Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Lokalizm według Korab-Karpowicza

Państwo Karpowicza nie jest monadyczne i zamknięte, rozumie potrzebę współdziałania na arenie międzynarodowej, braterstwa ludzi, pomocy w chwili kryzysu i wyrzeka się modernistycznego militaryzmu

Państwo Karpowicza nie jest monadyczne i zamknięte, rozumie potrzebę współdziałania na arenie międzynarodowej, braterstwa ludzi, pomocy w chwili kryzysu i wyrzeka się modernistycznego militaryzmu

„Tractatus Politico-Philosophicus. Traktat polityczno-filozoficzny” – nową książkę W. Juliana Koraba-Karpowicza – można by zatytułować: „Filozofia a lokalizm”, wykłada ona bowiem nowy rodzaj myśli politycznej, kształtującej się poza tradycyjnie używanymi pojęciami i ideologiami oraz w opozycji do neoliberalnej, uniwersalistycznej narracji. Traktat stanowi przy tym oryginalny polski wkład w ów rzadki moment, gdy kształtuje się pewien większy, światowy prąd myślowy, i z wolna zaczyna zyskiwać samoświadomość. Zgodnie ze słynnym powiedzeniem Ghandiego, tego typu koncepcje zwykle najpierw są jednak ignorowane, potem wyśmiewane, potem krytykowane, a potem dopiero brane na poważnie.

Bezczelny filozof

Od co najmniej lat 70. XX w. zarówno prawe, jak i lewe skrzydło europejskiej filozofii politycznej coraz mniej wierzy w możliwość szczerego napisania traktatu. Lewica przy tym brnie coraz częściej w intertekstualność, a prawica w antykwaryczność. Tymczasem Korab-Karpowicz na dość jałowej ziemi filozofii politycznej przyjmuje postawę zupełnie naiwnego oracza i śmiało chwyta za pług, choć przecież chłopkiem roztropkiem wcale nie jest. Wręcz przeciwnie, doktoryzował się z zakresu filozofii na Oksfordzie, ma za sobą udaną karierę samorządowca, dyplomaty, przedsiębiorcy i dodatkowo dyplom inżyniera elektronika. Co więcej, wykładał między innymi w USA, Korei i Turcji, a teraz dzieli swój czas pomiędzy Warszawą a Dubajem.

Może to właśnie zróżnicowane doświadczenia sprawiły, że Korab-Karpowicz do cna wyzbył się kompleksów i po sokratejsku, demonstracyjnie postanowił odrzucić w swojej najnowszej książce kult eksperta. Rzec można, że to Max Kolonko polskiej filozofii. Z prowokacyjną szczerością przyznaje na wstępie, że dziękuje innym „autorom”, ale tylko za pomoc w ukształtowaniu „jego myśli politycznej”. Potem jest jeszcze ciekawiej: z Hobbesem i Machiavellim Korab-Karpowicz się „do końca nie zgadza”, ale jest wdzięczny za „polemikę z nimi”. Natomiast „wywarli na niego wpływ” na przykład: Tukidydes, Platon, Arystoteles, Tomasz z Akwinu, Grocjusz, Locke a także Konfucjusz i Al-Farabi. Z polskich myślicieli „chciałby zaś szczególnie podziękować Bronisławowi Malinowskiemu, Feliksowi Konecznemu i Stanisławowi Ignacemu Witkiewiczowi”. Być może to ostatnie nazwisko jest w tym kontekście szczególnie znamienne. Bo choć Witkacy nie jest w tekście, poza wstępem, wspominany, to jego kult oryginalności, wybujała niezależność i pewność siebie wyczuwalne są niemal w każdym zdaniu.

W witkacowskim duchu Karpowicz nie będzie też nikogo zanudzał wieloma odniesieniami, tylko przedstawi wizję „dobrego państwa i społeczeństwa”: tak po prostu, bezczelnie i bezceremonialnie. Zacznie od zupełnych podstaw, od tego, czym jest dla niego polityka, wywód będzie ciągnął aż do globalizacji i religii. A wszystko to poda w krótkich, twitterowych niemal, tezach, uporządkowanych w punkty i podpunkty ma modłę słynnego traktatu Wittgensteina. Do tego z myślą o obcojęzycznych czytelnikach Karpowicz pisze od razu w dwóch językach: po lewej po angielsku, a po prawej po polsku.

Takie podejście filozoficzne zostanie zapewne potraktowane przez wielu kolegów po fachu i wielu szarych czytelników jako przejaw oburzającej megalomanii. Myślę jednak, że jest to reakcja przez autora z góry przewidziana. Korab-Karpowicz to bezczelny filozof artysta. Podobnie jak Sokrates jest gzem, który tym razem chce nas obudzić z postmodernistycznej drzemki. Od razu chce pokazać czytelnikom, jak bardzo odzwyczaili się od samodzielnego myślenia, skoro nie potrafią sobie wyobrazić, że zamiast pisać setny raz o Hobbesie, ktoś na poważnie pisze we wstępie, że się z nim nie zgadza i ma własną „wizję”.

Manifest lokalistyczny

Skąd jednak pewność, że Korab-Karpowicz nie zwariował? I że nie uzurpuje sobie prawa do oryginalności na równi z wielkimi filozofami bezpodstawnie? Cóż, pewności nigdy w tego typu kwestiach mieć nie można, bo filozofów od wariatów ostatecznie odróżnia historia. Myślę jednak, że nawet jeśli historia nie da mu sławy, to przyzna, że był częścią czegoś większego, a mianowicie próby filozoficznego odejścia od globalistycznego, neoliberalnego, czy też ponowoczesnego, uniwersalizmu bez oglądania się na marksizm, faszyzm i zaściankowy konserwatyzm. Wyjścia w świat nowy z pomocą platońskiej metody, czyli poprzez utworzenie nowego ideału dobrego państwa, który wydaje się konieczny, skoro globalna wioska staje się coraz większym koszmarem.

Odczytuję książkę Karpowicza jako manifest lokalistyczny, który jest tym pełniejszy, że nie mówi on o jakimś zapiekłym esencjonalizmie czy skrajnym, cynicznym realizmie

W tych poszukiwaniach jest oczywiście wiele banałów i mielizn. Nadal, na przykład, nie jestem do końca przekonany, czy filozof zawsze konsekwentnie posługuje się pojęciami „kultura”, „epoka” i „cywilizacja”, oraz czy mariaż pojęciowy Konecznego z Huntingtonem jest w jego wykonaniu do końca udany. To jednak w gruncie rzeczy szczegóły. Największą wartością książki jest, przynajmniej dla mnie, to, że pozwala mi ona lepiej zdefiniować zjawiska, które sam intuicyjnie nazywam lokalizmem i globalizmem. Odczytuję bowiem książkę Karpowicza jako manifest lokalistyczny, który jest tym pełniejszy, że nie mówi on o jakimś zapiekłym esencjonalizmie czy skrajnym, cynicznym realizmie. Przyjmuje raczej za aksjomat, że choć ludzie muszą być solidarni w imię globalnych wyzwań, to muszą też być osobni w swoich większych i mniejszych wspólnotach, w imię „życia dobrego”. A przecież jeszcze 25 lat temu, wobec upadku komunizmu i tez Fukuyamy, takie podejście wcale nie było oczywiste.

Centralna jest tutaj dla mnie teza różnorodności kulturowej, poprzedzona rozważaniami nad mocnymi i słabymi stronami marksowskiego podejścia krytycznego i teorii postmodernistycznego indywidualizmu. W największym skrócie, krytyka ta sprowadza się do obserwacji, że o ile słusznie marksizm dostrzegł zniewolenie w wyzysku, a postmodernizm w braku społecznej różnorodności, o tyle żaden z nich nie dostrzegł w pełni problemu zniewolenia, do którego może dojść w wyniku globalnego wyjaławiania się ludzkości, poprzez wyzbywanie się dających się odróżnić kultur oraz stanowiących ich nośniki narodów, państw i religii.

Tymczasem we wspomnianej tezie autor stwierdza z całą mocą: „Szczęście i pełny rozwój mogą ludzie osiągnąć w warunkach wolności i wynikającej z niej różnorodności. Należy utrzymać wielość państw i kultur. Ujednolicenie ludzkości jest sprzeczne z jej dążeniem do rozwoju”.

Państwo Koraba-Karpowicza

Czy jednak ucieczką od jednego zniewolenia zawsze jest inny jego rodzaj? Rasowy filozof na tak postawione pytanie może odpowiedzieć tylko poprzez swoiste dopisanie ciągu dalszego do „Państwa” Platona, czyli zaproponowanie pewnego wzorca wspólnoty politycznej, który choć istnieć będzie tylko w filozoficznej mowie i nie powinien nigdy być na siłę narzucany rzeczywistości, to pozostaje jednak ogólnym drogowskazem dobra wspólnego.

Jakie jest więc owo państwo Koraba-Karpowicza? Po pierwsze, nie jest to państwo monadyczne i zamknięte, rozumie potrzebę współdziałania na arenie międzynarodowej, braterstwa ludzi, pomocy w chwili kryzysu. Wyrzeka się też modernistycznego militaryzmu i despotycznego „bizantynizmu” (jak to określa Korab-Karpowicz). Dąży do pokoju pomiędzy religiami i cywilizacjami. Jeśli w ostateczności prowadzi wojny, to nigdy na zasadzie konfliktu totalnego. Jednocześnie jednak rozumie, że działa w ramach systemu międzynarodowego, który nie może być w pełni oparty na ogólnej zgodzie i równości, bo faktycznie zawsze jest on hegemoniczny. Od aktualnego hegemona państwo jednak oczekuje „zacności” – tego, że w globalnych konfliktach przyjmie on postawę arbitra, opierającego władzę częściej na autorytecie niż na samej sile.

Wewnętrznie państwo rozumie zaś, że stabilność zapewnia tylko pewien konsensus dotyczący tego, co Karpowicz nazywa „rodzimokulturowością”. Oznacza to, że dominująca kultura kształtuje politykę i jej symbole, ale podobnie jak globalny hegemon pozostawia też wolność poszukiwań i tolerancji w ramach dobra wspólnego. Szkodzi państwu natomiast traktowanie kultury dominującej, jako chłopca do bicia w imię globalistycznego relatywizmu. Jak twierdzi filozof, suma takich rzekomo emancypujących działań coraz częściej może prowadzić do światowej redukcji „ludzi do takich samych jednostek, motywowanych w życiu jedynie prymitywnym pożądaniem. One bowiem stanowią idealnego konsumenta…”.

Idealne państwo dostrzega konieczność aktywnej ochrony swoich obywateli przed biedą. Zdaniem Koraba-Karpowicza powinno to jednak czynić nie poprzez klasyczną biurokratyczną redystrybucję, ale poprzez zapewnianie powszechnego dostępu do kapitału

Idealne państwo dostrzega też konieczność aktywnej ochrony swoich obywateli przed biedą. Zdaniem Koraba-Karpowicza powinno to jednak czynić nie poprzez klasyczną biurokratyczną redystrybucję, ale poprzez zapewnianie powszechnego dostępu do kapitału. Widać w tym wyraźnie nawiązanie do ekonomii binarnej Luisa Kelso. Oznacza to bowiem, że wszyscy obywatele w pewnej mierze są przedsiębiorcami. Społeczeństwo idealne zachowuje jednak podziały klasowe, po arystotelesowsku opiera je jednak na różnicy cnót (dążeń życiowych), a nie na kastowości.

Wewnętrznie nowe państwo idealne rozumie, że usuwanie religii „z życia publicznego powoduje zubożenie sfery publicznej”, ale nie broni też religii za cenę wspierania fanatyzmu i nietolerancji.

Jednocześnie jednak filozof stawia też tezy trudne, choć, jak się wydaje, uzasadnione zwłaszcza w kontekście ogromnej porażki arabskiej wiosny i obserwowanych obecnie negatywnych aspektów wędrówek ludów. Mówi, że im bardziej odmienne są kultury wewnątrz państwa, tym bardziej państwo musi uciekać się do dyktatorskiego przymusu, by istnieć. W niektórych przypadkach może to wręcz być „jedyna forma pokojowej współpracy”, lepsza od pozornej demokracji, która przy braku konsensusu na poziomie kulturowym musi skończyć się wojną lub rewolucją. Przestrzega też, że o ile „osoba szlachetna może sobie pozwolić na to, aby zginąć w obronie swoich ideałów”, o tyle „na taki czyn nie może sobie pozwolić żadne państwo”.

Demokracja proceduralna, choć co do zasady pożądana, ma zaś dla Koraba-Karpowicza sens tylko przy szeroko rozumianej edukacji obywatelskiej i zgody, co do podstaw kulturowych. Takie podejście ma uszlachetniać demokrację zmieniając ją w coś, co filozof w duchu tradycji platońskiej nazywa „sofokracją” – rządami mądrych obywateli.

Realność idealizmu

Czy takie państwo może jednak choć w części zaistnieć? Cóż, Korab-Karpowicz sam przyznaje, że są pewne ograniczenia, które narzuca nam globalizacja. Stwierdza bowiem, co następuje:

„Procesy globalizacyjne nie mogą być zatrzymane. To nieuniknione, że będziemy żyć w coraz bardziej powiązanym ze sobą świecie.

Można za to uniknąć prezentacji globalizacji i idei postmodernistycznej jako pozytywnych wartości normatywnych.

Twórcze rozwiązanie problemów współczesności i przekroczenie postmoderności polega na powrocie do tradycji klasycznej racjonalności”.

Można się zżymać na banalność niektórych z tych tez i ogólną zwięzłość analizy przy niezwykle szerokim spektrum poruszonych tematów. Należy jednak przy tym pamiętać, że wielkie idee trafiają zwykle do szerszych odbiorców w takiej właśnie, dość zwięzłej formie. Korab-Karpowicz niewątpliwie czuje zaś, że rodzi się coś nowego i chce być tego czegoś akuszerem. Dostrzega, że neoliberalizm traci światowy rząd dusz, a zastępuje go pewien duch lokalizmu, o wielu, bardzo różnorodnych twarzach. Nie da się przy tym tak łatwo zakrzyczeć owego prądu, jako nowego wcielenia faszyzmu i wroga demokracji. „Reductio ad Hitlerum”, podobne do tego, jakie na łamach „Gazety Wyborczej” uprawiała niedawno prof. Tokarska-Bakir, nie udaje się między innymi dlatego, że dojrzały lokalizm nie zasadza się na systemowej przemocy i militaryzmie jako podstawie sprawowania władzy.

Ma on coraz wyraźniejszą, własną wizję ładu wewnętrznego i międzynarodowego, który w teorii może obchodzić się bez przemocy, nawet w większym stopniu niż ład neoliberalny, a to dlatego, że przynajmniej normatywnie wyzbywa się kompleksów i zaściankowości. Wie, iż „solidarność globalna jest wynikiem istnienia braterstwa między ludźmi i jest wynikiem jedności, która powstaje z różnorodności”.

Przenosząc te obserwacje na grunt polski można powiedzieć, że patriotyzm w wydaniu Koraba-Karpowicza odrobił lekcję ze Stanisława Brzozowskiego. Jest to więc patriotyzm mniej terytorialny, choć pojęcia państwa, jako zorganizowanego społeczeństwa posiadającego terytorium, zupełnie nie porzuca. Podobnie nie porzuca zakorzenienia i komunitarystycznego ciepła.

Szczególnie aktywne jednostki, jak zauważa Karpowicz, mogą wybrać „samotność, przygodę i życie ryzykowne, aby osiągnąć swe cele” i należy im na to pozwolić. Ludzie jako tacy chcą jednak w swej masie żyć wśród bliskich, w spokoju, dostatku i z perspektywą metafizycznego pocieszenia oraz moralnego wsparcia. A to znaczy tyle, że kierunek, w którym zmierza współczesny ład światowy, nie może już większości ludzi przynieść szczęścia. Korab-Karpowicz może wręcz za Zygmuntem Baumanem powtórzyć, że ponowoczesność to nasze główne źródło cierpień; a przecież obaj ci myśliciele pochodzą z biegunowo sobie przeciwnych obozów towarzysko-politycznych.

Oczywiście nie wszystkie karpowiczowskie recepty na te cierpienia są spójne. Kiedy jednak popatrzeć na hasła nowej generacji ruchów politycznych, od polskiego Kukiza, poprzez hiszpańskich Podemos na stronnikach Donalda Trumpa i Berniego Sandersa skończywszy, widać, że duch globalnych zmian będzie zbliżony do wizji Karpowicza. Marks i jego „Manifest komunistyczny” (też przecież zwięzły w formie i napisany z bezczelnym rozmachem) ostatecznie zawiódł. Neoliberalizm doszedł zaś chyba do granicy antropologicznej, która nie pozwala mu już dalej ludzi urynkawiać i uelastyczniać. Jak powiada zwięźle filozof: „Nie po to urodziliśmy się na Ziemi, aby stać się konsumentami lub bojownikami”.

W. Julian Korab-Karpowicz, Tractatus Politico-Philosophicus. Traktat polityczno-filozoficzny, Wydawnictwo Marek Derewiecki, Kęty 2015, ss. 237.

Stały współpracownik Nowej Konfederacji, doktor nauk politycznych. Pracownik Uczelni Łazarskiego. Absolwent Louisiana State University, Ośrodka Studiów Amerykańskich UW oraz Instytutu Filologii Angielskiej UAM. Stypendysta Fundacji Fulbrighta, a także członek Philadelphia Society. Autor tekstów publicystycznych i naukowych z zakresu filozofii polityki oraz politologii porównawczej.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz