Newsletter

Powolny upadek Merkel

Polityczne porażki, rysy na wizerunku, brak subordynacji wśród podporządkowanych: oto alarmujące sygnały, jakie mogą sugerować początek końca politycznej kariery niemieckiej kanclerz

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Tak spektakularnej porażki pani kanclerz nie doznała jeszcze nigdy: ponad połowa parlamentarnej frakcji CDU stanęła okoniem, zmiotła na bok zalecenia przewodniczących obu chadeckich partii (CDU/CSU) – i obaliła urzędującego od 2005 roku cieszącego się zaufaniem szefowej rządu Volkera Kaudera. Jego piąty już z kolei wybór na stanowisko szefa klubu parlamentarnego miał stać się rutynową, jednogodzinną imprezą z obligatoryjnym bukietem kwiatów i nieuchronną, samochwalną konferencją prasową. Tymczasem wynik głosowania zdementował głoszony już tu i ówdzie program “business as usual” i – co ważniejsze – zdemontował wizerunek Angeli Merkel jako suwerennej przewodniczącej partii: zaledwie 112 członków frakcji zdecydowało się pójść za jej rekomendacją, podczas gdy aż 125 zagłosowało niezgodnie z zaleceniami i – w akcie niespotykanego dotychczas frakcyjnego nieposłuszeństwa – wybrało niepożądanego przez panią kanclerz Kauderowskiego rywala, Ralpha Brinkhausa. Zaskoczenie było tak wielkie, że nie tylko Kauder miał wyraźne, retoryczne problemy ze sprostaniem wymogom konferencji, ale i sama pani kanclerz zmuszona była przyznać w wieczornym dzienniku, iż poniosła bolesną klęskę.

Kłótnie w chadeckiej rodzinie

A że jest to w ciągu ledwie trzech miesięcy już jej trzecia dotkliwa porażka, mnożą się w tutejszej prasie i polityce głosy, iż przegrane te zarysowują zmierzch kanclerstwa Merkel. Nie znaczy to wprawdzie automatycznie, że już za kilka dni szefowa rządu złoży swoją dymisję (aczkolwiek i tej możliwości nie sposób wykluczyć), ale jej polityczna pozycja uchodzi za wyraźnie podważoną, by nie rzec: chwiejną. Silna pozycja przewodniczącej egzekutywy to bowiem z pewnością nie taka sytuacja, w której jej własna frakcja wymyka się spod kontroli, a personalne roszady stawiają pod znakiem zapytania kwestię ciągłości parlamentarnej władzy.

Dla klasy średniej minął przede wszystkim czas bajecznych interesów, jakie dzięki polityce otwartych granic mogła przez ponad dwa lata robić na imigrantach

Gorzej jeszcze, jeśli do wyrazistych rysów na (auto-)wizerunku dochodzą wewnątrzkoalicyjne konflikty, z których szefowa rządu wychodzi jako pokonana – tak jak to miało miejsce w przypadku starcia z ministrem spraw wewnętrznych, Horstem Seehoferem, o ekstradycję imigrantów przybywających do Niemiec, ale zarejestrowanych już stosownie w innych krajach Unii. Ultimatum, jakie postawił Angeli Merkel jej podwładny w połowie czerwca (w skrócie: zgoda na drastyczne ograniczenia napływu imigrantów albo koniec chadeckiej koalicji; „masz na to dwa tygodnie, Angela”), zmusiło kanclerz do iście panicznych – i w końcu pozbawionych efektu – zabiegów o ogólnoeuropejską regulację problemu. Ze względu na brak widoków na unijne porozumienie (do którego także Polska nie pragnęła przyłożyć ręki) Merkel zmuszona była na początku lipca pójść z Seehoferem na kompromis, którego rezultat faktycznie redukował ją do roli posłusznej wykonawczyni woli jednego z jej podwładnych, i stawiał równocześnie pod znakiem zapytania jej kompetencje jako szefowej rządu. Całości pikanterii dodaje fakt, że akurat Seehofer jest przewodniczącym (znacznie) mniejszej partii chadeckiej, jaką jest bawarska CSU, która w ogólnokrajowych wyborach osiąga wyniki rzędu 4-5 proc. (na tle ogólnych 32,9 proc. koalicji CDU/CSU z zeszłorocznych wyborów). Można zatem bez przesady powiedzieć, iż w tym przypadku to właśnie niepokorny ogon macha potulnym psem (i taki też jest publiczny odbiór).

Porażka numer 3 także łączy się z Seehoferem – i, jak w poprzednich przypadkach, ma za swój fundament firmowaną wprawdzie przez Merkel, ale w rzeczywistości załamującą się politykę imigracyjno-tożsamościową. Na tle najnowszych spektakularnych wydarzeń w Chemnitz, których początek stanowiło zadźganie młodego Niemca przez dwóch muzułmańskich imigrantów, niefortunną rolę odegrał szef tutejszego Urzędu Ochrony Konstytucji (a równocześnie podwładny Seehofera) Hans-Georg Maaßen. Swoimi medialnymi wystąpieniami po części dezawuował rozmiar domniemanego uczestnictwa skrajnej prawicy w demonstracjach w Chemnitz, po części zaś wypowiadał się tak, że sens jego wynurzeń przeczył stanowisku pani kanclerz; z dnia na dzień wszak Maaßen coraz silniej przeradzał się ze – zobowiązanego do politycznej wstrzemięźliwości – federalnego urzędnika w uczestnika politycznej debaty na równi ze swoim przełożonym i jego szefową. Kiedy zaś na dodatek tutejsza prasa doniosła o niezwykle częstych kontaktach, jakie szef Urzędu Ochrony Konstytucji utrzymuje od lat z kierownictwem radykalnie narodowej AfD (Alternative für Deutschland), zdawało się, że nic już nie uchroni go od przeniesienia w stan przymusowego spoczynku. Tymczasem Seehofer stanął w obronie podwładnego, i (na dwa dni przed wyborem nowego szefa frakcji CDU/CSU w Bundestagu) wymógł na Angeli Merkel przeniesienie go do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych na stanowisko specjalnego doradcy do spraw imigracji, które swoim zasięgiem odpowiada faktycznie randze departamentu.

Zwycięzcy i przegrani polityki migracyjnej

Polityczne porażki, rysy na wizerunku, brak subordynacji wśród podporządkowanych: oto alarmujące sygnały, jakie mogą sugerować początek końca politycznej kariery pani kanclerz. Jeśli natomiast zapytać, skąd biorą się te do tej pory niespotykane potknięcia, odpowiedź nasuwa się sama: z erozji politycznej bazy, jaka do 2015 roku stanowiła niepodważalny fundament rządów Merkel. Dokładniej: z masowej odmowy politycznej kooperacji, jakiej nie pragnie już dzisiejsza klasa ludowa z klasą polityczną, zaś tłem tej deklaracji niepokorności są katastrofalne rezultaty polityki imigracyjnej. Gdyby ująć jej efekt w jednym zdaniu, musiałby on brzmieć następująco: polityka imigracyjna Angeli Merkel polega na prywatyzacji zysków i socjalizacji kosztów napływu muzułmanów do Niemiec, na co klasa ludowa nie godzi się ze względów ekonomicznych, zaś część klasy średniej – ze względów wizerunkowych.

Między rządzonych (szczególnie tych na dolnych szczeblach drabiny społecznej) a liberalną klasę polityczna poczyna się już od kilku lat wkradać wyobcowanie, które w chwilach szczególnego napięcia owocuje demonstracjami i zamieszkami takiego kalibru jak ostatnio w Chemnitz i Köthen

Dla klasy średniej minął przede wszystkim czas bajecznych interesów, jakie dzięki polityce otwartych granic mogła przez ponad dwa lata robić na imigrantach; przeminęła krótkotrwała wprawdzie, ale ekonomicznie złotonośna epoka rozkwitu, jakiego doświadczyli wówczas właściciele hoteli, pensjonatów, noclegowni, warsztatów budowlanych, monterskich, elektrycznych i mechanicznych, producenci obuwia, ubrań, pościeli, śpiworów, ale i producenci wyprawek szkolnych wszelkiej maści, elementarzy i tornistrów, wydawcy słowników i podręczników, tłumacze, nauczyciele, organizatorzy (zamierających tutaj od ok. 8 lat) kursów nauki języka niemieckiego we wszelkich formach intensywności i zakresach, właściciele gruntów i działek budowlanych, posiadacze nieużytkowanych od lat nieruchomości, kancelarie prawne i hojnie finansowane organizacje opieki nad imigrantami. Na przypływie muzułmanów skorzystały także (finansowo i personalnie) tutejsze urzędy i instytucje, w szczególności zaś ich działy administracyjno-prawne, ale i urzędy pośrednictwa pracy, ministerstwo sprawiedliwości, policja, więziennictwo, a także niezliczone prywatne firmy ochroniarskie.

Zyski z tej imigranckiej hossy à la Merkel płynęły przede wszystkim do prywatnych kieszeni posiadaczy nieruchomości i właścicieli stosownych firm usługowych i produkcyjnych: zgarniali je hotelarze, wydawcy, budowlańcy, ochroniarze, tłumacze, prawnicy i pośrednicy. Gorzej z kosztami, które powstały, kiedy sama hossa dobiegła na przełomie lat 2017/2018 swojego końca. Polityka Angeli Merkel obarczyła nimi bowiem i tak już chronicznie niedofinansowane gminy i miasteczka, spychając koszty z poziomu federalnego na samorząd terytorialny. Tutaj zaś polityka imigracyjno-tożsamościowa traci swoją anonimowość, a jej – tym razem już wyraziście socjalne – skutki zaczynają niemiłosiernie bić w klasę ludową. Ta ostatnia, z racji pośledniego wyksztalcenia, niskich kwalifikacji zawodowych, mocno ograniczonych możliwości awansu, nieznajomości języków obcych, braku zasobów finansowych i materialnych, zmuszona jest bowiem konkurować o miejsca pracy z napierającymi muzułmanami starej (głównie tureckiej) jak i nowej (większościowo – arabskiej) imigracji, którzy nie są przez nią postrzegani jako socjalni partnerzy, lecz jako namacalne zagrożenie dla materialnych warunków jej bytu. Ta sama klasa ludowa postrzega nie bez racji, że naiwna polityka rządu Merkel znajduje co prawda miliardowe środki na utrzymanie kosztownej infrastruktury dla napływowców, nie jest wszak w stanie przeforsować podwyższenia stopy życiowej dla niej samej, którą uważa się za sól tej ziemi.

Konflikt grup społecznych

Dlatego też między rządzonych (szczególnie tych na dolnych szczeblach drabiny społecznej) a liberalną klasę polityczna poczyna się już od kilku lat wkradać wyobcowanie, które w chwilach szczególnego napięcia owocuje demonstracjami i zamieszkami takiego kalibru jak ostatnio w Chemnitz i Köthen. Erozja zaufania dla rządu musi zatrważać nawet najbardziej zahartowanych demokratów: wedle ostatniego badania opinii publicznej, sporządzonego 22 września przez instytut Emnid, koalicja rządowa nie ma już większości wśród wyborców, jako że popiera ją jedynie populacja wielkości 45 proc. (28 proc. – CDU/CSU + 17 proc. – SPD). Jeszcze bardziej szokujące wieści przynosi powyższe badanie w odniesieniu do samej Socjaldemokracji, która już dzisiaj została dogoniona, zaś na terenie dawnej NRD – prześcignięta przez AfD, której w Saksonii, Saksonii-Anhalt, Meklemburgii, Turyngii i Brandenburgii udaje się osiągać rezultaty oscylujące między 21 a 24,6 proc., podczas gdy dawna partia ludzi pracy schodzi lotem koszącym ku pułapowi 10-11 proc.

Za dwa tygodnie bowiem, 14 października, zapowiada się dla koalicji kolejna katastrofa: w wyborach krajowych do bawarskiego parlamentu z całą pewnością historycznie niski wynik osiągnie rządząca tam nieprzerwanie od 1957 roku chadecka CSU

Wprawdzie koalicja rządowa może wskazać na fakt, iż we wrześniu 2017 roku otrzymała w parlamentarnych wyborach stosowną większość (CDU/CSU: 32,9 proc., SPD: 20,5 proc.), ta zaś pozostaje niezależna od rezultatów wyborów w landach, tym bardziej zaś – badań opinii publicznej. To prawda, ale nie bez zastrzeżeń: za dwa tygodnie bowiem, 14 października, zapowiada się dla koalicji kolejna katastrofa: w wyborach krajowych do bawarskiego parlamentu z całą pewnością historycznie niski wynik osiągnie rządząca tam nieprzerwanie od 1957 roku chadecka CSU. Z wielkim prawdopodobieństwem będzie to wynik oscylujący wokół 35-38 proc., zatem o około 10-12 punktów procentowych niższy od rezultatu z 2013 r. (47,7 proc.). Wyborcza klęska w mateczniku CSU i utrata tamtejszej władzy postawiłyby trwałość rządu pani kanclerz pod znakiem ezgystencjalnej wątpliwości, byłaby to bowiem w takiej sytuacji koalicja czystej fikcji: rząd chronicznie słabnącej CDU, rozsypującej się w proch SPD i prawdopodobnie pozbawionej samodzielnej władzy w Bawarii CSU. W takim momencie dymisja rządu i rozpisanie nowych wyborów stają się opcją jak najbardziej możliwą, aczkolwiek: nie automatycznie konieczną.