Newsletter

Lobbingowa wojna o prawa autorskie

W ramach kampanii do Parlamentu Europejskiego oraz do Sejmu i Senatu powinniśmy zapytać polityków, w jaki sposób wyobrażają sobie implementację Dyrektywy o prawach autorskich, zwanej przez przeciwników „ACTA 2”

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Za nami kolejny etap jednej z największych lobbingowych wojen ostatnich lat. To wojna w sprawie Dyrektywy o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym, przez przeciwników zwanej „ACTA 2”. O ile w debacie w Internecie wyraźnie górą są przeciwnicy Dyrektywy, o tyle w Parlamencie Europejskim wygrali jej zwolennicy – i to pomimo tego, że niebawem czekają nas eurowybory.

Dyrektywa wprost mówi o tym, ze współpraca między platformami a twórcami nie powinna skutkować prewencyjnym blokowaniem treści, które nie naruszają praw autorskich

Przeciwnicy Dyrektywy wskazują na dwa główne zagrożenia, jakie wiążą się z jej przyjęciem. Jedno z nich dotyczy powstania nowego prawa, przysługującemu twórcom, i jest nazywane „opłatą od linków”, a drugie dotyczy wprowadzenia mechanizmów kontrolujących treści umieszczane w social mediach pod kątem naruszeń prawa autorskiego. W skrajnej wersji pojawia się tu zarzut wprowadzania cenzury prewencyjnej.

Rozgrywka ma przede wszystkim wymiar finansowy. Komercyjne platformy, agregujące różne treści, obecnie nie uiszczają opłat z tytułu korzystania z cudzych materiałów(np. krótkich opisów newsów połączonych z linkiem), jednakże prawdą jest także to, że z reguły także generują ruch dla ich wydawców. Jak łatwo się można domyślić, tworzy to pewną sprzeczność – platformy internetowe korzystające z treści nie chcą płacić za korzystanie z nich, a wydawcy, niezależnie od tego, czy zarabiają na generowanym dla nich ruchu, chcą otrzymać opłatę za wytworzoną treść. Parlament Europejski stanął po stronie wydawców, tworząc narzędzie, które pozwoli uzależnić możliwość dalszego korzystania w ten sposób z treści od podpisania np. stosownej umowy licencyjnej, przewidującej wynagrodzenie dla wydawców. Warto podkreślić, że z punktu widzenia szarego internauty nic się nie zmienia jeśli chodzi o dzielenie się linkami dla celów niekomercyjnych, opisywanie ich itd. – będzie to w dalszym ciągu dozwolone. W założeniu Dyrektywa ma wzmocnić twórców wobec platform internetowych, jednakże trudno obecnie przewidzieć, czy będą oni w stanie narzucić swoje warunki przedsiębiorcom, którzy posiadają najcenniejszy zasób – czytelnika.

Jeszcze poważniej brzmią zarzuty o wprowadzenie przy pomocy Dyrektywy ryzyka powstania cenzury prewencyjnej. Nowy akt prawny zakłada bowiem zwiększenie odpowiedzialności platform internetowych takich jak Facebook czy YouTube za naruszenia praw autorskich dokonywane przez użytkowników. Przewiduje, ze dana platforma internetowa będzie zwolniona od odpowiedzialności za naruszenia praw autorskich, jeżeli spełniła określone warunki, np. dołożyła starań w celu zdobycia zgody twórców na wykorzystanie utworu (najlepiej w formie umowy licencyjnej) czy odpowiednio zareagowała na zgłoszenie naruszenia praw autorskich. Dyrektywa nie nakłada obowiązku filtrowania, co więcej, podkreśla, że należy zagwarantować użytkownikom prawo do udostępniania utworów dla celów takich jak prawo cytatu czy karykatury, pastiszu lub parodii.

W praktyce oznacza to konieczność budowy systemu, w którym rozpoznawać trzeba będzie nie tylko przykłady naruszenia praw autorskich przez użytkowników, ale i prawidłowo ocenić dozwolony użytek (np. skorzystanie z prawa cytatu). Jest to kosztowne przedsięwzięcie w przypadku, gdy prawodawstwa poszczególnych państw unijnych różnią się od siebie (ustawy komplementacyjne w różnych państwach także mogą nakładać różne prawa i obowiązki odnośnie omawianej Dyrektywy); często ocena legalności wykorzystania utworu może być kontrowersyjna, a jednym z kryteriów oceny wywiązania się z obowiązków będzie szybkość reakcji na zgłoszenie w związku z dokonaniem naruszenia. Tworzy to ryzyko, że jakaś platforma internetowa może uznać, iż najmniej ryzykownym rozwiązaniem będzie usuwanie wszelkiej treści „kontrowersyjnej” z punktu widzenia kwestii związanych z prawem autorskim, a samo filtrowanie będzie jednym z podstawowych narzędzi analizy zgodności treści z tym prawem. Dyrektywa wprost mówi o tym, ze współpraca między platformami a twórcami nie powinna skutkować prewencyjnym blokowaniem treści, które nie naruszają praw autorskich. Przewidziane są też pewne zwolnienia dla startupów, jednakże trudno nie zgodzić się z zarzutem, że budowa takiego systemu ochrony będzie problematyczna z punktu widzenia mniejszych przedsiębiorców.

Pozostaje jeszcze kwestia implementacji Dyrektywy, na którą przewidziane zostały dwa lata. Oczywiście, Dyrektywy nie wolno interpretować dowolnie, jednak jej ogólnikowy charakter daje pewną swobodę legislacyjną. W ramach kampanii do Parlamentu Europejskiego, a następnie przy okazji wyborów do Sejmu i Senatu, powinniśmy zapytać polityków najważniejszych partii, w jaki sposób wyobrażają sobie implementację Dyrektywy. Prawdopodobnie bowiem czeka nas kolejna odsłona wojny lobbingowej – tym razem w celu dookreślenia praw i obowiązków platform internetowych oraz wydawców w krajowej ustawie, implementującej Dyrektywę o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym.

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej