Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Dramat demograficzny z wielką Polską w tle

Można pomyśleć Polskę liczącą 2-3 razy więcej ludzi niż dziś. Wymaga to mądrej polityki demograficznej, ale i pracy metapolitycznej: musimy pożegnać się z fiksacją na pochodzeniu etnicznym czy religii, i samookreślić się na nowo jako naród wyraźnie polityczny

Problem jest jasny i od dawna znany. Polska ma katastrofalne wskaźniki demograficzne. Według jednych prognoz (np. GUS-u) będzie nas o 3 miliony mniej już do 2030 roku. Według innych, proces ten potrwa sporo dłużej. Nikt jednak nie wieszczy na poważnie rychłego odwrócenia trendu i wzrostu dzietności do poziomu zastępowalności pokoleń. Warto pamiętać przy tym o perspektywie dłuższej niż najbliższych kilka-kilkanaście lat. Według prognoz ONZ, do końca stulecia będzie nas niewiele ponad 21 milionów, czyli staniemy się krajem mniejszym niż dzisiejszy Tajwan czy Madagaskar, nieco większym niż obecna Rumunia czy Chile.

Polska nie może być mała

Karlejemy, grzybiejemy, słabniemy. Nie pomogły ulgi na dzieci z czasów pierwszego rządu PiS, nie pomogło „kosiniakowe”, nie pomogło 500+. Każda z tych zmian (zwłaszcza ostatnia) miała znaczenie; żadna nie rozwiązała problemu. Polki wciąż rodzą za mało dzieci, aby zapewnić przetrwanie narodu w obecnej liczebności. Do tego doszła emigracja ponad 2,5 mln Polaków. Jej główna fala jest już zapewne za nami, ale ten proces wciąż trwa, ostatnio znów przyśpieszając. Wychowujemy dzieci i kształcimy młodzież, by stworzyć rezerwuar taniej siły roboczej dla bogatszych krajów.

Skutki wyludnienia i społecznego starzenia się są jednoznaczne: spadek znaczenia na świecie, względnie mniejsza innowacyjność, rozwój gospodarczy, potężne problemy z utrzymaniem systemu emerytalnego, spadek generalnego dynamizmu społeczeństwa. Ta ostatnia oznacza też mniejsze szanse na głębszą zmianę wewnątrzpolityczną: historia wskazuje, że rewolucje i inne poważniejsze rozruchy polityczne są silnie skorelowane z nadreprezentacją młodzieży. Tej wśród nas już jest mało, a będzie jeszcze mniej.

Wychowujemy dzieci i kształcimy młodzież, by stworzyć rezerwuar taniej siły roboczej dla bogatszych krajów

Trzeba wziąć też pod uwagę sekularne trendy. Zmasakrowana II wojną światową Polska była wciąż jednym z największych ludnościowo krajów świata, zajmując w 1950 r., z niespełna 25 mln osób, 18. pozycję na globie (dzisiejsze miejsce ponad 80-milionowego Iranu) i goszcząc 1 proc. mieszkańców planety. Pomimo znacznego wzrostu, w kolejnych dekadach już spadliśmy na miejsce 37., a nasz udział w światowej populacji zmniejszył się dwukrotnie. Dwudziestomilionowa Polska w jedenastomiliardowym świecie (wedle wspomnianej prognozy ONZ na koniec wieku) byłaby krajem zwyczajnie marginalnym.

Tu odezwą się pewnie liberalni indywidualiści, mówiąc: „Co z tego? Bądźmy społeczeństwem mniejszym, ale bogatszym i lepiej zorganizowanym. Choćby i domem starców, ale nowoczesnym i zamożnym jak np. Japonia”. Takie postawienie sprawy mogłoby być sensowne, gdyby – jak bardzo wielu łudziło się jeszcze niedawno – historia się skończyła, a geografia przestała mieć znaczenie. Wtedy moglibyśmy myśleć o sobie jak Belgowie czy Szwajcarzy. Ale „koniec historii” nigdy nie był prawdą, a ostatnio – wraz z niemal fizycznie odczuwalnym kruszeniem się liberalnego porządku międzynarodowego – głoszenie go jawi się już jako gwałt na faktach i na rozumie.

Polska leży w szczególnym miejscu świata. Ta geopolityczna „strefa zgniotu” jest od wieków obszarem ścierania się przeciwstawnych wpływów, obiektem inwazji i kolonizacji, miejscem przemarszu obcych armii, areną nader wielu indywidualnych i zbiorowych tragedii. Okres międzynarodowego spokoju już się skończył, a wraz z postępami destabilizacji globalnego porządku przyszłość zewnętrznych gwarancji bezpieczeństwa Polski jest coraz mniej pewna.

Także w tym kontekście – zwykle traktowanym jak równoległa rzeczywistość – trzeba widzieć naszą demografię. Polska musi być krajem ludnościowo co najmniej średnim, a najlepiej dużym, żeby na długą metę przetrwać jako podmiotowy byt w „strefie zgniotu”. Jako się rzekło, wskaźniki demograficzne sugerują odwrotną przyszłość. Na koniec dnia rachunek jest prosty: jeśli 140-milionowa Rosja jest w stanie utrzymać milionową armię, to jak odstraszy ją kraj liczący 30 lub mniej milionów mieszkańców? Wspomnijmy na marginesie, że po latach dużych strat spadek liczby ludności euroazjatyckiego mocarstwa wyhamował i jest już mniejszy niż w Polsce.

Migracja jako alternatywa?

Jest jednak przecież jasna alternatywa: masowa imigracja. To już zaczęło się dziać, wraz z wielokrotnym wzrostem liczby pracowników tymczasowych w ostatnich latach. Na początku tego roku było ich już prawie 400 tys. (z czego, wbrew pozorom, mniej niż połowa to Ukraińcy). Coraz więcej wśród nich Azjatów, zwłaszcza z Indii. Jesteśmy na prostej drodze do powtórzenia błędów – tych samych, które tak chętnie wytykamy – krajów zachodnioeuropejskich i zafundowania sobie pokaźnych rozmiarów obcych kulturowo mniejszości, żyjących w znacznej mierze osobno od reszty społeczeństwa. Tamtejsze elity w drugiej połowie XX wieku też sądziły, że ściągają tylko pracowników tymczasowych, a okazało się, że znaczna część z nich została na stałe, stopniowo rozrastając się do rozmiaru wielomilionowych nieraz mniejszości. Obok korzyści przyniosło to ogromne i narastające z czasem problemy, które są znane i oczywiste, oszczędźmy więc sobie ich tu omawiania. Wobec szybko rosnącego problemu braku rąk do pracy i braku pomysłu na poprawę „własnej” demografii musimy się spodziewać, że Polska powtórzy ten scenariusz, choć zapewne z innym miksem etniczno-religijnym.

Polscy nacjonaliści podnoszą – nie bez racji – że narodowa jednolitość jest wielką wartością, którą należy zachować. Wraz z przybyciem ponad miliona Ukraińców i blisko 400 tysiącami pracowników tymczasowych to już jednak postulat akademicki, i takaż dyskusja. Wszystko wskazuje na to, że imigrantów będzie z każdym rokiem coraz więcej. Będą ich ściągać przedsiębiorcy, którym coraz bardziej brakuje pracowników: tylko w ciągu najbliższych sześciu lat ma ich zabraknąć 1,5 miliona. Wyludniająca się znacznie szybciej niż nasz kraj Ukraina na dłuższą metę nie wystarczy; będziemy się coraz bardziej otwierać na bardziej odmiennych kulturowo przybyszów.

Polska musi być krajem ludnościowo co najmniej średnim, a najlepiej dużym, żeby przetrwać jako podmiotowy byt w „strefie zgniotu”. Jako się rzekło, wskaźniki sugerują odwrotną przyszłość

Gdy zajmowaliśmy się tak fundamentalnymi sprawami państwowymi jak flaszka pani prezydent Dulkiewicz, tablica pana ministra Suskiego czy ostatnia „afera bananowa”, kwestia utrzymania etnicznej homogeniczności przestała być aktualna. Pytanie nie brzmi więc „czy”, ale „jak”, „które” i „na jaką skalę” w Polsce zagoszczą nowe mniejszości.

To zatem najwyższa pora, by zejść z poziomu nostalgicznych haseł i na poziomie realnej polityki nawiązać do dziedzictwa Pierwszej Rzeczypospolitej. Gdy rozpatruje się ją jako republikę i naród polityczny, widać, że nie była ona wcale wielokulturowa, była wieloetnicznym i wieloreligijnym państwem o jednolitej kulturze politycznej. To zasadnicza różnica, bo oznacza jednocześnie otwartość na rozmaite kraje pochodzenia i ich kultury oraz wymóg asymilacji do lokalnej kultury politycznej. Tak działała i działa republikańska koncepcja obywatelstwa: skądkolwiek pochodzisz, w jakiego bądź boga wierzysz, jeśli zasłużysz na obywatelstwo – należysz do narodu. To na mocy tej zasady nestor polskiej kontrreformacji i czołowy pisarz polityczny XVI w., Stanisław Orzechowski, określał się jako „z pochodzenia Rusin, z narodowości Polak”, a osiadli nad Wisłą muzułmańscy Tatarzy czuli się politycznymi Lachami i wielokrotnie przelewali krew za Rzeczpospolitą (łącznie z walką z Tatarami-najeźdźcami).

Jak i do czego asymilować?

Oczywiście czasy radykalnie się zmieniły i nie ma prostego powrotu do ówczesnych realiów. Zasadnicza koncepcja rozwiązania problemu imigracji pozostaje jednak aktualna. Przybysze z różnych stron świata – tak, ale pod warunkiem asymilacji do tutejszej kultury politycznej. „Asymilacja” to bardzo niemodne dziś słowo, które wraca jednak co najmniej w politycznej praktyce państw do niedawna najbardziej mu niechętnych, takich jak Francja, Holandia czy Dania. Doświadczyły one fatalnych skutków mirażu wielokulturowości i coraz bardziej zwiększają wymogi wobec imigrantów. Nie po to (a w każdym razie nie tylko po to), by ich zatrzymać u granic, ale aby skłonić ich do dostosowania się do lokalnych warunków i potrzeb.

Jeśli więc asymilować, pytanie brzmi: „do czego”. Polska po 1989 r. chaotycznie oscyluje między prawem krwi i prawem ziemi, stawiając cudzoziemcom chcącym uzyskać obywatelstwo równie chaotyczne wymogi. Nie będzie przesadą powiedzieć, że wprowadzenie efektywnej polityki imigracyjnej w powyższym rozumieniu wymaga redefinicji naszego narodu i obywatelstwa.

Pora, by zejść z poziomu nostalgicznych haseł i na poziomie realnej polityki nawiązać do dziedzictwa Pierwszej Rzeczypospolitej. Gdy rozpatruje się ją jako republikę i naród polityczny, widać, że nie była ona wcale wielokulturowa, była wieloetnicznym i wieloreligijnym państwem o jednolitej kulturze politycznej

Jeśli poważnie myślimy o włączeniu do narodu politycznego przyjeżdzających tu na razie do pracy Ukraińców czy Hindusów, musimy pożegnać się z fiksacją na pochodzeniu, z majakami Polaka-katolika, i samookreślić się na nowo jako naród wyraźnie polityczny. Masz obywatelstwo – jesteś Polakiem. Ale nie dostaniesz obywatelstwa z byle powodu. Żeby je uzyskać, musisz wykonać fundamentalną pracę na rzecz tego, aby realnie stać się Polakiem. Rzecz jest do większej dyskusji, ale esencja jest prosta: dobra (a nie „komunikatywna”, a czasami wręcz żadna, jak obecnie) znajomość języka, znajomość prawa (zwłaszcza konstytucji), znajomość historii i kultury oraz zobowiązanie do wychowania dzieci w duchu tej spajającej naród wiedzy.

Oprócz wielkiej operacji redefinicji siebie samych jako wspólnoty, wymagałoby to oczywiście szeregu zmian instytucjonalnych, przede wszystkim procedur ubiegania się o obywatelstwo. Obecne są anachronizmem stworzonym na potrzeby kraju z pojedynczymi imigrantami i skupiają się na legitymowaniu się odpowiednimi zarobkami i przesiedzeniu tu pewnej liczby lat, względnie na posiadaniu Polki lub Polaka za małżonka. Raczej nie do uratowania byłaby też prezydencka prerogatywa do nadawania obywatelstwa z dowolnego powodu. Ale to sprawy właściwie techniczne, gdy wciąż nie rozmawiamy o fundamentalnych.

Skoro i tak stajemy przed wyzwaniem stania się krajem imigrantów, zadajmy sobie też – w ślad za Związkiem Przedsiębiorców i Pracodawców i Warsaw Enterprise Institute oraz ich raportem „50 milionów mieszkańców Polski”– inne pytanie generalne. Mianowicie: ilu ludzi ma docelowo mieszkać w naszym kraju? Czy chcemy być państwem demograficznie małym, średnim czy dużym? To kwestia decyzji politycznej i podporządkowanej jej strategii.

Możemy oczywiście zrezygnować z tego trudu i zostawić sprawę losowi, tak jak dotąd. Ale pamiętajmy o skutkach: coraz większej podrzędności w systemie międzynarodowym i jednoczesnym wysokim prawdopodobieństwie niekontrolowanego rozrostu mniejszości narodowych i rozdarcia głębokimi konfliktami. Do tego prowadzi obecna polityka bieżącego reagowania na ten systemowy problem: Polska się depopuluje, przyjmując zarazem – głównie pod dyktando pracodawców – coraz więcej cudzoziemców, na których nie ma żadnego długofalowego pomysłu.

100 milionów Polaków

Myśląc jednak o świadomym kierowaniu zbiorowym losem, warto sobie uzmysłowić, że Polska jest krajem dość słabo zaludnionym. Zajmując 37 miejsce w świecie jeśli chodzi o wielkość populacji, mamy dopiero 69 pozycję pod względem gęstości zaludnienia (123 os./km2). Zostawiając na boku rekordzistów, mamy prawie dwa razy mniej osób na kilometr niż Niemcy (232), ponad dwukrotnie mniej niż Wielka Brytania (272) i ponad trzykrotnie mniej niż Belgia (375). Jeszcze bardziej ustępujemy Izraelowi, Holandii czy Korei Południowej, a w UE, oprócz wyżej wymienionych, nie tylko Francji czy Danii, ale też – Czechom czy Cyprowi.

Polska po 1989 r. chaotycznie oscyluje między prawem krwi i prawem ziemi, stawiając cudzoziemcom, chcącym uzyskać obywatelstwo, równie chaotyczne wymogi

Uruchamiając polityczną wyobraźnię, można więc spokojnie pomyśleć Polskę liczącą 2-3 razy więcej ludzi niż dziś. „100 milionów Polaków na dwusetną rocznicę odzyskania niepodległości” – to oczywiście hasło, którego żadna duża partia nie odważy się dziś podnieść. Ale resztki i zalążki polskich elit powinny je rozważyć, jeśli chcą być zapamiętane jako godne swojego miana.

Z zasadniczym zastrzeżeniem, że pierwszym priorytetem jest szybkie podwyższenie dzietności rdzennych Polaków. Drugim: imigranci najłatwiejsi do asymilacji. Czyli Polonia i polscy emigranci, przyjezdni z krajów słowiańskich, ludzie z Zachodu. Dopiero po wyczerpaniu tych możliwości należy narażać się na ryzyko nieudanej asymilacji hindusów czy konfucjanistów, o muzułmanach nie wspominając.

Potrzebujemy więc oczywiście znacznie lepszej polityki prorodzinnej, zwiększającej liczbę urodzeń. Zamiast prymitywnego wyborczego rozdawnictwa, jakim jest 500+ na pierwsze dziecko dla wszystkich, można by przeznaczyć te same pieniądze na większe transfery na trzecie i kolejne dzieci, na dostępność mieszkań, żłobków i tak dalej. Wiemy przecież z badań, że świadczenia na pierwsze dzieci nie mają istotnego wpływu na decyzję o jego posiadaniu, inaczej niż w przypadku drugiego i – jeszcze bardziej – kolejnych dzieci. Wiemy, że te same Polki, które nie chcą rodzić dzieci nad Wisłą, zaczynają chcieć po przeniesieniu się nad Tamizę. Bariery są znane albo względnie łatwe do poznania. Wiedząc, możemy działać. Wymaga to „tylko” rozumu, odpowiedzialności i woli.

Gdybyśmy je uruchomili, szybko musielibyśmy się zmierzyć z problemem, o który w Polsce rozbijają się wszystkie systemowe wyzwania. Z niesławnym „państwem teoretycznym”. Słaba koordynacja międzyresortowa (w obszarze imigracji chodzi głównie o różnice między ministerstwem spraw wewnętrznych a ministerstwem rodziny i pracy), brak planowania strategicznego, dramatycznie słabe zaplecze analityczne – sprawią, że już ewentualny napływ kilku milionów nowych mieszkańców będzie najpierw „prześniony”, a następnie wywoła zapewne nie tylko demograficzny, ale ogólnospołeczny i polityczny chaos.

Zamiast prymitywnego wyborczego rozdawnictwa, jakim jest 500+ na pierwsze dziecko dla wszystkich, można by przeznaczyć te same pieniądze na większe transfery na trzecie i kolejne dzieci, na dostępność mieszkań, żłobków i tak dalej

Ambitna polityka demograficzna to zadanie dla silnego państwa. To trzeba dopiero zbudować. „Ambitna”, czyli tylko taka, która zasypie już powstałą wyrwę populacyjną, o awansie do grona krajów dużych nie wspominając. Jeśli chcielibyśmy poważnie myśleć o odgrywaniu znaczniejszej roli w świecie i związanym z nim dużym wzroście liczby ludności, musielibyśmy nie tylko zbudować państwo z prawdziwego zdarzenia, nie tylko zredefiniować swoją tożsamość i stworzyć kompleksową politykę demograficzną. Musielibyśmy stworzyć system społeczny przyciągający talenty (zamiast je, jak teraz, odpychać) i nowoczesną gospodarkę zdolną przyjąć wielu więcej pracowników.

Brzmi to oczywiście jak idealistyczna political fiction w kraju, w którym dowolna bzdura jest lepszym tematem do debaty ogólnonarodowej niż najbardziej żywotny problem systemowy, a kwoty zbliżone do budżetu Ministerstwa Obrony Narodowej są lekką ręką sprzeniewierzane dla podlizania się wyborcom, ku uciesze większości opinii publicznej i przy milczącym aplauzie elit.

Ale, parafrazując Feliksa Konecznego z czasu zaborów, nawet najgorsza sytuacja nie usprawiedliwia braku porządnej roboty metapolitycznej i politycznej. Do roboty zatem! Zegar tyka.

prezes i założyciel „Nowej Konfederacji”. Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Gazecie Wyborczej", „Gościu Niedzielnym”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Arcanach", „Polsce The Times”, „Super Expressie”, "Fakcie". Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Dramat demograficzny z wielką Polską w tle”

  1. MiloszGorecki pisze:

    Mam dwie wątpliwości:
    1) Wątpię, czy jest możliwa poprawa naturalnej dzietności poprzez jakiekolwiek zachęty ekonomiczne. Doświadczenie uczy, że poprawa jakości życia wywołuje spadek dzietności. Obawiam się, że to nie jest mechanizm oparty na rozumowaniu, tylko biologicznie zakodowana prawidłowość, zaobserwowana również u zwierząt (eksperyment Calhouna).
    2) Czy w niedługim czasie biotechnologia nie pozwoli na “przemysłową produkcję” ludzi. Dałoby to państwu, które pierwsze by się zdecydowało na taki krok potężną przewagę nad resztą świata i zupełnie unieważniło kwestię tradycyjnej. Musialoby to byc państwo autorytarne, nie należące do kultury zachodniej, ale dysponujące najnowocześniejszą technologią. Jest jedno takie.

  2. Dariusz KRK pisze:

    Ad 1. Myli się Pan. Decyzja o kolejnym dziecku np. trzecim dla pary, która ma już dwójkę jest wprost oparta o bardzo praktyczne względy. Da się mieszkać w czwórkę w 3-pokojowym mieszkaniu, kiedy dwoje dzieci dzielą wspólny pokój. Nie da się jednak dokooptować ot tak trzeciego dziecka do tego samego pokoju. Gdzie umieścić kolejne łóżko i kolejne biurko? Potrzebne jest większe mieszkanie… Zaryzykowałbym tezę, że dzietność jest wprost proporcjonalna do metrażu mieszkania. To jest bowiem ten największy koszt: cena przestrzeni do życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz