Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu?
Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Zły pokój coraz bliżej. Najwyższy czas na narodowe przebudzenie w Polsce

Autoryzowany przez administrację amerykańską plan pokojowy dla Ukrainy, wraz z wydarzeniami powiązanymi, krystalizuje nową sytuację geostrategiczną. Przy obecnym kształcie naszego państwa jest ona bardzo niekorzystna dla Polski.
Wesprzyj NK

Wcale nie jest pewne, że Moskwa na tym poprzestanie. To jedynie amerykański punkt wyjścia w obecnej fazie negocjacji

Z chaosu informacyjnego ostatnich tygodni „uzbrojone” oko łatwo wyłowi kilka fundamentalnych obserwacji. Po pierwsze, administracja Donalda Trumpa zaakceptowała już porażkę w wojnie zastępczej z Rosją. Nie wdając się w tym miejscu w szczegóły planu pokojowego, zauważyć trzeba, że częściowo realizuje on wszystkie z trzech głównych priorytetów geostrategicznych Kremla w konflikcie z Ukrainą. A więc: neutralizację (punkty 7–8 o wyrzeczeniu się perspektywy dalszej integracji Kijowa z NATO), demilitaryzację (p. 6 i 18, o redukcji sił konwencjonalnych i pozostaniu państwem nieatomowym), „denazyfikację” (p. 20 o programach edukacyjno-informacyjnych). Jednocześnie wcale nie jest pewne, że Moskwa na tym poprzestanie. To jedynie amerykański punkt wyjścia w obecnej fazie negocjacji.

Maksimum: umiarkowana porażka

O tym, że w tę właśnie stronę zmierzają sprawy, przestrzegaliśmy w Nowej Konfederacji co najmniej od 2023 roku. Nie powinno to więc być zaskoczeniem (choć, jak widać po polskiej debacie, jest). Zarazem obecne uczynienie z tego faktu politycznego autoryzowanego przez administrację amerykańską – ma znaczenie fundamentalne. Oto Stany Zjednoczone w sposób pośredni przyznają otwarcie, że maksimum, na które obecnie liczą, jest umiarkowana porażka na froncie ukraińskim. Oficjalne uzasadnienie tego stanowiska jest tyleż klarowne, co desperackie: według administracji amerykańskiej Rosja osiągnęła już na tyle znaczącą przewagę sprzętową (w szczególności rakietową) i wojskową, że niebezpieczeństwem najbliższych miesięcy jest niekontrolowane załamanie frontu po stronie obrońców. Co oczywiście nieuchronnie musiałoby doprowadzić do jeszcze głębszej klęski. Bynajmniej nie tylko samej Ukrainy, ale i całego Zachodu.

Ten ostatni, ze Stanami Zjednoczonymi na czele, wielokrotnie deklarował bowiem w ostatnich latach, że nie pozwoli Rosji wygrać tej wojny. Tej obietnicy podporządkowany był w wielkiej mierze zarówno wysiłek wojenny Ukraińców, jak i kolektywne działania pomocowe Zachodu (w tym polskie). Te zapewnienia właśnie oficjalnie upadły. Wraz z tym spada wiarygodność sojusznicza i mocarstwowa tak Ameryki, jak całego dowodzonego przez nią Zachodu. Spada w skali globalnej, a więc także na pierwszorzędnym dla Waszyngtonu Zachodnim Pacyfiku.

Trudno to odczytać inaczej niż jako dystansowanie się Waszyngtonu od Sojuszu Północnoatlantyckiego

Druga zasadnicza obserwacja ostatniego czasu, również sumująca wieloletnie procesy, to obraz niekompetencji amerykańskiego przywództwa. Wiele wskazuje, że publikacja ostatniego planu pokojowego została zarządzona przez Rosjan w dogodnym dla nich momencie. Amerykanie nie tylko nie potrafili wstrzymać się z publiczną autoryzacją owej „mapy drogowej”. Wdali się również w kompromitujący dwugłos na temat statusu dokumentu: sekretarz stanu Marco Rubio początkowo przypisywał go Rosjanom, wkrótce jednak został zmuszony do samokrytyki. Następnie zarządzono amerykańsko-europejskie negocjacje na neutralnym (sic!), szwajcarskim gruncie. Pokazujące całemu światu głęboki podział i brak koordynacji Zachodu, oficjalnie przecież sojuszniczego. Jednocześnie sam dokument zawiera znamienny zapis (p. 3) o planowanym dialogu NATO – Rosja, który miałby być prowadzony przy mediacji USA. Trudno to odczytać inaczej niż jako dystansowanie się Waszyngtonu od Sojuszu Północnoatlantyckiego. Kuriozalnego o tyle, że przecież Stany pozostają jego członkiem i faktyczną lokomotywą. A również i pod tym względem, że sojusznicy dowiadują się o tym z mediów.

Wszystko to daje obraz porażającej wręcz niekompetencji administracji amerykańskiej i chaosu panującego w jej szeregach. Warto przy tej okazji nadmienić, że koronnym argumentem na rzecz depriorytetyzacji, a może nawet zaniedbania europejskiego teatru geostrategicznego jest w dzisiejszym Waszyngtonie potrzeba koncentracji na Zachodnim Pacyfiku i wyzwaniu chińskim. Jednak w odniesieniu do Pekinu USA również wykazują się nieskutecznością i niekompetencją. Jednym z ostatnich tego potwierdzeniem jest wycofanie się z (od początku błędnej, o czym w NK mówiliśmy wielokrotnie) eskalacji konfliktu handlowego w obliczu chińskiej groźby wzrostu kontroli eksportu minerałów ziem rzadkich. Owszem, dojmującej, ale przecież całkowicie przewidywalnej. Obecny rząd amerykański nie tylko przegrywa rywalizację z Państwem Środka wyraźniej niż poprzedni, ale też nie ma żadnej przekonującej koncepcji zmiany tego stanu rzeczy. Mimo to, w imię priorytetowego ukierunkowania na Zachodni Pacyfik, obniża zaangażowanie w sprawy europejskie.

Cień Kremla nad przyszłością Kijowa

Warto się teraz pochylić nad perspektywami samej Ukrainy i nadchodzącego ładu bezpieczeństwa w Europie. Kijów faktycznie już przegrał wojnę i nie widać żadnej siły, która mogłaby odwrócić ten stan rzeczy. Możliwa jest natomiast głębsza porażka, jeśli Rosjanie posuną się znacząco dalej na froncie (i w walce na wyniszczenie), o generalnym załamaniu obrony nie wspominając. Sytuacja obecna to wprawdzie znacznie mniej niż to, na co Moskwa liczyła w przeddzień pełnoskalowej inwazji. Jednocześnie jednak to wystarczająco dużo z perspektywy stopniowej realizacji ówczesnych celów Kremla.

Odkładając na bok romantyczne marzenia i pobożne życzenia, wciąż dominujące w głównym nurcie polskiej debaty, zauważmy krytyczny charakter zagadnienia przetrwania Ukrainy jako buforu przeciwko możliwym przyszłym agresjom rosyjskim. Podczas gdy Europa spiera się z Ameryką o to, czy powojenny rząd w Kijowie powinien dysponować 600 czy 800 tys. żołnierzy, znikąd nie płyną zapewnienia o kontynuacji w kolejnych latach pomocy finansowej umożliwiającej utrzymanie tak licznej armii w czasie pokoju. Sama Ukraina nie będzie do tego zdolna. Fakt koncentracji na interesującej akademicko dyskusji zamiast na najbardziej dojmującym politycznym konkrecie również obrazuje stan współczesnego Zachodu.

Drugie rdzeniowe zagadnienie związane z najbliższą przyszłością zarazem Ukrainy i architektury bezpieczeństwa w Europie to kwestia gwarancji bezpieczeństwa. Zapowiedziano je w planie pokojowym, jednak chwilę po tym sekretarz Rubio ogłosił, że dyskusja na ów temat może się rozpocząć dopiero po akceptacji przez Kijów pozostałych warunków. W połączeniu z ewidentną niechęcią Ameryki do angażowania własnych sił zbrojnych do utrzymania przyszłego pokoju i niezdolnością Europy do uczynienia tego na własną rękę – daje to obraz daleko idącego rozwodnienia zagadnienia. Powinno to niepokoić przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, Ukraina dostała już ostatnio oficjalne gwarancje bezpieczeństwa, które były nimi tylko z nazwy. Stało się to na szczycie NATO w Wilnie w 2023 roku, kiedy to nazwano w ten sposób prostą kontynuację pomocy finansowo-sprzętowej. Widmo powtórki krąży nad regionem. Po drugie, bez realnych gwarancji bezpieczeństwa możliwość przetrwania Ukrainy jako efektywnej zapory przed ekspansją Rosji na Zachód będzie radykalnie utrudniona.

W całej tej układance nie powinniśmy pominąć ukraińskiego czynnika wewnętrznego. Najsłabsza od początku wojny pozycja prezydenta Zełeńskiego i perspektywa rychłych wyborów to tylko wierzchołek góry lodowej. Uważam, że po finalizacji rozmów pokojowych należy się liczyć z wielką falą rozliczeń politycznych na Ukrainie, z rosnącą gwałtownie siłą głosów potępiających przywództwo lat wojennych za wprowadzenie społeczeństwa w katastrofalny w skutkach konflikt w oparciu o nierealne kalkulacje. Dalszym efektem może być generalne zakwestionowanie prozachodniego kursu państwa.

Musimy się w nadchodzących latach liczyć z możliwością zwrotu Kijowa w stronę Kremla

Tak czy owak, tj. czy to w scenariuszu ponownej rosyjskiej agresji na osłabioną Ukrainę, czy też samoistnego dążenia tej ostatniej do porozumienia z groźnym sąsiadem, musimy się w nadchodzących latach liczyć z możliwością zwrotu Kijowa w stronę Kremla.

Natomiast nawet pomijając to, już w wyjściowym stanowisku amerykańskim zawartym w rzeczonym planie pokojowym zawarty jest powrót Rosji do polityki europejskiej (implicite) i zdjęcie dotkliwych sankcji gospodarczych (explicite). W oparciu o to możliwa będzie szybka odbudowa i rozbudowa zdolności wojskowych Kremla. Jak również powrót do dyskusji o korzystniejszym dla Moskwy ładzie bezpieczeństwa na kontynencie. Z realizowanym już przecież planem redukcji amerykańskiej obecności militarnej w Europie w tle.

Nasza polityka bezpieczeństwa zbankrutowała

Przechodząc do wniosków dla Polski, zacznijmy od dwóch uwag wstępnych. Po pierwsze, generalny kierunek umawianych zmian środowiska międzynarodowego został prawidłowo przewidziany przez środowisko Nowej Konfederacji i wyartykułowany z wieloletnim wyprzedzeniem. Po drugie, prognozy te nie zostały po dziś dzień należycie uwzględnione przez przywództwo polityczne. W wyniku tego zaniedbania straciliśmy jako Polska bezcenny i niemożliwy do odzyskania czas. Co z kolei czyni nas nieprzygotowanymi na nowe zagrożenia.

Paradygmat oparcia bezpieczeństwa naszego państwa na gwarancjach amerykańskich jest martwy i nie ma szans na zmartwychwstanie

Tymczasem pierwszy zasadniczy wniosek dla Polski z ewolucji sytuacji wokół Ukrainy musi być następujący: paradygmat oparcia bezpieczeństwa naszego państwa na gwarancjach amerykańskich jest martwy i nie ma szans na zmartwychwstanie. Ci, którzy to przewidywali w poprzednich latach, mieli rację, ich intelektualni oponenci się mylili. Stany Zjednoczone nie mają już wystarczających zdolności do sprostania roli tak hojnego protektora, nie tylko wobec Polski. Nie chodzi tu przy tym tylko o potencjał wojskowy i finansowy, ale też – czy może przede wszystkim – o deficyt woli, wiarygodności, kompetencji.

Wniosek drugi: zagrożenie rosyjskie nie zostało i nie zostanie zneutralizowane podczas tej wojny nad Dnieprem. Przeciwnie: Kreml pozostanie potencjalnym agresorem w naszym regionie. Być może jeszcze groźniejszym niż dotąd, bo bogatszym o doświadczenia pełnoskalowej wojny, z rozbudowaną państwową machiną zniszczenia. Stojącą w dodatku naprzeciwko znacznie mniej spójnego i mniej wiarygodnego NATO.

Wniosek trzeci: bohaterski opór Ukraińców kupił Zachodowi bezcenny czas na rozwój zdolności odstraszania. Co może szczególnie wartościowe, wybił Europę z urojeń „wiecznego pokoju” i „końca historii”. Jednocześnie zauważyć trzeba jednak, że zyskany czas nie został należycie wykorzystany, a zdolności wojskowe pozostają dalece niedorozwinięte. Należy się liczyć z tym, że problem ten nie będzie rozwiązany do chwili możliwej kolejnej rosyjskiej agresji.

Idąc dalej, wbrew przekonaniom większości medialnych polskich komentatorów, przetrwanie Ukrainy jako efektywnego buforu przed ekspansją Kremla – jest niepewne. I to coraz bardziej niepewne w miarę krystalizowania się sytuacji. Ma to fundamentalne znaczenie dla Polski, ponieważ z ukraińskim buforem jakakolwiek wschodnia agresja na nasz kraj jest, ze względu na geografię wojskową, radykalnie utrudniona, jeśli nie niemożliwa. I odwrotnie: bez niego jest radykalnie łatwiejsza i tym samym bardziej prawdopodobna.

Piąty wniosek: polska polityka zagraniczna i polityka bezpieczeństwa zbankrutowała. Nie chodzi tylko o wspomnianą (p. 1) zmianę paradygmatu, lecz o kurczowe trzymanie się go przez nasze przywództwo pomimo licznych od 2008 roku znaków świadczących o głębokich i potencjalnie groźnych zmianach środowiska międzynarodowego. Nawet pełnoskalowa wojna nad Dnieprem nie wytrąciła dominujących elit polskich z samozadowolenia. Nie skłoniła nawet do wypracowania realnej strategii bezpieczeństwa i rozpoczęcia tworzenia na poważną skalę samodzielnych zdolności odstraszania.

Dalsze trwanie polskiego przywództwa w takim samozadowoleniu, a debaty publicznej w synchronicznym z nim dezinformacyjnym kształcie stwarza fundamentalne i groźniejsze od samych zmian środowiska geopolitycznego niebezpieczeństwo dla podstawowych interesów narodowych, w tym dla priorytetu zachowania niepodległości. To wniosek szósty.

Potrzebujemy narodowego przebudzenia. W duchu zrozumienia reguł nowego porządku światowego i adaptacji do nich. W tym do reguł polityki siły

Wreszcie, należy niezwłocznie zmienić ten stan rzeczy. Potrzebujemy narodowego przebudzenia. W duchu zrozumienia reguł nowego porządku światowego i adaptacji do nich. W tym do reguł polityki siły. W Nowej Konfederacji co najmniej od 2015 roku głosimy potrzebę priorytetyzacji triady: państwo–wojsko–dyplomacja. Ten postulat z czasem tylko zyskuje na aktualności.

Priorytety dla Polski

Najwyższa więc pora zadbać o polskie państwo, zaczynając od przełamania dysfunkcyjnej struktury władzy. Najwyższa pora wypracować strategię i doktrynę bezpieczeństwa, realną i na miarę czasu, jej następnie podporządkowując całokształt działań obronnościowych. Najwyższa pora uczynić to samo w dziedzinie polityki zagranicznej, doceniając jednocześnie fakt, że inteligentna dyplomacja jest narzędziem umożliwiającym mniejszym graczom częściowe nadrobienie braków „twardego” potencjału.

„Umiesz liczyć, licz na siebie” – ta prosta prawda jest nam już ciskana w twarz przez brutalnie przyspieszającą historię. Oczywistym priorytetem Polski powinna więc być budowa potęgi własnej. Jednocześnie, należy zadbać o alternatywny system sojuszy. W szczególności – podkreślam ideę głoszoną od dawna – stawiając na środkowo-północny blok bezpieczeństwa, łączący potencjały dawnej wschodniej flanki NATO i Skandynawii.

Jednak te zadania wydają się przerastać możliwości obecnej klasy politycznej, z dominującym w niej wciąż legionem urzędowych optymistów. Jeśli więc naprawdę chcemy zadbać o przyszłość naszych potomków i własną, nie ominiemy tematu kruszenia tego „betonu” rodem z poprzedniej, martwej już epoki.

Wesprzyj NK
Bartłomiej Radziejewski – prezes i założyciel Nowej Konfederacji, ekspert ds. międzynarodowych zainteresowany w szczególności strukturą systemu międzynarodowego, rywalizacją mocarstw, sprawami europejskimi. Autor książki "Nowy porządek globalny", a także "Między wielkością a zanikiem", współautor "Wielkiej gry o Ukrainę", opublikował także setki artykułów, esejów i wywiadów. Pomysłodawca i współtwórca dwóch think tanków i dwóch redakcji, prowadził projekty eksperckie m.in. dla szeregu ministerstw, międzynarodowych korporacji, Komisji Europejskiej. Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator, dziennikarz. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w "Rzeczpospolitej" Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika "Fronda". Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem "Rzeczy Wspólne". W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. W roku 2022 współtwórca i dyrektor programowy Krynica Forum. Publikował w wielu tytułach prasowych, od "Gazety Wyborczej" po "Gazetę Polską".

Nasi Patroni wsparli nas dotąd kwotą:
11 075 / 40 200 zł (cel miesięczny)

27.55 %
Wspieraj NK Dołącz

Komentarze

Dodaj komentarz

Zobacz

Zarejestruj się i zapisz się do newslettera, aby otrzymać wszystkie treści za darmo