Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Kto będzie bronił słabszych?

Lewicowcy mogą albo bronić swoich pokrzywdzonych, albo stać się jedynie użytecznymi idiotami neoliberalizmu

Lewicowcy mogą albo bronić swoich pokrzywdzonych, albo stać się jedynie użytecznymi idiotami neoliberalizmu

Jest 12 grudnia, trwa wielotysięczna demonstracja zorganizowana przez Komitet Obrony Demokracji, przemawiają politycy opozycji. Na platformie czerwonego autobusu centralne miejsce zajmują Ryszard Petru, Władysław Kosiniak-Kamysz i Barbara Nowacka. Ta ostatnia to przywódczyni pozaparlamentarnej już Zjednoczonej Lewicy, ugrupowania, które miało rewitalizować lewą stronę sceny politycznej poprzez połączenie starych, SLD-owskich sentymentów z nową krwią. „Nie ma wolności bez poszanowania prawa, nie ma wolności bez niezawisłych sądów, nie ma wolności bez szanowania konstytucji… Jarosławie Kaczyński, tu jest Polska, tu są Polki i Polacy i nie będzie nam pan mówił, co możemy, a czego nie możemy” – krzyczy Nowacka. Młody „demon” polskiego neoliberalizmu Ryszard Petru słucha jej słów ze swoim charakterystycznym bystrym uśmiechem. Warto zapamiętać ten obrazek jako symbol nędzy i klęski lewicy, która oderwała się od swojej społecznej bazy – zwykłych ludzi, i bezwolnie orbituje wokół neoliberalnej nadbudowy – elity związanej z instytucjami finansowymi i interesami dominujących globalnych centrów politycznych. Dziś w Polsce i w Europie bardzo wyraźnie widać bowiem, że lewica, jeśli potrafi, będzie musiała zejść na ziemię i stać się bardziej narodową i lokalną – albo pogodzić się ze swą marginalizacją i zanikaniem.

Lewica podzielona

Ryszard Petru może sobie pogratulować, bowiem właśnie teraz, na tym marszu, zjada swoje polityczne przystawki, choć przecież mogłoby się wydawać, że powinien być czarną owcą polskiej polityki. Oto on, były doradca bankowy, obrońca OFE i kredytów frankowych, człowiek, który w programie swojej partii otwarcie zapisał rozwiązania wzmacniające zamożniejszych kosztem klasy niższej i średniej, wyrasta na lidera opozycji. Nic zresztą dziwnego, rządzi socjalna prawica i rekordowo szybko się zużywa, centroprawicowa PO jest już zużyta, a lewica nie ma swojego wyrazistego głosu.

Mówiącej o tym, bez czego nie ma „wolności”, Barbarze Nowackiej nie przyszło bowiem nawet na myśl, by powiedzieć: „nie ma wolności bez praw socjalnych, pozwalających z wolności korzystać”, w skrócie: „nie ma wolności bez solidarności”. W efekcie mówi do nikogo, jej elektoratu już nie ma. Ci bardziej socjalni, których ostatnio i tak już nie było wielu, są (słusznie lub nie) z PiS-em. Pozostali, dla których najważniejsze jest, by im „nikt nie mówił, czego nie mogą”, są już z .Nowoczesną.

W autobusie brak wprawdzie malutkiej lewicowo-socjalnej Partii Razem, na razie jednak, przy słabym dostępie do mediów, nie może ona zaszkodzić nowemu, wykuwającemu się właśnie konsensusowi po stronie opozycji. Razem organizuje wprawdzie własną, alternatywną demonstrację, ale wiele jeszcze wody w Wiśle upłynie, zanim okrzepnie i będzie mogła liczyć na wynik porównywalny z wynikiem hiszpańskiego Podemos.

Pojawia się coraz więcej przesłanek pozwalających przypuszczać, że – choć proces ten w różnych krajach przebiega z odmienną dynamiką – różnice pomiędzy Razem a Zjednoczoną Lewicą są dość symptomatyczne dla całej europejskiej polityki. Lewicowe ugrupowania na starym kontynencie muszą bowiem coraz częściej wybierać: albo powracają do haseł socjalnych i tonują w przekazie elementy obyczajowe, estetyczne i kosmopolityczne, albo po prostu słabną, a ich polityczne aktywa są przejmowane przez ugrupowania broniące obecnego neoliberalnego konsensusu lub przez prawicowych populistów.

W stronę populizmu

Słowa „populizm” nie należy tu rozumieć jako inwektywy. Lewica historycznie miała bronić interesów licznych i mniej uprzywilejowanych przed nielicznymi i dobrze sytuowanymi. Obecnie zaś osierocony przez nią „populus” (czyli „liczni”) musiał sobie poszukać nowych obrońców.

Dlaczego jednak „obrońcy” ludu to dziś w Europie coraz częściej partie częściowo przynajmniej zakorzenione w tradycjach narodowych, partie takie jak FN we Francji, AfD (Alternatywa dla Niemiec), szkocki SNP i wreszcie polskie PiS? Cóż, pierwsza, jeszcze marksowska, generacja nowoczesnej europejskiej lewicy zakładała obronę interesów niższych klas społecznych poprzez internacjonalizację ruchu, czyli działanie ponad głowami państw narodowych. Plany te spełzły oczywiście na niczym. Lewicy udało się zmienić politykę tylko tam, gdzie zdecydowała się zagrać w ramach narodowych demokracji, co doprowadziło do powstania w świecie zachodnim państw opiekuńczych.

Młoda lewica odżywa teraz w Europie tylko tam, gdzie przynajmniej na chwilę cisnęła w kąt postmodernistyczne kostiumy

Ulokalnienie starej lewicy nie oznaczało jednak, że procesy technologiczno-społecznej globalizacji przestały działać. Nabrały jednak zdecydowanie już nielewicowej ideologicznej barwy. Neoliberalna globalizacja kapitału i komunikacji okazała się silniejsza od „niebiańskiego” ideału globalizacji opartej na solidarności i równości.

Skutkiem ubocznym tych zjawisk są dziś globalnie rosnące nierówności społeczne, brak stabilizacji i zanikanie stałych form zatrudnienia. Po części owocem neoliberalnej globalizacji są też „nowe wędrówki ludów” – nie można bowiem zapominać, że większość przybyszy docierających do Europy to imigranci zarobkowi, a nie uchodźcy wojenni. Tymczasem ludzie, po przekroczeniu pewnego pułapu swoich możliwości adaptacyjnych (i niezależnie od sprawności stosowanych przez neoliberalizm medialnych socjotechnik), nie pragną w swej masie większej „różnorodności” czy „elastyczności”. Chcą za to – coraz częściej – bezpieczeństwa, stabilizacji i zakorzenienia. Negowanie tych potrzeb w końcu musi doprowadzić do mniej lub bardziej gwałtownego buntu.

Kluczowe jest zatem pytanie, jakie zastane alternatywy polityczne mogą ten bunt ukierunkować. Stare lewicowe międzynarodówki leżą już dziś pogrzebane pod zwałami historii. Alterglobalizm nigdy nie wyszedł poza wymiar ruchu akademicko-młodzieżowego. Na placu boju pozostają więc tylko jeźdźcy globalizacji oraz różnego rodzaju kulturowe, religijne i etniczne lokalizmy, które w Europie przyjmują wciąż dawne formy narodów. To, co zostało z lewicy, musi prędzej czy później ulec nowej logice. Projekt „nowej lewicy”, lewicy skupionej na sporach lifestylowych i tożsamościowych, lewicy oderwanej od starych tożsamości klasowych i narodowych – tym samym upada.

Jest to oczywiście dla ludzi lewicy bardzo bolesne. Emblematyczne stały się łzy wywodzącej się z Partii Zielonych szwedzkiej minister, która ogłaszała koniec proimigracyjnej polityki swego rządu. Zmiana staje się jednak nieunikniona. Lewicowcy mogą albo bronić swoich pokrzywdzonych, albo stać się użytecznymi idiotami neoliberalizmu, który będzie lewicowe hasła emancypacyjne stosował nader wybiórczo. Te dotyczące obyczajów seksualnych, życia rodzinnego i laickości przyjmie łatwo, ponieważ pomogą mu one w starciu z tradycjonalistami, te zaś, które dotyczą solidarności społecznej, prawa do podstawowych usług publicznych i wyrównywania szans, wyrzuci przez okno.

Modernizm wiecznie żywy

W efekcie tradycyjne pojęcia lewicy i prawicy zdają się coraz mniej przystawać do rzeczywistości politycznej, zwłaszcza w Europie. W poprzednim moim tekście na ten temat wskazywałem, że być może już wkrótce przyjdzie nam nazwać nowe podziały nowymi słowami, takimi jak choćby „globalizm” i „lokalizm”.

Na razie pojęcia lewicy i prawicy, choć coraz mniej adekwatne, są jednak wciąż w obiegu. Na rynku idei funkcjonuje też pojęcie „nowej lewicy”. Dawny egalitaryzm miało w takiej lewicy częściowo zastąpić to, co Anthony Giddens nazywa „polityką życia” (ekologia plus emancypacja obyczajowa), czy też to, co Ronald Inglehart określa jako wartości postmodernistyczne (styl życia, wolność wyboru) i odróżnia od wartości modernistycznych (status społeczny, dostęp do zasobów).

Problem z tą ideologiczną podmianą, z której miała wyrosnąć nowa zielono-obyczajowa lewica, polega jednak na tym, że kres modernistycznej walki o godny byt i nastanie ery miękkich sporów dotyczących stylu życia ogłoszono przedwcześnie. Powstanie klasy nowych wykluczonych – prekariatu dowodzi tego aż nadto dobitnie. W rezultacie ta część lewicy, która szybko i zbyt łatwo uwierzyła w proroctwa Ingleharta i Giddensa, znalazła się w trudnej sytuacji głosiciela haseł zastępczych w stosunku do głównej osi sporu, dającej się krótko i węzłowato streścić słowami: rynki kontra ludzie.

Oczywiście, lewicowcy z ugrupowań pogardliwie nazywanych kawiorowymi (vide polscy Zieloni) oburzają się na takie ujęcie rzeczy. Twierdzą, że przecież można bronić praw pokrzywdzonych ekonomicznie i równocześnie stawiać na emancypację symboliczną. Takie argumenty formułowali na przykład w prowadzonej ze mną wymianie zdań Joanna Erbel i Łukasz Skurczyński. Rzeczywiście, ich ugrupowanie ma na koncie wyraźnie prosocjalne akcje, jak choćby obronę słynnego baru mlecznego (któremu zresztą, jak i innym tego typu instytucjom, rząd PiS właśnie zamierza zmniejszyć dotację), a zarazem – wyraźnie zapisane w programie hasła równościowe. Rzecz jednak w tym, że we współczesnej polityce od oficjalnego programu ważniejszy staje się przekaz medialny i proporcje, jakie zajmują w nim poszczególne komunikaty. To na podstawie tego przekazu kształtują się bowiem oczekiwania wyborców i to z niego są w efekcie rozliczani politycy.

Nie wróżę Syrizie dalszych sukcesów. W Grecji, podobnie jak w Polsce, Francji i Niemczech, nastał właśnie klimat dla prawicy

Wyobraźmy więc sobie, że przekaz ugrupowań lewicowych zaczyna nagle odzwierciedlać społeczną wagę prezentowanych problemów. Na przykład: według danych sprzed trzech lat w Polsce 70 procent ludzi między 24 a 30 rokiem życia pracuje na umowach śmieciowych. Do tego pracują oni coraz dłużej i ciężej przy mizernym wzroście płac, są też wbrew swej woli wypychani z krajowego rynku pracy na emigrację. Przy takich wskaźnikach temat prawa pracy, stabilizacji i świadczeń socjalnych powinien być przerabiany przez każde lewicowe ugrupowanie do upadłego. Niezadowolenie tych młodych ludzi grozi przecież wybuchem i stwarza realne niebezpieczeństwo dla demokracji. Tymczasem, na przykład, temat związków partnerskich dotyczy szacunkowo nieporównywalnie mniejszej liczby obywateli, ponieważ nawet na podstawie badań przeprowadzanych w najbardziej otwartych społeczeństwach i przy najbardziej liberalnej metodologii nie udało się dotąd nigdzie wykazać liczby homoseksualistów przekraczającej 7 procent, a słynny raport Kinseya mówi wręcz o 1 procencie. Śmiem wątpić, czy działacze Zielonych mogą powiedzieć, że ich zaangażowanie w rozmaite kampanie społeczne odpowiada tym proporcjom.

W ramach konsensusu neoliberalnego to, co zostaje z lewicy, jest dziś oddelegowywane do tematów obyczajowych. Gospodarką i prawem pracy zajmują się „eksperci” – do których jeszcze niedawno zaliczał się Ryszard Petru, a jakiś czas temu dołączył na przykład Kazimierz Marcinkiewicz. Zredukowana do bawienia się w postmodernizm lewica musi się zaś w końcu znaleźć w politycznym odwrocie. Centrystyczne, technokratyczne partie będą zawsze odbierane jako bardziej profesjonalne, a populistyczne ugrupowania nowej prawicy jako bardziej ludowe. Młoda lewica odżywa teraz w Europie jedynie tam, gdzie przynajmniej na chwilę cisnęła w kąt postmodernistyczne kostiumy i przyjęła zasadę przekazu we właściwych proporcjach odzwierciedlającego społeczne znaczenie problemów. W ten sposób po starej i nowej (giddensowskiej) lewicy możemy mówić o zarysowującej się właśnie lewicy trzeciej generacji, lewicy wracającej do haseł socjalnych (Syriza, Podemos, Razem).

Lewa wolna

Jak to już zostało zaznaczone, proces słabnięcia „nowej” i „starej” lewicy oraz zwrot populistyczno-socjalny nie wszędzie przebiegają w jednakowym tempie. Widocznych przykładów zmian jest jednak w Europie aż nadto. Nawet najstabilniejsze i najstarsze partie lewicowe wykazują oznaki zużycia. Niemieckiej SPD zupełnie nie udało się podnieść po – najgorszym od 1949 roku – wyniku zanotowanym w roku 2009. Poparcie dla Zielonych od ostatnich wyborów też wykazuje widoczną tendencję spadkową, choć wciąż utrzymuje się w okolicach 10 procent. Tymczasem liberalna FDP jest wyraźnie wyprzedzana przez prawicową Alternatywę dla Niemiec (AfD), która coraz częściej odnotowuje dwucyfrowe wyniki sondażowe. W Anglii laburzyści musieli przyjąć do wiadomości, że typowo populistyczna i lokalistyczna SNP wyrwała im w Szkocji niemal wszystko, co mogła. Prawicowi populiści Nigela Farage’a nie zdobyli co prawda wielu miejsc w parlamencie, lecz we władzach lokalnych są już czwartą siłą polityczną. Francja zaś zmierza wyraźnie w kierunku modelu przypominającego sytuację Polski po kolapsie SLD, wybór dokonuje się w coraz większym stopniu pomiędzy centroprawicą Sakrozy’ego a prawicą ludową, czyli FN. Socjaliści słabną w oczach.

Nie wszędzie oczywiście lewica daje się zupełnie marginalizować. Świetny wynik hiszpańskiego Podemos, podobnie jak wcześniejsze sukcesy greckiej Syrizy, odbywają się jednak, tak jak przypadku prawicowych FN czy AfD, głównie kosztem skompromitowanej centrolewicy. Centroprawica wciąż ma się zaś – i na północy, i na południu Europy – dość dobrze. Dlatego nowe ugrupowania lewicowe dobre wyniki musiały okupić kompromisami w sferze symbolicznej. Syriza w obu swoich rządach weszła w koalicję z nacjonalistyczno-prawicową partią Niezależnych Greków – to trochę tak, jakby Razem miało się porozumieć z Ruchem Narodowym. Partia Podemos na razie aż takich kompromisów czynić nie musiała, ale niespokojny powyborczy czas może szybko pokazać, ilu „mszy” wart będzie Madryt.

Powstanie lewicy trzeciej generacji oznacza też pojawienie się szansy dla prawicy zorientowanej na republikańską współpracę w imię dobra wspólnego, a nie na wojnę totalną. Grecja pokazuje, że możliwe są sojusze broniące podmiotowości państwowej przed neokolonialnym podduszaniem. W ostatecznym rozrachunku wydaje się, że na zachodzących obecnie w europejskiej polityce przemianach zyska raczej prawica. Dzieje się tak przede wszystkim dlatego, że prawicy łatwiej mobilizować swój elektorat wokół historycznych symboli, wspólnot, kościołów i narodów, na których straży zawsze stała. Nowa lewica tymczasem swoich nowych symboli jeszcze nie wypracowała. Czerwony sztandar i jednoczenie proletariuszy to już historia, a co dalej? Jakie hasła ponieść podczas marszu? Jak obchodzić Święto Niepodległości, by pozostać lewicą, a jednocześnie przyciągnąć kogoś więcej niż kilku sennych studentów? Oto pytania frapujące dziś ugrupowania lewicowe.

Siła mobilizacji sprawia też, że prawicy łatwiej jest wymagać od swojego elektoratu cierpliwości i poświęcenia, gdy starcie z siłami politycznego globalizmu tego wymaga. Węgry Orbána przetrzymały presję Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz europejskich potęg i odrzuciły politykę zaciskania pasa w obliczu kryzysu. I choć dziś rządowi w Budapeszcie można zarzucić wiele rzeczy, to akurat w tym przypadku sam MFW przyznał mu rację. Premier Grecji zaś, Alexis Tsipras, w końcu uległ. Prawda, że presja była o wiele silniejsza i że Tsipras mimo wszystko władzę zachował, ale tak czy siak – uległ. Od tego zaś krótka droga do szukania łatwych i pozornych zwycięstw w sferze postpolityki. Tuż przed świętami grecka Syriza przegłosowała na przykład ustawę o małżeństwach jednopłciowych. Grecy są więc nadal niemiecką neokolonią, tracą banki, lotniska, świadczenia i infrastrukturę. W tej trudnej sytuacji mogą jednak pocieszyć się tym, że – jak powiada Tsipras – „opuszczają epokę wsteczności i wkraczają w czasy uczciwości, godności, szacunku dla różnorodności…”.

Nie wróżę Syrizie dalszych sukcesów. W Grecji, podobnie jak w Polsce, Francji i Niemczech, nastał właśnie klimat dla prawicy. Nie wszędzie będzie to prawica republikańska, szukająca dobra wspólnego, wszędzie jednak będzie się ona odwoływać do podmiotowości państw narodowych i do solidarności społecznej.

Stały współpracownik Nowej Konfederacji, doktor nauk politycznych. Pracownik Uczelni Łazarskiego. Absolwent Louisiana State University, Ośrodka Studiów Amerykańskich UW oraz Instytutu Filologii Angielskiej UAM. Stypendysta Fundacji Fulbrighta, a także członek Philadelphia Society. Autor tekstów publicystycznych i naukowych z zakresu filozofii polityki oraz politologii porównawczej.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Kto będzie bronił słabszych?”

  1. ABCD pisze:

    Czy szanowny autor wie co to jest ten neoliberalizm, czy też używa tego słowa w takim samym znaczeniu jak swego czasu używano słów takich jak reakcjoniści, czy też imperialiści itd. Mam wrażenie, że niestety tak właśnie jest.
    Poza tym skoro doświadczenie ostatnich lat pokazuje wyraźnie, że państwa mogą się dynamicznie rozwijać, a poziom życia ludzi rosnąć, bez konieczności spełniania demokratycznych standardów, czy w ogóle przy braku demokracji jako takiej (patrz Chiny), to w takim razie, jeżeli można się obejść bez demokracji, to chyba tym bardziej można się obejść bez lewicy. Bez tej części sceny politycznej, która buduję swoją ideologię polityczną na bardzo wątpliwych założeniach, ideologię której wprowadzanie w życie wyraźnie jednak najsłabszym nie służy. Nie ma co płakać za lewicą. Oczywiście w post-kryzysowej Europie gdzieniegdzie odrodziły się silnie lewicowe ruchy, ale to ich ostatnie tchnienie. Lewica ma szansę rządzić, tam gdzie panuje dobrobyt, gospodarka się kręci. Tam gdzie panuje kryzys, bieda i stagnacja ich rządy kończą się tragicznie (patrz Wenezuela). Kto wie, może ostateczna klęska lewicy która zbliża się wielkimi krokami (tym upadkiem będzie zapewne wielki kryzys państw skandynawskich) będzie też początkiem końca idei demokracji w tym rozumieniu jaki mamy dziś na świecie. Szczególnie, gdy państwa demokratyczna zaczną dostrzegać coraz wyższy poziom życia w największej gospodarce świata, czyli niedemokratycznych Chinach.
    Dodam jeszcze, że przecież wszystkie państwa Unii Eurpejskiej (nawet Polska) są w mniejszym lub większym stopniu zaawansowania państwami opiekuńczymi (nasz program 500+ to kolejny etap rozwoju). Klęska tego modelu, wyrażająca się w fatalnych warunkach dla młodych ludzi na rynku pracy, wysokim bezrobociem w całej Unii i ogólną stagnacją gospodarczą powoduje, że partie socjalne muszą tracić na popularności. Innej możliwości nie ma.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz