Dramat demograficzny z wielką Polską w tle

Można pomyśleć Polskę liczącą 2-3 razy więcej ludzi niż dziś. Wymaga to mądrej polityki demograficznej, ale i pracy metapolitycznej: musimy pożegnać się z fiksacją na pochodzeniu etnicznym czy religii, i samookreślić się na nowo jako naród wyraźnie polityczny

Problem jest jasny i od dawna znany. Polska ma katastrofalne wskaźniki demograficzne. Według jednych prognoz (np. GUS-u) będzie nas o 3 miliony mniej już do 2030 roku. Według innych, proces ten potrwa sporo dłużej. Nikt jednak nie wieszczy na poważnie rychłego odwrócenia trendu i wzrostu dzietności do poziomu zastępowalności pokoleń. Warto pamiętać przy tym o perspektywie dłuższej niż najbliższych kilka-kilkanaście lat. Według prognoz ONZ, do końca stulecia będzie nas niewiele ponad 21 milionów, czyli staniemy się krajem mniejszym niż dzisiejszy Tajwan czy Madagaskar, nieco większym niż obecna Rumunia czy Chile.

Polska nie może być mała

Karlejemy, grzybiejemy, słabniemy. Nie pomogły ulgi na dzieci z czasów pierwszego rządu PiS, nie pomogło „kosiniakowe”, nie pomogło 500+. Każda z tych zmian (zwłaszcza ostatnia) miała znaczenie; żadna nie rozwiązała problemu. Polki wciąż rodzą za mało dzieci, aby zapewnić przetrwanie narodu w obecnej liczebności. Do tego doszła emigracja ponad 2,5 mln Polaków. Jej główna fala jest już zapewne za nami, ale ten proces wciąż trwa, ostatnio znów przyśpieszając. Wychowujemy dzieci i kształcimy młodzież, by stworzyć rezerwuar taniej siły roboczej dla bogatszych krajów.

Skutki wyludnienia i społecznego starzenia się są jednoznaczne: spadek znaczenia na świecie, względnie mniejsza innowacyjność, rozwój gospodarczy, potężne problemy z utrzymaniem systemu emerytalnego, spadek generalnego dynamizmu społeczeństwa. Ta ostatnia oznacza też mniejsze szanse na głębszą zmianę wewnątrzpolityczną: historia wskazuje, że rewolucje i inne poważniejsze rozruchy polityczne są silnie skorelowane z nadreprezentacją młodzieży. Tej wśród nas już jest mało, a będzie jeszcze mniej.

Wychowujemy dzieci i kształcimy młodzież, by stworzyć rezerwuar taniej siły roboczej dla bogatszych krajów

Trzeba wziąć też pod uwagę sekularne trendy. Zmasakrowana II wojną światową Polska była wciąż jednym z największych ludnościowo krajów świata, zajmując w 1950 r., z niespełna 25 mln osób, 18. pozycję na globie (dzisiejsze miejsce ponad 80-milionowego Iranu) i goszcząc 1 proc. mieszkańców planety. Pomimo znacznego wzrostu, w kolejnych dekadach już spadliśmy na miejsce 37., a nasz udział w światowej populacji zmniejszył się dwukrotnie. Dwudziestomilionowa Polska w jedenastomiliardowym świecie (wedle wspomnianej prognozy ONZ na koniec wieku) byłaby krajem zwyczajnie marginalnym.

Tu odezwą się pewnie liberalni indywidualiści, mówiąc: „Co z tego? Bądźmy społeczeństwem mniejszym, ale bogatszym i lepiej zorganizowanym. Choćby i domem starców, ale nowoczesnym i zamożnym jak np. Japonia”. Takie postawienie sprawy mogłoby być sensowne, gdyby – jak bardzo wielu łudziło się jeszcze niedawno – historia się skończyła, a geografia przestała mieć znaczenie. Wtedy moglibyśmy myśleć o sobie jak Belgowie czy Szwajcarzy. Ale „koniec historii” nigdy nie był prawdą, a ostatnio – wraz z niemal fizycznie odczuwalnym kruszeniem się liberalnego porządku międzynarodowego – głoszenie go jawi się już jako gwałt na faktach i na rozumie.

Polska leży w szczególnym miejscu świata. Ta geopolityczna „strefa zgniotu” jest od wieków obszarem ścierania się przeciwstawnych wpływów, obiektem inwazji i kolonizacji, miejscem przemarszu obcych armii, areną nader wielu indywidualnych i zbiorowych tragedii. Okres międzynarodowego spokoju już się skończył, a wraz z postępami destabilizacji globalnego porządku przyszłość zewnętrznych gwarancji bezpieczeństwa Polski jest coraz mniej pewna.

Także w tym kontekście – zwykle traktowanym jak równoległa rzeczywistość – trzeba widzieć naszą demografię. Polska musi być krajem ludnościowo co najmniej średnim, a najlepiej dużym, żeby na długą metę przetrwać jako podmiotowy byt w „strefie zgniotu”. Jako się rzekło, wskaźniki demograficzne sugerują odwrotną przyszłość. Na koniec dnia rachunek jest prosty: jeśli 140-milionowa Rosja jest w stanie utrzymać milionową armię, to jak odstraszy ją kraj liczący 30 lub mniej milionów mieszkańców? Wspomnijmy na marginesie, że po latach dużych strat spadek liczby ludności euroazjatyckiego mocarstwa wyhamował i jest już mniejszy niż w Polsce.

Migracja jako alternatywa?

Jest jednak przecież jasna alternatywa: masowa imigracja. To już zaczęło się dziać, wraz z wielokrotnym wzrostem liczby pracowników tymczasowych w ostatnich latach. Na początku tego roku było ich już prawie 400 tys. (z czego, wbrew pozorom, mniej niż połowa to Ukraińcy). Coraz więcej wśród nich Azjatów, zwłaszcza z Indii. Jesteśmy na prostej drodze do powtórzenia błędów – tych samych, które tak chętnie wytykamy – krajów zachodnioeuropejskich i zafundowania sobie pokaźnych rozmiarów obcych kulturowo mniejszości, żyjących w znacznej mierze osobno od reszty społeczeństwa. Tamtejsze elity w drugiej połowie XX wieku też sądziły, że ściągają tylko pracowników tymczasowych, a okazało się, że znaczna część z nich została na stałe, stopniowo rozrastając się do rozmiaru wielomilionowych nieraz mniejszości. Obok korzyści przyniosło to ogromne i narastające z czasem problemy, które są znane i oczywiste, oszczędźmy więc sobie ich tu omawiania. Wobec szybko rosnącego problemu braku rąk do pracy i braku pomysłu na poprawę „własnej” demografii musimy się spodziewać, że Polska powtórzy ten scenariusz, choć zapewne z innym miksem etniczno-religijnym.

Polscy nacjonaliści podnoszą – nie bez racji – że narodowa jednolitość jest wielką wartością, którą należy zachować. Wraz z przybyciem ponad miliona Ukraińców i blisko 400 tysiącami pracowników tymczasowych to już jednak postulat akademicki, i takaż dyskusja. Wszystko wskazuje na to, że imigrantów będzie z każdym rokiem coraz więcej. Będą ich ściągać przedsiębiorcy, którym coraz bardziej brakuje pracowników: tylko w ciągu najbliższych sześciu lat ma ich zabraknąć 1,5 miliona. Wyludniająca się znacznie szybciej niż nasz kraj Ukraina na dłuższą metę nie wystarczy; będziemy się coraz bardziej otwierać na bardziej odmiennych kulturowo przybyszów.

Polska musi być krajem ludnościowo co najmniej średnim, a najlepiej dużym, żeby przetrwać jako podmiotowy byt w „strefie zgniotu”. Jako się rzekło, wskaźniki sugerują odwrotną przyszłość

Gdy zajmowaliśmy się tak fundamentalnymi sprawami państwowymi jak flaszka pani prezydent Dulkiewicz, tablica pana ministra Suskiego czy ostatnia „afera bananowa”, kwestia utrzymania etnicznej homogeniczności przestała być aktualna. Pytanie nie brzmi więc „czy”, ale „jak”, „które” i „na jaką skalę” w Polsce zagoszczą nowe mniejszości.

To zatem najwyższa pora, by zejść z poziomu nostalgicznych haseł i na poziomie realnej polityki nawiązać do dziedzictwa Pierwszej Rzeczypospolitej. Gdy rozpatruje się ją jako republikę i naród polityczny, widać, że nie była ona wcale wielokulturowa, była wieloetnicznym i wieloreligijnym państwem o jednolitej kulturze politycznej. To zasadnicza różnica, bo oznacza jednocześnie otwartość na rozmaite kraje pochodzenia i ich kultury oraz wymóg asymilacji do lokalnej kultury politycznej. Tak działała i działa republikańska koncepcja obywatelstwa: skądkolwiek pochodzisz, w jakiego bądź boga wierzysz, jeśli zasłużysz na obywatelstwo – należysz do narodu. To na mocy tej zasady nestor polskiej kontrreformacji i czołowy pisarz polityczny XVI w., Stanisław Orzechowski, określał się jako „z pochodzenia Rusin, z narodowości Polak”, a osiadli nad Wisłą muzułmańscy Tatarzy czuli się politycznymi Lachami i wielokrotnie przelewali krew za Rzeczpospolitą (łącznie z walką z Tatarami-najeźdźcami).

Jak i do czego asymilować?

Oczywiście czasy radykalnie się zmieniły i nie ma prostego powrotu do ówczesnych realiów. Zasadnicza koncepcja rozwiązania problemu imigracji pozostaje jednak aktualna. Przybysze z różnych stron świata – tak, ale pod warunkiem asymilacji do tutejszej kultury politycznej. „Asymilacja” to bardzo niemodne dziś słowo, które wraca jednak co najmniej w politycznej praktyce państw do niedawna najbardziej mu niechętnych, takich jak Francja, Holandia czy Dania. Doświadczyły one fatalnych skutków mirażu wielokulturowości i coraz bardziej zwiększają wymogi wobec imigrantów. Nie po to (a w każdym razie nie tylko po to), by ich zatrzymać u granic, ale aby skłonić ich do dostosowania się do lokalnych warunków i potrzeb.

Jeśli więc asymilować, pytanie brzmi: „do czego”. Polska po 1989 r. chaotycznie oscyluje między prawem krwi i prawem ziemi, stawiając cudzoziemcom chcącym uzyskać obywatelstwo równie chaotyczne wymogi. Nie będzie przesadą powiedzieć, że wprowadzenie efektywnej polityki imigracyjnej w powyższym rozumieniu wymaga redefinicji naszego narodu i obywatelstwa.

Pora, by zejść z poziomu nostalgicznych haseł i na poziomie realnej polityki nawiązać do dziedzictwa Pierwszej Rzeczypospolitej. Gdy rozpatruje się ją jako republikę i naród polityczny, widać, że nie była ona wcale wielokulturowa, była wieloetnicznym i wieloreligijnym państwem o jednolitej kulturze politycznej

Jeśli poważnie myślimy o włączeniu do narodu politycznego przyjeżdzających tu na razie do pracy Ukraińców czy Hindusów, musimy pożegnać się z fiksacją na pochodzeniu, z majakami Polaka-katolika, i samookreślić się na nowo jako naród wyraźnie polityczny. Masz obywatelstwo – jesteś Polakiem. Ale nie dostaniesz obywatelstwa z byle powodu. Żeby je uzyskać, musisz wykonać fundamentalną pracę na rzecz tego, aby realnie stać się Polakiem. Rzecz jest do większej dyskusji, ale esencja jest prosta: dobra (a nie „komunikatywna”, a czasami wręcz żadna, jak obecnie) znajomość języka, znajomość prawa (zwłaszcza konstytucji), znajomość historii i kultury oraz zobowiązanie do wychowania dzieci w duchu tej spajającej naród wiedzy.

Oprócz wielkiej operacji redefinicji siebie samych jako wspólnoty, wymagałoby to oczywiście szeregu zmian instytucjonalnych, przede wszystkim procedur ubiegania się o obywatelstwo. Obecne są anachronizmem stworzonym na potrzeby kraju z pojedynczymi imigrantami i skupiają się na legitymowaniu się odpowiednimi zarobkami i przesiedzeniu tu pewnej liczby lat, względnie na posiadaniu Polki lub Polaka za małżonka. Raczej nie do uratowania byłaby też prezydencka prerogatywa do nadawania obywatelstwa z dowolnego powodu. Ale to sprawy właściwie techniczne, gdy wciąż nie rozmawiamy o fundamentalnych.

Skoro i tak stajemy przed wyzwaniem stania się krajem imigrantów, zadajmy sobie też – w ślad za Związkiem Przedsiębiorców i Pracodawców i Warsaw Enterprise Institute oraz ich raportem „50 milionów mieszkańców Polski”– inne pytanie generalne. Mianowicie: ilu ludzi ma docelowo mieszkać w naszym kraju? Czy chcemy być państwem demograficznie małym, średnim czy dużym? To kwestia decyzji politycznej i podporządkowanej jej strategii.

Możemy oczywiście zrezygnować z tego trudu i zostawić sprawę losowi, tak jak dotąd. Ale pamiętajmy o skutkach: coraz większej podrzędności w systemie międzynarodowym i jednoczesnym wysokim prawdopodobieństwie niekontrolowanego rozrostu mniejszości narodowych i rozdarcia głębokimi konfliktami. Do tego prowadzi obecna polityka bieżącego reagowania na ten systemowy problem: Polska się depopuluje, przyjmując zarazem – głównie pod dyktando pracodawców – coraz więcej cudzoziemców, na których nie ma żadnego długofalowego pomysłu.

100 milionów Polaków

Myśląc jednak o świadomym kierowaniu zbiorowym losem, warto sobie uzmysłowić, że Polska jest krajem dość słabo zaludnionym. Zajmując 37 miejsce w świecie jeśli chodzi o wielkość populacji, mamy dopiero 69 pozycję pod względem gęstości zaludnienia (123 os./km2). Zostawiając na boku rekordzistów, mamy prawie dwa razy mniej osób na kilometr niż Niemcy (232), ponad dwukrotnie mniej niż Wielka Brytania (272) i ponad trzykrotnie mniej niż Belgia (375). Jeszcze bardziej ustępujemy Izraelowi, Holandii czy Korei Południowej, a w UE, oprócz wyżej wymienionych, nie tylko Francji czy Danii, ale też – Czechom czy Cyprowi.

Polska po 1989 r. chaotycznie oscyluje między prawem krwi i prawem ziemi, stawiając cudzoziemcom, chcącym uzyskać obywatelstwo, równie chaotyczne wymogi

Uruchamiając polityczną wyobraźnię, można więc spokojnie pomyśleć Polskę liczącą 2-3 razy więcej ludzi niż dziś. „100 milionów Polaków na dwusetną rocznicę odzyskania niepodległości” – to oczywiście hasło, którego żadna duża partia nie odważy się dziś podnieść. Ale resztki i zalążki polskich elit powinny je rozważyć, jeśli chcą być zapamiętane jako godne swojego miana.

Z zasadniczym zastrzeżeniem, że pierwszym priorytetem jest szybkie podwyższenie dzietności rdzennych Polaków. Drugim: imigranci najłatwiejsi do asymilacji. Czyli Polonia i polscy emigranci, przyjezdni z krajów słowiańskich, ludzie z Zachodu. Dopiero po wyczerpaniu tych możliwości należy narażać się na ryzyko nieudanej asymilacji hindusów czy konfucjanistów, o muzułmanach nie wspominając.

Potrzebujemy więc oczywiście znacznie lepszej polityki prorodzinnej, zwiększającej liczbę urodzeń. Zamiast prymitywnego wyborczego rozdawnictwa, jakim jest 500+ na pierwsze dziecko dla wszystkich, można by przeznaczyć te same pieniądze na większe transfery na trzecie i kolejne dzieci, na dostępność mieszkań, żłobków i tak dalej. Wiemy przecież z badań, że świadczenia na pierwsze dzieci nie mają istotnego wpływu na decyzję o jego posiadaniu, inaczej niż w przypadku drugiego i – jeszcze bardziej – kolejnych dzieci. Wiemy, że te same Polki, które nie chcą rodzić dzieci nad Wisłą, zaczynają chcieć po przeniesieniu się nad Tamizę. Bariery są znane albo względnie łatwe do poznania. Wiedząc, możemy działać. Wymaga to „tylko” rozumu, odpowiedzialności i woli.

Gdybyśmy je uruchomili, szybko musielibyśmy się zmierzyć z problemem, o który w Polsce rozbijają się wszystkie systemowe wyzwania. Z niesławnym „państwem teoretycznym”. Słaba koordynacja międzyresortowa (w obszarze imigracji chodzi głównie o różnice między ministerstwem spraw wewnętrznych a ministerstwem rodziny i pracy), brak planowania strategicznego, dramatycznie słabe zaplecze analityczne – sprawią, że już ewentualny napływ kilku milionów nowych mieszkańców będzie najpierw „prześniony”, a następnie wywoła zapewne nie tylko demograficzny, ale ogólnospołeczny i polityczny chaos.

Zamiast prymitywnego wyborczego rozdawnictwa, jakim jest 500+ na pierwsze dziecko dla wszystkich, można by przeznaczyć te same pieniądze na większe transfery na trzecie i kolejne dzieci, na dostępność mieszkań, żłobków i tak dalej

Ambitna polityka demograficzna to zadanie dla silnego państwa. To trzeba dopiero zbudować. „Ambitna”, czyli tylko taka, która zasypie już powstałą wyrwę populacyjną, o awansie do grona krajów dużych nie wspominając. Jeśli chcielibyśmy poważnie myśleć o odgrywaniu znaczniejszej roli w świecie i związanym z nim dużym wzroście liczby ludności, musielibyśmy nie tylko zbudować państwo z prawdziwego zdarzenia, nie tylko zredefiniować swoją tożsamość i stworzyć kompleksową politykę demograficzną. Musielibyśmy stworzyć system społeczny przyciągający talenty (zamiast je, jak teraz, odpychać) i nowoczesną gospodarkę zdolną przyjąć wielu więcej pracowników.

Brzmi to oczywiście jak idealistyczna political fiction w kraju, w którym dowolna bzdura jest lepszym tematem do debaty ogólnonarodowej niż najbardziej żywotny problem systemowy, a kwoty zbliżone do budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej są lekką ręką sprzeniewierzane dla podlizania się wyborcom, ku uciesze większości opinii publicznej i przy milczącym aplauzie elit.

Ale, parafrazując Feliksa Konecznego z czasu zaborów, nawet najgorsza sytuacja nie usprawiedliwia braku porządnej roboty metapolitycznej i politycznej. Do roboty zatem! Zegar tyka.

dyrektor i założyciel „Nowej Konfederacji”. Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", „Gościu Niedzielnym”, „Polsce The Times”, "Arcanach", „Super Expressie”, „Znaku”. Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie. Prowadzi profile na Facebooku i Twitterze. https://www.facebook.com/bradziejewski https://twitter.com/Radziejewski

Komentarze

15 odpowiedzi na “Dramat demograficzny z wielką Polską w tle”

  1. Badziej pisze:

    Dziękuję za ten tekst i ten temat. Dobrze, że chociaż w nowej konfederacji ktoś o tym myśli i pisze.

  2. no nie pisze:

    Dzietność dzięki 500+ wzrosła z 1,32 do 1,45, urodziło się 60 tys. więcej dzieci niż prognozowano 6 lat temu.

    Jeżeli dla kogoś 500+ to prymitywne rozdawnictwo – to znaczy, że jest przeciwko polityce prorodzinnej.

    Aby trend się zmienił potrzebne jest większe wsparcie finansowe dla rodzin, zmiana otoczki narracji kulturowej na prorodziną, zmiany w systemie pracy etc.

    A jeżeli chcemy stworzyć państwo, republikę – monokulturową, ale wieloetniczną (co jest już trudne) – to Polacy etniczni muszą stanowić zdecydowaną większość i muszą narzucić model kulturowy przybyszom.

    Tak czy siak konieczna jest kompleksowa polityka prorodzinna.

    Bełkot o rozdawnictwie 500+ dyskwalifikuje wywody.

    A jeszcze dodajmy do tego rozwój technologiczny, informatyczny – robotyzacji i AI. Imigranci będą obciążeniem (na Zachodzie już są) – kulturowym, finansowym, społecznym.

  3. i jeszcze raz nie pisze:

    I miraż asymilacji – to nie jest tak, że na Zachodzie nie próbowano asymilować przybyszów, w duży stopniu powinno dziać się to samoczynnie. Ale tak nie jest pierwsze pokolenie się asymiluje, kolejne powracają do swojej tożsamości – szczególnie gdy są problemy, tworzą się podziały.

    Doskonały przykład – dzisiejsze USA – bardzo silna kultura polityczna, ale jak łatwo to upada, a podziały według kryteriów rasy, religii się tworzą. Wyłażą resentymenty.

    Polska, w której Polacy będą stanowili niewielką większość albo mniejszość – zostanie stracona, przepadnie.

  4. Jan pisze:

    ,,Do polskiego narodu należą spolszczeni Niemcy, Tatarzy, Ormianie, Cyganie, Żydzi, jeżeli żyją do wspólnego ideału Polski. Murzyn lub czerwonoskóry może zostać prawdziwym Polakiem, jeśli przyjmie dziedzictwo duchowe polskiego narodu zawarte w jego literaturze, sztuce, polityce, obyczajach, jeśli ma niezłomną wolę przyczyniania się do rozwoju bytu narodowego Polaków.” Wincenty Lutosławski

  5. sołtys mazowiecki pisze:

    Brr, jak tak można – traktować ludzi jak króliki. Jestem sceptyczny co do politycznych czy ekonomicznych sposobów ratowania substancji narodu. Specjalnie podnoszenia poziomu życia może być przeciwskuteczne. Prawda jest taka, że naszym bogiem jest brzuch. A jak się takiemu bogu służy to nie ma mowy o nadziei. Bez nadziei nie ma miejsca na poświęcenie i ofiarę. Jak zmienimy stosunek do życia (porzucimy użycie, a pokochamy życie) to wszystko inne będzie proste. Wystarczy zajrzeć do ksiąg metrykalnych, żeby wiedzieć, że średnio kobieta może urodzić ośmioro dzieci. Plus współczesna opieka medyczna i imigracja nie będzie potrzebna. W gospodarce należy wykorzystać niedobór pracowników do zwiększenia robotyzacji.

  6. Pomorzanin pisze:

    Dzięki za tekst.
    Lepszym niż „asymilacia” imigrantów jest używane przez Kościół słowo „integracja”. M.in. dlatego, że nie ma tej „rozpuszczającej” konotacji, co pierwsze…

  7. Wojciech pisze:

    Na prawdę udany tekst.

  8. roger pisze:

    Pomysł Związku Przedsiębiorców i Pracodawców aby sprowadzić wiele milionów hindusów w celu zaludnienia Polski do 50-60 mln mieszkańców mnie przeraża – piszę o hindusach ponieważ Ukraińców zabraknie do tego realizacji tego planu. W takiej sytuacji nad Wisłą nie będzie Polski tylko Indie albo Pakistan. Polska od dawna ma imigrantów z Indii – są to Romowie którzy według różnych źródeł przybyli do Europy 40 pokoleń temu ale nadal są słabo zintegrowani.
    Dodam jeszcze, że Polacy mają obsesję na punkcie Rosji jak Arabowie na punkcie Żydów i Izraela. Nasza paranoja może skutkować podjęciem bardzo złej decyzji o przyjęciu masy imigrantów. Rosja nie ma żadnego powodu aby napadać na Polskę a ciągłe straszenie Rosją przypomina mi wypowiedzi Łukaszenki który straszy Białorusinów Polską która jego zdaniem chce mieć granicę pod Mińskiem. Takie straszenie społeczeństwa ma swój cel np. zgodę na wyższe wydatki na zbrojenia które i tak są marnowane na przywileje emerytalne a kolejny powód to próba zmuszenia do społeczeństwa do otwarcia na imigrantów.

  9. marek pisze:

    W artykułach dotyczących imigracji nikt nie porusza tematu dysproporcji płci imigrantów. Według statystyk ponad 90 proc. imigrantów z takich krajów jak Indie i Pakistan to mężczyźni. Jeżeli nadal będziemy przyjmować taką imigrację z tych krajów to będą powstawać napięcia wywołane dysproporcją płci. Daniel Gros opisałał to w Project Syndicate na przykładzie miasta Chemintz. Miasto to ma najwyższy stosunek liczby mężczyzn do kobiet wśród 20-40 latków w całych Niemczech. Przestępstwa imigrantów zdarzały się w wielu miastach Niemiec ale nie przypadkiem zamieszki wybuchły w Chemnitz. Istnieją badania które wskazują na znaczny wzrost przestępczości w krajach z nadwyżka mężczyzn.

  10. wypisujesiezsystemu pisze:

    Wydaje mi się, że problemów jest kilka i prawdę mówiąc nie znalazłem odpowiedzi na pytanie, jak sobie z nimi poradzić.
    1. Na całym „Zachodzie” rodzi się coraz mniej dzieci bo nastała moda (?) na gospodarstwo 2+1 (ona+on+pies). Żyję na tym świecie ponad trzy dekady i za dorosłego życia nie spotkałem osoby w porównywalnym wieku, która by stwierdziła coś w stylu „Chciałbym/chciałabym mieć dużo dzieci.”. Jeśli natomiast gdzieś wywiązywała się rozmowa z tym związana, to natychmiast padało stwierdzenie podobne do „Rodziny wielodzietne to patologia.” itp. Z resztą przykład idzie z góry: Prezydent – 1 dziecko, Premier – nie wiem ale dobrze ukrywa całą rodzinę, JK – kot. To czołówka. Z innych polityków chodzi mi po głowie, że Gowin i Jurek mają większą ilość dzieci (no i nieśmiertelny JKM 😉 ), ale to nie są osoby z czołówek gazet. O celebrytach nie wspomnę. Może to znak czasów? Każdy kraj, który zaczyna się rozwijać, popada w problemy z dzietnością. Z resztą, to nie tylko w czasach współczesnych (polecam „Cykl życia imperium” Glubba), ale tak się działo od zawsze. Może jednak powinniśmy się z tym pogodzić i zrobić wszystko, żeby ludzie (nie Państwo!) się bogacili? Mówi się, że ludzie nie decydują się na dzieci bo nie mają na nie pieniędzy. Niby słusznie, ale ile pieniędzy mają ludzie w Afryce czy Indiach, że tak ochoczo decydują się na potomstwo? Ile pieniędzy mieli Polacy i inne narody po wojnie, że decydowali się na dużą liczbę dzieci? Polecam też sprawdzić swoje korzenie i to, ile dzieci mieli nasi pradziadowie i wcześniej. U mnie w rodzinie byli sami robotnicy, a mimo to ósemka dzieci nie była czymś wyjątkowym. Dodam, że to były czasy zaborów więc dodatkowo dochodziła szerokopojęta dyskryminacja Polaków.
    Dlaczego na dzień dobry nie możemy pozapraszać Polaków z innych krajów (Białoruś, Ukraina ale też Kazachstan, Rosja czy tez inne kraje? Wystarczy przejechać się do Izraela, żeby zobaczyć, jak to się robi. We wspomnianym państwie, będąc na wycieczce zorganizowanej, ciągle pojawiają się urzędnicy dopytujący czy nie ma się korzeni Żydowskich. Jeśli tak, to tu są klucze do mieszkania. Co prawda służy to do ekspansji, ale pokazuje, jak można taki temat ogarnąć.
    2. Bez przerwy zmieniające się prawo, które jest permanentnie niejasne. Czy tu trzeba coś mówić? Pracuję w branży IT, studiowałem za granicą, ale wróciłem do kraju. Nie chcę wyjeżdżać, ale huśtawka nastroju powoduje, że sam nie wiem kiedy we mnie coś pęknie. Dodam, że czas takiego stanu rzeczy mogę już podawać w dekadach. Teraz jeszcze straszą „testem przedsiębiorcy”, gdzie pani inspektor Grażyna będzie mnie oceniać czy jestem wystarczająco przedsiębiorczy czy nie.
    Robię swoje alkohole i chciałem to przekuć w biznes. Przeraziło mnie jednak, że absolutnie nigdzie nie ma informacji jak to zrobić. Myślałem, żeby iść do prawnika, ale co mu powiedzieć? „Panie, chcę robić swoje nalewki, potrzebuję kogoś, kto by mi się przekopał przez tomy prawnicze”? Z ciekawostek, największy polski producent nalewek (który był w podobnej sytuacji, co ja) twierdzi, że gdyby wiedział jakie to będzie problematyczne, to nigdy by się nie zdecydował na taki interes. Chciałbym to robić uczciwie, a nie mogę. Dodam, że wrzuciłem sobie temat w google po angielsku i od razu przeniosło mnie na stronę gov.uk, gdzie w trzech (TRZECH!!!) punktach od razu wszystko było wyjaśnione i właściwie dzisiaj mógłbym tam lecieć i działać. Regulacji jest taka ilość, że zwykły człowiek nie jest w stanie tego ogarnąć. Jaki rząd ma pomysł na rozwiązanie takiego stanu rzeczy? Więcej regulacji!
    3. Mieszkam w mieście, ale chcę się wyprowadzić na wieś. I co? Znowu kłody pod nogi bo jak bym chciał mieć kawał pola, to muszę iść do urządu i się prosić o możliwość kupna. OK, prawo „zliberalizowali”, wielcy czcigodni rządzący. Nie przekonuje mnie to.
    A wystarczy, że wsiądę w auto i pojadę na południe. Przy knedlikach i piwie mogę obgadać szczegóły zakupu i nie muszę nawet iść do notariusza (sic!) tylko umowę spisać chociażby na serwetce.
    4. Byłem ostatni na przeglądzie i gość mi marudził, że nie mam tylnej kanapy w aucie (wymontowałem do przewożenia mebli), a w dowodzie stoi napisane, że auto jest na tyle-i-tyle osób. W końcu podbił się pod przeglądem, a w przypływie szczerości powiedział mi, że co i rusz mają kontrolę i ciągle słyszą „To nie możliwe, że jak przyjeżdża do was 100 pojazdów, to 100 jest sprawnych! Na pewno nie sprawdzacie dokładnie.”. No ręce i nogi opadają.
    5. Koronne, z mojego podwórka. Osiedle (bloki) na którym mieszkam powstawało na początku lat 90-tych. Spółdzielnia pobudowała bloki i za pieniądze mieszkańców – ulice. Wzdłuż tych ulic są parkingi (prostopadłe). Wystarczy wrócić do domu po 16-tej, a miejsca parkingowego nie uświadczysz. Teraz, po prawie trzydziestu latach, miasto przypomniało sobie o tej okolicy i będzie remontować ulice. W planach ma likwidację połowy miejsc parkingowych, a drugą połowę zamienić na miejsca równoległe (na jednym miejscu równoległy mogą powstać trzy prostopadłe). Wszyscy się zastanawiają, gdzie się podzieją te wszystkie pojazdy? Tu nie chodzi o to, że ludziom nie chce się przejść 100 m tylko na prawdę, tu nie ma miejsca, gdzie można by zaparkować. Z prezydentem miasta, Zarządem Dróg Miejskich, a nawet Miejską Pracownią Urbanistyczną rozmawiali mieszkańcy, Rada Osiedla, Spółdzielnia. Jaka była odpowiedź? „Taka jest nowa koncepcja zabudowy miasta.”. Na stwierdzenie, że to mieszkańcy są miastem, wszyscy oni szli w zaparte. No to proszę Państwa, skoro władza ma mieszkańców w takim poważaniu, wręcz pluje im twarz, to ja się pytam, jak my mamy normalnie żyć?

    Przykłady mógłbym mnożyć do wieczora, ale wiem, że to nic nie zmieni, a Czytających bym znużył. Co by mnie uszczęśliwiło? Żeby rządzący się w końcu ode mnie odp*erdolili. Żebym widząc awizo w skrzynce nie zastanawiał się czy to z urzędu skarbowego czy z ZUSu z wezwaniem do złożenia wyjaśnień, w czasie których będę przesłuchiwany. Klasa rządząca musi się zmienić, ale obawiam się, że to tylko moje pobożne życzenia.

  11. Łukasz pisze:

    Trochę za mało kontrowersyjnych treści, żeby zająć uwagę głów ogarniętych bananami. Jest tylko 100 milionów na 200 lecie.

    Poważnie, chciałbym zwrócić uwagę, że tak jak potrzebujemy realizmu w myśleniu o demografii, tak samo potrzebujemy realizmu w użytkowaniu obecnie dominujących sposobów pobudzania opinii społecznej. Inaczej dobra praca intelektualna i analityczna takich środowisk będzie tylko akademicka, a nie sprawcza.

    Każda taka praca intelektualna mogłaby się kończyć kilkoma „memami” (w różnej formie), kontrowersyjnymi, nie po to by wywołać kolejną bitwę plemienną, ale wykorzystać tę skłonność do plemienności, aby nakłonić do myślenia o sprawach strategicznych.

  12. Libero pisze:

    Nie chodzi o asymilację – chodzi o jak najszybszą polonizację imigrantów, zwłaszcza z Ukrainy. To są najczęściej bardzo chętni do tego ludzie, do Ukrainy mają stosunek od złego do nienawistnego, jeśli tylko nie będziemy na siłę ich ukrainizować jak np Trzaskowski który chce finansować naukę ukraińskiego w Warszawie to szybko sie spolonizują.

  13. Łukasz pisze:

    @ŁUKASZ – Interesujące spostrzeżenie, jeśli chodzi o problem zwrócenia uwagi mediów na dyskusję o problemach strategicznych. Wydaje mi się, że nawet pomimo tego, że wielu ludzi i tak nie uda się na taka dyskusję namówić, gdyż zwyczajnie brakuje im do tego wyobraźni i zdolności zrozumienia problemów, gdzie często istotne są pozornie nudne szczegóły, to jednak wielu z nich mogłoby się nad pewnymi problemami zastanowić gdyby dyskusja nad problemami strategicznymi do nich dotarła.

    Myślę, że ograniczony dyskurs na te tematy wynika z małej możliwości monetyzacji zainteresowania tej bardziej świadomej (przez co znacznie mniejszej, choć zapewne bogatszej) części społeczeństwa. W tej sytuacji próba docierania innymi kanałami niż radio, telewizja czy prasa tradycyjna jest raczej już skazana na porażkę. Osoby, które znam, a które można by zaliczyć do tych bardziej myślących, zazwyczaj ani nie czytają prasy papierowej ani nawet nie maja telewizora.

    Z tego względu, jakaś alternatywna forma takiej dyskusji wydaje się mieć największe szanse na zmianę sytuacji. Nie jestem jednak przekonany czy kontrowersje wyrażane w memach to jest ten właśnie sposób. Widzę tutaj miejsce dla innowatorów komunikacji społecznej. Może istnieje jakaś inna metoda ?

  14. Łukasz1 pisze:

    @Łukasz2

    Racja z memami, to jest raczej pierwsze skojarzenie, niż gotowe rozwiązanie i tak jak piszesz wymaga kreatywnego podejścia i innowacji.

    Jeśli chodzi o media to dobrze mogłaby się sprawdzić sieć kilku/ kilkunastu billboardów w dużych miastach, w bardzo dobre lokalizacji np. na stałe przez rok dla Nowej Konfederacji (to oczywiście wymaga sponsora), na których te ważne tematy są przedstawione w sposób zaczepny (zamiast kontrowersyjny).

  15. Jacek pisze:

    Nie chodzi o to, żeby ich ściągać, lecz o to, żeby tak jak za czasów I Rzeczypospolitej, chcieli tutaj przybywać z własnej woli widząc przyszłość dla siebie i swoich dzieci. A więc przede wszystkim przyjazny system podatkowy z likwidacją dochodowych i ZUS-u. To jest warunek minimum. W takich okolicznościach można nawet podnosić poprzeczkę i oczekiwania odnośnie warunków uzyskania obywatelstwa. Prawo, kultura, tradycja itd. Wtedy po prostu można wymagać, a i tak chętnych nie powinno zabraknąć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz