Być albo nie być ikony demokracji

Od kiedy agendę Zachodu wobec Birmy ponownie wyznacza Realpolitik, głos prodemokratycznego lobby stał się znacznie mniej istotny

Od kiedy agendę Zachodu wobec Birmy ponownie wyznacza Realpolitik, głos prodemokratycznego lobby stał się znacznie mniej istotny

Jako ziemia pełna surowców (ropa, gaz, pół tablicy Mendelejewa w glebach), intratny rynek (50 milionów konsumentów), a przede wszystkim ważne ogniwo w amerykańskiej polityce powstrzymywania wzrostu Chin, Birma stała się jednym z kluczowych miejsc na geopolitycznej mapie globu. Obszarem, na którym jak w soczewce skupiają się problemy rodzącego się dwubiegunowego świata amerykańsko-chińskiego.

Nagłaśniane przez światowe media jako „przełomowe” wybory w Birmie (8 listopada) bynajmniej nie zakończą rządów wojska w tym kraju. Zdecydują za to o politycznej przyszłości najsłynniejszej Birmanki na świecie: Aung San Suu Kyi.

Światowa ikona demokracji

Suu Kyi pod względem rozpoznawalności bije na głowę nie tylko wszystkich generałów razem wziętych, ale też chyba większość przywódców azjatyckich. Jest najsłynniejszą Azjatką na świecie i do niedawna była najsłynniejszym, obok Dalajlamy, dysydentem politycznym globu. Suu Kyi to laureatka ponad setki międzynarodowych nagród, w tym tak prestiżowych jak pokojowy Nobel (1991) czy nagrody Parlamentu Europejskiego. Dostała również – z pewnością najbardziej dla niej wzruszającą – nagrodę polskiego MSZ im. Bronisława Geremka (niestety, mimo że minęło już kilka dobrych lat, wciąż nie znalazła czasu, by ją odebrać).

Jej sława wykroczyła poza politykę, stała się wręcz częścią popkultury. Za Aung San Suu Kyi wstawiali się celebryci, utwory dedykowali jej m.in. Bono i Eric Clapton, powstały o niej hagiograficzne filmy fabularne i dokumentalne, a plakat stworzył dla niej Shepard Fairey, znany wcześniej ze słynnego „Hope” z Barackiem Obamą. To wszystko udało się mimo faktu, że większość wielbicieli nie wie, skąd Suu Kyi pochodzi, o poprawnym wymówieniu jej nazwiska nie wspominając. Połamał sobie na nim zęby m.in. nasz były minister spraw zagranicznych, choć tu należy być raczej wyrozumiałym. Od polskich polityków nie można wymagać zbyt wiele – gdy wiedzą, gdzie leży Birma, to już dużo (jeśli przewodnicząca sejmowej podkomisji ds. Birmy nie umiała nawet poprawnie wymówić nazwy tego kraju, to czego oczekiwać?).

Bez względu jednak na te trudności lingwistyczne, Suu Kyi osiągnęła na Zachodzie ogromny sukces. Przez ponad dwie dekady (od 1990 roku) mogła liczyć na niekwestionowane wsparcie tamtejszych rządów i społeczeństw. Suu Kyi – jako osoba! – stała się wręcz czynnikiem polityki zagranicznej państw Zachodu, w tym przede wszystkim Stanów Zjednoczonych. To nieprawdopodobny, olbrzymi sukces. I nie zmienia tego fakt, że tylko w części wynikał on z jej działań, a w dużej mierze ze sprzyjających okoliczności. Wszak szczęściu trzeba pomóc!

Suu Kyi, córka założyciela armii birmańskiej i twórcy niepodległości Birmy, generała Aung Sana, w 1988 roku z gospodyni domowej nieoczekiwanie przeistoczyła się w przywódczynię narodową i rzuciła wyzwanie rządzącej armii. Innymi słowy – córka postanowiła odebrać władzę kumplom ojca i miała w tym poparcie całego narodu. Niestety, to nie wystarczyło. Zepchnięte do defensywy wojsko „wywróciło stolik”. Suu Kyi zamknięto w areszcie domowym (1989), przegranych wyborów nie uznano, a społeczeństwo zmaltretowano, skutecznie pacyfikując dysydenckie nastroje (choć nigdy do końca nie zabito nadziei na zmianę: jej personifikacją stała się właśnie Suu Kyi).

Zachodnie myślenie

Byłaby to historia, jakich wiele w Trzecim Świecie, i pewnie skończyłaby się podobnie: uciszeniem (metaforycznym bądź dosłownym) Suu Kyi, brutalnym zastraszeniem narodu i dobiciem po cichu targu z Zachodem. Tak się jednak nie stało, gdyż Suu Kyi miała szczęście w nieszczęściu. Była żoną brytyjskiego profesora (to on „wychodził” jej Nobla i niezmordowanie lobbował na jej rzecz), mówiła płynnie po angielsku i pół życia spędziła na Zachodzie, gdzie przesiąkła tamtejszym myśleniem i rozumiała mechanizmy społeczno-polityczne (na przykład rolę mediów). Jako atrakcyjna i błyskotliwa kobieta potrafiła w dwustu procentach wykorzystać wszystkie swoje – politycznie niewielkie – atuty.

Okrutna junta wojskowa niszcząca małżeństwo wschodniej piękności z brytyjskim profesorem i nie pozwalająca matce na kontakt z własnymi dziećmi – to był temat na pierwsze strony zachodnich gazet

W sukurs nieoczekiwanie przyszła jej też sama junta, której generałowie pod względem intelektualnym i kulturowym lokowali się gdzieś na poziomie troglodytów. Nie dość, że (publicznie!) wyzywali Suu Kyi od „lokajów”, „renegatów” „prostytutek” czy „ogrów”, to jeszcze skutecznie odcinali ją od rodziny, czym strzelili sobie wizerunkowo w stopę. Okrutna tropikalna junta wojskowa niszcząca małżeństwo wschodniej piękności z brytyjskim profesorem Oxfordu i nie pozwalająca matce na kontakt z własnymi dziećmi – to był temat na pierwsze strony zachodnich gazet! Nie da się tego samego powiedzieć o standardowych działaniach armii birmańskiej: regularnym tłumieniu demonstracji, mordowaniu mniejszości etnicznych czy paleniu im wsi. Apogeum rodzinno-medialno-politycznego reality show z udziałem Suu Kyi nastąpiło w 1999 roku, gdy jej mąż zachorował na raka, a generałowie nie pozwolili mu pożegnać się z żoną. Zapewnili tym sobie pierwsze strony gazet na miesiące, a czarne publicity na lata. Rodzinna historia Suu Kyi – pasująca w zależności od gustu bądź do hollywoodzkiego wyciskacza łez, bądź do sofoklesowskiego dramatu władzy – była jej świetną kartą przetargową na Zachodzie.

Interesy Zachodu a prawa człowieka

Bynajmniej nie najważniejszą. Głównym argumentem za Suu Kyi był fakt, że Birma miała dla interesów państw Zachodu znaczenie trzeciorzędne, mogły więc sobie pozwolić na luksus prowadzenia moralistycznej polityki, zgodnie z zasadą (którą należy powtarzać stale, by się utrwaliła, szczególnie w polskich umysłach): „im mniej narodowych interesów mają Stany Zjednoczone w danym państwie, tym bardziej prawa człowieka liczą się w amerykańskiej polityce wobec tego państwa”. A interesy amerykańskie, podobnie jak zachodnioeuropejskie, były w Birmie marginalne. Dlatego też, idąc za wezwaniem Suu Kyi, nałożono na Birmę sankcje, choć – uwaga! – z góry wiedziano, że nie obalą one generałów, za to zaszkodzą birmańskiemu społeczeństwu. „Wprowadziliśmy sankcje nie dlatego, że wierzyliśmy, że coś zmienią, lecz by cokolwiek zrobić”, szczerze przyznał po latach Tom Malinowski, główny architekt sankcji w administracji Clintona.

Dlaczego więc prowadzono tę nieskuteczną politykę? Odpowiedzią jest natura demokracji. Na Zachodzie istniało ogromne lobby prodemokratyczne. Aktywiści wszelkiej maści zaczęli stanowić potężny czynnik wpływu, mający wsparcie mediów i opierający się na setkach, jeśli nie tysiącach ludzi szczerze wierzących, że demokracja i prawa człowieka są uniwersalnie doskonałe i należy je za wszelką cenę wprowadzić w Birmie. Setki grup z całego świata zachodniego, działających mimo wielu różnic, łączył jeden przekaz: Suu Kyi jest dobra, junta jest zła, a świat powinien stosować nacisk na reżim, odcinając pomoc i inwestycje, wprowadzając nowe sankcje i coraz ściślej izolując generałów. Głos tego lobby stał się dominujący, gdyż Birma była nieistotna dla interesów Zachodu, a lobbyści mieli wolną rękę i mogli swoimi działaniami bardzo zaszkodzić. Dlatego z perspektywy zachodnich decydentów racjonalne było prowadzenie na potrzeby własnego elektoratu moralistycznej polityki izolacji Birmy, mimo jej ewidentnej szkodliwości dla birmańskiego społeczeństwa, w którego imieniu oficjalnie to czynili.

Najwięcej zyskała na tym Suu Kyi. Dzięki temu stała się symbolem demokracji w Birmie, personifikacją dobra i wyobrażeniem idealnej Birmy. „Suu Kyi jest żywym symbolem Deklaracji praw człowieka. Jeśli przejmie władzę, natychmiast znikną tortury, zniknie siedemdziesiąt tysięcy dziecięcych żołnierzy, a handel narkotykami zostanie utrącony” – prorokował Jack Healey, jeden z najbardziej znanych prodemokratycznych aktywistów. „Zobaczymy wyzwoloną Birmę, wyzwoloną Aung San Suu Kyi, państwo oferujące społeczności międzynarodowej nową, bardziej oświeconą wersję demokracji” – przebijał go Alan Clements, buddyjski konwertyta i niestrudzony stronnik Suu Kyi – „ta demokracja będzie mieć ludzką twarz, stawiającą dialog ponad dominację, dobroć ponad okrucieństwo i współczucie ponad zabijanie. Koniec końców, rewolucja w Birmie jest bezpośrednim wyzwaniem dla nas wszystkich: to głos demokratycznej przyzwoitości ponad maszynerią represji. To przesłanie dla naszej planety”.

Najważniejszy jest PR

Sama Suu Kyi skutecznie napędzała takie głosy, wiedząc, że wsparcie zagranicy to jedna z jej dwóch – obok poparcia społecznego – podstawowych kart. Mówiła więc o swojej walce politycznej jako o „rewolucji ducha”, łączyła demokrację i prawa człowieka z buddyzmem i walką bez stosowania przemocy, a samą siebie przyrównywała do Buddy, zachwycając zwolenników New Age. Okazała się nawet… symbolem feminizmu, chociaż w czasach swego małżeństwa z dumą prasowała mężowi skarpetki, by przypomnieć wyzwolonym koleżankom o konieczności obowiązków domowych. Była w tym swoim marketingu politycznym tak skuteczna, że w to przesłanie uwierzył nawet… jej własny syn.

To między innymi z tych powodów przez dwadzieścia kilka lat niemal nikt na Zachodzie nie zauważył, że Suu Kyi jest rasowym politykiem. Już od początku swojej kariery Suu Kyi kalkulowała. Wchodząc do polityki w 1988 roku, zaczęła od próby porozumienia z reżimem: zaproponowała swoją mediację między armią a protestującymi studentami. Dopiero gdy jej propozycja została przemilczana, przeszła na stronę opozycji. Potem wielokrotnie próbowała grać na rozłam w armii, a swoimi realnymi działaniami bynajmniej nie przypominała politycznej idealistki, za którą miano ją na Zachodzie.

Barack Obama przyjeżdżał do Birmy i przytulał publicznie noblistkę, zapewniając ją o swoim wsparciu… moralnym

Na przykład, choć stała się ikoną demokracji, to swoją partią rządziła w jedyny skuteczny w miejscowych warunkach sposób: po dyktatorsku. Nie tolerowała krytyki, a wszystkich dysydentów szybko uciszała. Zasady wewnętrznej demokracji tłumaczyła członkom swojej partii następująco: „nasi członkowie muszą być ekstra lojalni. Jeśli jesteśmy nielojalni w trudnym czasie, stajemy się wiarołomni. Zgodnie z naszymi zasadami demokratycznymi, każdy ma prawo do swoich przekonań, niezależnego myślenia i wolności słowa. Ale jeśli ktoś działa w sposób nielojalny, nadużywając tych praw, jest renegatem, zdrajcą. W czasie, gdy potrzeba wielkiej lojalności, nie będzie wyjątków dla nielojalności”. I nie było: opozycyjna partia NLD zrównała się z Suu Kyi, stając się jej przybudówką. Dzięki temu w Birmie twórczo zinterpretowano Majakowskiego: „mówimy – Suu Kyi, a w domyśle – partia, mówimy – partia, a w domyśle – Suu Kyi”.

Droga politycznego pragmatyzmu

Dzięki temu wszystkiemu Suu Kyi – mimo dużo słabszej pozycji politycznej – była w stanie przez 23 lata opierać się wojskowym. Niestety, po 2011 roku zmieniły się interesy Zachodu. Birma z przyczyn geopolitycznych znów stała się ważna, więc państwa zachodnie przeprosiły się z generałami (pisałem o tym więcej w swoim poprzednim tekście dla „Nowej Konfederacji”). Przyczyny tej zmiany były proste: Amerykanie (i Europa Zachodnia) znów zaczęli mieć interesy w Birmie, musieli więc postawić krzyżyk na swojej moralistycznej polityce. Gdy się ma mało do stracenia, można być moralnym. Trudniej, gdy zaczyna to kosztować pieniądze i wpływy polityczne.

Polityczną cenę tej zmiany zapłaciła Suu Kyi. Stała się pierwszą ofiarą „amerykańskiego zwrotu ku Azji”. Barack Obama przyjeżdżał do Birmy i przytulał publicznie noblistkę, zapewniając ją o swoim wsparciu… moralnym. Ale interesy robił z generałami. „Wystawienie do wiatru” przez Zachód oznaczało dla Suu Kyi niewesoły wybór. Mogła trwać na swoich pozycjach, obserwując, jak za jej plecami Zachód dogaduje się z rządem, bądź podjąć nierówną grę na warunkach reżimu. Publicznie równało się to innej alternatywie: pozostania moralną ikoną, docenianą, szanowaną (i publicznie przytulaną), lecz ignorowaną politycznie, lub zaryzykowania tego wygodnego statusu dla związanej z koniecznością kompromisów i ustępstw drogi politycznej o niepewnym finale. Wybrała to drugie i tym wyborem udowodniła, że jest prawdziwym, pełnokrwistym politykiem.

Dlatego właśnie – z konieczności! – poszła na liczne kompromisy z armią, czego nie mogą jej darować dawni niestrudzeni zwolennicy – prodemokratyczni aktywiści na Zachodzie. Działacze od praw człowieka i dziennikarze, nie zważając na podstawowe mechanizmy polityki, oskarżają Suu Kyi o wszelkie możliwe zło – jeden z nich przyrównał ją nawet do… Roberta Mugabe (sic!). To wszystko nosi znamiona „zawiedzionej miłości” – niektórzy z aktywistów zachowują się wobec Suu Kyi jak odtrąceni kochankowie.

Dla samej Suu Kyi ma to jednak znaczenie drugorzędne. Od kiedy agendę Zachodu wobec Birmy ponownie wyznacza Realpolitik, a nie demokratyczna ideologia, głos prodemokratycznego lobby stał się znacznie mniej istotny. Dla Suu Kyi najważniejsze jest co innego: zostawiona sama sobie przez Zachód, zdana była na łaskę generałów. A oni to wykorzystali. Jej wszystkie kompromisy, w tym przymilanie się do armii, poszły na marne. Generałowie ją ograli. Wbrew obietnicom nie zmienili konstytucji i nie pozwolą Suu Kyi zostać prezydentem.

Ona jednak się nie poddaje. Postawiła niemal wszystko na wybory parlamentarne w listopadzie 2015 roku. Stawką jest współrządzenie według armijnych reguł – 75 procent miejsc w parlamencie (25 procent, czyli mniejszość blokująca zmiany, jest zarezerwowana z klucza dla armii; armia zgodnie z konstytucją może też – legalnie! – w każdej chwili dokonać zamachu stanu). Jeśli Suu Kyi zdecydowanie zwycięży, będzie w stanie uformować rząd i wybrać marionetkowego prezydenta (ma w tym doświadczenie: przez 20 lat formalnie nie była szefem partii, ale i tak o wszystkim decydowała). W razie zwycięstwa będzie sterować rządem z tylnego siedzenia i współrządzić Birmą wraz z armią, której interesów nie może zbyt poważnie naruszyć (o czym Suu Kyi wie: tak ułożyła listy wyborcze, że wylecieli wszyscy nadmierni krytycy wojska). Jeśli uda jej się zdobyć 69 procent głosów, wróci z tarczą. Wtedy wszyscy zapomną o ustępstwach poczynionych po drodze. Wszak „sukces jest najlepszym mówcą”.

Być albo nie być Suu Kyi

Jeśli jednak NLD nie wygra zdecydowanie – a tylko takie zwycięstwo daje Suu Kyi szanse na władzę – lub armia nie uzna wyników, to następną szansę będzie miało dopiero za kolejne pięć lat. Wtedy Suu Kyi czeka rola „wiecznej opozycji”, a tymczasem czas płynie (Suu Kyi ma już 70 lat) i sprzyja wojskowemu establishmentowi. Dla Suu Kyi oznacza to nieuchronną marginalizację, tym bardziej przygnębiającą, że zyskaną kosztem utraty pomnikowego statusu na Zachodzie. Jeśli Suu Kyi przegra, to nie będzie już światową ikoną demokracji, stanie się po prostu nieskutecznym politykiem.

Dlatego też stawka tych wyborów jest dla Suu Kyi olbrzymia. To jej być albo nie być w polityce.

W listopadzie ukaże się Pani Birmy. Biografia polityczna Aung San Suu Kyi Michała Lubiny (Wyd. PWN, Warszawa 2015), pierwsza w języku polskim biografia birmańskiej opozycjonistki.

Stały współpracownik "Nowej Konfederacji", ekspert ds. współczesnej Birmy i relacji rosyjsko-chińskich, adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, autor pięciu książek, w tym dwóch bestsellerów naukowych - "Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja-Chiny 1991-2014" (Kraków, Akademicka 2014) i "Pani Birmy. Biografia polityczna Aung San Suu Kyi" (Warszawa, PWN 2015) oraz niedawno wydanego debiutu międzynarodowego "Russia and China. A Political Marriage of Convenience".

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz