Antychińska ustawka Trumpa i Putina?

Pogrzebanie traktatu INF przez Waszyngton i Moskwę nie musi oznaczać nowego etapu konfrontacji. Wiele wskazuje na to, że ważnym militarno-politycznym celem tej decyzji jest powstrzymywanie rosnącej potęgi wojskowej Chin

2 lutego Stany Zjednoczone notą Departamentu Stanu poinformowały, że zawiesiły swój udział w układzie o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego i średniego zasięgu (INF) oraz rozpoczęły zapowiadaną wcześniej, półroczną procedurę całkowitego wycofania się z niego. Waszyngton wskazał przy tym, że jest to odpowiedź na permanentne, wieloletnie łamanie postanowień traktatu przez stronę rosyjską. Tego samego dnia Moskwa także ogłosiła, że już oficjalnie przestaje przestrzegać porozumienia, podkreślając, że czyni to w odpowiedzi na wrogie działania USA.

Część komentatorów dość panicznie skonstatowała, że świat stanął oto u progu nowej wojny; niektórzy z nich – zależnie od sympatii – obwinili o to Donalda Trumpa, inni zaś Władimira Putina. Tymczasem faktyczne pogrzebanie traktatu INF przez Waszyngton i Moskwę wcale niekoniecznie musi oznaczać nowy etap konfrontacji między tymi krajami oraz zagrożenie dla pokoju w Europie. Wiele wskazuje na to, że wzajemne pohukiwania związane z wycofywaniem się z układu, stanowiącego instytucjonalny relikt zimnej wojny, to tylko swoista ustawka, zaś jednym z ważnych militarno-politycznych celów tej decyzji jest powstrzymywanie rosnącej potęgi wojskowej Chin w Azji.

Po zawieszeniu (a de facto likwidacji) INF do amerykańsko-rosyjskiej konfrontacji militarnej mamy dokładnie tak samo daleko, jak dzień wcześniej. Układ ten był swoistym prawnym dinozaurem, zupełnie niepasującym do świata, w którym jakimś cudem czy przypadkiem pozwolono mu wegetować po zagładzie jego pobratymców – innymi słowy, jednym z ostatnich reliktów zimnej wojny, funkcjonujących jeszcze w systemie instytucjonalnym bezpieczeństwa międzynarodowego.

Uzgodniony w roku 1987 pomiędzy prezydentem USA Ronaldem Reaganem a reprezentującym ZSRR sekretarzem generalnym radzieckiej partii komunistycznej Michaiłem Gorbaczowem, wprowadzony w życie po ratyfikacji rok później, wiązał wyłącznie ówczesne dwa supermocarstwa. W tamtych warunkach miało to sens. Po załamaniu się porządku bipolarnego sytuacja uległa jednak zmianie. Rosja, pomimo sporych talentów do blefu i niezwykłego wzmożenia propagandowego, nie jest bowiem symetrycznym i równorzędnym rywalem USA w grze o światową dominację. Obok niej pojawiły się nowe potęgi, w tym ta najważniejsza, chińska, dziś jedyna zdolna realnie zagrozić amerykańskiej hegemonii. Rzecz jasna, to prawda, że Rosjanie przynajmniej od 10 lat łamali postanowienia INF – zapowiedział to zresztą publicznie sam Władimir Putin już w roku 2007. Ale Amerykanom niespecjalnie przeszkadzało to aż do teraz. Owszem, można uznać, że zmiana w podejściu Waszyngtonu wynika z osobowości i strategii aktualnego lokatora Białego Domu. Bardziej racjonalnym wytłumaczeniem wydaje się jednak wzrost potęgi wojskowej i politycznej asertywności Chińskiej Republiki Ludowej; w drugiej kolejności zaś analogiczna aktywność innych państw zwiększających stale swój potencjał wojskowy, w tym także w zakresie, w którym Amerykanom wiązał ręce układ INF (a jest takich państw przynajmniej 20).

To, co w Waszyngtonie i Moskwie przygotowywano od pewnego czasu, a formalnie ogłoszono w sobotę, czyli złożenie amerykańsko-radzieckiego układu sprzed 30 lat do trumny, można więc traktować jako rosyjsko-amerykańską grę o sumie niezerowej, w której zyskują obie strony.

Dopóki Unia Europejska jest najlepszym klientem rosyjskiego sklepu z paliwami, nie ma sensu masakrowanie jej rakietami

Z rosyjskiego punktu widzenia premią jest wolna ręka w rozbudowie wojsk rakietowych, zdolnych razić na przykład cele w Europie już nie tylko z terenu Białorusi czy enklawy kaliningradzkiej. Nie oznacza to, że dzisiaj na Kremlu ktoś serio planuje tego rodzaju atak – dopóki Unia Europejska jest najlepszym klientem rosyjskiego sklepu z paliwami, nie ma sensu masakrowanie jej rakietami. Sens ma natomiast straszenie europejskiej opinii publicznej takim scenariuszem. W kombinacji z innymi formami agresji informacyjnej pozwala to Moskwie realizować wiele atrakcyjnych celów politycznych. Obok rytualnego, okresowego „przekierowywania Iskanderów” na zachodnie stolice (co nieodmiennie śmieszy każdego, kto wie, jak wygląda i działa wyrzutnia pocisków tego typu) rosyjska propaganda zyskuje więc nowe, atrakcyjne narzędzie.

Amerykanie tymczasem pieką na jednym ogniu dwie pieczenie. Ta większa to oczywiście swoboda w rozbudowie potencjału, istotnego z punktu widzenia powstrzymywania Chin czy Iranu. Mniejsza, acz niepozbawiona smaku – prowokowanie Rosjan i wikłanie ich w nowy wyścig zbrojeń, co w niewydolnym i nieelastycznym systemie ekonomicznym musi w dłuższej perspektywie skończyć się osłabieniem państwa. Wedle ostrożnych szacunków, plany zapowiedziane właśnie przez rosyjskiego ministra obrony Siergieja Szojgu – jako już przyszłoroczna konsekwencja wycofania się z INF –wymagają zwiększenia aktualnego budżetu wojskowego Federacji Rosyjskiej przynajmniej o 6-7 procent. A to dopiero początek, o ile Rosja faktycznie postanowi i w tej dziedzinie nadążyć za USA, które tymczasem będą orientować swój wysiłek na zrównoważenie możliwości Chin.

Europie zaś pozostaje mieć nadzieję, że owych miliardów rubli wpompowanych w nowe systemy rakietowe zabraknie Rosjanom na inne, mniej spektakularne, acz ostatecznie groźniejsze w skutkach operacje: na przykład wspieranie „ruchów antysystemowych” po lewej i prawej stronie sceny politycznej różnych krajów Starego Kontynentu, stymulowanie separatystów i fanatyków, na budowanie wbrew rachunkowi ekonomicznemu narzędzi uzależniania energetycznego poszczególnych państw, na doskonalenie instrumentów cyberagresji wymierzonej w infrastrukturę krytyczną czy wreszcie na hodowanie na farmach trolli, celowo destabilizujących debatę publiczną.

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, wicedyrektor Instytutu Polityki Międzynarodowej i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, członek Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int, jeden z fundatorów i wiceprezes Fundacji Wiedza-Rozwój-Bezpieczeństwo. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu, public relations i wywiadu konkurencyjnego. Współpracował z Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas, był członkiem Polar Task Force (zespołu doradczego ad hoc przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych). Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Zajmuje się problematyką ewolucji cywilizacji zachodniej i jej wpływem na bezpieczeństwo, wyzwaniami i zagrożeniami asymetrycznymi (w tym walką informacyjną, terroryzmem, przestępczością zorganizowaną i migracjami), a także funkcjonowaniem służb specjalnych i sektora prywatnego w sferze bezpieczeństwa. Jest autorem, redaktorem i współredaktorem kilkudziesięciu prac naukowych z tego zakresu, w tym monografii: „Polityka bezpieczeństwa na Starym Kontynencie” (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2010), „Asymetria i hybrydowość – stare armie wobec nowych konfliktów” (Wyd. Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Warszawa 2011) oraz „Sztuka polityki” (Wyd. Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, Kielce 2017). Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego (1992) oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej (1996); stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego (2005).

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Antychińska ustawka Trumpa i Putina?”

  1. Michal pisze:

    99% zgody – 1% to że wyścig akurat w tym zakresie Rosji niespecjalnie zaszkodzi bo ma w tym zakresie dosyć symetryczny know-how i wcale nie musi budować tego tysiące bo na wojnę (z USA) się nie wybiera. Moga nawet zyskać bo będą mieli wielu klientów na takie rakiety …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz