Eurobudżet za mgłą

Prawdopodobne, że przeciwko francusko-niemieckiemu sojuszowi stanie rząd włoski, niejasne jest na razie stanowisko Grecji, Portugalii i Hiszpanii, a mniejsi uczestnicy eurostrefy pewnie nie będą się spieszyć ze wsparciem

Wspólny budżet strefy euro? To wciąż, na razie, jedynie mgliste hasło, być może rzucone tylko po to, by medialnie przykryć niepopularne decyzje dotyczące europejskiej polityki azylowej. Ale też sygnał dla słabszych gospodarczo krajów europejskich, by wreszcie zacząć poważnie myśleć o swojej przyszłości w Unii i prowadzić bardziej przemyślaną politykę.

Po spotkaniu kanclerz Angeli Merkel z prezydentem Emmanuelem Macronem, które odbyło się w brandenburskim zamku Meseberg, ogłoszono francusko-niemiecką zgodę na utworzenie wspólnego budżetu strefy euro. To z jednej strony konsekwencja „dokumentu dyskusyjnego” zaprezentowanego pod koniec maja przez Komisję Europejską (rysującego parę wariantów owego nowego rozwiązania), z drugiej zaś – sprytny manewr, mający w oczach europejskiej publiki poprawić notowania liderów Francji i Niemiec, zagrożone przez nierozwiązane problemy wewnętrzne, ale też upokorzenia i prztyczki fundowane im przez USA. Zapowiedzi tej swoistej „ucieczki do przodu” są ambitne – „eurobudżet” ma służyć zwiększeniu spójności ekonomicznej krajów używających wspólnej waluty i wyrównaniu poziomów ich rozwoju, wsparciu inwestycji, zapobieganiu kryzysom gospodarczym. Droga do osiągnięcia tych celów będzie jednak długa, kręta i wyboista.

Wielcy Europy umówili się co do jednego, istotnego konkretu – że elementem nowej polityki migracyjnej Unii stanie się odsyłanie nielegalnych przybyszów do kraju, w którym zostali po raz pierwszy zarejestrowani

Nie ma na razie jasności co do kilku kluczowych kwestii. Nie wiemy, skąd się ów budżet weźmie – czy zostanie wydzielony z budżetu „ogólnounijnego” (prawdopodobnie taka jest wstępna koncepcja Merkel i Macrona), czy stworzony z odrębnych wpłat zainteresowanych krajów. Zgodnie z wcześniejszymi deklaracjami Komisji, nie są raczej brane pod uwagę euroobligacje „uwspólniające” część długu państw strefy euro, ale jednak okazuje się, że możliwa jest jakaś forma stałego systemu transferów budżetowych pomiędzy krajami eurostrefy, od którego to rozwiązania jeszcze kilkanaście dni temu stanowczo odżegnywał się wiceszef KE Valdis Dombrovskis, najwyraźniej nie do końca poinformowany o planach Berlina i Paryża. Nie wiemy również, jaka ma być wysokość wspólnego budżetu. Stanowiska stron, przeciekające przed meseberskim szczytem, były mocno rozbieżne; Macron mówił o kwocie kilkuset miliardów euro, Merkel zaś o co najwyżej „niskiej dwucyfrowej”. Nieoficjalnie wiemy, że na razie stanęło na liczbie jednak dwucyfrowej, ale – kompromisowo – „wysokiej”.

Te niejasności (oraz wiele innych, bardziej szczegółowych kwestii) mają być stopniowo rozstrzygane w negocjacjach z udziałem wszystkich krajów strefy euro. Nie będą to łatwe rozmowy – bowiem dla znajdujących się w najtrudniejszej sytuacji ekonomicznej państw europejskiego Południa „marchewka” jest niezbyt apetyczna. Cóż to bowiem za zachęta, jeśli na „inwestycje, rozwój, wyrównywanie poziomów, etc.etc.” będą miały do podziału marne 20 miliardów euro (wedle pierwotnej propozycji niemieckiej), czyli z grubsza tyle, ile wynosi budżet samej Katalonii? Jeśli faktycznie stanie na 80 miliardach, będzie nieco bardziej optymistycznie – ale to nadal kropla w morzu finansowych potrzeb najsłabszych gospodarek eurostrefy. A warto zauważyć, że w Mesebergu, prócz mglistych deklaracji budżetowych, wielcy Europy umówili się co do jednego, istotnego konkretu – że elementem nowej polityki migracyjnej Unii stanie się odsyłanie nielegalnych przybyszów do kraju, w którym zostali po raz pierwszy zarejestrowani. Tej gorzkiej pigułki może nie osłodzić krajom granicznym nawet trzycyfrowa obietnica. Drugim poważnym kłopotem może być, zapowiedziane przez Angelę Merkel jako warunek postępu w sprawie eurobudżetu, „zredukowanie ryzyka związanego z kondycją europejskich banków”. Cokolwiek to ma oznaczać w praktyce, nie brzmi jak operacja łatwa – bo zmuszenie do cięższej pracy europejskich bankierów, przyzwyczajonych do łatwych zysków pod państwowym parasolem, spowoduje zapewne ich bezwzględny kontratak na paru jawnych i tajnych frontach, natomiast wariant przeciwny, czyli wsparcie wielkich instytucji finansowych z pieniędzy europejskich podatników, będzie szalenie ryzykowny wyborczo.

W tej sytuacji – bynajmniej nie dziwi, że strony meseberskiego spotkania dały sobie czas do roku 2021. Ewidentnie, to nie tylko kwestia zgrania projektowanego budżetu strefy euro z kolejnym budżetem całej UE, lecz także realizm co do skali piętrzących się przed tym projektem raf.

Zmuszenie do cięższej pracy europejskich bankierów, przyzwyczajonych do łatwych zysków pod państwowym parasolem, spowoduje zapewne ich bezwzględny kontratak

Nie lekceważąc znaczenia kroku, który został wykonany przez Angelę Merkel i Emmanuela Macrona, na obecnym etapie nie ma więc sensu popadanie w histerię i ogłaszanie powstania „Europy dwóch prędkości” oraz wyrzucenia Polski za burtę europejskiej integracji. To ryzyko oczywiście istnieje, ale dotyczy nie tylko nas i nie natychmiast. Bardzo prawdopodobne, że przeciwko francusko-niemieckiemu sojuszowi stanie eurosceptyczny rząd włoski, niejasne jest na razie stanowisko Grecji, Portugalii i Hiszpanii, a mniejsi uczestnicy eurostrefy pewnie wcale nie będą się spieszyć z entuzjastycznym wsparciem, dopóki nie poznają szczegółów propozycji. Tych zaś raczej nie zobaczymy przed wyborami w Niemczech, z powodów oczywistych – nie jest w interesie rządu prezentowanie na tym etapie propozycji, mogących wywołać kontrowersje wśród elektoratu CDU/CSU. Wystarczy zademonstrowanie, że pani kanclerz jest wciąż ofensywna w polityce europejskiej i że śmiało mierzy się z wyzwaniami przyszłości… a do tego optymistyczny ton komunikatów z Mesebergu może, przy odrobinie szczęścia, wystarczyć.

Przynajmniej w niedawnej przeszłości – takie zagrywki gwarantowały reelekcję. Tyle, że od ostatnich wyborów we Włoszech europejska polityka jednak nie jest już taka sama… A jeśli w Berlinie jesienią zmieni się rząd – ustalenia z Mesebergu pewnie wylądują w koszu, zaś gra o przyszłość strefy euro i całej Unii zacznie się od nowa, być może wedle zupełnie nowych reguł.

Witold Sokała
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, wicedyrektor Instytutu Polityki Międzynarodowej i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, członek Rady oraz ekspert Fundacji Po.Int, jeden z fundatorów i wiceprezes Fundacji Wiedza-Rozwój-Bezpieczeństwo. W przeszłości pracował jako dziennikarz prasowy, radiowy i telewizyjny, menedżer w sektorze prywatnym oraz urzędnik państwowy, a także jako niezależny konsultant w zakresie m.in. marketingu, public relations i wywiadu konkurencyjnego. Współpracował z Centrum Badań nad Terroryzmem Collegium Civitas, był członkiem Polar Task Force (zespołu doradczego ad hoc przy Ministerstwie Spraw Zagranicznych). Jest członkiem Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Zajmuje się problematyką ewolucji cywilizacji zachodniej i jej wpływem na bezpieczeństwo, wyzwaniami i zagrożeniami asymetrycznymi (w tym walką informacyjną, terroryzmem, przestępczością zorganizowaną i migracjami), a także funkcjonowaniem służb specjalnych i sektora prywatnego w sferze bezpieczeństwa. Jest autorem, redaktorem i współredaktorem kilkudziesięciu prac naukowych z tego zakresu, w tym monografii: „Polityka bezpieczeństwa na Starym Kontynencie” (Wyd. Adam Marszałek, Toruń 2010), „Asymetria i hybrydowość – stare armie wobec nowych konfliktów” (Wyd. Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Warszawa 2011) oraz „Sztuka polityki” (Wyd. Uniwersytetu Jana Kochanowskiego, Kielce 2017). Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego (1992) oraz Wydziału Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej (1996); stopień doktora w dziedzinie nauk o polityce uzyskał na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego (2005).

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *