozmów przywódców Francji i Rosji. Przedstawiciele Stanów Zjednoczonych nie uczestniczyli w tych negocjacjach. Waszyngton zdecydował się na outsourcing – rozwiązanie tego kryzysu pozostawił Paryżowi oraz Unii Europejskiej”. Koncepcję outsourcingu podtrzymał w 2014 roku prezydent Obama w stosunku do zbrojnego konfliktu rosyjsko-ukraińskiego – negocjacje nad jego rozwiązaniem przez minione lata toczyły się bez udziału USA, w formacie normandzkim.

Przyczynę tej powściągliwości amerykańskiej łatwo zrekonstruować. Kwestia relacji między Rosją a jej „bliską zagranicą” nie miała z punktu widzenia amerykańskiego supermocarstwa egzystencjalnego znaczenia, dlatego Waszyngton ograniczył się do zabezpieczenia tego, co „nasze”, czyli wschodniej flanki NATO poprzez Europejską Inicjatywę Wzmocnienia. Wejście w bezpośrednie negocjacje z Rosją rodziło ryzyko dyplomatycznej i politycznej przegranej, na które mocarstwo nie może sobie pozwolić i takiego ryzyka nie podejmie, jeśli nie musi. Konfrontacja z Chinami zmieniła zasadniczo sytuację. J.M. Nowakowski idzie o jeden krok za daleko sądząc, że Waszyngton chce z Moskwy uczynić swego antychińskiego sojusznika. Takie kalkulacje byłyby nadmiernie optymistyczne. Bardziej realistyczna jest nadzieja na to, że Rosja nie stanie się antyamerykańskim sojusznikiem Chin, ale by tak się nie stało, trzeba jej coś istotnego dać – najlepiej jak najmniej. Ponieważ konflikt z Chinami ma dla Waszyngtonu egzystencjalne znaczenie i tak jest przezeń definiowany, to pojawia się mocny powód, by wejść z Moskwą w bezpośrednią relację polityczną dotyczącą porozumienia w sprawie jej „bliskiej zagranicy”.

O konieczności pracy łokciami

Jeśli Polska ma zachować minimum podmiotowości politycznej, to musi stworzyć sobie taką pozycję polityczną, która umożliwi jej wywieranie wpływu na porozumienie dotyczące naszych wschodnich sąsiadów. Pozycja amerykańskiego najmity takiego wpływu nie zapewnia.

Adolf Bocheński wydał w 1937 roku książkę „Między Niemcami a Rosją”, w której opisywał geopolityczne położenie Polski między dwoma mocarstwami rewizjonistycznie nastawionymi wobec Traktatu Wersalskiego, stanowiącego prawno-polityczną podstawę naszej niepodległości. Wciąż toczone są spory o aktualność zawartych w niej tez. Uważam, że wciąż aktualnym dorobkiem tego autora jest styl myślenia i sposób prowadzenia analizy, natomiast jego poglądy zdezaktualizowała zasadnicza zmiana sytuacji geopolitycznej. Geograficznie oczywiście Polska nadal leży między Niemcami a Rosją (granicząc z obwodem kaliningradzkim). Geopolitycznie jednak sprawa przedstawia się inaczej: jesteśmy częścią europejskiego Grossraumu, a politycznie  leżymy między Stanami Zjednoczonymi a Rosją. Żadne z tych mocarstw nie zagraża naszej formalnej niepodległości i integralności terytorialnej. Rosja zagraża naszemu bezpieczeństwu, a Stany Zjednoczone naszej politycznej podmiotowości. Ponieważ bezpieczeństwo jest potrzebą bardziej podstawową niż podmiotowość,  Polska zdecydowała się racjonalnie na ścisły sojusz z Ameryką, co w sposób nieunikniony ograniczyło naszą  sprawczość. Dzisiejszy problem polega na tym, że w  związku z intensyfikacją konfliktu amerykańsko-chińskiego sojusz amerykańsko-polski staje się coraz ściślejszy, tak że żebra zaczynają nam trzeszczeć w przyjacielskich objęciach Wuja Sama, a nasza ograniczona podmiotowość jest w sposób postępujący minimalizowana. Politycznym celem Polski winno być zatem nie wyrwanie się z „rodzinnych”, jak to określił Mike Pence, objęć amerykańskiego giganta, ale  istotne poluzowanie, dzięki twardej i dyskretnej pracy łokci, przyjacielskiego uścisku, tak by uzyskać możliwość swobodnego oddechu.

Z Polską jako młodszym partnerem UE odpowiedzialnym za politykę wschodnią musiałaby się liczyć i Rosja, i nasi wschodni nierosyjscy sąsiedzi, i unijne kraje naszego regionu

Na czym mogłaby polegać ta praca łokciami? Widzę tutaj dwa obszary i dwa kierunki działania. Pierwszym z nich jest stworzenie przesłanek do odwilży – na początku – w kontaktach z Rosją. Nie chodzi mi tu o zamianę strefy wpływów Waszyngtonu na strefę wpływów Moskwy, choć ta oczywiście byłaby zainteresowana takim obrotem spraw. Chodzi o wyciągnięcie politycznych konsekwencji z faktu, że dzięki sojuszowi z Ameryką możemy się czuć dużo bezpieczniejsi niż dziesięć lat temu. A skoro tak, to możemy przekazać Moskwie dość prosty komunikat: chcieliście, żebyśmy przestali się was czepiać, to przestajemy się czepiać i chcemy rozmawiać z wami o realnej polityce, także w kontekście tego, co będzie się działo za naszą całą wschodnią granicą.

Oczywiście, sama deklaracja rezygnacji z „czepialstwa” nie wywoła pozytywnej rosyjskiej odpowiedzi, bowiem Moskwie sytuacja, w której Polska sama się wyłączyła z realnej polityki wschodniej, doskonale odpowiada. O „bliskiej zagranicy” najchętniej by rozmawiała z Waszyngtonem, Berlinem i Paryżem. Po co otwierać się na Warszawę? „Smrodu z tego będzie dużo, a pożytek żaden”. Warszawa zatem, jeśli chce osiągnąć swoje polityczne cele, zasygnalizowanie swojego otwarcia na Rosję przez rezygnację z „czepialstwa” musi wesprzeć czynnikiem siły. Same wewnętrzne zasoby Polski wystarczającego czynnika siły nie konstytuują, ale elementem zasobów, które może zmobilizować państwo, są jego sojusze tworzące zasoby zewnętrzne. W tym zakresie przed Polską otworzyło się okno możliwości.

Tym otwarciem jest deklaracja niemieckiego ministra spraw zagranicznych, który stwierdził 26 sierpnia, otwierając konferencję ambasadorów RFN, że Unia Europejska jest za duża, by o jej decyzjach w kwestiach polityki zagranicznej mógł decydować samotnie tandem niemiecko-francuski, dlatego należy włączyć do gremium decydującego Hiszpanię, Włochy i Polskę, i każdemu z tych państwa powierzyć zakres odpowiedzialności: Hiszpania i Włochy odpowiadałyby za politykę Unii wobec Południa, a Polska – Wschodu. Realnie oznacza to – w dziedzinie polityki zewnętrznej Unii – dokooptowanie do gremium decydującego Polski w roli – by odwołać się do języka korporacyjnego – młodszego partnera. Ta propozycja nie oznacza, że to Polska prowadziłaby w imieniu Unii jej politykę wschodnią, ale to, że przygotowywałaby projekty decyzji do podjęcia, co oznaczałoby niesłychane zwiększenie naszego wpływu i podmiotowości. Z Polską jako młodszym partnerem UE odpowiedzialnym za politykę wschodnią musiałaby się liczyć i Rosja, i nasi wschodni nierosyjscy sąsiedzi, i unijne kraje naszego regionu. Ta niemiecka propozycja nie spotkała się dotąd z żadną znaną publicznie odpowiedzią ze strony polskiej – ani obozu władzy, ani opozycji. Być może czas na jej sformułowanie przypadnie po wyborach – niezależnie od tego, jakie siły polityczne będą tworzyć rząd. Niesłychanie ważna dla Polski oferta została położona na stole. Niemcy jej zapewne nie wycofają, ale jeśli nie zostanie szybko podjęta, może ją unieważnić upływ czasu i bieg wydarzeń.

Ważną, choć mało znaną postacią w mitologii greckiej jest Kairos – najmłodszy syn Zeusa, bożek wykorzystanych szans i straconych okazji. Kiedy Kairos pojawił się komuś na drodze, mijany miał tylko krótką chwilę, by go pochwycić. Kiedy Kairos przeszedł mimo, nie było sposobu, by go złapać. Zapewne czcicielem Kairosa był Pittakos z Mityleny, wybitny grecki mąż stanu, zaliczony przez Diogenesa Laertiosa do grona siedmiu greckich mędrców. Przetrwała jego maksyma: umiej zawsze rozpoznać moment właściwy. Jak głosi znane powiedzenie: stracone okazje nigdy nie wracają i zawsze się mszczą.

Współpracownik „Nowej Konfederacji”, polityk i publicysta, od 27 kwietnia 2007 do 4 listopada 2007 r. marszałek Sejmu, w latach 2005–2007 wicepremier oraz minister spraw wewnętrznych i administracji w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego, były członek Rady Bezpieczeństwa Narodowego, od 1997 r. poseł na Sejm III, IV, V, VI i VII kadencji. Ludwik Dorn obecnie koncentruje się na analizie działań partii rządzącej, z którą był związany przez większość swojej politycznej działalności. Na naszych łamach porusza też takie tematy, jak polityka i gospodarka.

Komentarze

6 odpowiedzi na “Między klientem a najmitą. Polska w amerykańskiej strefie wpływu”

  1. fomaamof pisze:

    klawisz “drukuj” nie działa 🙁

  2. aer0stat pisze:

    Nie rozumiem, dlaczego od 25 lat nie mamy aktywnej samodzielnej polityki wobec Białorusi. Powinniśmy zaoferować jej alternatywę dla integracji z Rosją w postaci ułatwień w dostępie do rynku UE. Zamiast tego utrzymuje się u nas szkodliwy mit krwiożerczego Łukaszenki i postsocjalistycznego skansenu, który jest daleki od rzeczywistości.

  3. RPKL pisze:

    Być może dlatego że nie umiemy ale chyba jeszcze bardziej dlatego, że nie możemy. “Klasę” polityczną mamy, jaką mamy, obawiam się, że nie znamy faktycznego stopnia uwikłania w różne relacje i powiązania, które nie pozwalają prowadzić samodzielnej polityki. I to żadnej z opcji. Zresztą rządzących mamy zwykle nie dość, że skrajnie zależnych od mocodawców, to jeszcze niezbyt mądrych. I wreszcie, jak to któryś z Mackiewiczów zdaje się słusznie zauważył, polityka polska to ciągle arena do deklamowania Mickiewicza i Słowackiego. Etos, patos, Bóg, honor i ojczyzna. Zero realizmu. Tymczasem zachowując etos i patos kiedy trzeba, powinno się działać realnie. Przede wszystkim kontakty mieć ze wszystkimi i być otwartym na różne warianty. Choćby po to, żeby nie dać się znowu przehandlować, co może być akurat na czasie, gdyż USA będzie chciała Rosję przekabacić na swoją stronę w konflikcie z CHRLD. Pytanie, co może położyć na stół, wydaje się retoryczne. Jeżeli już nawet mielibyśmy się sprzedać, to sami i za dobrą cenę.

  4. Yogibabu pisze:

    Swiadomosc spoleczna jest licha?bardziej sie licza emocje kompleksy i lenistwo intelektualne .i jak tu wymagac od decydentow sa odbiciem spolecznym.inny punkt spojrzenia ? Traktowany jako dziwactwo .chcemy by za nas decydowano byle by subtelnie jak nas zdyscyplinuja to sie obrazimy i ? Tyle jest nonszalancji ze nie potrafimy sie porozumiec miedzy soba .pocieszajace jest tylko ze nie mamy duzych miejszosci .ciekawe jak podazy ukraina ?

  5. Yogibabu pisze:

    Aerostat .od bialorusi a szczegulnie A Lukaszenki jaki jest ? Polska inteligenja powinna sie uczyc sztuki uniku i onajdywania sie w realiach .pytanie czy sa do tego zdolni czy jak chochol ?

  6. lupa pisze:

    A może to, że z jednej strony Polska jawi się jako najmita, a z drugiej strony ciągle buduje CPL jest oznaką robienia jednak polityki?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz