Kupieni za błyskotki

Aktualności,

W kapitalizmie wolności nie zagraża totalitarne państwo. Ludzie sprzedają ją całkowicie dobrowolnie, np. pracodawcom czy instytucjom finansowym

W powieści Michaela Ende Momo, czyli osobliwa historia o złodziejach czasu i dziecku, które zwróciło ludziom skradziony im czas do pewnego miasteczka przybywają Szarzy Panowie i przekonują ludzi do tego, że ci marnują czas na bzdury. Proponują im przekazanie go do Kasy Oszczędności Czasu – będą mogli go wykorzystać na emeryturze. W wyniku oszczędzania czasu ludzie stali się zrzędliwi, przestali troszczyć się o innych, oddawać swoim hobby i zaczęli mizernieć. W końcu Momo zwraca ludziom skradziony im czas i wszystko wraca do normy.

Bajka? Niekoniecznie. Szarzy Panowie są jak najbardziej prawdziwi, od lat grasują po świecie, by zabierać nam czas i w ten sposób czynić z nas współczesnych niewolników. Także w Polsce.

Uświęcony pracoholizm

Jednym z pomysłów Szarych Panów jest „etos dyspozycyjności”. Jego sedno przedstawił swego czasu w wywiadzie dla naTemat.pl szef InPostu Rafał Brzóska. – Do roboty chodziło się w czasach komunizmu. I niestety, niektórym tak już zostało. Przychodzą do pracy o ósmej, wychodzą o szesnastej i nie odbierają telefonu służbowego albo wyłączają od razu za progiem. Po szesnastej całkiem wypisują się z życia firmy – i to właśnie jest przychodzenie do roboty. Natomiast człowiek, do którego mogę zadzwonić z pytaniem o dwudziestej pierwszej albo wysłać maila, a on odpisuje po pół godziny – to dla mnie wartościowy pracownik nowoczesnej organizacji – opowiada o swoim ideale pracownika.

Jak to wygląda w praktyce? Już dziewiętnasta? Nie, nie pobawię się jeszcze z wami, dzieciaki, muszę jeszcze popracować. Kochanie, pięknie wyglądasz w tej bieliźnie, ale jeszcze nie teraz, muszę sprawdzić maila, może prezes Brzóska coś napisał, a on lubi, jak się odpisuje w pół godziny. Nie chodzi tu o dogmatyczne trzymanie się ośmiogodzinnego dnia pracy, w branżach kreatywnych całkowity rozdział pracy i życia prywatnego jest wręcz niemożliwy. Jednak łatwo przegapić moment, gdy życie prywatne staje się tylko dodatkiem do życia zawodowego, czymś, na co ewentualnie można wydawać zarobione pieniądze. Walczyć z tym nie jest łatwo, bo szefowie firm miewają tendencję do narzucania tego typu sposobów pracy. Jednak sytuacja staje się zupełnie beznadziejna, gdy sami zaczynamy uważać, że taki porządek rzeczy jest jak najbardziej normalny, a nawet powinien stanowić wzór.

Zamrożony czas

Z tym wzorem związany jest fakt, że w świecie, w którym nawet chwilowy przestój w praktyce i zdobywaniu nowych kompetencji może oznaczać wypadnięcie z obiegu, ciągłość aktywności zawodowej staje się oczywistością. Na jej przerwanie szczególnie narażone są kobiety – i to na nie swoje sidła zastawili Szarzy Panowie, którzy pod koniec 2014 roku dali o sobie znać w Facebooku i Apple. Firmy te zaoferowały swoim pracownicom współfinansowanie zamrażania ich komórek jajowych, by mogły je odmrozić i zapłodnić wtedy, gdy pokonają już odpowiednie szczeble kariery i poczują się gotowe na macierzyństwo. Propozycja otrzymała nawet swoją nazwę (Social Freezing) i spotkała się z aplauzem zwolenników „samorealizacji” kobiet. Dzięki temu procederowi mogą one odłożyć w Kasie Oszczędności Czasu lata, które musiałyby spędzić karmiąc i zmieniając pieluchy, dowożąc do przedszkoli i opiekując się pociechami w trakcie chorób. Korporacje dają im nadzieję na to, że odbiorą je sobie w przyszłości – gdy już będą czuły się zawodowo zrealizowane.

Facebook i Apple zaoferowały swoim pracownicom współfinansowanie zamrażania ich komórek jajowych, by mogły je odmrozić i zapłodnić wtedy, gdy pokonają już odpowiednie szczeble kariery i poczują się gotowe na macierzyństwo

Dla firmy to czysty zysk. Kobiety, które decydują się na Social Freezing, mogą pracować i nie tracą na dłuższy czas kontaktu z zawodem (a w branży informatycznej to bardzo istotne). A dla kobiet? Zgadzają się na hierarchię wartości, w której praca i rozwój zawodowy są stawiane wyżej niż rodzicielstwo, i to w optymalnym na nie okresie życia. Oddają swój cenny czas firmie całkowicie dobrowolnie, choć tak naprawdę nie da się go już odzyskać.

Niewolnik na raty

Gdy myślimy, że powinniśmy być dyspozycyjni 24 godziny na dobę i że najwyższą wartością jest sukces zawodowy, jesteśmy zgubieni. Ale i bez tego Szarym Panom trudno się przeciwstawić, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę sytuację na rynku pracy i przymus ekonomiczny. Tę sytuację pogłębia odziedziczony po PRL brak klasy średniej: żyjemy w kapitalizmie bez właścicieli, a ci, którzy uchodzą w Polsce za klasę średnią, w rzeczywistości są lepiej lub gorzej zarabiającymi pracownikami najemnymi bez istotnego zaplecza własnościowego. W efekcie po upadku realnego socjalizmu zaczął się bezpardonowy pęd do posiadania własności. Na rynku pojawiły się towary znane do tej pory jedynie z telewizji i zagranicznych wyjazdów, ruszył także w skali masowej wolny rynek nieruchomości i nie trzeba było już czekać latami na mieszkanie. Wtedy Szarzy Panowie – tym razem w postaci przedstawicieli handlu, firm budowlanych i sektora finansowego – przekonali nas, że jesteśmy w stanie kupić wszystko; a jeśli nie jesteśmy, to możemy płatność rozłożyć w czasie.

Zabawne, że cnoty, jakie były potrzebne dla zdobycia w PRL własnego (mniejsza o to, czy własnościowego, czy spółdzielczego) lokum, były na wskroś mieszczańskie. Większość Polaków dochodziła do swojego M poprzez żmudne odkładanie środków na książeczkach mieszkaniowych. Abstrahując od licznych wad socjalistycznej gospodarki niedoboru, akurat te nawyki warte były podtrzymania. Niestety, wraz z nastaniem kapitalizmu ciułającego drobnomieszczanina jako wzór postępowania zastąpił rozpasany Sarmata, kupujący kilkusetmetrowy dom otoczony hektarami nikomu niepotrzebnych łąk, oczywiście na kredyt, którego kwota przewyższa wartość nieruchomości. Miliony korzystających z pożyczek gotówkowych, kredytu na „wymarzone wakacje” czy inne przyjemności to grono oszukanych przez Szarych Panów. Przywiązanych do swoich nadmiernych długów i konieczności nieustannego zarabiania na ich spłaty. To ci, których już dziś prof. Krzysztof Rybiński nazywa „finansowymi niewolnikami”.

Dobrowolna niewola

To określenie wcale nie jest przesadzone, bo opisane przeze mnie zjawiska prowadzą konsekwentnie do niewolnictwa. Już nie trzeba siłą ładować ludzi na statki i wywozić ich na inne kontynenty, możni mogą się już obejść bez wymuszania na stanowiących prawo korzystnych dla siebie rozwiązań (przynajmniej w tej dziedzinie). Ludzie sami chętnie pozbawią się swobody – i jeszcze są dumni z tego, że robią coś właściwego.

Paradoksalnie nie byłoby to możliwe, gdybyśmy wcześniej nie zasmakowali niewolnictwa w realnym socjalizmie. Za „komuny” wszyscy należeli do państwa, czego symbolem był np. nakaz pracy czy brak możliwości swobodnego wyjeżdżania z kraju bez zgody władzy. Wraz z transformacją ustrojową nastąpił czas budowania nowego systemu gospodarczego: opartego na własności prywatnej środków produkcji kapitalizmu. Nie miejsce tu na rozważanie, iluprocentowy jest ten kapitalizm i jak daleko odeszliśmy od realnego socjalizmu – mimo wszystko całkiem daleko, z czego zresztą warto się cieszyć. Ważne jest jednak to, że wraz z nadejściem nowego systemu gospodarczego nastała też związana z kapitalizmem kultura, której zagrożeń nie byliśmy świadomi i nie umieliśmy się przed nimi bronić.

W jej myśl demokratyczny kapitalizm z założenia gwarantuje wolność. Możliwe jest co prawda jej ograniczanie przez państwo, jednak to jedyny podmiot, którego w tym zakresie możemy się obawiać. Póki urzędnicy się nie wtrącają, jesteśmy bezpieczni i korzystając z wypracowanych przez siebie zasobów, możemy sięgać po dobrodziejstwa serwowane nam na wolnym rynku. Jako że wyborów na rynku dokonujemy z własnej woli (ograniczani jedynie zasobem swych portfeli, swoimi umiejętnościami i czasem), większość z nich trudno określić jako obiektywnie złe – nawet jeśli ktoś inny uważa je za niezbyt rozsądne. Umyka nam, że swoją wolność możemy sprzedać na rynku – całkowicie dobrowolnie.

Feudalizm może wrócić

Nie chodzi tu o potępianie zaangażowania w pracę, robienia kariery czy kredytów mieszkaniowych. Jednak skala tych zjawisk powoduje, że obecna sytuacja może mieć tragiczne skutki – zniewolenie widoczne w kulturze może znaleźć umocowanie w instytucjach. Może się zdarzyć tak, że – jak pisał Lech Jęczmyk w Trzech końcach historii, czyli Nowym Średniowieczu – „z wstrząsającej całym prawie dwudziestym wiekiem walki między socjalizmem a kapitalizmem zwycięsko wyjdzie feudalizm, bo to jest forma organizacji społecznej najlepiej pasująca do chaotycznego świata ruin cywilizacji zachodniej” (temat ten poruszał też Michał Kuź na łamach „Nowej Konfederacji”). Przykładowo, gdy cena szwajcarskiej waluty przekroczy psychologiczną granicę siedmiu złotych, „frankowicze” masowo przestaną spłacać kredyty. Za sobą pociągną „złotówkowiczów” i nasze ulice zaroją się od bezdomnych. Politycy ustanowią prawo, wedle którego bankruci będą mogli wrócić do utraconych mieszkań, a ich długi zostaną anulowane. W zamian za to będą wykonywali przez jeden dzień w tygodniu nieodpłatną pracę na rzecz instytucji finansowej, tzw. bankiznę. Zostaną też przypisani do swoich mieszkań, a miejsce pracy (podobnie jak ścieżkę edukacyjną ich dzieci) wybierać będzie im bank, dzięki czemu uniknie się nieodpowiedzialnych decyzji w tej dziedzinie. A na samym końcu świeżo poślubione kobiety będą odprowadzane przez swoich mężów do alków dyrektorów oddziałów banków, by ci mogli skorzystać ze swojego prawa pierwszej nocy.

Nawet najlepsza ustawa antylichwiarska nie uchroni nas przed własną chciwością i mirażem posiadania już zaraz dóbr, za które zapłacimy później

Że niby niemożliwe? 160 lat temu mieszkańcy południowych stanów USA za niemożliwe uznawali zniesienie niewolnictwa, a mieszkańcy polskich ziem pozostających pod zaborami – pańszczyzny. Uznanie za równoprawnych obywateli wszystkich mieszkańców danego kraju (czy też członków narodu) to wynalazek stosunkowo młody i nic nie stoi na przeszkodzie, by za jakiś czas odejść od tej zasady. Pytanie brzmi raczej, czy będziemy dążyć w tym kierunku i na raty oddawać swoją wolność.

Gdzie jest Momo?

W pewnej mierze może nas przed tym bronić państwo – na przykład poprzez regulację rynku pożyczkowego, likwidującą asymetrię wiedzy między instytucjami finansowymi i klientami. Jednak nawet najlepsza ustawa antylichwiarska nie uchroni nas przed własną chciwością i mirażem posiadania już zaraz dóbr, za które zapłacimy później. Albo przed chęcią koniecznego wykazywania się licznymi sukcesami zawodowymi kosztem życia rodzinnego, choć przecież realizować siebie możemy jednocześnie także jako małżonkowie i rodzice (tyczy się to i matek, i ojców).

Już w 1958 roku nasze problemy świetnie zdiagnozował niemiecki ekonomista Wilhelm Röpke w nieprzetłumaczonej na język polski książce Jenseits von Angebot und Nachfrage (Poza popytem i podażą). Jako zwolennik wolnego rynku, potępiał te aspekty kultury, które przeszkadzają mu dobrze działać. – Współczesny Faust, mówiąc „trwaj chwilo, jesteś piękna”, nie straciłby duszy, ale spowodowałby korek uliczny – mówił z przekąsem o nawyku nieustannego pędu donikąd. Krytykując przykładanie do wszystkiego miary pieniężnej racjonalności, pisał o ogródkach działkowych, że być może nie są najbardziej rozsądną metodą produkcji warzyw, ale z pewnością są świetnym sposobem na produkcję szczęścia. Z kolei o nawyku pobierania kredytu konsumpcyjnego i kupowaniu na raty miał do powiedzenia tyle, że „nieodłączną częścią rozsądnego i odpowiedzialnego sposobu życia nie jest życie z dnia na dzień, zniecierpliwienie, pobłażanie sobie i brak zapobiegliwości, ale myślenie o jutrze; nie życie ponad stan, ale pokonywanie zmiennych kolei losu, próbując równoważyć dochody i wydatki, a także przeżywanie życia jako spójnej całości wykraczającej poza śmierć własnych potomków, nie zaś jako serii krótkich, przyjemnych chwil, po których rano następuje ból głowy”.

To może i mało pociągające, ale remedium jest odnalezienie na nowo atrakcyjności mieszczańskich cnót. Wolność jest w nas i to od nas zależy, czy pozbywamy się jej w zamian za realizację naszych marzeń tu i teraz, nie myśląc o tym, co będzie dalej, czy mozolnie dbamy o to, by przynosiła jak najlepsze owoce.