Newsletter

Jak kogoś przyjmować, żeby jednak nie przyjąć

Gruzja zostanie członkiem NATO niezależnie od sprzeciwu Rosji – stwierdził sekretarz generalny Paktu Północnoatlantyckiego Jens Stoltenberg. Brzmi mocno, ale na miejscu Gruzinów nie przesadzałbym z entuzjazmem

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Tbilisi nawiązało współpracę z NATO niedługo po rozpadzie ZSRR, jeszcze pod rządami eks-radzieckiego ministra spraw zagranicznych Eduarda Szewardnadze, a zintensyfikowało ją bardzo wyraźnie po Rewolucji Róż i objęciu prezydentury przez Micheila Saakaszwilego. Od 1994 roku kaukaska republika uczestniczyła w programie Partnerstwo dla Pokoju, potem wysłała swoje wojska do Afganistanu i Iraku (kontyngent gruziński był w tym kraju w pewnym momencie trzeci co do liczebności, po amerykańskim i brytyjskim!), a w społeczeństwie utrzymuje się relatywnie wysokie poparcie dla pełnego członkostwa w Pakcie.

Gruzini, pod rządami następców Saakaszwilego, wciąż prowadzą dosyć intensywny proces reformowania armii

Taka obietnica oficjalnie padła ze strony władz NATO już na bukareszteńskim szczycie w kwietniu roku 2008, choć po dramatycznych negocjacjach, w ostatniej chwili, odstąpiono od formalnego stworzenia tzw. MAP (Member Action Plan). Było to związane z twardym wetem Niemiec i Francji, których rządy znajdowały się wówczas pod dużą presją zarówno silnych środowisk prorosyjskich w swoich krajach, jak i wielkiego biznesu, negocjującego akurat atrakcyjne inwestycje wymagające akceptacji Kremla. Zmagający się wtedy z poważnymi problemami w polityce wewnętrznej (kryzys finansowy), kończący drugą kadencję prezydent USA George W.Bush – acz deklaratywnie pełen entuzjazmu dla przyjęcia Gruzinów – nie wykazał wystarczającej determinacji, by ten opór ważnych sojuszników przełamać. Rosja natomiast wykorzystała dogodny strategicznie moment i błędy ekipy Saakaszwilego, by kilkanaście tygodni później uderzyć na Gruzję zbrojnie i w tak zwanej wojnie pięciodniowej opanować sporne prowincje Abchazję i Osetię Południową; następnie grupy promoskiewskich separatystów proklamowały tam niepodległość od Tbilisi.

Ten akt agresji, zamiast unaocznić Zachodowi realność zagrożeń dla integralności terytorialnej państw graniczących z Rosją i przyspieszyć ich wejście do atlantyckich struktur bezpieczeństwa – spowodował pogłębienie wahań wśród wielu „starych” członków Paktu. Przez kolejne dziesięć lat status Gruzji w relacjach z NATO faktycznie nie uległ zmianie; ogólnikowe obietnice członkostwa po raz kolejny powtórzono także na ostatnim szczycie NATO w Brukseli, ale idzie za nimi niewiele konkretów. Owszem, istnieje komisja Gruzja-NATO, trwa niezła, choć niezbyt intensywna jak na kraj „frontowy” współpraca na poziomie techniczno-wojskowym (np. działanie Centrum Szkoleniowego w bazie Krtsanisi z udziałem natowskiej kadry, program ćwiczebny dla wojsk lądowych w bazie Vaziani, doroczne wspólne manewry wojskowe Noble Partner). Gruzini, także pod rządami następców Saakaszwilego, wciąż prowadzą dosyć intensywny proces reformowania armii (nie tylko utrzymując wydatki wojskowe na poziomie ponad 2 proc. PKB, ale też, co istotne, znacząco racjonalizując ich wewnętrzną strukturę, coraz więcej wydając m.in. na szkolenie i na modernizację techniczną, a mniej na cele socjalne).

Mimo to, wciąż są mamieni pustymi obietnicami. I niestety, także w tych kategoriach, przynajmniej jak na razie, wypada traktować słowa Jensa Stoltenberga, wypowiedziane przy okazji dość kurtuazyjnej wizyty, podczas dobiegających właśnie końca manewrów wojskowych w Krtsanisi, w których oprócz gospodarzy uczestniczą także kontyngenty 24 krajów natowskich w sile aż… 350 żołnierzy.

Możliwe, że Stoltenberg chciał w ten sposób po prostu podziękować Gruzinom za tradycyjnie ciepłe przyjęcie. Możliwe też, że został dyskretnie poproszony przez Amerykanów, by z tylko im znanych powodów dać Rosjanom prztyczka w nos na płaszczyźnie propagandowo-prestiżowej, choćby w kontekście jakichś innych negocjacji o sprawach zupełnie z Kaukazem niezwiązanych. Premier Mamuka Bachtadze gładko przełknął pigułkę i stojąc obok Stoltenberga z uśmiechem oznajmił, że „Rosja nie ma prawa ograniczać wyboru suwerennego kraju w odniesieniu do jego umów w dziedzinie bezpieczeństwa”. Zabrzmiało dobrze, zwłaszcza w uszach większości gruzińskich żołnierzy i wyborców – ale mało prawdopodobne, by gruziński polityk sam wierzył w to, co powiedział. Smutna prawda jest bowiem taka, że to rosyjski sprzeciw, a dokładniej – rachuba wielu członków Sojuszu na dobre interesy z Kremlem – wciąż blokuje strategiczne aspiracje Gruzji.

Czy jednak sami Amerykanie mogą sobie pozwolić na zlekceważenie sojusznika, który choć mały i słaby, jednak nadspodziewanie wytrwale manifestuje swe prozachodnie sympatie w bardzo trudnych okolicznościach?

Pakt – i oczywiście Waszyngton, jako jego główny decydent – ma trudny orzech do zgryzienia. Z jednej strony jest oczywiste, że ewentualna odważna decyzja polityczna i przyjęcie Gruzji w szeregi członków NATO byłoby proszeniem się o kłopoty. Rosja mogłaby relatywnie niewielkim kosztem powiedzieć „sprawdzam”, to znaczy siłami separatystów abchaskich i osetyńskich, wspartych ewentualnie jakimś nowym wcieleniem „wagnerowców” uderzyć na Gruzję. Zmusiłoby to Pakt albo do zaangażowania się w ten konflikt zbrojnie, na co w obecnej sytuacji nikt nie miałby szczególnej ochoty (a już najmniej sąsiednia Turcja, niby druga armia NATO, ale jednocześnie kraj robiący coraz lepsze interesy ekonomiczne i polityczne z Moskwą), albo do kompromitującej kapitulacji, czyli zostawienia na lodzie będącego w potrzebie członka Sojuszu. Tak źle, i tak niedobrze. Z drugiej jednak strony istnieje w kierowniczych kręgach polityki amerykańskiej i natowskiej świadomość, że nieszczęsnej Gruzji nie da się zwodzić w nieskończoność, bo straci się w końcu nie tylko ostatni przyczółek na strategicznie ważnym Kaukazie, ale i autorytet w innych częściach świata, wśród krajów orientujących się politycznie na Waszyngton.

Polityka administracji Trumpa jest mocno nastawiona raczej na układy bilateralne i ewidentnie lekceważy NATO jako narzędzie. Czy jednak sami Amerykanie mogą sobie pozwolić na zlekceważenie sojusznika, który choć mały i słaby, jednak nadspodziewanie wytrwale manifestuje swe prozachodnie sympatie w bardzo trudnych okolicznościach? Trzeba przyznać, że Polska robi w tej sprawie, co może (poczynając od pamiętnej wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Gruzji podczas wojny, aż po niedawne przeznaczenie naszej ambasady w Tbilisi do roli natowskiego punktu kontaktowego). Rzecz jasna, to nie od nas zależą losy Gruzji. Możemy natomiast wyciągać z tej gry użyteczne wnioski co do charakteru i priorytetów amerykańskiej polityki na styku z Rosją.

 

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej