Newsletter

Edukacja wciąż nie wstała z kolan

Sytuacja w polskim szkolnictwie jest katastrofalna, na co wskazuje opublikowany niedawno raport OECD. Nauczyciel nierzadko na zajęcia przynosi własny router, nie mówiąc o kleju czy nożycach

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Rząd Prawa i Sprawiedliwości jest dumny z reformy edukacji. „Ze wszystkim zdążyliśmy” – mówi minister Anna Zalewska. Tyle że zdążyć – to nie wszystko. Sytuacja w polskiej edukacji jest katastrofalna, na co wskazuje opublikowany niedawno raport OECD „Education at a Glance 2018”.

Z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej polscy nauczyciele gimnazjum, w porównaniu do 42 innych badanych krajów, są pod względem wynagrodzeń na przedostatnim miejscu. Gorzej jest tylko w Kostaryce. Polscy dyrektorzy szkół natomiast zarabiają najgorzej wśród badanych – gorzej m.in. od litewskich, tureckich czy słowackich. Nauczyciel stażysta z tytułem magistra i przygotowaniem pedagogicznym, po odtrąbionych przez rząd kilkuprocentowych podwyżkach, zarabia minimalnie 2417 zł brutto, czyli niewiele ponad 1700 złotych netto (a w większości szkół poza największymi ośrodkami miejskimi ta minimalna pensja jest normą). Co więcej, awans zawodowy nie daje wielkich perspektyw – ta sama wartość dla nauczyciela dyplomowanego wynosi 3317 zł brutto, czyli 2355 zł „na rękę”.

Polscy dyrektorzy szkół natomiast zarabiają najgorzej wśród badanych – gorzej m.in. od litewskich, tureckich czy słowackich

Polskie szkolnictwo jest drastycznie niedofinansowane. Reforma PiS miała przynieść wielkie efekty, ale nie rozwiązuje najważniejszego, istniejącego od lat problemu, co więcej, pogłębia go, przedłużając awans zawodowego nauczycieli (np. przez wprowadzenie okresu przerwy pomiędzy uzyskaniem stopnia a rozpoczęciem stażu na kolejny stopień). Zmiany dokonane przez ekipę Zalewskiej miały (między innymi według krytyków ze Związku Nauczycielstwa Polskiego) doprowadzić do tego, że nauczyciele będą tracić pracę. Tymczasem efekt jest dokładnie odwrotny, ale równie szkodliwy. Widoczne są już braki kadrowe w szkołach. Brakuje nauczycieli przedmiotów ścisłych i języków obcych. Te braki nie dziwią, jeżeli większe wynagrodzenie można otrzymać w sklepie wielkopowierzchniowym, już nie mówiąc o wyższych stanowiskach w biznesie. Wydłużenie czasu awansu nie motywuje nauczyciela do samorozwoju, a co więcej, powoduje znaczący odpływ osób między 25 a 35 rokiem życia do innych miejsc pracy. W związku z tym w szkołach zostaną ci najsłabsi i najmniej mobilni, gdyż jednocześnie utrzymywana od wielu lat Karta Nauczyciela nie pozwala na realną weryfikację pracy pedagogów.

Raport OECD wskazuje też, że polscy nauczyciele gimnazjów spędzają najmniej czasu w pracy z uczniem, w porównaniu do nauczycieli z innych badanych krajów (478 godzin rocznie wobec średniej dla OECD wynoszącej 700 h). Ten wskaźnik to jednak to kolejna fikcja, związana ze specyfiką systemu. Niedofinansowanie polskiej szkoły prowadzi do tego, że nauczyciel nie ma żadnego wsparcia, które umożliwiłoby mu dobre przygotowanie się do zajęć. Owszem, nauczyciele w Wielkiej Brytanii pracują od godziny 8 do 16, jednak mają możliwość przygotowania się tam do zajęć. W Polsce nauczyciel w prowincjonalnej szkole, przygotowując się do lekcji, korzysta z własnej drukarki, ksero, nierzadko na zajęcia przynosi własny router do mobilnego internetu czy projektor, nie mówiąc już o kleju czy nożycach. Pracuje drugie 478 godzin – lub więcej – w domu za własne pieniądze.

Aby zmienić system, przede wszystkim trzeba dofinansować szkołę. Reforma systemowa wymaga realnego wzrostu wynagrodzeń, przy jednoczesnej zmianie systemu weryfikacji. Obecny model rozwoju zawodowego, nawet przy uwzględnieniu zmian w ocenie nauczycieli, nie działa – kryteria oceny są nieadekwatne do faktycznych umiejętności potrzebnych, by dobrze uczyć. Intencje każące wprowadzić takie kryteria jak włączanie się w pracę koła wolontariatu czy współpraca z instytucjami naukowymi zapewne były szlachetne, jednak oderwane są od realiów pracy nauczycieli. Dzieje się tak zwłaszcza w mniejszych szkołach, w których kół wolontariatu często w ogóle nie ma, a zasadność współpracy z uczelnią przedstawia się różnie w zależności od prowadzonego przedmiotu. Nawet jeśli nauczyciel podejmie się trudu założenia koła wolontariatu i znalezienia współpracowników na uczelni (w czym on i dyrektor szkoły są zresztą zostawieni samym sobie, bo uczelnie nie są w żaden sposób realnie zobligowane do współpracy ze szkołami) – ucierpi na tym bezpośredni kontakt z uczniem i prowadzenie dobrej lekcji, czyli to, co najważniejsze.

Aby zmienić system, przede wszystkim trzeba dofinansować szkołę. Reforma systemowa wymaga realnego wzrostu wynagrodzeń, przy jednoczesnej zmianie systemu weryfikacji

Jedną z podstawowych wad obecnego systemu jest swego rodzaju fetysz realizacji podstawy programowej. W efekcie nauczyciele mniej kreatywni lub niewystarczająco asertywni w negocjacjach z dyrektorami będą ograniczali się do realizacji podstawy, nie zważając na to, co dzieje się na lekcjach – a specyfika klasy lub poszczególnych uczniów może wymagać indywidualnego podejścia. Właściwe kryteria powinny umożliwiać rzetelne sprawdzenie, jak prowadzone są lekcje, jak przedstawia się realna, a nie tylko testowa, przeciętna wiedza uczniów.

Można odnieść wrażenie, że reformy przygotowywane są przez ekspertów zamkniętych we własnej bańce społecznej, w środowisku dużej, elitarnej szkoły warszawskiej. Bez realnej diagnozy sytuacji szkół w Krośnie, Koszalinie czy Ostrowcu Świętokrzyskim, dramatyczna sytuacja edukacji będzie się pogłębiać, i za kilkanaście lat z marzeń o wielkiej Polsce, wstającej z kolan, nie pozostanie nic.