Newsletter

Rap zmienia brzmienia

Polski hip-hop przeszedł sporą ewolucję i jest obecnie najprężniejszą gałęzią rodzimej muzyki rozrywkowej. Dziś jego domeną są eksperymenty z bitami, frazowaniem czy warstwą liryczną

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Kto sprzedał najwięcej albumów w Polsce w 2016 roku? Legenda hip-hopowej sceny, czyli O.S.T.R. Rok później bank rozbił przedstawiciel nowej fali polskiego rapu, czyli Quebonafide. Pierwsze sześć miesięcy bieżącego roku to już nokaut, całe podium zajęte przez raperów: pierwsze miejsce Taconafide (czyli skład tworzony przez króla poprzedniego roku, Quebo, oraz Taco Hemingwaya), na drugim znów nieśmiertelny O.S.T.R., a na trzecim – Kękę. Obok takich wyników trudno przejść obojętnie. Szczególnie, że dla większości odbiorców muzyki rozrywkowej, którzy hip-hop omijają raczej szerokim łukiem, powyższe zestawienia mogą być wręcz szokujące. Wydawało się bowiem, że po boomie na ten gatunek muzyczny, jaki miał miejsce na początku XXI wieku, nie pozostało już śladu, i rap podzielił los innych rodzajów „muzyki buntu”, takich jak choćby punk rock, wracając tam, skąd przyszedł, czyli do niszy i podziemia. I tak też było po okresie ogromnej popularności, gdy hip-hopowe utwory niemalże co chwilę można było usłyszeć w radiach i telewizji, nastąpił przesyt, a nadmierny flirt z popem (określany terminem „hip-hopolo”) sprawił, że zbudowana na ulicznej, antyestablishmentowej narracji subkultura zaczęła tracić swoją tożsamość, i w efekcie doszło do załamania trendu. Mniej więcej od 2005 roku hip-hop zniknął z mainstreamu, nastąpiło siedem chudych lat. Lat, które zahartowały, pozwoliły zbudować solidne fundamenty ekonomiczne i przygotować grunt pod nadejście nowej fali, która trwa obecnie i zadziwia swoją skalą.

Pokolenie pionierów to dziś panowie po czterdziestce, często ustatkowani, z rodzinami, wiodący spokojny żywot, nieprzystający już do wizerunku ulicznych buntowników, którymi w większości byli w młodości

W tym roku kultura hip-hop obchodziła 45 urodziny, świętując 11 sierpnia okrągłą rocznicę legendarnej domówki z 1973 roku, rozkręcanej na Bronksie przez uznawanego za ojca hip-hopu emigranta z Jamajki, Dj-a Kool Herca. W Polsce ten gatunek ma krótszą historię, jednak kształtujący się w latach 90-tych, jest już całkiem wiekowym nurtem. Pokolenie pionierów to dziś panowie po czterdziestce, często ustatkowani, z rodzinami, wiodący spokojny żywot, nieprzystający już do wizerunku ulicznych buntowników, którymi w większości byli w młodości. Oprócz oczywistego wpływu na tematykę pisanych tekstów, fakt ten powoduje również, że możemy dziś mówić już o różnych pokoleniach polskiego rapu. Całkiem dobrym tego symbolem jest choćby to, że w ramach tegorocznej edycji akcji „Młode Wilki”, organizowanej przez branżowy portal „Popkiller”, polegającej na wybraniu i prezentacji szerszej publice grupy największych zdaniem redakcji nowych talentów na hip-hopowej scenie, wśród tegorocznych nominowanych znalazł się niejaki Fejz. Ten 21-letni, wchodzący dopiero na scenę raper to syn legendarnego Magika, tragicznie zmarłego lidera kultowych dla polskiego rapu składów Kalibra 44 i Paktofoniki.

„Muzyka buntu stała się popisem stylistów, umarła prostota na rzecz dzieł wizażystów”

W ramach trwającego obecnie nowego wielkiego boomu, prym na scenie wiodą urodzeni zazwyczaj już w latach 90-tych młodzi raperzy, którzy wychowali się na polskim hip-hopie. I jak to zwykle przy pokoleniowych konfliktach bywa, co jakiś czas iskrzy pomiędzy „starymi” i „młodymi”. Ci pierwsi zarzucają tym drugim, że niewiele wiedzą o życiu, że ich teksty są miałkie i często wygładzone, pozbawione tego pazura z czasów pierwszego boomu, że nie wiedzą co to „prawdziwy rap”, że nijak nie przystają do hip-hopowego etosu.  Ci drudzy nie pozostają dłużni i wskazują, że starzy są słabsi technicznie, że gdyby zaczynali dziś, to ze swoimi co najwyżej przeciętnymi umiejętnościami melodeklamacji nie mieliby szans na wybicie się („Miałeś CD, gdy byle przygłup miał album/ Dziś twój najlepszy wers by skończył w kiblu undergroundu/ Wiele dzieciaków dziś cię miażdży stylem/ Bo jesteś słaby, wzbudzasz tylko tani sentyment” (Zeus, Śnieg i lód)).

To między innymi o unikanie „poważnych” tematów mieli ostatnio pretensje media i celebryci sympatyzujący z opozycją, narzekając, że najpopularniejsi polscy muzycy (a więc głównie raperzy) nie angażują się w politykę i nie wypowiadają w sprawach publicznych

Dziś hip-hop to rzeczywiście prężna gałąź muzyki rozrywkowej, tworzona nierzadko przez chłopaków, którzy nie zaznali ciemnej strony życia w betonowej dżungli blokowisk. Już mało kto „reprezentuje biedę”, prędzej usłyszeć można rymy do luksusowych marek, a teledyski częściej niż w otoczeniu szarych bloków kręcone są w bardziej egzotycznych lokalizacjach. Można powiedzieć, że polski rap spełnił obietnice, wyrażające się w słynnej frazie Molesty: „będzie dobrze, dzieciak”. Dziś już nie wzbudza negatywnych emocji otwarte mówienie o tym, że „rap to przemysł/ rób PLN-y”, co kiedyś było tematem tabu dla tej mocno osadzonej w ulicznym etosie subkultury. Nic zatem dziwnego, że „osiedlowe akcje” i szara rzeczywistość zastąpione zostały w tekstach właśnie owym „robieniem hajsu”, „wygrywaniem życia”, a także rozterkami miłosnymi, opisami szalonych imprez i raczej hedonistycznymi klimatami, kontrastowanymi przez melancholijne ucieczki w opis przeżyć wewnętrznych, gdzie nierzadko głównym problemem jest zblazowanie, „wielka nuda w wielkim mieście, które widziało wszystko” i poszukiwanie sensu życia przez wchodzących w dorosłość wrażliwych artystycznie młodych nawijaczy. Częstym motywem, który możemy znaleźć w utworach polskich raperów nowej fali, są nawiązania do twórczości Charlesa Bukowskiego, którego nihilistyczna wrażliwość wyraźnie inspiruje wielu z nich (jak choćby Bisza: „Witam cię w rzeczywistości jak Sokół/ Młodość jest jak papieros, ten smak… popiół/ Bukowski robi nocki dzisiaj w Tesco #Factotum/ Czeka wciąż na palec Boga, a dostaje fuck losu” (Bisz, Trainspotting), czy Filipka, który zatytułował jeden ze swoich albumów „Młody Bukowski”). Sami przedstawiciele nowej fali nierzadko przyznają, że ważniejsze jest dla nich atrakcyjne brzmienie niż treść („Ja mówię ci: po co od razu ubliżać?/ Przekaz to nadal nie przykaz (…) Tu chodzi o flow/ I o to, by było do ryma” (Dwa Sławy, Do ryma)), na co krzywią się z kolei „starzy” kwitując, że to bezwartościowa sztuka dla sztuki.

To między innymi o unikanie „poważnych” tematów mieli ostatnio pretensje media i celebryci, sympatyzujący z opozycją, narzekając, że najpopularniejsi polscy muzycy (a więc głównie raperzy) nie angażują się w politykę i nie wypowiadają w sprawach publicznych. I faktycznie, starsze pokolenie hip-hopowców miało w tych tematach znacznie więcej do powiedzenia, zazwyczaj nie przebierając w słowach. Publicystyczne komentarze do rzeczywistości społeczno-politycznej bardzo słyszalne były w tekstach raperów w okolicach roku wyborczego 2015, kiedy to mocno wpisywali się oni w zjawisko określane mianem konserwatywnego buntu młodych. W przeciwieństwie do większości lokalnych scen hip-hopowych, gdzie dominują raczej lewicujące poglądy, w Polsce w pewnym momencie rap poszedł mocno w prawo. Wystarczy przywołać tu choćby bardzo ostrą recenzję rządów PO-PSL dokonaną przez Piha w utworze „Śmierć i podatki”, gdzie po kolei wymienia on wszystkie zaobserwowane przez niego patologie polskiego państwa („Czujesz jak brudną łapą ktoś Ci mózg maca/ Sądy na telefon, wyroki feruje prasa/ Gołymi rękoma mordują nas i to jest fakt/ Dochodówka, bandycki VAT/ Rostowski i Tusk zabrali Ci wszystko”). Ostatnie lata to jednak mocne odejście od politykowania na rzecz bardziej przyziemnych problemów, którymi żyją dzisiejsi dwudziestolatkowie, z nielicznymi wyjątkami takimi jak wyraźnie lewicowy Donguralesko, mocno angażujący się w spór o przyjmowanie uchodźców („Na południe od Lampedusy/ Dryfuje łódź pełna ludzi, których świat obrócił się w gruzy/ Płyną pośród burzy z krainy rozpaczy, świat patrzy, wierzy, że Bóg mu wybaczy” (Tratwa meduzy), czy  Łona, który łącząc bycie raperem z pracą prawnika sporo ostatnio wypowiada się m.in. na temat sporu o TK i SN.

Mumble rap to kontrowersyjny nurt, polegający z grubsza na tym, że rapuje się tak jakby od niechcenia, bez dbałości o dykcję, większą wartość przywiązując do wpadającej w ucho melodii niż aspektów lirycznych, co świetnie oddaje to znudzenie i zblazowanie, o które oskarżają młodych przedstawiciele starej szkoły

Z drugiej strony, ta ewolucja i ogromna konkurencja sprawiła, że dzisiejsi raperzy zwykle faktycznie reprezentują znacznie lepszy poziom techniczny niż ich starsi koledzy. Dziś już nie przejdą słynne czasownikowe rymy, którymi operował choćby Rahim z legendarnej Paktofoniki. Rap nowej fali to często wyrafinowane zabawy słowem, pełne nieoczywistych skojarzeń i specyficznych dla tego gatunku środków stylistycznych, takich jak choćby wielokrotne rymy czy tzw. hashtagi (czyli środek stylistyczny polegający na zaadaptowaniu słynnych internetowych znaczników jako efektownego sposobu puentowania wersów poprzez wieloznaczne, zaskakujące zestawienia słów, którymi jako pierwszy na szerszą skalę zabłysnął wspominany już Bisz, („Ręka, noga, mózg na ścianie #Pollock/ Oni chcą być w mediach? Nie ma sprawy #nekrolog” (Pollock)). Dziś nie przejdzie również niezdarne flow, wypadające z bitu dukanie czy kiepska dykcja (chyba że mowa o pewnej konwencji).

„Ona mnie pyta o moje klimaty, mówię jej prawdę – Gombrowicz i trapy”

Polska nie odstaje od reszty świata, jeśli chodzi o najbardziej popularne trendy w tej muzyce. Jednym z nich jest trap, podgatunek rapu, który dziś dominuje w zasadzie w całym hip-hopowym świecie, również w Polsce. Jego typową cechą są bity tworzone na automacie perkusyjnym 808, nierzadko w przeciwieństwie do klasycznego hip-hopu taktowane na ¾ i od tych klasycznych hip-hopowych bitów z reguły szybsze i bardziej energiczne, których rytm wybijają zwykle charakterystyczne hi-haty. Determinuje to również ewolucję stylu rapowania, co doprowadziło między innymi do wykształcenia się tzw. triplet flow (czyli sposobu rapowania polegającego na specyficznym akcentowaniu sylab w rytmie na trzy zamiast klasycznego na dwa lub cztery), które stało się popularne dzięki ekipie Migos wraz z ich kultowym już dziś singlem „Versace” oraz albumem „Culture” (nominowanym do nagrody Grammy), który uchodzi wręcz za manifest tzw. mumble rapu. Ten ostatni termin, który dosłownie oznacza „mamroczący rap”, to kontrowersyjny nurt, polegający z grubsza na tym, że rapuje się jakby od niechcenia, bez dbałości o dykcję, większą wartość przywiązując do wpadającej w ucho melodii niż aspektów lirycznych, co świetnie oddaje to znudzenie i zblazowanie, o które oskarżają młodych przedstawiciele starej szkoły.

Inspiracje Migosami i ich „Culture” wyraźnie widać między innymi w ewolucji stylu rapowania Taco Hemingwaya, który wydał w tym roku aż dwa bestsellerowe albumy (jeden solowy, drugi wspólnie z Quebonafide).  Taco, czyli tak naprawdę Filip Szcześniak, to jedna z najważniejszych postaci nie tylko współczesnej polskiej sceny hip-hopowej, ale w ogóle rodzimej muzyki rozrywkowej, uwielbiany przez recenzentów i kulturalne salony, widzące w nim rapera opisującego życie słynnych „młodych, wykształconych z wielkich miast”, którzy wiodą żywot „prekariuszy” aspirujących do bycia klasą średnią i harówkę w korporacjach odreagowują w każdy weekend przemierzając imprezową mapę Warszawy. Od czasu wydania w latach 2014-2015 kultowych już dziś EP-ek „Trójkąt warszawski” oraz „Umowa o dzieło”, które przyniosły mu ogromną popularność, Taco stał się samozwańczym „głosem pokolenia, które nie ma nic do powiedzenia”, zdobył ogromną i zróżnicowaną rzeszę fanów również spoza hermetycznego hip-hopowego grona i dziś, jak sam stwierdza, słuchają go „w korporacjach oraz podstawówkach, słucha twój dziadek, kumpel, babcia, kuzyn, matka, córka”. Tym, co spowodowało wielki sukces wspomnianych wydawnictw, był niezwykły zmysł obserwacyjny oraz bardzo dobre pióro, pozwalające Szcześniakowi na kreślenie barwnych opowieści stanowiących wartościowe socjologicznie opisy życia pokolenia obecnych dwudziestokilkulatków, w których mogło odnaleźć się wielu młodych mieszkańców wielkich miast. Kolejne wydawnictwa, w tym szczególnie zeszłoroczny „Szprycer”, spotkały się już jednak z chłodniejszym przyjęciem, gdyż Taco zaczął inaczej rozkładać akcenty w swoich opowieściach, skupiając się już bardziej na sobie, a mniej na socjologicznych analizach, ponadto postawił na eksperymenty z techniką rapowania, która do tej pory nie była wybitna i w zasadzie można powiedzieć o niej tyle, że po prostu nie przeszkadzała w słuchaniu jego barwnych opowieści. Te właśnie eksperymenty, mocno inspirowane tym, co dzieje się w amerykańskim trapie, okazały się początkowo totalnie niezrozumiałe dla większości przypadkowych słuchaczy spoza hip-hopowego audytorium, a także odpychające dla staroszkolnych purystów. Sam Taco, jakby przewidując tę krytykę, również rzucił kilka wersów nawiązujących do tej pokoleniowej wojny w utworze „Dele”, gdzie rapował „Tańczymy tu na Barce, poleciał nareszcie Travis/ A ty byś wolał „Illmatic”, więc krzyczysz, że to nie rapik”. Mimo to fani się od niego nie odwrócili, a ten eksperyment opłacił się, gdyż na kolejnym wydawnictwie „Soma”, nagranym wspólnie z innym czołowym przedstawiciele młodego pokolenia, Quebonafide, pod szyldem „Taconafide”, Szcześniak pokazał spory techniczny progres, bawiąc się między innymi właśnie triplet flow czy efektownymi przyspieszeniami. „Quebo, jaka to jest szkoła, że to taka klasa?”.

Quebonafide (właściwie Jakub Grabowski) zrealizował w polskich warunkach amerykański mit „od pucybuta do milionera”

„Rap się zmienia, zmienia brzmienia, sposób łączenia mówienia, flow, technika, skojarzenia”

Sam współautor „Somy”, czyli Quebonafide (właściwie Jakub Grabowski) zrealizował w polskich warunkach amerykański mit „od pucybuta do milionera”. Pochodzący z trudnej rodziny, startujący od zera, pracowicie budował swoją pozycje w hermetycznym hip-hopowym światku poprzez udział w licznych bitwach freestyle’owych, a także wydanie mocno klasycznego albumu „Płyta roku”. Założył własną wytwórnię Que Quality, w ramach której promuje kolejnych młodych zdolnych, a sam zaczął eksperymentować stylem, idąc wyraźnie w kierunku nowoszkolnych klimatów, dziś doszedł do szczytu list sprzedaży i stał się jedną z największych gwiazd polskiej muzyki rozrywkowej. Jego dotychczasowym opus magnum jest wydana przed rokiem „Egzotyka” (najlepiej sprzedający się album 2017 roku), której koncept polega na tym, że każdy utwór powstał z inspiracji podróżami po niemalże całym globie (od Australii po Islandię i od Japonii po USA). Na tym albumie znajduje się również kawałek, będący ważnym głosem w sporze pomiędzy „starymi” i „młodymi”, pod znamiennym tytułem „To nie jest hip-hop”. Przyczynkiem do jego powstania była głośna sytuacja, gdy podczas koncertu Quebo na scenę wszedł jeden z weteranów, wspomniany tu już Pih, i krzyknął do mikrofonu, że „to nie jest hip-hop”. Quebo odpowiedział na tego typu zarzuty nagrywając utwór z gościnnym udziałem KRS-One, czyli jednej z największych legend klasycznego, „trueschoolowego” amerykańskiego rapu, który dokonał w nim swoistej legitymizacji Grabowskiego jako prawdziwego hip-hopowca („It’s real when KRS-One is in da house”), a sam Quebo ekumenicznie zadeklarował, że utożsamia się zarówno ze starą, jak i nową szkołą rapu, pytając retorycznie „Kiedyś Mobb Deep i 2Pac, pierwsze Doggi od Snoopa/ Dziś leci masa młodych, masa nowych, sporo słucham/ Powiedz, to się wyklucza?”.

Można powiedzieć, że jeszcze 10 lat temu to hip-hopowcy musieli prosić o atencję mediów, które nie były już zainteresowane tym gatunkiem, twierdząc, że moda nań przeminęła, a dziś te same media i duże marki puszczają oko do raperów, którzy nie potrzebują ich do szczęścia

Polski rap w ciągu tych już prawie trzydziestu lat bardzo mocno zmienił swoje oblicze, ewoluował, okrzepł i stał się niemal pełnoprawnym elementem krajobrazu polskiej muzyki rozrywkowej. Niemal, gdyż wbrew (częściowo słusznym) narzekaniom starszej generacji hip-hopowców, a także mimo coraz częstszych, jawnych i coraz bardziej akceptowanych mariaży z popem i polskim radiowym mainstreamem muzycznym, hip-hop wciąż pozostaje w kategorii sceny niezależnej. Wynika to przede wszystkim z tego, że po upadku w 2005 roku pierwszej koniunktury i konieczności zejścia do podziemia, na bazie nielicznego grona wiernych słuchaczy i niepoddających się twórców zbudował sobie silną pozycję ekonomiczną, do czego walnie przyczyniły się nowe narzędzia promocji, które stworzył rozwój internetu. Dziś czołowi raperzy wydają we własnych (bądź tworzonych przez kolegów z branży) wytwórniach, nokautując konkurencję w sprzedaży płyt. Notują rekordowe wyświetlenia klipów na YouTube, wyprzedają hale koncertowe, prowadzą biznesy odzieżowe. Można powiedzieć, że jeszcze 10 lat temu to hip-hopowcy musieli prosić o atencję mediów, które nie były już zainteresowane tym gatunkiem, twierdząc, że moda nań przeminęła, a dziś te same media i duże marki puszczają oko do raperów, którzy nie potrzebują ich do szczęścia. Dziś polski hip-hop to niezwykle prężne i zróżnicowane zjawisko, w ramach którego bardzo różni odbiorcy mogą znaleźć swoją niszę. Ci bardziej wymagający tekstowo mają lirycznych poetów w stylu Eldo czy Bisza, czy też inteligentnych obserwatorów takich jak Łona, Fisz czy Taco. Ci przywiązani do ulicznego etosu mają choćby nieschodzącego ze szczytu od lat Peję, czy nowoszkolnego Palucha. Fani klasycznego rapu mają choćby nieśmiertelnego O.S.T.R. czy wracające właśnie z nowym albumem Pięć Dwa Dębiec, a także nostalgiczne zabawy konwencją lat 90-tych w wykonaniu składu Syny. A ci, którzy chcą się dobrze pobawić, czy też cenią sobie bardziej formę niż treść, mają energiczne, efektowne zabawy na nowoczesnych trapowych bitach. Dlatego wbrew sentymentalnym westchnięciom starych hip-hopowców za niepowtarzalnym klimatem lat 90-tych, fani dobrego rapu nie mają prawa do narzekań, bo „dobre płyty wciąż wychodzą” i wychodzić będą, wydawane przez niezależne i prężnie działające wytwórnie, odporne na medialne mody.